Wróć do strony głównej

Złote Wojny


Co za kijowy tytuł. Jeszcze gorszy niż poprzedni

Na razie brak opisu, bo i tak nikt tutaj nie wejdzie, nie?

#Ignieumiewopisy


Rozdział I

Zaginięcie Ooloreta Romiho

Queelo przyglądał się w zainteresowaniu zniszczeniom. Widywał ich już naprawdę wiele — żyjąc w takim mieście, nie dało się ich nie widzieć — ale jeszcze nigdy aż tak dziwnych. W powietrzu czuć było magię i to wcale nie dlatego, że była wyjątkowo silna. Po prostu zastygłe w bezruchu kawałki wszystkiego nie były całkiem naturalne. Rozerwane ściany, przewracająca się półka, wylewające się eliksiry, jakby ktoś zatrzymał rozpadające się pomieszczenie w jakiejś bańce czasowej. Wejść między ten bałagan i spróbować znaleźć jakieś poszlaki byłoby całkiem łatwo, ale i tak nie zamierzał ryzykować.

Spojrzał na zegarek. Nassie się spóźniał, i to już pół godziny. Nie żeby było to jakieś nowe, pan wielki książę i władca nigdy nie potrafił zjawić się na czas, ale nie zmieniało to faktu, że Queelo nadal to irytowało. Zwłaszcza, że to ten buc wybrał akurat tę sprawę do rozwiązania! Mogliby pójść poszukać jakiegoś kota-uciekiniera, ale nie. Zaginięcie połączone z wybuchem budynku to jest to! Zwłaszcza, że zaginiony był jakąś podejrzaną osobą. Istna sielanka.

Gdyby Queelo wiedział, że jeszcze wmieszana w to będzie magia, nigdy by tam nie przyszedł.

Pani Romiho przyglądała mu się niepewnie zza zasłony. Najwyraźniej nie miała na tyle odwagi, żeby wyjść do ogródka. Wcale się jej nie dziwił. Gdyby to nie była jego praca, za którą dostaje wynagrodzenie, też jak najszybciej by się odsunął od tego wybryku natury i uciekł gdzie pieprz rośnie. Najlepiej do własnego domu, gdzie nie było ani grama takich dziwactw.

— Ahoj kamracie!

Queelo podniósł wzrok, żeby na jednym z pobliskich dachów zauważyć wojownika ubranego w złoty mundur, z równie złotym mieczem w ręce. Cały był też obryzgany krwią.

Nassie zeskoczył na ulicę i podszedł do niego, uśmiechnięty od ucha do ucha, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że wygląda jak psychopata. Otarł niedbale miecz o rękaw i schował do pochwy, jakby to nie było nic wielkiego. Nie powiedział ani słowa, po prostu od razu wkroczył między porozwalane ściany, przyglądając się im z zaciekawieniem.

— Fascynujące — mruknął pod nosem. — Hej, Queelo, spójrz tylko na to!

Queelo nie patrzył „na to” tylko na niego i to ze złością w oczach. Nassie chyba dopiero wtedy zorientował się, że coś jest nie tak, bo jego uśmiech minimalnie przygasł. Nadal jednak świecił zębami.

— Coś się stało?

— Coś się stało?! — przedrzeźnił go Queelo, tracąc nad sobą panowanie. Miał ochotę podejść do niego i go udusić. — Nic się nie stało! Najpierw spóźniasz się całą wieczność, nie informując, że się spóźnisz w absolutnie żaden sposób, a potem nagle sobie przychodzisz, cały umazany krwią i nic se z tego nie robisz! Czy ty jesteś poważny?! Co się stało?!

— Potknąłem się na schodach — odpowiedział całkiem poważnym tonem Nassie, po czym podniósł rękę. — Widzisz, nawet zraniłem się w palec. W zasadzie to trochę mnie nawet boli. Nie masz jakiegoś plasterka?

Queelo drgnęła powieka. Naprawdę, naprawdę miał ochotę przywalić temu idiocie w twarz i w zasadzie tylko niechęć do krwi go powstrzymywała. Ledwo sprał z rękawiczki to paskudztwo ostatnim razem. Nie chciał się znów na to pisać.

— Mógłbyś przestać pieprzyć głupoty? — wycedził przez zęby.

Nassie uśmiechnął się, tym razem złośliwie.

— To nie zadawaj idiotycznych pytań. Walczyłem, oczywiście. Mikky uciekł jakiś ważny infer z laboratorium i musieliśmy go powstrzymać, zanim by rozwalił całą dzielnicę wschodnią. Przecież tam jest twój dom, nie mogłem na to pozwolić!

— Mieszkam w zachodniej.

— Na całe szczęście tam byłem! — wykrzyknął radośnie. — I zniszczenia ograniczyliśmy do minimum. W każdym razie przybyłem, jak najszybciej mogłem, Mikky mnie przyniosła. Okropne uczucie, nikomu nie życzę. Jeśli chodzi o latanie prosto w górę, to jest super, ale kiedy musi lecieć przed siebie to tragedia. Prawie mnie upuściła, i to nie raz. Ale cóż, przynajmniej było szybko.

— Najwyraźniej nie ona jedna nie ogarnia swojej specjalnej zdolności.

Tę uwagę Nassie również postanowił puścić mimo uszu i zajął się oględzinami. Jeśli fakt, że wszystko wisi w powietrzu, jakkolwiek go zaskoczył, nie postanowił tego nijak okazać. Pochylał się tylko nad niektórymi rzeczami, mrucząc pod nosem coś w stylu „fascynujące”, „ciekawe” i inne synonimy.

Queelo, widząc, że wejście między te magiczne rzeczy nic mu nie zrobi, w końcu też się przemógł. Zamiast jednak obserwować pojedyncze kawałki ściany, ruszył natychmiast do środka tego zamieszania, czyli miejsca, gdzie wcześniej było pomieszczenie. Podłoga, choć też rozwalona, wyglądała zdecydowanie lepiej niż cokolwiek innego i łatwo było wysnuć wniosek, że cokolwiek wywołało dziwny wybuch, znajdowało się na niej. Pęknięcia rozchodziły się z jednego punktu. Na początku nie zorientował się, co mogło być źródłem, cała podłoga była brudna.

Pociągnął nosem i natychmiast zrozumiał. Zebrało mu się też na wymioty, więc szybko zakrył usta dłonią i cofnął się, prawie wpadając w rozlany w powietrzu eliksir. Kiedy się cofnął, zauważył też, że to, co uznał za przypadkowe chluśnięcia, wcale nimi nie było. Porozlewana krew kilkunastu osób tworzyła dziwne znaki na podłodze, wyraźnie promieniujące czymś niebezpiecznie magicznym.

Czemu wszystko w tym przeklętym świecie musiało być magiczne?! Nienawidził magii!

Nassie niespiesznie zbliżył się do kręgu, pogwizdując sobie pod nosem jakąś wesołą melodyjkę. Przekrzywił głowę najpierw w jedną, potem w drugą stronę, jakby się zastanawiał nad jakimś zadaniem na teście, a nie jakby się przyglądał masowej ofierze złożonej w jakiś mrocznym rytuale. A tak przynajmniej podejrzewał Queelo, bo niby z jakiego innego powodu ktoś używałby aż tak wielkiej ilości krwi. To było obrzydliwe.

— Przywołanie — podsumował Nassie, sięgając do wewnętrznej kieszeni po notatnik, po czym chyba zorientował się, że jeśli to zrobi, to cały zabrudzi sobie krwią. Spojrzał prosząco na Queelo, a ten przewrócił oczami i wyciągnął swój zeszycik. — Zobacz, potrzebuję, żeby zapisać sobie ten znak, ten wyglądający jak taka trochę łódka — wyjaśnił, wskazując na jeden z zawijasów. Przesunął się trochę. — I ten też. Ten jeden w sumie rozumiem, ale on nie ma sensu. No zobacz! — Pochylił się nad czymś, co wyglądało jak jakieś chore połączenie muchy i fal. — To słowo oznacza szefa, króla, władcę albo jakiś inne tego typu synonimy, tyle że tego znaku nie używa się w kręgach przywoływania, ponieważ istoty przywoływane nie posiadają hierarchicznego ułożenia. Zwykle używa się rasy albo po prostu samego imienia. Imię też możesz zapisać, czekaj, przeliteruję ci je. Tylko dużymi, strasznie bazgrolisz, a ja muszę się potem rozczytać! K-I-R-R-H-O. Zapisałeś?

Podniósł się, żeby się przyjrzeć, a Queelo natychmiast się cofnął, odsuwając od niego dziennik.

— Odwal się! Nadal jesteś uwalony krwią! Oczywiście, że zapisałem! O jakie przywołanie ci chodzi?

Nassie zamrugał.

— Jak to jakie? Normalne. Rysujesz sobie krąg na ziemi i przyzywasz, kogo chcesz. Znaczy, to nie jest aż takie proste, musisz mieć jakąś sygnaturę tej istoty, nie wiem, krew, jakiś włos, ślina, odcisk palca, coś takiego. Czasem wystarczy zdjęcie albo figura, ale to zależy od istoty, przynajmniej jeśli mówimy o żywych. Jeśli chciałbyś przywołać demona…

— Nie przyszedłem na szkolenie z magii.

— Och, no tak, racja. No więc chodzi o to, że ktokolwiek to narysował, chciał przyzwać coś, nie posiadając sygnatury i nie określając gatunku tego czegoś. To prawdopodobnie była przyczyna wybuchu. Jeśli ta osoba była w pobliżu, a prawdopodobnie była, bo musiałaby umieć naprawdę szybko uciekać, to w najlepszym przypadku teleportowało ją w jakieś losowe miejsce świata. Większość świata to woda, więc pewnie już utonęła. W najgorszym dokonała samozapłonu i została po niej kupka popiołu.

— Są w ogóle jakieś opcje pomiędzy?

— Tak czy siak, pan Romiho miał jakiś jeden procent szansy na przeżycie — podsumował Nassie swój wywód. — Dziwne, bo krąg nie wygląda na robotę amatora, jest niemal idealny, ale te trzy znaki mnie niepokoją. Będziemy musieli je sprawdzić w bibliotece. To imię też. Wydaje mi się, że już je gdzieś słyszałem.

Gdy Queelo się zastanowił, również odniósł takie wrażenie. Błąkało się gdzieś w zakamarkach pamięci, stukając od spodu, ale nieważne jak mocno próbował sobie przypomnieć, nadal pozostawało gdzieś w tyle, nieodkryte. Pokręcił głową. Nie było sensu próbować, to musiało być jakieś stare wspomnienie.

— Powinniśmy też przepytać panią Romiho — odezwał się zamiast tego.

Odwrócili się obaj w stronę okna, przez które kobieta próbowała ukradkiem wyglądać. O dziwo nie przestraszyła się Nassiego i nadal tam siedziała, obserwując każdy ich krok.

— Powinieneś najpierw zebrać próbki — zdecydował Nassie. — Zrobiłbym to, ale jeszcze krew przemieszałaby się z tą całą… — Zamiast dokończyć zdanie, wskazał na swoje ubranie. — Typ raczej całego znaku nie wymalował z samego siebie, skonałby, zanim skończył. Więc ty pozbieraj krew, a ja przepytam panią Romiho.

