Wróć do strony głównej

Różne Opowiadania

Bez wersji

Krew Ziemi

Bierz nogi za pas i uciekaj! To koniec świata! Niebo upada i wali się wszystkim na głowy, chmury spływają z niego, pogrążając miasta w ciemnościach swych mgieł, wszystkie wulkany budzą się, zalewając świat lawą prosto z czeluści piekieł. Domy się walą, kamień wraca do swej ukochanej ziemi. Cała planeta odrodzi się na nowo, ale dla nas nie ma już na niej miejsca. Bardzo wyraźnie nas pożegnała. Po milionach lat, w końcu ma nas dość, w końcu nas przegania.

Budynek się wali. Rozglądam się, zdezorientowana i przerażona. Koniec trwa już od tygodnia, ludzie się ewakuują. Odlatują swoimi statkami, przebijają się przez atmosferę, która już prawie znikła. Zostawiają smugi na niebie, a te opadają i pogrążają wszystko w jeszcze większym mroku. Bogaci mają szansę na ocalenie, ale biednych nikt nie zapraszał, muszą sobie sami radzić. Musimy. Mnie też nie stać na opuszczenie Ziemi, ale nie ma to dla mnie znaczenia. Urodziłam się tutaj i jestem gotowa zostać tu do samego końca.

Wszyscy, których znałam, już odeszli. Niby tylko na chwilę – rozeszliśmy się, żeby poszukać jakiegoś schronu na noc – ale podejrzewałam, że wielu z nich nie wróci. Niektórzy zapewne ukryją się w statkach, chcąc uciec z walącej się planety. Niektórzy pójdą skoczyć z jakiegoś rozwalonego mostu czy klifu, żeby nie musieć oglądać zagłady Ziemi. Tylko nieliczni wrócą, zbiorą się na ulicy, którą sobie wyznaczyliśmy na miejsce spotkania. O ile ktokolwiek oprócz mnie wróci.

Cofam się i wybiegam z budynku, zanim jego dach zdąży upaść mi na głowę, zabijając mnie na miejscu. Nie, ten dom z całą pewnością nie nadaje się na nocleg.

Dni na Ziemi są teraz paskudne, ale noce są jeszcze gorsze. Mgła w połączeniu z prochami planety i jej krwią tworzy iluzje, przeklęte halucynacje dotykają każdego. Widzisz wszystko, czego się boisz i czego pragniesz, a to wabi cię w pułapkę. Wtedy nie ma mowy o szybkiej ani łagodnej śmierci. Poza tym zwierzęta też zwariowały. Każde pozostałe na planecie zwierzę – och, bogaci wzięli część ze sobą, pewnie biolodzy na to nalegali – zdziczało i zwariowało. Wałęsają się nocą, rozszarpując każdą żywą istotę, na jaką natrafią. Króliki napadają na stada wilków, konie tratują ludzi, owady grupami zjadają żywcem koty. Jeśli nie chce się tak skończyć, trzeba być bardzo uważnym.

Przechodzę obok ogromnej sterty gruzów, które kiedyś musiały być blokami. Po co ludziom było budować tak wysokie domy, tego nie wiem. Z pewnością nie był to najlepszy wybór, w razie, gdyby nastąpiło trzęsienie ziemi, ale wielu ludzi przecież zwykło się popisywać swą głupotą i wyniosło to do miana sztuki. Ba, niektórzy przecież dzięki temu zasłynęli.

Patrzę w niebo. Przez opary ledwo co widać, ale słońce zapewne jest już wysoko, skoro wokół jest aż tyle światła. Kiedyś to by było niewiele, ale w obecnym czasie to naprawdę ogromna ilość. Nie ma jak określić godziny na podstawie nieba, spoglądam więc na zegarek. Za pięć dwunasta. Jeśli nie chcę się spóźnić na spotkanie, powinnam już iść w stronę ulicy Dymu. Specjalnie wybraliśmy właśnie tą, ze względu na jej nazwę. Pasowała do tych ponurych dni, które spędziliśmy w mieście.

Po drodze rozglądam się jeszcze, może znajdę jakiś budynek, w którym jednak dałoby się spędzić noc. Specjalnie wybrałam dłuższą drogę, jednak żadne miejsce nie przykuwa mojej uwagi. Wszystko wygląda niestabilnie i niebezpiecznie, a nie zamierzam ryzykować i wejść do jakiegoś domu, żeby zasnąć i nie obudzić się później. Jeśli świat ma się skończyć, to zginę ostatniego jego dnia, wraz z nim. I nie zostanę zasypana kamieniami!

Nikogo jeszcze nie ma w umówionym miejscu, ale często się spóźniają, więc nie mogę jeszcze zacząć narzekać, że zostawili mnie samą na pastwę okrutnego losu. Wyjęłam z kieszeni piłeczkę i zaczęłam ją podrzucać. To jedna z niewielu rzeczy, którą wzięłam ze swojego domu, za to jedyna, którą zabrałam całkowicie przypadkowo. Dopiero w trakcie drogi zorientowałam się, że wciąż mam ją w kieszeni płaszcza. Szkoda było mi ją wyrzucić, więc zostawiłam ją sobie i teraz przynajmniej mam co robić, kiedy mi się nudzi.

Pojawiają się chwilę później, a w każdym razie takie mam wrażenie, bo nie zwracam specjalnie uwagi na czas. Najpierw przychodzi Reton, cały umorusany w sadzy, albo w czymś gorszym, o czym nie chcę wiedzieć. Szczerzy się lekko szaleńczo, jakby właśnie wydostał się z głębin piekieł. Jednak nic nie wskazuje na to, by znalazł jakieś bezpieczne miejsce na nocleg. Podszedł do mnie i spróbował porwać moją piłkę, jak zawsze zresztą, ale tylko nadepnęłam mu na stopę i przestał. To zawsze działało, chociaż raczej nie dlatego, że stopa jakoś bardzo go bolała. Powodem mógł być fakt, że gdy kiedyś na tym nie poprzestał, skończył z podbitym okiem. Co prawda wzięłam go wtedy za kogoś innego, zadziałał odruch i adrenalina, a nie moje zdolności, ale on tego nie wiedział. I wciąż nie wie. Lepiej, żeby tak było. Nie bałam się go, ale lepiej zawsze zachować ostrożność, zwłaszcza w takich czasach, jakie nastały.

Stoimy i czekamy na resztę, nie mając do roboty nic innego, jak tylko rozmyślać. Nasze rodziny nie żyją i to głównie dlatego znajdujemy się w takim towarzystwie. Osierocone dzieciaki, które w czasie katastrofy znalazły się razem i nauczyły się współpracować. Nic niezwykłego, takie czasy. Jeśli nie masz nikogo do towarzystwa, giniesz. Jeśli masz towarzysza, również możesz zginąć, ale przynajmniej nie musisz cierpieć godzinami, zanim ktoś lub coś cię dobije.

Mija jeszcze trochę czasu i pojawia się Yija, a za nią wleką się Fetro i Rioe, z minami, jakby ktoś im zabrał jedzenie sprzed nosa, które znaleźli po kilku dniach wędrówki. Nie głodujemy, Rioe umie zastawiać pułapki, a jakaś głupia zwierzyna zawsze się w nie łapie. Na noc rozbijamy obóz i żywimy się tym, co udało się w ten sposób upolować. Problemem nigdy nie było jedzenie, tylko znalezienie miejsca, w którym można by je przyrządzić.

– Nic nie ma – oznajmia ponuro Yija, rzucając mi coś, a ja łapię to instynktownie, bojąc oberwać się owym czymś w twarz. To chyba jakiś owoc. Unoszę brwi i spoglądam na koleżankę, która wzrusza ramionami. – Są dobre, Fetro odważył się sprawdzić. To chyba kiedyś były jabłka, ale się zmutowały czy coś w tym guście. Wszystko zmutowało, kiedy Ziemia się zatrzęsła. Ale nasz kolega jeszcze stoi i jest żywy, więc można to bez problemu jeść.