Queelo zmierzył go spojrzeniem.

— Nie sądzę, żeby chciała rozmawiać z tobą.

— Dlaczego nie? Przecież jestem piękny i przystojny, a przynajmniej tak słyszałem od dość wielu osób. Nie, żebym się przechwalał, po prostu ludzie mnie kochają!

— Jesteś uwalany krwią.

— A co to ma do rzeczy?

— Rozmawiałbyś z kimś uwalanym krwią?

— Robię to codziennie, to jakiś problem?

— Złoci wojownicy są jacyś nienormalni — podsumował Queelo, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Słuchaj. Krew to krew, nieważne ludzka czy inferza, obie są czerwone i wyglądają tak samo, ale normalni ludzie podświadomie skojarzą ją sobie z ludzką, bo taką widzą częściej.

Nassie wydał z siebie ciche „och”, jakby dopiero po tym wyjaśnieniu załapał, jak paskudnie wygląda. Doprawdy, mógł sobie być genialnym mózgiem, szefem szefów czy kim tam był w swojej pracy, ale gdy przychodziło do kontaktów z normalnymi ludźmi, stawał się debilem i trzeba było mu tłumaczyć najprostsze rzeczy.

— Zostań przy swojej pracy — prychnął Queelo. — Spróbuj poszukać jakichś innych wskazówek, może dowiesz się czegoś więcej, a ja zbiorę próbki i po tym przepytam panią Romiho. I odsuń się ode mnie! — warknął, widząc, że Nassie podchodzi bliżej. — Zniszczyłeś mi już pięć koszul w tym miesiącu! Wiesz, jak cholernie ciężko jest sprać inferzą krew?! To cholerstwo nie chce schodzić! Trzymaj się ode mnie z daleka!

Nassie prychnął, ale posłuchał i poszedł na swoje poszukiwania. Queelo, z najwyższą odrazą, z powrotem przysunął się do wyrysowanego kręgu na ziemi, starając się oddychać przez usta, byle tylko nie wciągać aż tyle okropnego odoru krwi. Schował notesik i wyjął woreczki do próbek. Nie lubił tego robić, to była jego najmniej ulubiona część pracy policjanta — zbieranie krwi. Nie musiał jej dotykać bezpośrednio, ba, lepiej, żeby tego nie robił, ale musiał ją zebrać i przetrzymywać w mundurze, dopóki nie odda odpowiedniej osobie do badań. To, że konieczne było przenoszenie ze sobą czegoś takiego, przyprawiało go o mdłości. Oddałby to komuś innemu, ale też nikomu nie ufał na tyle, by to zrobić.

Dość szybko skończyły mu się materiały, co powitał z ulgą. Podniósł się i jak najszybciej odsunął od krwistej plamy. Nassie wałęsał się między odłamkami ścian, mrucząc coś do siebie pod nosem, nie zwracając na nic innego uwagi. Queelo wybrał więc sobie trasę powrotną, żeby ominąć tego złotego świra i dostać się do domu. Pani Romiho, widząc, że się zbliża, zniknęła z okna, aby chwilę później wychynąć zza drzwi. Wystawiła tylko głowę, jakby się bała zupełnie opuścić spokojne gniazdko.

— Czy coś się stało? — zapytała cicho, patrząc się na niego z lekkim strachem. — Wiecie już coś? Czy… czy on… nie żyje?

Queelo przypomniał sobie słowa Nassiego, że istnieje na to bardzo duże prawdopodobieństwo, ale ugryzł się w język.

— Dopiero zaczęliśmy śledztwo — powiedział zamiast tego. — Jeszcze nic nie jest pewne. Chciałbym zadać pani kilka pytań, jeśli oczywiście to nie problem. To może nam bardzo pomóc w sprawie.

Nie wyglądała na zadowoloną, ale mimo to nieśmiało skinęła głową. Queelo sięgnął po notatnik. Nie, żeby go potrzebował, potrafił spamiętać wszystkie najważniejsze informacje, ale dzięki temu, że zapisywał takie rzeczy, wyglądał bardziej profesjonalnie. Kiedyś nie dbał o takie drobiazgi, ale zauważył, że ludzie są mniej irytujący, kiedy to robił. A ludzie potrafili być naprawdę irytujący.

— Czym zajmował się pani mąż?

Pociągnęła nosem. Musiał z jej perspektywy wyglądać na nieczułego, ale jakoś nie potrafił się zmusić do płakania nad jakimś obcym człowiekiem.

— On… on nie pracował — wydusiła z siebie. — Przesiadywał w swoim laboratorium i mieszał jakieś substancje… mówił, że lekarstwa szuka.

— Lekarstwa? — zainteresował się Queelo. — Na co?

— Nigdy… nigdy nie powiedział. Tylko że to zmieni świat i… i… mówił, że jest blisko.

— Miał jakieś wykształcenie medyczne?

— N-nie. To ma znaczenie?

Biorąc pod uwagę, że robił jakieś lekarstwo, to zdecydowanie miało znaczenie, ale tę uwagę Queelo również zatrzymał dla siebie. Nie zajmował się krytykowaniem ludzi, tylko zbieraniem informacji.

— Wie pani, czy coś jeszcze robił w laboratorium, co mogłoby do tego doprowadzić?

Pokręciła głową.

— Zbierał… zbierał tam pełno ziół i mieszał. Tylko… tylko tyle… naprawdę.

Queelo skinął, udając, że notuje tę informację.

— Wiem, że opisywała pani już całą sytuację i czytałem ten opis, ale czy jest pani na siłach jeszcze raz powiedzieć, co stało się tej nocy? Może przypomniała sobie pani jakieś szczegóły? Mogła wtedy pani czegoś zapomnieć, a wszystko może okazać się ważne w sprawie.

Znów pociągnęła nosem. Queelo miał ochotę podać jej chusteczkę, ale jakoś nie miał żadnej przy sobie. Przeniósł wzrok na pustą kartkę.

— No to… to była noc — powiedziała cicho pani Romiho. — Tak jakoś koło drugiej, ale… ale nie jestem pewna, zegar nam w domu… niedawno… rozwalił się. No i Oolo siedział u siebie… znaczy w laboratorium… lubił tam ostatnio przesiadywać. Mówił… mówił, że już prawie skończył… że jak świat się dowie, to zostanie… zostanie bohaterem… i wszyscy będą szczęśliwi. Był taki zadowolony… tak bardzo zadowolony… cały czas się uśmiechał. Mówił, że… że w końcu wszystko zrozumiał i… i że to wspaniała wieść dla… dla wszystkich. Le-leżałam wtedy w łóżku i… no, nie mogłam spać. Cierpię… cierpię trochę na bezsenność i… mam problemy z za-zasypaniem. Podeszłam… podeszłam, żeby otworzyć okno… chłodna noc była. My-myślałam, że przeciąg może… może pomoże mi zasnąć. Uchyliłam je no i… no i… wtedy usłyszałam ten huk. To był po prostu huk… nie było żadnych świateł… dymu… ognia… no nic. Tylko huk. I… wszystko już wyglądało tak… tak, jak teraz.

— Rozpadło się?

— No… no właśnie nie-e. To… to trudno opisać. W jednej chwili wszystko było całkiem normalne. P-potem usłyszałam ten huk i wszystko już było t-tak. N-nagle. W… w jedną sekundę się zmieniło. Na-naprawdę. Nic nie… nie wybuchło.

Queelo uniósł brwi. W trakcie jej wywodu nie zapisał ani jednego słowa, ale jego mózg automatycznie podsunął mu obraz, więc w jego notatniku znajdowała się teraz wątpliwej jakości karykatura.

— Interesujące — odezwał się tuż obok jego ucha Nassie, a Queelo omal nie podskoczył. Nie zorientował się, że wojownik już skończył swój obchód. Na szczęście nie patrzył w notatnik a na panią Romiho. — Więc mówi pani, że to było takie mignięcie?

Kobieta pokiwała głową. Nie wyglądała na zadowoloną widokiem zakrwawionej osoby. Queelo doskonale ją rozumiał.

— To wynik źle rzuconego czaru — wyjaśnił wesoło Nassie, mając nawet czelność się uśmiechnąć. — Czy pani mąż parał się jakąś magią?

— On nigdy… nigdy nie…

— Miał pełno książek magicznych — dodał wojownik, nie czekając na koniec wypowiedzi. — Większość była porozrywana na kawałki, ale łatwo je poznać po okładkach. Poza tym to całe zatrzymanie czasu jest w oczywisty sposób magiczne.

— Mój mąż nigdy by nie…

— Poza tym na ziemi znaleźliśmy jedno, wielkie zaklęcie. To ono musiało wywołać ten chaos.

— Oolo nie był czarnoksiężnikiem! — oburzyła się pani Romiho, uderzając drzwiami w ścianę i stając teraz przed nimi w pełni wyprostowana. — Jeśli pan to sugeruje…

— Ależ niczego nie sugeruję! — Nassie wciąż utrzymywał uśmiech. — Jednak należy rozważyć wszystkie możliwości, a cała ta magia nie wzięła się znikąd. Czy pan Romiho zapraszał jakichś ludzi do tego laboratorium?

Słysząc pytanie kobieta trochę się uspokoiła. Może jednak Nassie nie był aż tak wielkim idiotą, za jakiego Queelo go uważał.

— N-nasz sąsiad, pan Ilmiir lubił tam do niego przychodzić, razem grywali tam w karty dość często. Czasem też… czasem przychodziła Jillo, jego… jego córka z poprzedniego małżeństwa. Złote dziecko. P-pomagała mu w jego pracy.

— Gdzie mieszkają?

— Ilmiir w tym szarym domu tutaj, tym z czerwonymi firanami. A Jillo… u swojej mamy, na ulicy Kamiennej, mają taki wysoki, czarny dom z dużą ilością kominów na dachu. Mieszkanie… jak się wejdzie na klatkę, to od razu pierwsze drzwi na lewo.

— No nic, trzeba będzie z nimi pogadać — podsumował Queelo, zamykając notatnik, w którym nie zapisał absolutnie żadnej informacji.

Pani Romiho znów pociągnęła nosem, zwracając na powrót jego uwagę.

— A-ale oni niedawno zaginęli — wydusiła z siebie płaczliwie.

— Och? — Nassie wyglądał na wyjątkowo zainteresowanego tą sprawą. — Zaginęli? Kiedy? Skąd? Zgłoszono to już na policję?

— Ja-jakiś tydzień temu, proszę pana. Oczywiście zgło-osiliśmy to od razu, jak tylko się zo-orientowaliśmy, ale jak na razie nie… nie znaleziono żadnych śladów.

— Faktycznie, słyszałem o tym — odezwał się Queelo, doznając nagłego przebłysku. — Igooy mi o tym mówił. To nie były jedyne przypadki, w tej okolicy zaginęło już kilkanaście różnych osób i nikt nie wie, co się z nimi stało. Po prostu pewnego dnia wyszli sobie na spacer i nikt ich więcej nie widział. Prowadzono tu już szczegółowe śledztwo, ale niczego nie znaleźli.

— To bardzo interesujące — mruknął Nassie sam do siebie, drapiąc się po brodzie. — Bardzo interesujące. Mógłbyś sobie stąd iść?

— Słucham?!

— Chcę postawić znaki tropiące.

— Och.

Queelo jak najszybciej się wycofał, słysząc te słowa. Opuścił podwórko, udając, że wcale nie ucieka z niebezpiecznego miejsca. Pani Romiho patrzyła na niego przez chwilę ze zdziwieniem, przynajmniej do momentu, kiedy nie załapała, co w zasadzie Nassie chciał zrobić. Kiedy już ją oświeciło, równie błyskawicznie ukryła się z powrotem w swoim domu.

Magia często wyglądała strasznie, ale w zasadzie sprowadzała się do rysowania jakichś znaczków na ziemi, które miały wywołać jakieś efekty. Nie była jakoś powszechnie znana i większość ludzi zwyczajnie się jej bała. Nie dlatego, że była niebezpieczna, ale raczej dlatego, że nie zdawali sobie sprawy jak w ogóle działa. Zawsze uciekali od osób rysujących znaki, przekonani, że jeśli będą stali w pobliżu, to jakoś ich to napromieniuje czy coś równie głupiego.

Queelo doskonale wiedział, jak to działało, ale nadal wolał się trzymać z daleka. Z jakiegoś powodu doznawał dziwnego, niezbyt przyjemnego uczucia, gdy stał w pobliżu zaklęć, więc zwyczajnie się do nich nie zbliżał. Bolała go głowa i zbierało mu się na wymioty. Nassie zawsze się z niego naśmiewał, że coś sobie wmawia, bo magia nijak nie wpływa na postronne osoby, ale Queelo i tak nie zamierzał go słuchać. Wmawianie czy nie, czuł się źle i tylko to się liczyło.

Stanął pod płotem i rozejrzał się po okolicy. Droga była rozwalona, ale nikt nie zawracał sobie głowy jej naprawianiem, bo i tak od dawna nie jeździły tam żadne samochody czy powozy. Domy wszystkie miały ten sam, ponury kolor i różniły się jedynie odcieniami. Czasem ktoś pozwolił sobie na dodanie jakiegoś małego, jasnego akcentu, ale wyglądało to raczej jak żart. Całe miasto było szare. Nikt, nawet bogacze, nie chciał zwracać uwagi na swój dom. W końcu im więcej przyciągających wzrok kolorów tym większe ryzyko zniszczenia.

Queelo szczerze wątpił, by to działało w ten sposób, w końcu co potwory obchodzi, czy jakiś dom jest szary, niebieski czy złoty? Jeśli wyczuwały w środku jedzenie, to go niszczyły, żeby się do niego dostać, tak właśnie postępowały. Nie różniły się wiele od zwykłych zwierząt, które polowały, by przeżyć. Jedyną różnicą było to, że były zdecydowanie od nich silniejsze. I to o wiele.

Na ulicy nie było ani jednego człowieka, a nawet jeśli jakiś się znalazł, to przemykał szybko, żeby schować się we wnętrzu budynku. Queelo prychnął z drwiną, widząc to. Tak jakby wewnątrz było bezpieczniej. Na własne oczy widywał, jak infery potrafiły niszczyć domy, nawet nieintencjonalnie, po prostu na nich siadając. Gdyby to on mieszkał w czymś tak nietrwałym, jak te sklecone na szybko chaty, to zdecydowanie wybiegałby na zewnątrz w trakcie każdego ataku. Przynajmniej nie zostałby zagrzebany pod gruzami.

W jednym z okien zauważył dwójkę dzieci, przepychających się między sobą. Rozejrzał się, szukając źródła ich zainteresowania, po czym zorientował się, że w zasadzie jest jedyną osobą w okolicy i tylko on mógł przyciągnąć ich uwagę. Spojrzał po sobie. Najwyraźniej Nassie, podczas jednej ze swoich entuzjastycznych przemów musiał go jakoś dotknąć, wobec czego cały rękaw jego munduru pokryty był krwią. Na dodatek jego nos tak się przyzwyczaił do tego zapachu, że w ogóle tego nie poczuł.

Ze złością w myślach do swojej listy zniszczonych przez Nassiego rzeczy dopisał kolejny mundur i prawdopodobnie koszulę też. Siedemdziesiąt dwie koszule w trakcie roku. To już było o dwie więcej niż w zeszłym, a minęły niecałe dwa miesiące. Jak tak dalej pójdzie, będzie musiał wykładać wszystkie swoje pieniądze na pralnię, bo wszystkie jego ubrania będą zbryzgane czerwienią. Zazgrzytał zębami.

Nassie opuścił posesję pani Romiho chwilę później, o dziwo bez uśmiechu. Wyglądał, jakby coś go trapiło.

— To dopiero dziwne — odezwał się, widząc Queelo. — Myślałem, że to będzie coś oczywistego, wiesz. Zaginięcia i krąg z dużej ilości krwi, to się składa w całość, no nie? Ale w pobliżu nie było absolutnie żadnych oznak. Nawet gniewne duchy nie krążyły po tym miejscu.

— A w jakimś ludzkim języku?

— Ta cała krew była oddana dobrowolnie.

To zdziwiło też Queelo.

— Dobrowolnie? Ale…

— Co oznacza też, że nie mam absolutnie żadnych poszlak — dodał smutno Nassie. — Jedyne zaklęcie, jakiego umiem użyć i okazało się bezużyteczne. Próbowałem też pozabierać jakieś urywki tych rozwalonych książek magicznych, ale wszystko jest tak zastygłe, że nie da się tego ruszyć. Powinniśmy znaleźć jakiegoś maga, żeby odwrócił ten efekt.

— Ty powinieneś. Ja się do żadnego nie będę zbliżał.

— Ale o dobrego maga trudno w dzisiejszych czasach — kontynuował Nassie, puszczając uwagę mimo uszu. — Lepiej na żadnym nie polegać, poza tym biorą kosmiczne sumy za jakieś banalne rzeczy, a co dopiero za te bardziej skomplikowane. No nic. Oddasz te próbki do zbadania, może coś z nich wyjdzie. A nawet jeśli nie, to jeszcze możemy spróbować sprawdzić te dziwne znaki. Zapisałeś je, no nie? Daj mi je. Mój portret też możesz mi dać.

Queelo z kamiennym wyrazem twarzy wyrwał dwie kartki ze swojego notesu i oddał je koledze, który wsunął je do jakiejś wolnej od krwi kieszeni. A potem się uśmiechnął.

— To co, jutro w bibliotece?

— Nie.

— Co? Dlaczego? Mieliśmy przecież szukać… och, no tak. Urodziny major Ivero. Zapomniałem.

— Zauważyłem.

— Mogę wpaść i przynieść jej prezent — zaoferował się wesoło Nassie, ale Queelo natychmiast pokręcił głową.

— To rodzinna impreza. Natrętów nie wpuszczamy.

— Bardzo duży prezent?

— Spadaj.

— Bardzo, bardzo ogromny prezent?

— Zdajesz sobie sprawę, że żadne z nas cię nie lubi?

— No ale ja was lubię! — zachwycił się Nassie, obejmując Queelo ramieniem. — Jesteście świetni! Wspaniała rodzina! Więc mogę robić tylko wszystko, żebyście i wy mnie polubili! Możesz babci przekazać życzenia ode mnie, a prezent jej wyślę pocztą. Żadnych zwrotów.

Queelo spojrzał na obejmującą go dłoń, ale zanim zdążył wyrazić swoje niezadowolenie, Nassie natychmiast go puścił.

— No nic, to ja dalej nie zawracam ci głowy. Umówiłem się jeszcze dzisiaj z Alloisem na trening i obrazi się na mnie, jak spóźnię się ponad godzinę. Muszę się też umyć — stwierdził, spoglądając na rękaw swojego munduru, jakby dopiero teraz w pełni uświadomił sobie, jak bardzo brudny był. — Tobie też by się chyba to przydało. No nic, to pa! Wpadnę do ciebie niedługo, jak będę miał czas.

I zawinął się, zanim Queelo zdążył wyładować swoją złość. Teraz całe jego ubranie było brudne. Zacisnął zęby i zmusił się, żeby podejść na komendę i przekazać tam próbki do badań. Żaden z policjantów nie powiedział nic na temat zakrwawionego ubrania. Może byli przyzwyczajeni do podobnego widoku. A może po prostu widząc minę Queelo, nie odważyli się zapytać, co się stało.

Co kogokolwiek miało to obchodzić? Queelo upewnił się, że wyniki dostanie najszybciej, jak się da i opuścił budynek. Jakaś pani krzyknęła na jego widok, ale ją również zignorował. Zamierzał jak najszybciej wrócić do domu i wziąć prysznic. Naprawdę długi.


Rozdział II

Urodziny Starszej Major Maato Ivero

Ihoo siedziała w swoim pokoju, sprawdzając jakieś papiery. Kiedy Queelo chciał jej pomóc, to wygoniła go do salonu, mówiąc, że powinien się zająć ozdobami. Zabrał się za to z niechęcią, bo w domu nie mieli zbyt wiele dekoracji, a jak już jakieś były, to nie za ładne. Babcia uważała to za zbędny luksus i nie pozwalała kupować nowych. Zresztą ani Queelo, ani Ihoo też nie wyrywali się, żeby jakieś załatwić.

Wyjął jedyne pudło ze schowka i zaczął je przeszukiwać, w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby się nadać, ale tylko stary łańcuch z kółek, który robił razem z Ihoo jak byli dziećmi, jakkolwiek wyglądał. Cała reszta dekoracji była albo porozrywana, albo pozjadana przez jakieś mole, albo brudna od kurzu i wieku. Tych ostatnich wyjątkowo nie chciał dotykać.

Zawiesił łańcuch nad oknem, schował pudło z powrotem i zaczął przeszukiwać szafki. Może jeśli odpowiednio ułożyłby ściereczki na stole, wyglądałyby ładnie? Udało mu się znaleźć kilka wazonów i jakieś kwiaty, ale te były na skraju wymarcia i postawione na stole wyglądały jak jakiś ponury żart, a nie element wystroju. Już lepsze byłyby jakieś zabawkowe. Powinien je wywalić? Nie chciał, żeby to wyglądało, jakby wypominał babci jej wiek.

Ktoś zadzwonił do drzwi, przerywając jego rozważania.

— Weź otwórz! — krzyknęła do niego Ihoo z góry. — To pewnie Pally, miał przyjść i mi pomóc!

Humor Queelo był już wystarczająco ponury, a jeszcze uległ pogorszeniu. Pally. Kolejny buc z rodzaju typów o złotych oczach. Najwyraźniej wszyscy w jego otoczeniu musieli mieć złote oczy, żeby jeszcze bardziej mu przypominać, jak bardzo nigdzie nie pasuje. Nikt nie mówił tego na głos, ale sugestia, jaką dawał mu świat, była oczywista.

O dziwo za drzwiami nie stał kolejny złoty wojownik, a dostawca z wielkim bukietem kwiatów w ramionach. Niechęć Queelo natychmiast zmieniła się w zdziwienie. Dopiero kiedy mężczyzna odchrząknął, zdał sobie sprawę, że stoi w miejscu i nic nie robi, więc szybko odebrał przesyłkę, dziękując pod nosem. Typ zniknął, nawet nie sprawdzając, czy dostarczył to do odpowiedniej osoby. Profesjonalizm!

Queelo wrócił do salonu i podmienił zdychające kwiaty na nowe.