Jeśli ktoś miałby sprawdzać, czy owoce nadają się do zjedzenia, to rzeczywiście mógł być to tylko Fetro. Tylko on był na tyle głupi, by ugryźć i przełknąć cokolwiek, co mogło być potencjalnie zabójcze. Raz zjadł jakąś zatrutą jagodę i tylko szybka interwencja Rioe go uratowała przed śmiercią. A to zdarzenie absolutnie niczego go nie nauczyło. Nauczyło za to nas.

Owoc nie smakuje jak jabłko, bardziej, jak popiół, który zawsze można poczuć w ustach, gdy się oddycha. Jednak ten popiół jest nawet sycący. Zmuszam się do przełknięcia tego, a mój żołądek nie protestuje. Mało tego, wydaje się wręcz być zadowolony, zjadam więc resztę niby-jabłka, a reszta robi to samo. Tchórze. Fetro mógł sprawdzić, czy nie jest trujące, ale oni woleli to jeszcze sprawdzić na mnie.

– Więc nie mamy żadnego noclegu – stwierdzam ponuro, a oni mi tylko przytakują. Żadne nie ma nic do powiedzenia, bo jeśli ktoś mówi w naszej grupie, to głównie ja. Wzdycham. – Musimy więc iść na gruzowisko i tam rozbijemy obóz.

– Znowu – warczy z niechęcią Rioe, ale nie patrzy na mnie. Wie, że to nie moja wina, ale mimo tego jej złość skupia się właśnie na mnie. Bo według niej to ja jestem przywódcą ich bandy i to ja powinnam zatroszczyć się o nocleg. Nie pchałam się na takie stanowisko, ale dziewczyna jest chyba zbyt tępa, żeby zrozumieć, że każdy w tej grupie ma zadania, a nie tylko ja. Że nie doprowadzę ich bezpiecznie na jakiś kraniec świata, gdzie nie będzie nam nic grozić, co było niemożliwe.

– Biorę pierwszą wartę – mówię, kiedy kroczymy między ruinami tego, co kiedyś było wspaniałym miastem. Jakąś stolicą zdaje się, ale nie przykładam do tego większej wagi. Teraz już przecież nią nie jest. – Potem Yija i Fetro, a na koniec Rioe i Reton.

– Zawsze rozdzielasz tak warty – zauważa Reton, zrównując ze mną swój krok, podczas gdy wszyscy nas wyprzedzają. Patrzę na niego, mrużąc oczy. – No co? Za każdym kolejnym razem muszę siedzieć z Rioe. A ona nawija o tym, jakie to życie jest ciężkie i niesprawiedliwe. No i że ona musi się tak męczyć. Rozpieszczona dziewucha z bogatego domu. Po co w ogóle ją ze sobą taszczymy?

– Dobrze to wiesz – prycham. – Jeśli nauczysz się łapać kolację, możesz czuć się upoważniony do pozbycia się jej z naszej małej drużyny, ale póki tego nie umiesz, musi zostać. Z całą swoją irytującą osobą.

– Ty tutaj rządzisz – mówi z lekkim uśmieszkiem, ale zanim zdążę go zdzielić za tę uwagę, przyspiesza kroku i dołącza do Yiji, która mierzy mnie złośliwym spojrzeniem i przysuwa się do Retona. Wiem, że się w nim podkochuje i jest o mnie zazdrosna, co jest zupełnie idiotyczne, bo ja nawet nie myślę o zakochiwaniu się w kimkolwiek. Trwa koniec świata, a ja chcę zobaczyć jego najbardziej spektakularne części, zanim wszystko zniknie.

Gruzowisko to sterta kamieni pozostała po jakiejś świątyni. Cokolwiek jednak tam w niej kiedyś mieli i robili, odstrasza ona drapieżniki. Nie na tyle, żeby trzymały się przez całą noc z daleka, ale przynajmniej wahają się, nim kogoś tam zaatakują, co daje jakieś szanse na przeżycie. W każdym mieście była kiedyś świątynia, a pierwszym punktem po dotarciu do kolejnych ruin, jest właśnie znalezienie takiego gruzowiska. To zawsze plan awaryjny, jeśli nie ma żadnego bezpiecznego do spania budynku.

Rozkładamy namiot. No, w każdym razie Reton i Fetro to robią. Są mężczyznami i często jeździli na biwaki, więc wiedzą, jak rozłożyć namiot i niczego nie zepsuć. Yija cały czas mamrocze coś pod nosem i przewraca oczami. Jest marudna, ale przydaje się na zwiady, ma też doskonały wzrok, dlatego wciąż jeszcze z nią trzymam, chociaż działa mi na nerwy swoją irracjonalną zazdrością.

A może nie jest taka irracjonalna, myślę, bo Reton właśnie do mnie podchodzi i uśmiecha się idiotycznie. Spędza ze mną więcej czasu niż z innymi, ale raczej nie dlatego, że kretyn się zakochał. Miałam w życiu kilku chłopaków i wiem, że wygląda to zupełnie inaczej. Raczej szukał kogoś, żeby się wygadać, a ja wydałam mu się najodpowiedniejszą osobą. Pewnie dlatego, że jako jedyna w tej grupie się z niego nie wyśmiewałam, w każdym razie nie na poważnie.

– Nie mógłbym dzisiaj mieć warty z Fetro, szefowo? – pyta, patrząc na mnie z góry. Jest wysoki i zawsze chce kogoś przytłoczyć, kiedy podchodzi tak blisko. Tyle że ja go znam i cofam się o krok, piorunując go wzrokiem.

– Nie, nie mógłbyś – warczę na niego ze złością. – Jeśli będziesz miał z nim wartę, Yija zabije Rioe. Za to, jeśli Rioe miałaby wartę z Fetro, rano bylibyśmy martwi. Dlatego zawsze warty są poustawiane tak, a nie inaczej. Więc przestań na to narzekać!

– Gdybyś mogła, pewnie sama byś pełniła wartę przez całą noc – prycha. – Nie ufasz żadnemu z nas, ale mimo to i tak jesteś w stanie spać. Niesłychane.

– Wy mnie potrzebujecie – odpowiadam bez ogródek, bo nie mam wątpliwości, że gdybym nic nie umiała, od razu by się mnie pozbyli. – Ale nie jestem taka głupia. Jeśli mnie potrzebujecie, to mnie nie zabijecie. Nie jestem też irytująca. Dla każdego z wyjątkiem Yiji, ale kiedy Fetro jest z nią na warcie, nic mi nie zrobi.

– O tak, Yija cię nie lubi – stwierdza Reton, kiwając głową na potwierdzenie, tak jakbym go potrzebowała. Poza tym on doskonale zdaje sobie sprawę, dlaczego dziewczyna za mną nie przepada i nic go to nie obchodzi. – Ale raczej by cię nie zabiła. Z dokładnie tych samych powodów co reszta. Tylko ty zdajesz się wiedzieć, jak przetrwać, kiedy świat upada.

– Nie zamierzam przeżyć upadku świata – mówię, zanim zdążę się ugryźć w język, jednak już na to zbyt późno. Reton robi wielkie, zdziwione oczy, a ja wzdycham z niechęcią. – Nikt, kto pozostał na tej planecie, nie przeżyje tych wszystkich katastrof, jakie zgotowała Ziemia. Ale ja zamierzam dotrwać do samego końca i zginąć razem z nią. Chcę na własne oczy zobaczyć fajerwerki, które świat zostawił na sam koniec. Które zgładzą życie w okrutny, ale i niezwykle piękny sposób.

– Wszyscy chcą przeżyć koniec świata, a ty chcesz go oglądać? – pyta z niedowierzaniem Reton, a ja przytakuję. – Musiałaś mieć nieźle porąbane życie, skoro tak się zapatrujesz na jego koniec.