— Kto to był? — zainteresowała się Ihoo, zbiegając ze schodów, a jej oczy zaświeciły się, kiedy zobaczyła wielki, żółty bukiet. — O rany! Ale ktoś się musiał na to wykosztować! Dla kogo to?

— Nie mam pojęcia — prychnął Queelo. — Dostawca nic nie mówił, tylko mi oddał i se poszedł. Pewnie dla babci, w końcu ona ma urodziny.

Ihoo nie dała się przekonać tym wyjaśnieniem i zaczęła szukać karteczki w całym tym gąszczu.

— Nie sądzę, żeby to wysłał twój chłopak — dodał Queelo, widząc jej zawziętość. — Jego nie stać na taki gest, przecież to tylko marnowanie pieniędzy czy jak on to tam ujmuje.

— No ja nie potrzebuję kwiatów do szczęścia — odpowiedziała spokojnie, ale jej gesty mówiły coś zgoła innego. — Musi być gdzieś liścik, nikt nie daje kwiatów bez liścików.

— Jak se znajdziesz jakiegoś nowego adoratora, to masz go tutaj nie przyprowadzać, jak jestem w pobliżu.

— Nie planuję na razie zmieniać chłopaka. Aha! — zakrzyknęła radośnie, wyjmując małą, zieloną karteczkę z toni żółci. — Mówiłam, że musi być. Uuu, ale ładne ozdoby, ktoś się postarał.

Otworzyła liścik, żeby przeczytać, co jest na nim napisane. Kąciki jej ust drgnęły lekko.

— To jednak twój kretyn?

Słysząc te słowa, roześmiała się w głos. Queelo zmarszczył brwi.

— To dla ciebie! — powiedziała radośnie, nie przestając się śmiać. — Kto by pomyślał? Mały Queelo w końcu sobie kogoś znalazł!

Queelo zamrugał, nie rozumiejąc, co siostra do niego mówi. Jak to „dla niego”? Przecież jego nikt nie lubił, był osobą, której nie powinno się lubić. Wyrwał Ihoo karteczkę, a ta zaśmiała się jeszcze głośniej. Rzeczywiście było tam zapisane jego imię. Tylko i wyłącznie. Żadnego nadawcy, wyjaśnienia, nic.

— Tylko… tylko jak sobie kogoś nowego znajdziesz — wydusiła z siebie Ihoo, ocierając łzy — to weź go nie przyprowadzaj, jak… jak jestem w pobliżu… pfff.

Zgięła się w pół i już nie wydawała z siebie żadnych dźwięków, po prostu próbowała łapać oddech, klepiąc się przy tym w nogę. Queelo spojrzał na nią ponuro. Dla niego nie było w tym nic śmiesznego.

— Możemy udawać, że to dla babci — powiedział, chowając liścik do kieszeni, ale Ihoo natychmiast się z powrotem uruchomiła.

— Mowy nie ma! To dla ciebie, wszyscy muszą wiedzieć! Wszyscy muszą wiedzieć, że kogoś masz. Tak w ogóle to żartowałam, jak kogoś masz, to masz go tu natychmiast przyprowadzić, chcę wiedzieć, kto się interesuje moim małym braciszkiem!

— Nikogo nie mam! — zezłościł się Queelo. — I nie zamierzam mieć!

— Mógłbyś, chociaż spróbować być w związku — mruknęła Ihoo. — To nie jest aż takie straszne, jak ci się wydaje.

— Przecież byłem kiedyś w jakichś związkach.

— Chodzenie z kimś za rączkę przez tydzień to nie jest związek.

Prychnął, ale nijak tego nie skomentował.

— Nie miałaś zająć się pracą?

— Do uzupełnienia reszty papierów potrzebuję Pally’ego — wyjaśniła, tonem profesjonalisty. — Nie posiadam wszystkich potrzebnych informacji. Więc dopóki nie przyjdzie, mogę ci tutaj pomóc. Trzeba zrobić ciasto. O, albo babeczki, babcia lubi babeczki. Idź do kuchni, poszukaj mi świeczek i weź w ogóle pozałatwiaj wszystko, foremki, mąkę, jajka… a tylko spróbuj coś sam zacząć! — dodała ostrzejszym tonem. — Jak tylko zobaczę, że coś majstrujesz, to dostaniesz po łbie.

Queelo przewrócił oczami.

— Przecież potrafię trzymać się przepisu.

— Nie masz poczucia smaku. Znów wszystko zepsujesz! Po prostu przygotuj mi miejsce, a ja wszystko załatwię, okej?

Zwinął się więc do kuchni i zaczął przeszukiwać szafki w poszukiwaniu potrzebnych rzeczy. Rzadko kiedy odwiedzał to miejsce, więc nie pamiętał dokładnie, gdzie co jest. Za każdym razem, jak próbował gotować, to siostra albo babcia wyrzucały go z kuchni. Może spalił kiedyś zupę przypadkiem, ale to przecież nie znaczyło, że zrobiłby to znowu! Nie miały do niego za grosz zaufania!

Ihoo przyszła chwilę później i zacmokała, widząc, jak nieporadny jest jej brat.

— No widzisz, to po prostu nie twoja bajka — powiedziała, łapiąc za fartuch. — Przesuń się, ja to zrobię. Ty możesz… hm… — Rozejrzała się po kuchni. — Zetrzeć mi czekoladę na tarce. Posypiemy tym babeczki. I weź zdejmij te rękawiczki.

Queelo spojrzał na swoje ulubione białe rękawiczki, bez których nigdzie się nie ruszał.

— Czemu?

— Wiem, że masz te swoje problemy z brudem i tak dalej, ale ci się ubrudzą od czekolady. Weź sobie inne czy coś.

— Wiesz, że mogę po prostu trzymać przez opakowanie?

— Jak chcesz, ja tylko się o ciebie troszczę. W końcu zawsze się wściekasz, jak musisz je prać.

Queelo darował sobie uwagę, że ostatnim razem musiał je czyścić, bo były całe zafarbowane krwią, a tą zdecydowanie trudniej było zmyć niż czekoladę. Nikt nie chciałby rozmawiać o takich rzeczach w kuchni. Zamiast tego zabrał się za robotę.

Gotowanie nie było nigdy dla niego jakoś specjalnie ciekawe czy interesujące, ale z drugiej strony jakoś bardzo nudne także nie. Zajęcie jak zajęcie. Powtarzanie tych samych czynności w kółko i w kółko, aż coś w końcu z tego wyjdzie. A przynajmniej tak to zrozumiał, kiedy kiedyś gotował. Nikt nigdy więcej mu nie pozwolił.

— Mam dwie lewe ręce — prychnął Queelo. — Możecie mi to po prostu powiedzieć.

— Ojej, to nie tak! — Ihoo odwróciła się do niego, nie przestając mieszać czegoś w misce. — Po prostu nie nadajesz się do gotowania. Przecież jest pełno innych rzeczy, w których sobie radzisz. Na przykład jesteś zdecydowanie najlepszy z rodziny, jeśli chodzi o zapamiętywanie informacji, ja muszę wszystko zapisywać, bo inaczej zapomnę. Gdybyśmy mieli się bić, to też jesteś lepszy. No i… e… jesteś wyższy?

— A co niby ma do tego wzrost?

— Nie wiem! Po prostu szukam jakichś rzeczy!

— To nie jest bardzo motywujące.

— Oj tam, w swojej pracy na pewno jesteś najlepszy.

— W towarzystwie tego wszechwiedzącego buca? Nie za bardzo.

— A nie możesz go wymienić na kogoś innego, skoro ci tak przeszkadza?

— Potrzebuję pieniędzy, a cała reszta tych detektywów od siedmiu boleści to leniwe buce i trzeba ich zaganiać do roboty. Już wolę pracować z tym irytującym dupkiem, przynajmniej coś robi.

— Może postaraj się go tak nie nazywać przy szerszej publice — doradziła Ihoo, odwracając się z powrotem w stronę kuchenki. — Ludzie raczej nie lubią, jak się wyzywa ich bohatera.

— Bohatera — prychnął Queelo z drwiną.

Ihoo sięgnęła po ścierkę i trzepnęła go po głowie.

— Nie przeginaj. Może mieć paskudny charakter, ale uratował setki ludzi.

— Nie bij mnie! I tak nie rozmawiam z ludźmi, nikomu nie powiem, że Nassie to debil, zgoda? Przestań! Przecież mówię prawdę! Jeszcze próbował nam się wbić dzisiaj na chatę! Ej!

Ihoo w końcu przestała go okładać, ale nadal trzymała ściereczkę w pogotowiu.

— Próbował czy nie, są rzeczy, których w towarzystwie się nie mówi. Więc trzymaj język za zębami.

— Ale nie jesteśmy w towarzystwie.

— Ale wiem, że publicznie też byś tak ze mną rozmawiał — oznajmiła Ihoo, uderzając go raz jeszcze, po czym spojrzała na czekoladę. — Idealnie. Teraz możesz to wstawić do lodówki, żeby się nie roztopiło. I nakryj do stołu.

— Po co komu talerze do jedzenia babeczek?

— Żeby nie było okruszków! No już, zrób to! A potem… pozamiataj. Zwłaszcza te pajęczyny z korytarza. Od wieków nikt tam nie sprzątał.

— Chcesz się mnie po prostu pozbyć?

— Dokładnie. No już, zabieraj się do sprzątania. Masz wiele do roboty, ten dom to burdel. Niby tak bardzo lubisz porządek, ale wszędzie jest bajzel.

— Bo mi nie pozwalacie dotykać swoich rzeczy, to ich nie dotykam. A to, że macie je porozwalane po całym domu, to nie moja wina.

— Narzekanie! Idź sprzątać! Już, już, won z kuchni.

Queelo przewrócił oczami, ale faktycznie wyniósł się gdzie indziej, zostawiając Ihoo samą. Jej opis domu był zdecydowanie zbyt przesadzony. Jedyną faktycznie brudną przestrzenią był schowek pod schodami, do którego i tak nikt normalnie nie przychodził, jeśli nie musiał wyrzucić jakiejś niepotrzebnej rzeczy. Zamiótł trochę pajęczyn, po czym stwierdził, że i tak nikt tego nie sprawdzi i darował sobie sprzątanie. Wrócił do salonu i rozłożył się na kanapie.

Telewizor stał smutno na półce. Mimo tego, że od kilkunastu lat był praktycznie bezużyteczny, nadal nikt nie zamierzał wrzucić go do schowka rzeczy niepotrzebnych. Tak samo zresztą było z radiem postawionym na komodzie, które chyba miało robić za element dekoracyjny, choć Queelo uważał, że było obrzydliwe. Wszystko było ładniejsze, nawet ten paskudny statek, który jego siostra zrobiła jako dziecko. Niestety w tym domu znajdował się w mniejszości decyzyjnej.

Zegar wybił południe, a babci nadal nie było. Zwykle wychodziła gdzieś z samego rana, kiedy wszyscy spali i wracała o różnych godzinach, nigdy nie chcąc powiedzieć, dokąd właściwie się wybiera. Wiadome było tylko to, że przed południem się nie pojawi. Ihoo spekulowała, że babcia chodzi do Twierdzy, żeby krzyczeć na młodych wojowników, jak bardzo się nie starają. Queelo uważał, że to nie ich sprawa i nie rozmyślał za dużo na ten temat. Co za różnica, gdzie chodziła? Dopóki wracała i nie wyglądała na wściekłą, było dobrze. Queelo sam nie chciałyby, żeby ktoś go wypytywał, gdzie łazi, więc nie pytał o to innych.