– Po prostu od zawsze wiedziałam, że wezmę w tym wszystkim udział – odpowiadam z lekko kpiącym uśmieszkiem. – Wiedziałam, że jeszcze w trakcie trwania mojego żywota, niebo zwali nam się na głowę. Przyzwyczaiłam się więc już do świadomości, że umrę na tej ziemi, planecie Ziemi. Tobie też radziłabym się do tego przyzwyczaić, bo nie mamy szans na to, że któryś z bogaczy nagle przyleci i nas uratuje. Idę na krótki obchód – dodaję, zanim chłopak zdąży zrozumieć, co właściwie mu powiedziałam. – Wrócę przed zmrokiem, więc do tego czasu pilnuj obozu i postaraj się nikogo nie zabić.

Szczerzy się do mnie idiotycznie, a ja warczę na niego i odchodzę, bez żadnego innego słowa pożegnania. Dolatują mnie jeszcze jego słowa:

– Nie martw się, szefowo! Dopilnuję porządku!


Znajduję tylko kilka gniazd os, od których trzymam się najdalej, jak tylko się da. Żadnych groźniejszych istot nie widać w pobliżu, co wcale nie oznacza, że ich nie ma. Ciała kilkunastu ludzi leżą w zaułkach, a raczej nie zabiło ich powietrze. Ruszam w drogę powrotną na gruzowisko. Jeśli coś mnie przyłapie po zachodzie słońca, nie mam co liczyć na litość.

Coś jest bardzo nie tak i wyczuwam to, zanim jeszcze opary zaległe w ruinach miasta rozwieją się na tyle, bym mogła zobaczyć obóz. A raczej miejsce, w którym powinien stać obóz. Namiot leży na boku, rozwalony. Nie jest podziurawiony, ale strasznie pogięty, tak że rozstawienie go ponownie mogłoby zabrać długie godziny. Reton i Fetro leżą ziemi i nie wyglądają zbyt dobrze.

Podbiegam do nich i wstrzymuję oddech. Fetro nie żyje, jestem tego więcej niż pewna, a mówi mi to nóż wbity prosto w jego klatkę piersiową, tam, gdzie znajduje się serce. Plama krwi jest ogromna, zabarwiła chyba już całą jego koszulę. Skąd ktoś w ogóle wziął nóż?

Reton wygląda paskudnie, przysypany kamieniami i wciąż ubrudzony sadzą, niemniej oddycha, więc rzucam się, żeby go wygrzebać spod sterty gruzu. Kaszle raz, drugi, a potem otwiera oczy. Zapewne zamierza ukazać mi swoje irytujące zęby, ale zamiast tego krzywi się z bólu.

– Co się stało? – zadaję pytanie, po części, żeby odciągnąć jego uwagę od ran na jego ciele, a po części chciałabym się też dowiedzieć, dlaczego jeden z nich nie żyje, jeden jest ranny, a dwóch pozostałych w ogóle nie ma.

– Nie wiem. – Reton śmieje się. Albo się dusi. U niego te dwie czynności brzmią bardzo podobnie i trudno je odróżnić. Obstawiam jednak to pierwsze, bo po chwili przestaje i mówi dalej: – Pilnowałem wszystkiego, tak jak mi kazałaś, szefowo. Obchodziłem właśnie obóz, żeby zobaczyć, czy w pobliżu nie ma jakichś zwierząt. Oberwałem chyba w głowę i to mocno.

– Możesz wstać?

Wyciągam dłoń i pomagam mu się podnieść. A w każdym razie usiąść, bo do stania on się akurat w tej chwili nie nadaje. Otrzepuje włosy z popiołu, jakby to była najważniejsza rzecz pod słońcem, a potem wyciera twarz w koszulę, co w niczym nie pomaga. Ba, nawet jeszcze bardziej się brudzi, ale nie mówię mu tego.

– Fetro nie żyje – stwierdzam brutalnie. Reton mruga i wygląda na nieco zasmuconego, ale raczej nie jest mu przykro. Tak jak ja, musiał zdawać sobie sprawę, że wkrótce przyjdzie nam się pożegnać z resztą drużyny w taki czy inny sposób. Jednak żadne z nas nie przypuszczało, że stanie się to tak szybko.

Reton podnosi się niezdarnie na nogi i o mało co się nie przewraca. Opiera się o mnie całym swoim ciężarem, a ja mam ochotę go trzepnąć, bo jest naprawdę ciężki, a ja żadnym siłaczem nie jestem. Potrzebuję jednak jakiegoś towarzysza, jeśli chcę przetrwać noc i mieć siłę następnego dnia, żeby iść dalej, więc nie protestuję.

– Spaślak – warczę tylko, a on chichocze cicho pod nosem.

– A ty jesteś krasnal, ale jakoś nie narzekam – odgryza się, a ja, wbrew wszystkiemu, co się dzieje wokół, wybucham śmiechem. Jednak kiedy milknę, już nie jest tak śmiesznie.

– Dasz radę jeszcze raz rozstawić namiot? – pytam, a on odwraca się, żeby spojrzeć na pogięty materiał. Krzywi się, ale kiwa głową. – Więc go rozłóż i odpocznij, a ja wezmę pierwszą wartę. Teraz przynajmniej mamy nóż – oznajmiam, wskazując na ciało Fetro, a na mojej twarzy pojawia się grymas. – Zostawię go w mieście, bo zlecą się do nas wszyscy padlinożercy w okolicy.

To nie jest zbyt miłe, ale przecież Fetro już nie żyje, a my jednak chcemy trochę dłużej istnieć na tym świecie, zanim się skończy. Reton odrywa się od mojego ramienia i chwiejąc się, rusza w stronę rozwalonego namiotu. Ja za to pochylam się nad ciałem wcześniejszego kolegi i wyrywam z jego ciała nóż, a krew tryska jeszcze bardziej z rany. Nie podoba mi się to, ale powstrzymuję się od wymiotów. Ocieram ostrze o koszulkę, po czym patrzę na zdumioną twarz Fetro.

– Wybacz stary – mruczę do niego, choć przecież wiem, że tego nie słyszy. Jest martwy. Kreślę w powietrzu znak, którego nauczyła mnie matka. – Oby Bogini przyjęła do siebie twą duszę.


Reton chrapie i to strasznie, nawet przykryty poduszką, pod którą powinien się już udusić. Ten dźwięk mógłby zwabić każdego drapieżnika, który grasuje po okolicy, ale na razie zwierzęta zajęły się przetrząsaniem miasta, nie zwracając uwagi na dawną świątynię. Ognisko płonie wesoło. Chwilę wcześniej zniknął cały gulasz, który zrobił Reton z nieszczęsnych gryzoni, które wcześniej złapały się w sidła Rioe.

Rioe. Im dłużej myślałam o niej i Yiji, tym większa wściekłość mnie dopadała. Wszystko w końcu wskazywało na to, że to jedna z nich, a być może nawet obie, zaatakowały Fetro i Retona, a potem zwiały. Zabrały kilka rzeczy z naszych podręcznych pakunków, ale na szczęście, wszystkie te najważniejsze, noszę zawsze przy sobie. Zapałki, krzesiwo, filtr do wody i samą wodę pitną.

Mam też pędzel, którego pierwszy raz użyłam, żeby dać sobie trochę więcej spokoju w nocy. Wcześniej nigdy nie odważyłam się go dotknąć i wykorzystać tak, jak było mu przeznaczone, ale dzisiaj miałam już po prostu dość i się przełamałam. Zebrałam pozostałą po Fetro krew i wymalowałam nią znaki wokół naszego obozu. Pogańskie znaki, jak mawiał kiedyś każdy, kto je widział. Niemniej działały.

Siedzę i wpatruję się w rozświetlone płomieniami miasto. Odkąd zaczął się koniec, lawa zachowuje się inaczej niż zwykle, bardziej jak żywa istota, niż tylko płynny ogień. Nie rozlewała się po całej ziemi, zamiast tego tworzyła nocą góry, które zastygały przed nastaniem ranka. I wraz z opadłymi chmurami czarowała iluzje, zwabiające nieszczęśników, którzy wkraczali w owe góry i nigdy już z nich nie wychodzili.

Głosy niosą się po mieście, głosy, które znam, ale ja wiem, że to kolejna część owej iluzji. A nawet jeśli w mieście są jakieś żywe osoby, nic już ich nie uratuje, a ja nie zamierzam narażać się na darmo. Pozostaję więc na swoim miejscu, a ogień tańczy obok mnie, popychany raz za razem lodowymi podmuchami wiatru. Otulam się mocniej swoim płaszczem. Z głębin Ziemi wydobywa się lawa, ale wszędzie, gdzie jej nie ma, panuje mróz. Mgła i pył odcięły większość światła na planecie i słońce już nie ogrzewa jej tak mocno, jak kiedyś.

Szelest niesie się przez powietrze, a ja jakimś cudem wyłapuję go spośród wycia dzikich zwierząt i ludzkich krzyków. Unoszę wzrok, bo wiem, co oznacza ten dziwaczny dźwięk. Nad obozem unosi się jeden z tych zabawnych statków, którymi bogacze opuścili planetę. Zsuwa się z niego drabinka, na której zwisa nikt inny, jak Yija. Na jej widok robi mi się niedobrze, jednak nie w tym sensie, że mam ochotę zwrócić kolację. Mam ochotę wydrapać tej dziewczynie oczy.

A ona wyciąga rękę w moją stronę, jakby zamierzała mi pomóc.

– Chodź, Vya – rzuca, a oczy błyszczą jej dziwnie. Ogólnie cała błyszczy. Po raz pierwszy odkąd ją spotkałam, jest czysta. – Rodzice Rioe się znaleźli i zaoferowali nam pomoc. Możesz lecieć z nami.

– A co z Fetro i Retonem? – pytam, chociaż doskonale zdaję sobie sprawę, że jeden nie żyje. Drugi zapewne też powinien nie żyć, ale coś nie wyszło, tylko że Yija jeszcze tego nie wie. Krzywi się, kiedy słyszy te imiona, a ja ciągnę kłamstwo: – Zniknęli gdzieś, nie było ich tutaj, kiedy wróciłam. Są może z wami?

– Tak – kłamie jeszcze bardziej ode mnie Yija, a ona użyła w tym celu tylko jednego słowa. Uśmiecha się przyjaźnie, ale dla mnie to jest uśmiech żmii. Potrząsa wyciągniętą dłonią. – Chodź, spóźnisz się na ucztę powitalną. A mama Rioe umie naprawdę nieźle gotować.

– A jak ci się znudzę, to mnie też wbijesz nóż w serce? – pytam ze złością, a Yija mruga, zdziwiona. Krzywię się z wściekłością. – Wiesz co, skoro tak traktujesz tak zwanych towarzyszy, którzy ci pomagali, których podobno lubiłaś, to ja nie chcę wiedzieć, co zrobisz ze mną, gdy nie będę ci już potrzebna. Spadaj do tego waszego prywatnego statku czy co to tam jest i zostaw mnie!

– A więc wolisz zginąć, pogrzebana ruiną, tylko dlatego, że pozbyłam się dwóch uciążliwych facetów – stwierdza Yija z kamienną twarzą, pod którą jednak dostrzegam furię. Przytakuję jej. – Co ty, zadurzyłaś się w którymś z tych kretynów, że chcesz za nich ginąć?

– Wolę zginąć w towarzystwie przyjaciół, niż żyć choćby i tysiąc lat otoczona egoistami!

– Pożałujesz tych słów – warczy dziewczyna i chowa dłoń do kieszeni. Pociąga lekko z drabinkę, na której zwisa, a ta zaczyna się zwijać. – Kiedy będziesz się palić razem z ziemią, po której stąpasz, nie wołaj mnie po pomoc!

– Brud z ciała mogłaś sobie zetrzeć, ale duszy tak nie można wyczyścić! – krzyczę jeszcze za nią. Jakiś kapłan kiedyś użył wobec mnie tych słów, a ja nigdy nie przypuszczałam, że je powtórzę.

Yija pokazuje mi jakiś wulgarny gest i znika we wnętrzu statku, a ten odlatuje, zostawiając po sobie smugę dymu w powietrzu. Świetnie, zanim nastanie świt, to wszystko opadnie i będziemy musieli się w tym dusić.

– Dlaczego to zrobiłaś? – rozlega się za moimi plecami pytanie, a ja wzdrygam się. Nie zauważyłam, że Reton się obudził, ale wszystko wskazywało na to, że słyszał moją rozmowę z Yiją. Odwracam się do niego, a on przekrzywia głowę, patrząc na mnie ze zdziwieniem. – Przecież mogłaś siebie ocalić. A wolałaś zostać.

– Wolę zginąć w towarzystwie przyjaciół, niż żyć choćby tysiąc lat otoczona egoistami – powtarzam spokojnie. – Poza tym już przyzwyczaiłam się do myśli, że niedługo przyjdzie mi umrzeć. Nigdy nie liczyłam na to, że mogłabym przeżyć.

– Ale przecież...

– Skoro już wstałeś – przerywam mu, nie chcąc słuchać jego opinii – to teraz ja odpocznę, bo jestem zmęczona. Trzymaj wartę, Totefer, bo jak rano się obudzę martwa, to będę cię straszyć jako duch do końca życia.

Wyszczerzył zęby, słysząc swoje nazwisko, a zaraz potem ukłonił się teatralnie. Odwracam się od niego i włażę do podniszczonego namiotu. Zwijam się w kulkę, przykrywam kocem i pozwalam, by dopadł mnie sen, ponury i brutalny.


– Kochasz mnie? – pyta po prostu Reton, kiedy stoimy na jednym ze wzgórz, gdzie zaczęliśmy się wspinać tuż po wschodzie słońca. To jedno z niewielu miejsc, gdzie mgła nie przysłania wszystkiego.

– To nie to – mówię. – Jestem zbyt egoistyczna, by kochać kogokolwiek poza samą sobą. Ale nie na tyle, żeby nie przejmować się tymi, których towarzystwo jest znośnie – dodaję i trącam go ramieniem, a on prycha. Teraz moja kolej. – A ty co, zakochałeś się?

– Mnie kobiety nie pociągają – odzywa się po chwili ciszy, wpatrując się w słońce, wspinające się po niebie. Dawno żadne z nas nie widziało czegoś takiego, jest to wspaniały widok. Reton uśmiecha się złośliwie. – A już zwłaszcza krasnoludki, chcące kobiety udawać. Jesteś jednak na tyle znośna, że nie zepchnę cię z klifu.

– Te, olbrzym, uważaj, bo jeszcze ja cię zepchnę – prycham i odwracam się od niego, żeby nie zobaczył, że duszę w sobie śmiech. On chyba jednak wygląda tak samo. – Nie lubię cię! – rzucam z udawaną złością.

– Ja też cię nie lubię! – warczy i oboje śmiejemy się w głos. Góra pod naszymi nogami drży lekko, ale żadne z nas się tym nie przejmuje. Jest koniec świata, więc i tak zginiemy!

– Myślisz, o tym samym co ja? – pytam go, wskazując na stojący w dole częściowo zniszczony budynek, który wygląda na jakąś rządową bazę. On kieruje wzrok na jeziorko, które jakimś cudem jeszcze istnieje.

– W sumie zawsze chciałem się nauczyć pływać łodzią.

– Łodzią? ŁODZIĄ?! Ty nudziarzu, tam pewnie mają helikoptery! – wołam wesoło, klaszcząc w dłonie. – Nigdy cię nie kusiło usiąść za sterami helikoptera? O, albo samolotu!