„Tyle że ja nigdzie nie chodzę”. Rozłożył się wygodniej. W tak ponurym mieście nie było ciekawych miejsc. Poza tym nie miał żadnych znajomych, z którymi mógłby i chciałby gdzieś się szlajać. Gdyby mógł, po prostu siedziałby w domu cały dzień.

— Queeeeelo. — Głos Ihoo był jakoś dziwnie przyjazny. — Braciszku kochany! Miałeś rozłożyć talerze, nierobie jeden!

— E… Jeszcze sprzątam! — skłamał Queelo, szybko się podnosząc i łapiąc za ściereczkę.

Kiedy jego siostra wkroczyła, akurat rzucił się na stolik i udawał, że właśnie go wycierał. Zmrużyła oczy, patrząc na niego, ale chyba to kupiła. Spróbował się uśmiechnąć, ale jego usta od tak dawna tego nie robiły, że kompletnie mu się nie udało.

— Proszenie się ciebie o sprzątanie — mruknęła pod nosem, po czym dodała na głos: — Zostaw już ten stolik, jest czysty. Naprawdę, jest czysty.

— Ma smugi — zauważył, nie zaprzestając tego teatrzyku. Co prawda sam je zrobił, ale teraz zdał sobie sprawę, że mu przeszkadzają, więc naprawdę zaczął dokładnie wycierać blat.

Ihoo wydała z siebie jakieś nieokreślone prychnięcie.

— To sobie wycieraj ten stolik, aż się będzie błyszczeć, jak taki uparty jesteś. Potem będziemy mogli postawić na nim twoje kwiaty, żeby się wszystkim chwalić.

Queelo się wyprostował.

— To nie są moje kwiaty.

Ihoo wyjęła z rękawa liścik. Queelo szybko sprawdził kieszeń. Nawet nie zauważył, kiedy zabrała tę głupią karteczkę! Kiedy w ogóle miała czas to zrobić? Jak ścierał czekoladę? Jak okładała go tą ściereczką? Przecież nawet się do niej nie zbliżył! Natychmiast rzucił ściereczkę.

— Oddaj to.

— Żebyś mógł to spalić w piecu? — zapytała z drwiną. — Mowy nie ma. Ktoś się tak ładnie dla ciebie postarał, a ty byś się najchętniej pozbył wszystkich dowodów.

— Dokładnie. Bo to prawie na pewno jakiś żart. Daj.

Pokazała mu język. Powieka mu drgnęła. Tego było już za wiele. Specjalnie go prowokowała, ale skoro zamierzała mieć wojnę, to będzie ją miała. Rzucił się, żeby złapać karteczkę, ale ona szybko schowała ją z powrotem do rękawa i obróciła się, podkładając mu przy okazji nogę. Złapał się jakiejś szafki, zanim jego twarz zderzyła się z podłogą.

— Dobre sobie — zaśmiała się, wolnym krokiem podchodząc do kanapy. — Jak chcesz to odzyskać, to musisz się bardziej postarać.

— Ale to moje — zezłościł się. — To jest kradzież!

— Jesteś policjantem czy coś. Zajmujesz się chyba odzyskiwaniem skradzionych rzeczy, nie? To ją odzyskaj.

Otworzył usta, żeby jakoś jej odpowiedzieć, ale nie wiedział jak. Na szczęście w tym momencie babcia postanowiła wrócić do domu. Ihoo, która zamierzała usiąść, natychmiast się wyprostowała i polecała z powrotem do jadalni, prawdopodobnie po to, żeby rozłożyć te nieszczęsne talerze. Queelo rozejrzał się, poszukując czegoś, czym mógłby się zająć, ale nic takiego w pobliżu nie było.

Wszyscy uważali starszą major Ivero za przerażającą i też dziwili się, dlaczego zdecydowała się przejść na emeryturę. W swoim wieku była zdecydowanie szybsza i skuteczniejsza niż większość nastolatków, na których zresztą często narzekała. Czasem chodziła szkolić nowych rekrutów, ale nie miała do nich zbyt dużo cierpliwości. Choć z wyglądu to Ihoo była do niej bardziej podobna, o tyle z charakteru bardzo przypominała Queelo. Była równie ponura, marudna i traktowała cały świat jak wroga.

Wkroczyła do salonu z grobową miną. Cokolwiek robiła tego dnia, najwyraźniej nie poszło zbyt dobrze. Queelo zmusił się, żeby być nieco mniej ponurym niż zwykle.

— Wszystkiego najlepszego! — wydusił, najbardziej entuzjastycznie jak tylko umiał. — Zrobiliśmy dla ciebie… znaczy się Ihoo… zrobiła dla ciebie… e… podwieczorek! Znaczy babeczki! I ten… zdrowia, szczęścia… najlepszego?

Nie był najlepszy w składaniu życzeń i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale mimo tej lichej przemowy, babcia się lekko uśmiechnęła.

— Kiedyś ci się uda — powiedziała z rozbawieniem, podchodząc do niego i klepiąc go pocieszająco po ramieniu. — Chociaż, szczerze mówiąc, moglibyście dać sobie już spokój z tymi przyjęciami, dzieci.

— Ty nam zawsze robisz przyjęcia — zauważył Queelo. — Więc my tobie też.

Co prawda trudno to w ogóle było nazwać „przyjęciami”. Zbierali się zwykle w trójkę przy stole i po prostu zajadali jakimiś słodkościami, rozmawiając sobie przy tym na wszystkie możliwe tematy. Czasem zapraszali kogoś dodatkowego, choć najczęściej był to po prostu chłopak Ihoo, który chciał przyjść akurat na jej urodziny i zrobić jej niespodziankę, aczkolwiek ostatnio się nie pokazywał. Najwyraźniej jego definicja „przyjęcia” brzmiała inaczej.

Ihoo wychyliła się z jadalni.

— Wszystkiego najlepszego! Mamy całą górę babeczek!

Faktycznie ułożyła wszystkie babeczki w jedną, wielką górę na talerzu, tak, że przypominały prawdziwy tort. W najwyższą z nich wetknęła świeczkę. Wyglądała na bardzo zadowoloną ze swojej pracy i nawet Queelo, który nie trawił cukru, musiał przyznać, że wyszło jej to całkiem ładnie. Gdy przychodziło do gotowania, stawała się artystką.

— Och, dzieci, dzieci. — Babcia pokręciła głową i dała się zaprowadzić na miejsce. — Dzień jak co dzień, nie musieliście nic przygotowywać. Pewnie macie dużo pracy i jeszcze się tak męczycie…

— Dopóki nie pojawi się mój kolega, nie mam nic do roboty — przyznała wesoło Ihoo, też siadając przy stole.

Queelo podszedł do jedynego wolnego krzesła i zmarszczył brwi, widząc, że przy jego miejscu też stoi talerz, a na nim coś, co wyglądało jak babeczka, tylko trochę bardziej zmaltretowana.

— Co to?

— Jedzenie — odpowiedziała poważnie siostra.

— Widzę, że jedzenie. Tylko co ono robi tutaj?

Ihoo zacmokała.

— Zrobiłam taką jedną, specjalnie dla ciebie, żebyś nie musiał się smutno przyglądać, jak jemy bez ciebie. Składniki kosztowały mnie fortunę, więc mógłbyś docenić. Raczej nie powinieneś się nią zatruć ani nic.

— Raczej?

— Nie znalazłam innego dziwadła, żeby to sprawdziło, więc będziesz pierwszy.

Spojrzał krzywo na babeczkę. Nie wyglądała zbyt zachęcająco. Dla większości ludzi to mogła być słodka przekąska, dla Queelo zwykle oznaczała gorączkę na czterdzieści stopni, ból głowy i umieranie przez kilka dni, aż jego organizm na powrót się wyleczy, dlatego miał prawo być nieufny. Jeden nieostrożny ruch i choroba.

Wziął babeczkę w palce i podniósł ostrożnie, przyglądając się jej uważnie. Babeczka jak babeczka. Może Ihoo robiła sobie z niego żarty? Czasami potrafiła być dość wredna, ale chyba świadomie by go nie otruła, prawda? Przysunął ją bliżej i powąchał. Zapach zdecydowanie nie był taki sam. Pachniała całkiem ładnie, miała też nutkę…

— Alkohol? — zdziwił się Queelo, patrząc na uśmiechniętą Ihoo.

— Tylko trochę — odpowiedziała wesoło. — Dodałam do wszystkich, żeby trochę rozweselić atmosferę. Ale nie jest tego dużo, nawet całą górą się nie upijecie. — Sięgnęła po najwyższą babeczkę i ułożyła ją na talerzu babci. — Solenizanci przodem.

Babcia nie była równie podejrzliwa co Queelo. Zdmuchnęła świeczkę, wyjęła ją i od razu ugryzła babeczkę, żeby spróbować. Niemal natychmiast wzięła drugi, co chyba oznaczało, że jej zasmakowało. Ihoo przeniosła spojrzenie na brata, zachęcając go do spróbowania.

Niezbyt chętnie, ale w końcu postanowił ugryźć ten dziwny twór. Pierwsze zaskoczenie: jego organizm nijak nie zareagował, co oznaczało, że Ihoo wcale go nie okłamała. Drugie: to smakowało całkiem dobrze. Na jego twarzy nie pokazało się żadne zadowolenie ani nic takiego, ale jego siostra i tak jakimś cudem to zauważyła.

— Świetnie. Widzisz, nie zatrułeś się!

— Wolę być ostrożny — odpowiedział Queelo.

— Nie ufasz moim zdolnościom kulinarnym?

— Przecież sama im nie ufasz, czemu ja miałbym?

— Tylko nie zaczynajcie się tutaj kłócić — przerwała im babcia, zanim Ihoo zdążyła powiedzieć coś więcej. — Ważne jest, że smakuje, prawda? W takim pięknym dniu nie powinniśmy narzekać na siebie nawzajem. Porozmawiajmy o jakichś miłych rzeczach. — Sięgnęła po kolejną babeczkę i wskazała głową w stronę wazonu. — Które z was się szarpnęło na te kwiaty? Nie widziałam tak wielu aurelitów odkąd wasz ojciec próbował mi się przypodobać i codziennie je przynosił. Musiały kosztować majątek.

Ihoo uśmiechnęła się wrednie. Queelo wręcz przeciwnie.

— Nawet nie próbuj — syknął w jej stronę, ale ona już nabrała powietrza.

— Queelo je dzisiaj dostał! — wyrzuciła z siebie na wydechu, zanim zdążył ją zagłuszyć. — Queelo kogoś ma! Queelo sobie kogoś znalazł!

— Nikogo sobie nie znalazłem!

— Już słyszę weselne dzwony!

— Niczego nie słyszysz, zamknij się!

— Nasz mały Queelo w końcu dorasta — dodała, udając, że wyciera łezkę z oka.

Mały Queelo nie miał najmniejszego zamiaru dorastać, a jego twarz zaczęła robić się czerwona ze złości. Babcia postanowiła znów się odezwać.