– Jak chcesz zginąć, to mogę cię jeszcze zepchnąć z tego klifu – proponuje mi Reton, a ja uderzam go w ramię. – Ała! To boli, weź.

– Spadochrony i helikopter – komenderuję, przybierając dumną postawę, jak jakiś żołnierz. – Zrobimy kilka spektakularnych wybuchów, które będziemy oglądać, lecąc z nieba, podtrzymywani przez ogromne kawały materiału! Hej, myślisz, że mogą mieć jakąś broń w tej bazie?

– Jesteś szurnięta – stwierdza mój towarzysz, a po chwili jego twarz rozjaśnia dziki uśmiech. – Jeśli mają, to ja zamawiam karabin! Bogowie, zawsze chciałem potrzymać jakąś prawdziwą broń w dłoniach, a co dopiero jej użyć! Chwila, przecież bogowie mi tego nie wybaczą.

– Świat się kończy, co się będziesz przejmować – rzucam do niego, a potem ze śmiechem zbiegamy z góry, wąską drogą, która prowadzi do znalezionego budynku, próbując się prześcignąć nawzajem.

Może umrzemy tego dnia, może następnego. Może doczekamy do całkowitego końca świata, a może ten świat wcale się nie skończy. Nie mam pojęcia, co przyniesie jutro i nie obchodzi mnie to, bo teraz liczy się tylko dzisiejszy dzień. A cokolwiek się stanie, z całą pewnością nie będziemy się nudzić.


Winxowe Opo

— Dziwne anomalie pogodowe nie ustają — powiedziała prezenterka wiadomości. — Słoneczna i gorąca zima na Antarktydzie zaskoczyła wszystkich. W trakcie jednej nocy Puszcza Amazońska powiększyła swój obszar i zajęła kilkanaście miast. Wiele jezior na zachodzie wyschło, w przeciwieństwie do rzek, które zrobiły się wiele szersze. Naukowcy nie są w stanie wyjaśnić, co właściwie wywołuje te zmiany, ale jedno jest pewne. Na tym się nie skończy. To były fakty.

— Mamy problem — zauważyła Tecna, rozglądając się po lokalu, w którym siedziała ich grupa. Za oknami padał gęsty śnieg. — Ta pogoda zatrze nam wszystkie ślady. Będziemy musieli zaczynać wszystko od początku. Moje urządzenia już teraz wariują.

— Trzeba było wyruszyć w innym terminie — zauważyła Nova, bawiąc się słomką. — W czasie, w którym ta głupia planeta nie wariuje.

— Przecież doskonale wiesz — prychnęła Musa — że jesteśmy tu właśnie z tego powodu.

— Ja nie.

— Po co w ogóle zgłaszasz się na każdą misję, skoro ciągle na każdą narzekasz?

— To nie jest twoja sprawa!

— Nie kłóćmy się — przerwała im uspokajającym głosem Galatea. Nova warknęła i odwróciła się od Musy. — Pamiętajcie, że mamy tutaj ważne zadanie i kłótnia naprawdę nam w nim nie pomoże. Skupmy się na znalezieniu źródła problemu. Będziemy dyskutować, jak wrócimy.

— Trudno znaleźć cokolwiek przy takiej zamieci — zauważyła Tecna, wyciągając telefon. — Zwłaszcza że na tej planecie mają strasznie słaby zasięg. Więcej osiągnęłybyśmy, włócząc się po ulicach.

— To chodźmy — powiedziała Flora, kończąc swój napój. — Siedzenie tutaj i tak nam za wiele nie da.

— Jeszcze Nova nas wszystkich zje — mruknęła pod nosem Amaryl, ale zrobiła to tak cicho, że chyba tylko siedząca obok niej Tecna ją usłyszała. A potem dodała już głośniej: — To dobry pomysł. Powinniśmy się rozdzielić.

— Ale wtedy tylko jedna grupa będzie miała połączenie ze Specjalistami — powiedziała spokojnym głosem Tecna, wskazując na słuchawkę w uchu.

Czarodziejki spojrzały po sobie, porozumiewając się poprzez spojrzenia.

— Ja mogę się komunikować z Musą — odezwała się Galatea. — Za pomocą fal dźwiękowych. A Priscilla i Flora są w stanie przekazywać wiadomości poprzez rośliny.

Wywołana trójka dziewczyn jednocześnie przytaknęła jej słowom. Tecna się zamyśliła.

— Zgoda. W takim razie Flora i Musa pójdą ze mną. Nova też. Księżniczka Galatea, Amaryl i Alice razem, a Priscilla z Marzią.

— Czemu mamy iść tylko we dwie? — obraziła się Marzia.

— Możemy ci odstąpić Novę.

— Okej, pójdziemy we dwie.

Całą grupą wstały, zapłaciły za napoje — astronomiczną sumę, naprawdę, ludzie z Ziemi naprawdę się przeceniali — i wyszły na mróz. Upewniwszy się, że nikt na nie nie patrzy, przywołały ciepłe płaszcze i rozeszły się. Każda grupa ruszyła w inną stronę, brnąc z trudem przez śnieg. Żadna z nich nie odważyła się użyć magii, żeby bardziej sobie pomóc.

Pierwsza zasada każdej poważnej misji w światach niemagicznych: pod żadnym pozorem się nie ujawniać.

Nikt nie chciał ryzykować i sprawdzać, jaka była kara za złamanie tej zasady. Jedynej czarodziejki, która to zrobiła, nikt więcej nie widział.


Była jak cień. Nikt jej nigdy nie widział i nikt jej nigdy nie słyszał. Tak było i tak miało pozostać. Spojrzała przez lornetkę na grupę dziewczyn, które wędrowały przez śnieg i narzekały na niego. Zdecydowanie nie były przyzwyczajone do takiego klimatu. Albo pochodziły z innego rejonu planety, albo w ogóle nie pochodziły z tej planety. Czując emanującą od nich moc, tajemnicza kobieta powiedziałaby, że zdecydowanie chodzi o to drugie.

— Trzeba będzie je śledzić — powiedziała sama do siebie, pozbywając się różowej lornetki w ten sam sposób, w jaki ją stworzyła. Przy pomocy swojej magii. — Nikt nie dostanie smoka przede mną.

Coś siedzącego w jej kapturze odpowiedziało jej chrapaniem. Uśmiechnęła się nieco smutno, po czym zeskoczyła z dachu i wyparowała. Jakby nigdy jej tam nie było.


— Drzewa mówią, że nie są w stanie nam pomóc. — Flora stała z zamkniętymi oczami przy drzewie, trzymając dłoń na jego zniszczonym pniu. Wyglądała na bardzo smutną, co oznaczało, że roślina, z którą rozmawiała, również jest bardzo smutna. — Czują jakąś wielką moc, manipulującą ich życiem, ale nie mają pojęcia, co to jest, a tym bardziej gdzie to jest. Przykro im z tego powodu.

— Żadnych informacji od Galatei — dodała Musa. — W takim tempie to nigdy nie znajdziemy źródła. Skąd mamy wiedzieć jak szukać, skoro nie wiemy, czego szukamy? Trzeba było się nie zgłaszać na tę misję!

— A co, masz ciekawsze rzeczy do roboty? — prychnęła Nova, mijając ją. — Spóźnisz się na jakiś nudny koncert symfoniczny na swojej melodramatycznej planecie?

— Mój dron wykrył jakieś ślady życia — przerwała im Tecna. — Na wschód, kilka kilometrów dalej.

— To może być wiewiórka.

— Magiczną formę życia — poprawiła się czarodziejka technologii. Jej głos był naprawdę chłodny, jeszcze bardziej niż zazwyczaj. — Zwykłą nie ma się co interesować, wiadomo, że w głębi lasu jest pełno zwierząt i dlatego... dokąd ty idziesz?!

— Znaleźć magiczną formę życia — oznajmiła z nowym entuzjazmem Nova, która była już dość daleko. — Pospieszcie się, nie zamierzam na was czekać cały dzień!

Z pewnym zdziwieniem trójka dziewczyn ruszyła za nią. Trudno im było nadążyć, bo Nova naprawdę mocno się nakręciła. Tecna kilka razy musiała ją zatrzymywać i zmieniać kierunek ich trasy, bo zaczynały iść w zupełnie innym kierunku, ale w końcu jej telefon pokazał, że są bardzo, bardzo blisko. Tyle że niczego nie było widać.

— No i gdzie to magiczne stworzenie? — warknęła Nova, wracając do swojego zwyczajowego, ponurego nastroju.

— Wydaje mi się — powiedziała Flora, podchodząc do jakiegoś krzaka pokrytego śniegiem — że coś tutaj... ah!

Niewielki potworek wyskoczył na nią i przewrócił na ziemię. Zareagowała błyskawicznie, przemieniając się i rażąc go zaklęciem. Odrzuciło go kilkanaście metrów dalej, tak że wylądował na drzewie. To zatrzęsło się wściekle i unieruchomiło go. Zaczął piszczeć i skrzeczeć ze złością, ale drzewo nie zamierzało odpuścić.

— To gnom — zauważyła Tecna spokojnie. Zbyt spokojnie. — Myślałam, że gnomy występują tylko w Magixie.

— Nigdy nie widziałam czegoś takiego w Magixie — odezwała się Musa, krzywiąc się z niesmakiem. — Co za potworność.

— Bo to czarnomagiczny stwór.

— To by wyjaśniało jego paskudny wygląd.

— Pozbądźmy się go.

— A może — odezwała się Flora, nieco głośniejszym głosem niż wcześniej — spróbujmy użyć magicznego pyłu?

— Gnom nie jest złym czarem — zauważyła Tecna, patrząc na Florę, jakby widziała ją pierwszy raz. — Nie da się go odczarować.

— Ale możemy spróbować.

Flora nie czekała na odpowiedź, tylko wzniosła się w powietrze i zawisła nad gnomem. Widząc przemienioną czarodziejkę, stwór zaczął się jeszcze bardziej szarpać, próbując się uwolnić. Dziewczyna ze spokojem sięgnęła po buteleczkę z pyłem, odkorkowała ją i wysypała złocisty proszek na głowę gnoma.

Stwór zamarł i zrobił dziwaczną minę. Jakby chciał komuś odgryźć głowę. Flora wylądowała na ziemi i przyjrzała się uważnie gnomowi. Warknął cicho, otworzył paszczę... i kichnął. Całkiem głośno i paskudnie kichnął. Nie tylko czarodziejki wydawały się zaskoczone, ale też samo drzewo, które w końcu puściło stwora. Nie rzucił się na nikogo. Nie zawarczał wściekle. Wstał tylko i spojrzał na nie małymi, słodkimi oczkami. Flora westchnęła.

— Jaki uroczy! — powiedziała, biorąc gnoma na ręce. Ten nawet nie zaprotestował, wręcz przeciwnie, wyciągnął patykowate ręce i pozwolił na to czarodziejce. Podrapała go po głowie, jakby to był mały szczeniaczek. — Nazwę go Stefan.

— Zamierzasz go zabrać?! — zapytała z niedowierzaniem Nova. — Nie będziemy targać tego potwora ze sobą!

— Nie lubię tego mówić, ale zgadzam się z Novą — odezwała się Musa. — Nie możemy go zabrać. Mamy misję, a to zdecydowanie jest naruszenie pierwszej zasady.

Flora zmieniła się z powrotem w zwykłą osobę, bez skrzydeł. Gnom powąchał jej gruby płaszcz i, jakby rozumiejąc wcześniejszą rozmowę, schował się do jej kaptura i zakrył grubym szalem tak, że zupełnie nie było go widać. Mruknął jeszcze coś cicho, ale poza tym nie poruszył się.

— Widzicie? Już go nie ma. Prawda, Stefan?

Stefan okazał się bardzo mądrym gnomem i zupełnie nie zareagował na tę uwagę. Flora uśmiechnęła się wesoło do koleżanek, które nie podzielały jej entuzjazmu. Na szczęście nikt nie zamierzał z nią dalej na ten temat rozmawiać, bo telefon Tecny zadzwonił.

— Mamy alarm! — przekazał Timmy. — Wszystkie macie się stawić w zachodniej części miasta. I to szybko.

— Co się stało?

— Atak.

— A gdzie dokładnie mamy iść?

— Podejrzewam — odezwała się Musa — że może chodzić o tę wielką chmurę na niebie.


— Won stąd, ludzie! — warknęła Amaryl, ale tłum w ogóle nie zamierzał jej słuchać.

Budynek za ich plecami walił się. Dym był wszędzie, rozszedł się po ulicach i zasłaniał niemalże wszystko. Zdecydowanie wybuch nie był przypadkiem. Mało tego, czarodziejki były przekonane, że była to magiczna ingerencja, ale nie mogły tego sprawdzić. Nie na oczach tych wszystkich zaciekawionych i przerażonych ludzi, którzy nie zamierzali opuścić tego miejsca.

— Co z wami?! — krzyczała dalej Amaryl. – Tu jest niebezpiecznie! Powinniście wszyscy uciekać!

Znowu została zignorowana. Galatea odwróciła się od budynku i spojrzała na rozwścieczoną czarodziejkę, po czym sama odwróciła się do tłumu. Nie wypowiedziała ani jednego słowa. Tylko stanęła dumnie i rzuciła w ich stronę bardzo wyniosłe spojrzenie. I to zadziałało. Ludzie zaczęli się wycofywać i odchodzili.

— Jak ty to robisz?

— Przywileje posiadania władzy.

— I fal dźwiękowych — prychnęła Marzia, podchodząc do nich. Galatea wzruszyła ramionami. — Co się właściwie dzieje? Zaczynałyśmy mieć już jakiś trop!

— Coś tam siedzi — oznajmiła Amaryl, wskazując na budynek. — W środku. Prawdopodobnie to, czego szukamy. Musimy jakoś wejść do środka.

— To czemu nie wchodzimy?

— Bo wszystkie drzwi są zablokowane, a okna są za wysoko.

— Mamy skrzydła — zauważyła z kpiną Marzia.

— I tysiące oczu w nas wlepionych — syknęła przez zęby Amaryl.

— Po co komu zasady tajności, kiedy można potem komuś zmodyfikować pamięć? — zapytała bez większych emocji czarodziejka, unosząc dłoń, a końcówki jej palców zaczęły lśnić.

— Nie będziemy nikomu czyścić pamięci — warknęła Galatea, tracąc swój zwyczajowy spokój. — Wejdziemy tam w jak najbardziej pozbawiony magii sposób i zabierzemy to, co tam jest, bez zbędnego zamieszania. Jasne?

— Niejasne — odezwała się Nova, podbiegając do nich. Zatrzymała się, złapała Galateę za ramię i zginęła w pół, z trudem łapiąc oddech. — Daleko tu... do was... się idzie.

— Wchodzimy, zabieramy, wychodzimy — podsumowała cały plan Amaryl.

Nova wyprostowała się, przeszła przez gruzy i podeszła do drzwi. Dziewczyny rzuciły się, żeby powstrzymać ją od użycia jakiejkolwiek spektakularnej magii, ale czarodziejka wcale nie zamierzała tego robić. Zamiast tego kopnęła w drzwi z taką siłą, że wyleciały z zawiasów i z hukiem upadły na podłogę. Nie czekała na resztę, tylko wpadła do środka, nie przejmując się pyłem unoszącym się w powietrzu. Rozejrzała się. Nikogo tam nie było, więc wyczarowała świetlną kulę i ruszyła w głąb budynku, nastawiając wszystkie swoje zmysły na wyszukiwanie magii.