— Oj, dzieci — powiedziała, natychmiast zwracając ich uwagę. — Kwiaty przecież jeszcze nic nie znaczą, kochanie. Równie dobrze ktoś mógł je wysłać w ramach podziękowania, w końcu Queelo pomógł wielu osobom.

— Widzisz! — Queelo wskazał na Ihoo palcem. — Nie znasz się!

— A ty nie powinieneś się wściekać na siostrę — dodała babcia, odwracając się do niego. — Ona chciałaby tylko się cieszyć z twojego szczęścia. Może nie okazuje tego w najlepszy sposób — spojrzała wymownie na wnuczkę — ale to nie znaczy, że macie na siebie stale krzyczeć.

— Mojego szczęścia — prychnął Queelo, krzyżując ręce. — Nie potrzebuję nikogo. Ludzie i tak przynoszą więcej przykrości niż szczęścia.

Tego podejścia nikt już nie skomentował, nawet Ihoo uśmiech zszedł z twarzy i wyglądała na winną. Wtedy z kolei Queelo poczuł się winny, że zniszczył jakąkolwiek atmosferę. W końcu to miało być przyjęcie babci, a przyjęcia powinny być choć trochę radosne.

— To… dostałaś jakieś fajne prezenty? — postanowił szybko zmienić temat.

Babcia uśmiechnęła się.

— Znalazłam jakieś dziwne, nowe ramki dzisiaj na korytarzu? To wasza sprawka?

— Krasnoludki zrobiły.

— Oraz zegar.

— A to starszy krasnoludek musi za to odpowiadać.

— Ale szpilki do włosów to już chyba nie wasza sprawka?

Zarówno Queelo, jak i Ihoo zmarszczyli brwi, patrząc po sobie. Oboje wyglądali na zbyt zdziwionych, co stanowiło wystarczający dowód ich niewinności. Babcia sięgnęła do torby i wyjęła z nich trzy długie, pozłacane szpile, które przypominały bardziej broń niż ozdobę do włosów. Zdecydowanie by jej pasowały, gdyby tylko babcia kiedykolwiek planowała jakkolwiek w ładny sposób spinać włosy, zamiast po prostu je związywać w najprostszy możliwy sposób.

Queelo chciał sięgnąć po jedną, żeby się jej przyjrzeć, ale zawahał się. Złote szpile. Wyglądające jak broń. Coś mu zaświtało w głowie.

— Chyba wiem, kto mógł ci to dać — powiedział, cofając dłoń.

Ihoo spojrzała na niego, od razu rozumiejąc.

— Myślisz?

Wzruszył ramionami.

— Jak mu się nie udało wprosić, to powiedział, że wyśle jakiś prezent. Wygląda jak coś, co taki psychopata by dał.

— Z tym człowiekiem to same problemy — dodała babcia, też od razu łapiąc, o kim jej dzieci rozmawiają. — Może spróbuj go kiedyś zaprosić? W końcu by przestał się wciskać na siłę.

— To nie zadziała. Kiedyś jak się na coś zgodziłem dla świętego spokoju, to potem był jeszcze bardziej irytujący — prychnął Queelo, kładąc głowę na stole. — Chciałbym mieć choć dzień spokoju od tego wszystkiego. Szkoda, że potrzebuję pieniędzy do życia, bo inaczej rzuciłbym to w cholerę.

— Wyrażaj się! — syknęła na niego Ihoo.

— Oni wszyscy są tacy sami — dodał, zupełnie ignorując siostrę. — Ci złoci wojownicy. Tylko by na wszystkich psioczyli, tacy aroganccy, wielcy panowie na włościach, co na zwykłych ludzi plują. — Podniósł wzrok, żeby zorientować się, że siostra i babcia patrzą na niego krzywo. — Przecież nie mówię o was, tylko o tych bucach z biura detektywistycznego. Tylko z Alloisem jako tako da się gadać, ale on i tak mało kiedy jest.

— Tak, dzisiejsi wojownicy to nie to, co kiedyś — przyznała mu rację babcia. Jakimś cudem była w stanie mówić normalnie, nawet jeśli sekundę wcześniej wcisnęła prawie całą babeczkę w usta. — Prawie sami rozleniwieni bogacze, którzy patrzą tylko na czubek własnego nosa. Niby tacy wspaniali, ale jak przyjdzie co do czego, to nawet głupiego infera zwykłego nie potrafią się pozbyć, jak stoi tuż przed nimi i się nie rusza. To jakaś kpina.

— Wezmą jakąś najłatwiejszą sprawę i zachowują się, jakby robili wszystkim wielką przysługę, że marnują swój czas na coś takiego.

— W ogóle nie przykładają się do treningów albo nawet w ogóle na nie nie przychodzą!

— Nie da się ich o nic zapytać, bo od razu patrzą na ciebie jak na debila, bo nie wiesz czegoś tak oczywistego.

— Zawsze muszą sobie znaleźć kogoś, na kogo można zrzucić robotę!

— A już myślałam — przerwała im Ihoo — że spędzimy choć jedno przyjęcie bez marudzenia na cokolwiek. Czemu zawsze kończymy na tym samym temacie?

— A o czym innym mielibyśmy rozmawiać? — spytał Queelo, w końcu biorąc kolejnego gryza dziwnej babeczki. — Nie mamy zbyt ciekawego życia, żeby rozmawiać o czymś innym, niż ta banda debili. Poza tym narzekanie jest fajne. Babcia to jedyna osoba, z którą da się narzekać, bez słuchania litanii na temat tego, jakim to jestem niewdzięcznikiem.

— I nawzajem — przyznała mu babcia. — Aczkolwiek może bez tego niewdzięcznika. Mnie nikt nie odważył się nigdy tak powiedzieć, ale widać po ich minach, że ciśnie im się to na języki.

— Jesteście siebie warci — prychnęła Ihoo. Chciała chyba coś jeszcze powiedzieć na ten temat, ale wtedy odezwał się dzwonek. — To pewnie Pally, miał mi dzisiaj pomóc w papierach. Przepraszam was, ale rozumiecie, praca. Nie chcę, żebyście mnie potem wyzywali od nierobów.

— Ty akurat robisz najwięcej — zauważył Queelo. — Też powinnaś to rzucić w cholerę. Bez ciebie to wszystko rozpadłoby się w tydzień. Błagaliby cię o powrót i podnieśli tę nędzną pensję. Jak z babcią.

Zarówno babcia, jak i Ihoo, uśmiechnęły się do niego dziwnie, w sposób, którego nie rozumiał. Siostra wyszła z pokoju i rozmawiała przez chwilę z kolegą w wejściu, po czym poszli na górę. Queelo próbował nadstawić uszu i coś podsłuchać, ale nawet jeśli rozmawiali, nie było tego słychać. Westchnął zawiedziony.

— Mógłbyś przynajmniej siostry nie podsłuchiwać — odezwała się babcia, zwracając jego uwagę.

— Nie chciałem jej podsłuchiwać. Tylko tego typa. Nie podoba mi się.

— Oj, skarbie, zamiast o nią, powinieneś się raczej martwić o siebie.

Jej ton nagle stał się niepokojąco poważny. Queelo spojrzał na nią ze zdziwieniem, nie rozumiejąc, o co chodzi. Przecież zawsze martwił się o siebie.

— To znaczy?

— Nie chciałam tego mówić w towarzystwie Ihoo, bo mogłaby zacząć dramatyzować, ale te kwiaty — wskazała na żółty bukiet — równie dobrze co podziękowanie, mogą stanowić groźbę. A już zwłaszcza w twoim kontekście. Powinieneś naprawdę uważać.

Queelo przełknął ślinę, kiedy dotarł do niego sens tych słów i spojrzał jeszcze raz na kwiaty. Teraz wydawały mu się jakoś bardziej złowieszcze niż wcześniej. Jednym kęsem zjadł całą resztę babeczki i choć wcześniej miała zupełnie inny smak, tym razem smakowała wyjątkowo gorzko.


Rozdział III

Zjawiska Nadprzyrodzone w Bibliotece Miejskiej

Queelo zatrzymał się przed drzwiami biblioteki i wziął głęboki oddech. Potrzebował chwili przygotowania, zanim świadomie wystawi się na obecność Nassiego i jego niszczycielskiej aury. Naprawdę nie miał na to ochoty, zwłaszcza w obecnej sytuacji. Nie wyspał się, w nocy w każdym kącie jego mózg widział jakichś podejrzanych ludzi, z których absolutnie żaden nie okazał się prawdziwy. Kiedy w końcu udało mu się zasnąć, nastał już ranek.

Tak jak przypuszczał, natychmiast po przekroczeniu progu nastąpił atak.

— Jesteś wreszcie! — zachwycił się Nassie, pojawiając się tuż obok niego. — Wiedziałeś, że nikt tu już nie przychodzi? Nawet bibliotekarz powiedział, że on sobie idzie, bo w tym miejscu straszy. Jesteśmy sami!

— Więc mówisz, że gdybym cię teraz zastrzelił, to nie będzie żadnych świadków?

— Chodziło mi bardziej o to, że nikt nie będzie nam przeszkadzał w poszukiwaniach, ale interpretuj to, jak chcesz — odpowiedział wesoło, zupełnie nie przejmując się słowami kolegi. — Próbowałem szukać sam jakichś informacji, ale system katalogowania jest nielogiczny i nie umiem się w tym połapać. Zupełnie jakby bibliotekarz układał to wszystko losowo! Jak tak można?! Musisz mi pomóc!

— Panie i panowie, najmądrzejszy wojownik całej Twierdzy — zakpił sobie Queelo — którego można pokonać zwykłą losowością. Jesteś pewien, że tego tytułu nie nadali ci ironicznie?

— Zajmuję się logicznymi rzeczami, w losowości logiki nie ma — zauważył Nassie. — Mógłbym to zacząć przeszukiwać i pewnie bym coś w końcu znalazł, ale sam powiedz, jak można w bibliotece wszystko zorganizować tak nielogicznie? To nie ma sensu. To jest miejsce, które jak najbardziej powinno być logiczne.

— Jeszcze raz powiesz słowo „logika”, to cię strzelę w twarz.

— Dzisiaj jestem już czysty, nie ubrudzisz sobie rączek, więc nie krępuj się.

— Pistoletem.

— To też jest jakieś wyjście.

Nassie podskoczył wesoło w stronę biurka, przy którym normalnie powinien siedzieć bibliotekarz i otworzył szufladę. Queelo z niechęcią podszedł bliżej, żeby zobaczyć, że faktycznie, tam, gdzie powinien być jakiś system katalogowania, panował totalny chaos. Nassie, z uśmiechem na ustach, wyjął całą stertę kartek, zeszytów i notatek, żeby rozrzucić je wszystkie po blacie.

— Widzisz? Nielogi… Niepoukładane! A biblioteka jest ogromna! Jak mamy tu cokolwiek znaleźć?!

Queelo wziął plik kartek, żeby sprawdzić, jak w ogóle pozapisywane są na nich informacje. Były czytelne, przynajmniej tyle. Bibliotekarz nie bawił się w jakąś kaligrafię, ale też nie tworzył jakichś bazgrołów. Sposób zapisu informacji jednak był tragiczny. Zamiast stworzyć jakieś kategorie, tytuły książek były porozpisywane w losowej kolejności i krótko opisane pojedynczymi słowami. Nie było nawet informacji, w jakiej części biblioteki się znajdują, tylko jakiś numerek. Podejrzewał, że bibliotekarz wiedział, które miejsce oznacza jaki numer, ale postronnemu raczej trudno było się w tym zorientować.