Zaraz za nią ruszyła Musa, która postanowiła iść za nią krok w krok i nie zostawiać samej nawet na chwilę. Nova powstrzymała się od wrzaśnięcia, żeby czarodziejka muzyki zajęła się swoimi sprawami i nie przeszkadzała innym w poważnej akcji. Krzyk mógłby uszkodzić i tak delikatną już strukturę budynku. Poza tym nie chciała straszyć tego, co znajdowało się dalej. Cokolwiek to było.

Albo ktokolwiek to był. Musa musiała pierwsza to usłyszeć, ale Nova nie potrzebowała na to wiele więcej czasu. Weszły do niewielkiego pomieszczenia, z którego dobiegał żałosny dźwięk — czyjś tragiczny płacz. Nova pozbyła się magicznej kuli i rękoma spróbowała odgonić pył.

— Odejdźcie! — warknęła jakaś dziewczyna z wnętrza, strasząc czarodziejki. — Zostawcie mnie, wy wszyscy przebrzydli ludzie!

— Przebrzydli?!

— Nova! — warknęła Musa, powstrzymując dziewczynę. — Nie możesz tak po prostu...

— Nova? — powtórzyła nieznajoma, podnosząc się niezdarnie z podłogi.

Była cała w kurzu, a na jej twarzy ktoś rozmazał coś czarnego. Ani Nova, ani Musa nie chciały wiedzieć, co to. Dziewczyna była też niesamowicie chuda i to tak bardzo, że jej niezbyt wielkie ubranie i tak z niej zwisało. Spod całego tego brudu wyglądała gdzieniegdzie blada skóra i bardzo jasne włosy.

— W sensie TA Nova? — powtórzyła słabym głosem nieznajoma.

Nova — ta sama Nova! — chyba po raz pierwszy w życiu, od kiedy Musa ją znała, uśmiechnęła się. I to wcale nie drwiąco, jak miała w zwyczaju. Uśmiechnęła się promiennie i wesoło.

— Dzień dobry, wasza wysokość.


— Pięć lat — oznajmiła księżniczka Stella z Solarii, wycierając mokre włosy ręcznikiem. — Całe pięć lat na tej paskudnej planecie. Bez pomocy. Bez mocy. Bez żadnych środków do życia. To cud, że udało mi się tyle przeżyć.

— Wszyscy cię szukali — powiedziała z przejęciem Nova, pomagając przyjaciółce. — Odkąd nie pojawiłaś się w Alfei na rozpoczęciu, martwiliśmy się. Król uważał nawet przez pewien czas, że uciekłaś. Co się stało? Jak w ogóle tutaj trafiłaś?!

— To przez te okropne potwory. Strąciły mnie z kursu, a potem zabrały pierścień. Ludzie na tej planecie są okropni. Żaden z nich nie chciał mi pomóc i musiałam sobie radzić sama. Co za paskudztwo.

— Więc... to ty byłaś źródłem tej pogody? — zapytała Flora, nachylając się w stronę Stelli. Czarodziejka słońca prychnęła z niechęcią.

— Nie. Przecież mówię, że zabrali mi pierścień. Nie mogę czarować bez pierścienia.

— Aha.

— Czyli nadal nie mamy źródła problemu — zauważyła Alice, opierając się o ścianę budynku — To się robi nudne. Żadna misja dotąd nie była tak nudna. Przynajmniej coś się działo.

— Walący się budynek to „nic się nie dzieje” — zadrwiła Marzia. — Ale skoro niby to nie twoja sprawka, to kto to wszystko zrobił? Duchy?

— Ktoś biegał i krzyczał — mruknęła Stella, otrzepując ubranie z kurzu. — Nie wiem kto. Ledwo się obudziłam, a wszystko zdążyło wybuchnąć.

— Więc ktoś tam jeszcze może być?!

— Możliwe.

Dziewczyny zerwały się ze swoich miejsc i rzuciły się z powrotem do środka budynku. Jedynymi osobami, które zostały na zewnątrz, były Stella i Nova, które chyba miały sobie naprawdę wiele do powiedzenia, odkąd się nie widziały.


— Smok!

— Nie wiem, kim ty jesteś — krzyknęła z przerażeniem rudowłosa dziewczyna, stojąca na krawędzi dachu. Bała się spojrzeć za siebie, w przepaść, ale jednocześnie nie miała też odwagi przesunąć się bliżej, w stronę zakapturzonej kobiety. — Nie wiem, o co ci właściwie chodzi. Pomyliłaś mnie z kimś!

— Nie ma w tym żadnej pomyłki! — warknęła Layla, zdejmując kaptur i uwalniając swoje bujne loki. Wyraz jej twarzy był pełen nienawiści, ale też i smutku. — Oddaj smoka, a nic ci się nie stanie. Ale jeśli nie... — zawiesiła głos i nie dokończyła, ale bardzo łatwo było wywnioskować, które słowa nie padły.

— Nie mam żadnego smoka — zaprotestowała po raz drugi Bloom. Rozejrzała się rozpaczliwie dookoła, ale nie miała gdzie uciec. Poza tym budynek pod nimi drżał i rozwalał się. W każdej chwili dach mógł się rozpaść na kawałki.

— A więc wybrałaś.

Zdjęła swój marny płaszcz, pod którym znajdował się błyszczący strój i — o zgrozo — skrzydła, po czym rzuciła się na dziewczynę. Bloom próbowała się uchylić, ale nie udało jej się i została pchnięta w przestrzeń. Nie zdążyła nawet przerazić się perspektywą upadku, kiedy ta sama siła poderwała ją w górę. Nawet nie próbowała się uwolnić z uścisku rąk przerażającej czarodziejki, bo doskonale wiedziała, jak to może się skończyć, więc pozwoliła jej się ciągnąć coraz wyżej i wyżej...

— Hej!

Nagle w pobliżu pojawiło się więcej dziewczyn ze skrzydłami i w kolorowych, błyszczących strojach. Niektóre miały niewielkie skrzydła i wyglądały jak zwyczajne nastolatki, które wybrały się na jakiś bal przebierańców, ale reszta... Reszta zdecydowanie wyglądała jak mityczne wróżki z bajek, które Bloom miała w zwyczaju czytać w dzieciństwie. Zamrugała. Ale to wszystko było niemożliwe. To musiał być sen. Jednocześnie straszny i piękny.

— Nikt mi nie zabierze smoka! — warknęła Layla, wzbijając się jeszcze wyżej i szybciej, a wokół niej zaczęła wirować magia. Różowe kule posypały się na wróżki.

— Przestań! — krzyknęła ze złością Alice, zmieniając jedną z nich w lód i rozbijając. Odłamki jednak nie spadły, tylko zaczęły krążyć wokół czarodziejki, tak samo, jak i płatki śniegu, nadal sypiące się z nieba. — Naprawdę chcesz się bawić magią?

— Stój! — zatrzymała ją Galatea. — Nie możemy tak po prostu zaatakować!

— Co się dzieje?! — zapytała coraz bardziej przerażona i zdezorientowana Bloom.

— Chcecie smoka? — odezwała się złowrogim głosem Layla. — To sobie go sobie złapcie!

I puściła niewinną dziewczynę. Czarodziejki rzuciły się jej natychmiast na ratunek, a w każdym razie większość z nich to zrobiła. Alice, Musa i Marzia nadal wisiały w powietrzu, mierząc się złowieszczymi spojrzeniami z Laylą.

— Poddaj się! — warknęła Alice, znów zaczynając manipulację ze śniegiem. — Jesteś otoczona!

Layla tylko prychnęła i nagle jej skrzydła przestały się poruszać, a ona sama spadła, żeby chwilę później wyrwać się gwałtownie do przodu i uciec. Marzia zaklęła ze złością i natychmiast rzuciła się za nią w pościg, wraz z Musą.

Alice miała nieco inny plan.

— Zamieć!

Śnieg zaczął krążyć szybciej, tworząc ogromne, śnieżne tornado, które odgradzało zupełnie spokojny środek, potężną, zimną, śnieżną ścianą. Layla wyhamowała gwałtownie i obróciła się, zamierzając uciec w jakąś inną stronę, ale bariera otaczała je z każdej strony.

— Spokój — odezwała się melodyjnym, nieco uwodzącym głosem Musa, używając swojego daru muzyki. Zdecydowanie kierowała to słowo w stronę przeciwniczki, ale Alice też musiała się skupić, żeby pod wpływem zaklęcia nie przerwać wichury.

Layla na chwilę zamarła, niemalże się uśmiechnęła. Trwało to naprawdę tylko chwilę, ułamki sekund, ale wystarczyło to, żeby Marzia dopadła do czarodziejki i dotknęła swoimi lśniącymi palcami jej skroni.

Nikt dokładnie nie wiedział, jakie zaklęcia posiadała Marzia, nigdy nie wywoływała ich na głos, jak cała reszta. Nigdy o tym nie opowiadała i udzielała wymijających odpowiedzi. Jedyne co było wiadomo, że jest w stanie kasować wspomnienia, albo wręcz nimi manipulować. Te nikłe informacje sprawiały, że naprawdę nikt nie chciał mieć z nią do czynienia.

Cokolwiek by jednak nie zrobiła, zdecydowanie zakończyło to walkę.


— Pogoda powoli wraca do normy — oznajmiła wesoło prezenterka wiadomości. — Po niespodziewanej zamieci w północnej części kraju, meteorolodzy zgodnie stwierdzili, że temperatura w różnych częściach świata stabilizują się. To samo z niepokojącymi burzami, które niespodziewanie zaczęły zanikać. Mamy nadzieję, że tak zwany „szalony miesiąc” już nigdy się nie powtórzy, aczkolwiek naukowcy tłumaczą...

— Więc to wszystko była TWOJA wina — zauważyła Stella, wskazując palcem na Laylę, siedzącą na drugim końcu stołu. — Co za...

— Właściwie — przerwała jej Flora — to była JEJ wina.

Wskazała głową w stronę Bloom, która, pomimo wyjaśnień, chyba nadal mało co z całej sytuacji rozumiała.

Znów siedziały w tej samej kawiarence, słuchając po raz kolejny tych samych wiadomości i popijając to samo, co popijały wcześniej. Jedynie ich liczba się zwiększyła o trzy czarodziejki i jedno czarnomagiczne zwierzę, które siedziało na kolanach Flory i zachowywało się, jakby było kotem. Gnom mruczał i stukał czarodziejkę w rękę, żeby ta nie przestawała go głaskać. Nie wyglądało na to, by to był dla niej jakiś wielki problem.

— Skąd niby Smoczy Płomień na Ziemi? — zastanawiała się nadal Alice, kręcąc słomką. Nikt nie umiał odpowiedzieć na to pytanie i nikt też nie próbował. Było to zbyt dziwne, zbyt abstrakcyjne.

— A ty? — warknęła nagle Galatea, zaskakując wszystkich. Księżniczka patrzyła spode łba na Laylę. — Co TY tu robiłaś?

— Ona — odezwała się Marzia kpiącym tonem — szukała Smoczego Płomienia, żeby pomóc Lordowi Darkarowi w przejęciu władzy nad światem. Ale zanim się na nią rzucicie — dodała szybko, widząc złość malującą się na twarzach wszystkich — to robiła to, żeby ratować... jakichś przyjaciół. Nie zrozumiałam do końca, jakich.

— Więc to tak trudno poprosić innych o pomoc? — oburzyła się Musa. — Tylko od razu trzeba zmieniać stronę na ciemną? Co to w ogóle za pomysł jest?

— Podyskutujemy o tym później — powiedziała Tecna, jak zwykle siedząca z nosem w telefonie. — Timmy na nas czeka w tym samym miejscu, gdzie nas wysadził. Wracamy do Magixu.

— Chwila! — odezwała się Bloom, zatrzymując podnoszące się czarodziejki. — A co ze mną?

— Lecisz z nami. I tak nieoficjalnie zginęłaś w walącym się budynku, razem z dwudziestoma trzema innymi osobami. Nie możesz tu zostać i przez niewiedzę mieszać w strukturze tego świata.

— Ale...

— Żadnych ale.

— Spodoba ci się. — Stella, teraz już zupełnie czysta i promienna, uśmiechnęła się do niej. — W Magixie jest naprawdę pięknie. Nie martw się, wszystkiego się tam nauczysz i będziesz mogła wrócić, jeśli będziesz chciała. Poza tym chyba i tak ktoś musi pomóc pannie smokoszukaczce...

— Nie ma takiego słowa — zauważyła Musa.

— Trudno. Straciłam całe trzy lata nauki, mam prawo nie wiedzieć pewnych rzeczy. W każdym razie będzie fajnie.

Wstały i zwyczajnie wyszły, niezauważone przez nikogo w kawiarence. Jakby nigdy ich tam nie było.


A Little Asteroid

A little asteroid hung in space for many years. It circled the various orbits of the celestial bodies, performing a beautiful cosmic dance. At first, he enjoyed it, but over time he began to get bored. How many times can you watch the same thing? Still the same planets, still the same other asteroids and still the same emptiness of space. It's boring! So he decided to change it.

It was a dark night. Lily was sitting in her room as a bright streak cut through the sky. Something landed in her home's garden. Curious girl quickly jumped out of bed and ran to see what it was.

The fence was broken down, and where the flower bed had been before, there was now a small crater. In the middle of it, under the clouds of dust, there was... something. Lily wasn't sure exactly what it was. She bent down to check, and then it moved! She almost jumped out of her skin. Whatever it was, it was alive! She knew it was hazardous, but still she went slowly down to the crater, avoiding all obstacles.

The creature looked up at her with glowing eyes. It looked a bit like a cat, but more cosmic than a regular one. He had two pairs of ears, a moustache shining in the dark, and a very strange fur that looked like all the space was painted on it. The countless stars were flashing mysteriously.

‘You are a little creepy, huh?’, said Lily, keeping a safe distance. She tilted her head slightly, and the animal did the same. She murmured. The animal murmured too. She closed her eye. Animal repeated this move. He was mirroring her!

‘You...’ Lily began, but then the animal rose abruptly, in a few jumps crossed the invisible dividing line and jumped right into her arms. Tracking his movements, it was obvious that he was leaving behind a barely visible luminous streak in the air.

‘Oh, then fine. You will become my pet’, said Lily, stroking the almost-cat. She crossed the threshold of the house with a new friend.


Robo

The only noise was the rustle of the fans. There was no one in the office to watch over all this hardware. Perfect.

Chris opened the window noiselessly. Together with the little robot, they slipped inside unnoticed. A small friend immediately chose one of the computers and connected to it. Its screen flickered and the machine started booting. Very slowly.

"What is it? Medieval equipment?" Chris asked sarcastically.

"Connection is secure," the robot said. "Do you want to log in to the user account?"

"Yeah, do it."

"Which one is yours?"

"Um..." Chris didn't know what to say. "Administrator?"

The robot didn't ask any more questions, just logged in. He had to guess the password in a split second. Chris sat down in the chair and put hands on the keyboard. The desktop was in chaos.

"Hey, Robo," Chris said. "Could you find me the company data?"

"Do you want to connect to the Internet?"

"What? No! I meant in this PC, not in the Inter…"

"I can also ask on the social network," Robo continued, not listening to Chris. "I am online. Your friend just recorded a new song. Do you want to download it?"

"No!"

"Good. It is over four thousand kilobytes. We have no disk space to store it."

"So why are you asking?"

"Do you want me to encode data from this computer?"

"You know what? Better decode it all, download and we run away. You definitely need new software."

Robo made a few happy computer-like sounds. He finished his job quickly. Chris grabbed him in hands and they escaped through the same window they entered.


Arial

Times

Verdana

Georgia