— Będzie ciężko — mruknął pod nosem. — Szukamy czegoś o tych twoich symbolach, nie? Symbolika w znakach? Król Kirrho? Z czymś mi się kojarzy to imię, ale nie mam pojęcia z czym.

— Myślałem o tym i królowie występowali tylko w naprawdę dawnych czasach, więc może udałoby się coś znaleźć w książkach historycznych, ale tych najstarszych. Możesz poszukać czegoś o monarchii, a ja zajmę się tą magiczną częścią.

Z takimi założeniami, nawet jak znajdą tytuł, w którym mogłoby być coś pomocnego, to jak mają znaleźć samą książkę? To nie tak, że setki tych regałów były jakkolwiek pozaznaczane, a nawet gdyby, na jednym leżały tysiące książek. W takich warunkach nie dało się pracować. Zanim Queelo zdążył coś powiedzieć, Nassie rozsiadł się na fotelu bibliotekarza i zaczął przeszukiwać kartki, pogwizdując jakąś skoczną melodyjkę pod nosem.

Queelo spojrzał na swoją kartkę i przeleciał wzrokiem przez słowa. Nie było absolutnie niczego na temat monarchii, historii czy w ogóle jakiejkolwiek władzy. Na pierwszym miejscu był jakiś poradnik, za nim fantastyka naukowa, a potem dwie pozycje, które trudno było określić jakimkolwiek słowem, widać było, że nawet bibliotekarzowi sprawiło to problem. Odłożył pierwszą kartkę na puste miejsce i zajął się następną.

Był to powolny i mozolny proces, który doprowadzał go do ziewania. Zresztą nie tylko jego, bo po chwili i Nassie zaczął wydawać z siebie dziwne dźwięki, które chyba były jego sposobem na wyrażanie nudy. Lubił zagadki, ale przeglądanie dokumentów, jeden po drugim, dla niemal każdego było nudnym zajęciem. Po przejrzeniu dziesięciu walnął całą stertą w biurko. Queelo spojrzał na niego, unosząc brew.

— Mam dość! — oznajmił Nassie, podwijając rękawy. — Zrobimy to moim sposobem.

— A to już tego nie robimy twoim sposobem?

Wojownik nie odpowiedział, tylko jednym ruchem zrzucił wszystko z biurka, prosto pod nogi Queelo, po czym wskoczył na blat.

— Mam dzwonić po lekarza czy po egzorcystę?

— Ciekawe jak — prychnął Nassie, rozglądając się, po czym z biurka przeskoczył na szafkę w pobliżu i zaczął się po niej wspinać. — Raczej nie masz baterii, która wytrzymałaby tak długo. Poza tym w bibliotece nigdy nie było zasięgu. Beznadziejnie ją zbudowano. Ściany nie przepuszczają nawet krzyków, a co dopiero, żeby jakieś fale telefoniczne tu docierały czy na co tam telefony działały. O!

Usiadł na samym szczycie półki i zaczął wesoło wymachiwać nogami. Podniósł rękę i, kiedy zorientował się, że nie sięga nią sufitu, wstał. Zachowywał się jak dziecko, które właśnie odkryło, że jest w stanie wdrapać się na drzewo. Czy tam na półkę na książki, różniło się to tylko etapem ewolucji. Jedno i drugie było drewnem, więc można było uznać je za tę samą rzecz.

Uniósł dłonie do twarzy i zaczął udawać, że to lornetka.

— W bibliotekach książki zawsze są ustawiane działami — powiedział, chyba bardziej do siebie, niż do stojącego wciąż na ziemi Queelo. — W trakcie tych dwudziestu lat nikt nie mógł tego aż tak bardzo zepsuć. Ludzie głupi nie odwiedzają takich miejsc za często. Na pewno mają tu jakieś oznaczenia czy coś. Musi coś być…

Queelo przewrócił oczami, ale sam też się rozejrzał. Może faktycznie mogło to być jakkolwiek poukładane, tylko trzeba było zgadnąć, w jaki sposób to rozpoznać. Odłożył kartki i postanowił się przespacerować między półkami. Było większe prawdopodobieństwo, że w ten sposób na coś trafi niż po prostu poprzez przeglądanie bezsensownej dokumentacji. Słyszał Nassiego, który najwyraźniej postanowił poskakać sobie po szafkach i ruszył w kierunku przeciwnym do hałasu. Czy w bibliotece nie powinno się zachowywać ciszy?

Pamiętał wciąż zgłoszenie sprzed kilku lat, jakoby w tym miejscu straszyło, ale że nie lubił zajmować się sprawami, w które jakkolwiek mogła być wmieszana magia, nie postanowił go przyjąć. Nassie też się jakoś specjalnie nim nie zainteresował, więc zostawili je dla innych detektywów. Wychodziło jednak na to, że albo nie przyjął go absolutnie nikt, albo ktoś nie wykonał za dobrze swojej pracy. Z innej jednak strony nigdzie nie było widać duchów czy innych potworów.

W powietrzu unosił się stęchły zapach kurzu, który zalegał tonami pośród książek. Właściciela nie było nawet stać na porządne sprzątanie. Queelo miał ochotę wziąć jakąś ścierkę i samemu rozpocząć porządki, ale gdyby zaczął, nie wyszedłby z biblioteki przez przynajmniej rok. Poza tym wola posiadania środków do życia była zdecydowanie większa niż chęć przebywania w czystym pomieszczeniu, choć aż tak wielkiej różnicy między nimi nie było. Z trudem odwrócił myśli od tego całego brudu i skupił się na przeglądaniu tytułów.

Jak można było się spodziewać, większość książek nie wyglądała najlepiej. Musiały na półkach przeleżeć naprawdę wiele lat, ponieważ wyglądały tragicznie, jakby nikomu nawet nie chciało się przetrzeć ich grzbietów, które przecież były najbardziej na widoku. Queelo z ciekawości podszedł do jednej z półek i sięgnął po jakieś grube tomiszcze z wytartą nazwą. Jak trafnie odgadł, tuż po lekkim ruchu w górę wzbił się niewielki obłok kurzu. Zostawił więc książkę. Nie zamierzał się znów użerać z brudnymi ubraniami.

Budynek był o wiele większy, niż wyglądał z zewnątrz. Dlaczego w zasadzie w bibliotekach ludzie musieli tworzyć labirynty z półek, przecież to nie miało sensu. O wiele łatwiej byłoby ustawić wszystkie półki równo i je jakoś ładnie podpisać, ale nie. Właściciele z jakichś powodów lubili z nich ustawiać pseudokorytarze, chyba tylko po to, żeby nikt tam nie przychodził. Albo, żeby jak ktoś już przyjdzie, to się zgubił i zginął z głodu, nie mogąc znaleźć wyjścia. Bibliotekarze byli psychopatami.

Skręcił za róg i zobaczył kawałek materiału na podłodze. Nie wyglądał na równie brudny i zaniedbywany co książki, więc Queelo z zainteresowaniem do niego podszedł. Była to chyba jakaś flaga, a wielkimi, ładnymi literami wyszyte na niej były słowa „literatura naukowa”. Czyli biblioteka faktycznie posiadała jakieś oznaczenia działów! Ale czemu leżały one na podłodze? Queelo zmarszczył brwi i podniósł materiał. Zdecydowanie powinien gdzieś wisieć. Rozejrzał się, ale nie widział nigdzie miejsca, gdzie mogłoby to pasować.

Kawałek był oderwany. To dopiero było dziwne, biorąc pod uwagę, że materiał był gruby i rozerwanie go byłoby w zasadzie niemożliwe bez jakiejś nadludzkiej siły. Queelo sam z ciekawości pociągnął mocniej, ale nitki ani drgnęły i trzymały się mocno. Raczej nikt tego nie odciął nożyczkami czy tam nożem, a jeśli tak to zrobił, to musiało być to bardzo tępe ostrze, żeby zostawić tak postrzępione ślady.

— Znalazłeś coś?

Queelo nawet nie usłyszał, że ktokolwiek się do niego podkradał. Naprawdę, czy ten człowiek musiał się za nim włóczyć nawet w trakcie poszukiwań? Nie mógł iść w inną stronę, żeby przeszukać większy teren? Odwrócił się, żeby wygarnąć koledze.

Stał tam, w przejściu i uśmiechał się, jak zwykle, w dokładnie ten sam irytujący sposób. Ale mimo to coś było nie tak. Queelo zmrużył oczy.

Wyciągnął pistolet z szybkością błyskawicy, odbezpieczył i bez zastanowienia strzelił. Huk poniósł się echem po bibliotece, a gdy ucichł, zapanowała całkowita cisza. Nawet odgłosy butów skaczących po kolejnych półkach nagle zamarły.

— Strzeliłeś do mnie — powiedział ze zdziwieniem stojący przed nim Nassie.

Nie miał ani jednej rany postrzałowej. Queelo był absolutnie przekonany, że nie spudłował. Jeśli strzelał, to zawsze trafiał, zwłaszcza jeśli cel się nie ruszał. Nie opuścił broni.

— Kim jesteś?

— Masz problemy z głową czy ze wzrokiem? Może to ja powinienem dzwonić po lekarza.

— Mam doskonały wzrok i jeszcze lepszą pamięć. W przeciwieństwie do ciebie, najwyraźniej, skoro gdzieś ci zniknęła taka mała blizna, którą zawsze miałeś pod prawym okiem.

Sobowtór uniósł gwałtownie dłoń do wskazanego miejsca. Queelo prychnął.

— Żartowałem. Aż tak bardzo się nigdy nie interesowałem jego twarzą, żeby coś takiego zobaczyć. Ale faktycznie czegoś ci brakuje. Na przykład dziury w brzuchu. Czym jesteś?

Kimkolwiek nie był, przestał się uśmiechać. Brak tego elementu na twarzy Nassiego był naprawdę dziwnym zjawiskiem. Queelo nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział tego idiotę z innym wyrazem twarzy. Czasem uśmiechał się przyjaźnie, czasem ironicznie a czasem wrednie, ale zawsze jakoś się uśmiechał. Z poważniejszą miną wyglądał jak zupełnie inna osoba.

W zasadzie stała przed nim inna osoba, więc może to nie była wina braku wyszczerzonych zębów. O ile w ogóle stała przed nim jakakolwiek osoba.

— Czym jesteś? — powtórzył pytanie, tym razem podnosząc nieco pistolet tak, by celować w głowę. Nie był pewien czy to coś da, biorąc pod uwagę fakt, że pierwsza kula przeleciała przez istotę, jakby ta nie istniała, ale zawsze warto było spróbować.

— To bardzo niemiłe pytanie — odpowiedziała istota. Nadal nie przestawała wyglądać jak Nassie.

— Kiedy zapytałem, kim jesteś, to mi nie odpowiedziałeś, więc dlaczego miałbym być miły? Na dodatek udajesz tego przygłupa. Masz teraz strasznie wkurzającą twarz, w stosunku do niej nigdy nie jestem miły.

To wyraźnie zdziwiło jego rozmówcę. Oczywiście mało kto powiedziałby to o Nassiem, ludzie widzieli serdeczny uśmiech i tę niewinną twarzyczkę, traktowali go jak aniołka, nawet jeśli często paradował po mieście wysmarowany krwią inferów. Queelo za to irytował ten drwiący uśmieszek, te białe zęby, te jasne, złote oczy, w których było widać radość za każdym razem, gdy temu bucowi udało się kogoś zdenerwować. I jeszcze to idiotyczne uczesanie! Mógłby sobie po prostu związać włosy jak normalny człowiek albo łazić w rozpuszczonych, jak już tak bardzo chciał się pochwalić byciem jedynym blondynem na świecie. Ale nie, robił se jakąś dziwną gumkę z własnych włosów i to na dodatek gdzieś po boku głowy, zamiast na środku. No i nieustannie je poprawiał! Denerwujące!

— Więc? — ponowił pytanie. — Mam strzelić jeszcze raz?

Istota spojrzała na jego twarz, po czym rozwiała się w nicość. Queelo zmrużył oczy, ale absolutnie nic po niej nie zostało. Nastawił uszy, jednak nie usłyszał absolutnie niczego. Powoli opuścił broń, nie zamierzał jednak zdejmować palca ze spustu. Rozejrzał się ostrożnie. Wokół niego była tylko pustka i setki półek z książkami. Nic więcej.

— Co się stało? — odezwał się nagle Nassie z góry, a Queelo gwałtownie wycelował w jego stronę. — Hola, hola, może, zanim mnie zastrzelisz, to przynajmniej się pokłócimy, co? Chciałbym odejść z tego świata, wiedząc, czymże cię tak uraziłem.

To zdecydowanie byłoby coś, co ten idiota by powiedział, więc Queelo nie strzelił. Nassie, widząc, że nie grozi mu śmierć, zszedł w końcu z szafki na dół. Był cały w kurzu, ale ani myślał się z niego otrzepywać.

— Do kogo strzelałeś? — zainteresował się, spostrzegając, że jego kolega, może i opuścił broń, ale wciąż jej nie schował. Rozejrzał się, najwyraźniej poszukując celu.

— Do ciebie.

Teraz Nassie spojrzał po sobie.

— Jestem pewien, że gdybyś strzelał do mnie, to trafiłbyś prosto w serce i zabił na miejscu. Jakoś jeszcze oddycham. Nie mam nawet dziury po kuli.

— Do czegoś, co wyglądało jak ty — doprecyzował Queelo z irytacją. — Ale jeśli to twój duch straszy w tym miejscu, to nic dziwnego, że ludzie stąd uciekają. Też bym nie chciał przebywać w twoim towarzystwie.

— Jeszcze żyję. Duchy żywych osób nie mogą straszyć. W ogóle duchy nie mogą straszyć, to tylko bajeczka dla dzieci. Co najwyżej wspomnienia po zmarłych osobach, ale duchy? Jak bardzo to wyglądało jak ja?

— No… jak ty? Po prostu?

— Żadnych różnic?

— Raczej nie.

— A mimo to strzeliłeś do tego — dodał Nassie ze smutkiem. — Naprawdę zastrzeliłbyś mnie bez mrugnięcia okiem. To boli moje serce.

— Słyszałem wciąż, jak skaczesz po półkach, debilu. Ostatnie, czego bym teraz chciał, to żeby mnie aresztowali. I to jeszcze za zabicie ciebie. Nie miałbym życia w więzieniu. Dziękuję bardzo za coś takiego.

— Tak sobie to tłumacz, wiem, że tak naprawdę mnie lubisz.

— Bynajmniej.

Nassie uśmiechnął się w ten irytujący sposób, mówiący, że i tak mu nie wierzy, ale zanim Queelo jakkolwiek to skomentował, wojownik już przeszedł do innego tematu.

— Och, znalazłeś coś! — ucieszył się, wyrywając Queelo materiał, który ten nadal trzymał. Nassie rozwinął go w powietrzu, żeby lepiej się przyjrzeć. — Czyli faktycznie mieli tu jakieś działy! Literatura naukowa, to musiało wisieć na jakiejś belce czy coś. Widziałem kilka nadających się do tego po drodze, ale wszystkie były puste. Ktoś musiał specjalnie pozdejmować oznaczenia. Wiesz, co to znaczy?

— Że powinniśmy sobie stąd iść, bo tu straszysz?

— Że faktycznie będziemy w stanie coś znaleźć! Czy tutaj są książki naukowe? — zapytał, podbiegając do półki i zdejmując jeden z tytułów. Queelo cofnął się gwałtownie, gdy w powietrze wystrzeliła chmura kurzu. — To jest totalnie ten język, którego używają Mikky i Allois w dokumentach, bingo! Zawieszę to na belce tego działu i możemy pójść do innych, żeby posprawdzać, jakie tam mają książki.

— A co z twoim duchem?

— To pewnie tylko złośliwe widmo lustrzane. Są irytujące, ale zupełnie nieszkodliwe, przynajmniej dopóki nie dasz się nabrać na jego sztuczki. Pokazało ci mnie, bo jesteśmy jedynymi osobami tutaj. Hm… ale to znaczy, że jak się rozdzielimy, to mnie pokaże się jako ty… chwila, nie jesteś widmem, prawda?

— Powiedziałem ci o nim, kretynie. Po co miałbym ci mówić o sobie?

— Fakt, widmo przekonywałoby mnie słodkimi słówkami, zamiast mnie nieustannie wyzywać, masz tutaj rację. Chociaż zobaczenie choć raz miłego Queelo byłoby ciekawe, to lepiej, żebyśmy się nie rozdzielali. Idziemy na górę?

— Nie będę łaził po półkach.

— Nie masz kondycji?

— Mam jakiś szacunek do siebie.

— No dalej, będzie zabawnie!

— Czy ja wyglądam jak jakiś pająk?

— Na górze jest czyściej.

Queelo zmierzył spojrzeniem jego zakurzone ubranie.

— Właśnie widzę.

— Potknąłem się o jakąś dziurę i prawie spadłem. Obiłem się trochę o jakąś półkę i zebrałem z niej brudy. Poza tym, skoro już zebrałem cały kurz, to tam zostało go mniej! No chodź, będzie szybciej.

— Nie.

Koniec końców Queelo nie dał się przekonać i poszli dołem. Nassie co jakiś czas wspinał się do połowy na półki, żeby wypatrywać belek, ale nie zamierzał zniknąć z pola widzenia. Zupełnie jakby to widmo, czy jakkolwiek by to nazwać, nie było aż tak nieszkodliwe, jak to przedstawił. Co jakiś czas też podejrzanie zbliżał dłoń do rękojeści miecza, który oczywiście, że zabrał ze sobą, bo jakby go nie wziął choć raz z domu, to chybaby umarł. To już było niepokojące.

Wyszli z działu literatury naukowej i trafili chyba do działu teorii spiskowych, o ile taki mógł w ogóle istnieć w bibliotece. W każdym razie na ten temat była pierwsza książka, którą Queelo sprawdził. Coś na temat ludzi-jaszczurów i ich władzy nad światem. Potem jednak Nassie odkrył książkę o wróżkach i zgodnie stwierdzili, że to po prostu dział fantastyki. Przeszli przez niego najszybciej jak się dało, choć Nassie przez chwilę uważał, że mogłyby tam być jakieś informacje o znakach magicznych, ale szybko porzucił tę nadzieję, gdy przeczytał, jak idiotycznie magia tam była przedstawiana.

Krążyli po bibliotece, odkrywając kolejne działy, ale nie znaleźli nic, co mogłoby im się przydać. Według zegarka Queelo siedzieli tam przynajmniej trzy godziny, zanim w końcu trafili do jakiegoś działu, w którym mogliby otrzymać jakiekolwiek informacje. Gorzej dla niego, że był to dział sztuk magicznych.

— Nikt nie czaruje książek — zauważył ze śmiechem Nassie, widząc niechęć kolegi. Złapał jakąś księgę z półki. — Zobacz, mogę ją otworzyć i nic nie wystrzeli mi w twarz. Widzisz? Sto procent bezpieczne. Jeśli ktoś kiedyś spróbował rzucić czar na książkę, to pewnie już dawno nie żyje i on, i książka. Papier znosi zaklęcia jeszcze gorzej niż ty. Co to w ogóle za tytuł? — Przewrócił kartki na pierwszą stronę. — „Zastosowanie magii użytkowej w gospodarstwie domowym”. Dobry boże, jaki staroć! To nam się raczej nie przyda. Powinniśmy szukać czegoś o znakach przywoływania, ewentualnie starożytnej magii. Nie są jakimiś powszechnymi, bo inaczej bym je znał.

— Ty powinieneś szukać — prychnął Queelo, krzyżując ręce. — Ja nie zamierzam się w to bawić.

— No weź. Proszę. Sam nic nie zdziałam.

— Nie, żebyś miał wybór. Ja magii się nie tykam.

— Queelo…

— Queelo — odezwał się głos, powtarzający po Nassiem niczym echo.

Obaj obrócili się gwałtownie. Dziwna zjawa stała kilka metrów od nich, wpatrując się uważnie. Nadal wyglądała jak Nassie bez uśmiechu, ponura i groźna. Queelo skrzywił się na ten widok. Nassie za to wydał z siebie jakiś nieokreślony dźwięk, coś pomiędzy mruknięciem a beknięciem. Cokolwiek to mogło oznaczać.

— Ja tak wyglądam? — zdziwił się po chwili milczenia, wskazując palcem na zjawę. — Naprawdę?

Queelo spojrzał najpierw na niego, a potem na zjawę. Wyglądali niemal identycznie, więc skinął głową. Myślał, że Nassie zareaguje zdziwieniem, zaskoczeniem, może jakąś złością czy rozpaczą, w końcu ludzie dziwnie reagowali, widząc samych siebie. Tymczasem on się uśmiechnął jeszcze szerzej niż dotychczas, ukazując chyba wszystkie swoje zęby.

— Nic dziwnego, że wszyscy na mnie lecą! Jestem chodzącym ideałem!

— Tylko się nie zakochaj — prychnął z niechęcią Queelo, po czym zwrócił się do zjawy. — Czego chcesz? Znów udawać, że jesteś tym idiotą?

— Nie nadajesz się na mnie — uznał Nassie z lekkim smutkiem. — Masz za mało uśmiechu na twarzy, zwłaszcza w oczach. Nie wyglądasz przez to źle, ale nie wyglądasz aż tak dobrze, jak ja teraz. Uśmiech to podstawa.

— Kogo to obchodzi?! — zezłościł się Queelo, odwracając się w jego stronę. — Jesteś typem od pozbywania się potworów, a nie uczenia ich sztuki podrywania! Czemu po prostu nie przetniesz go na pół?

Nassie zacmokał, słysząc te słowa.

— Oj, Queelo, Queelo, mały, naiwny Queelo — powiedział zbolałym głosem, opierając się o jego ramię. — Świat nie działa w ten sposób, że dzielisz istoty na potwory i ludzi. Gdybyśmy poszli tym kluczem, musielibyśmy zacząć wybijać nas, złotookich, bo też nie jesteśmy w stu procentach ludźmi czy jakoś tak.

— Brzmi świetnie, zacznijmy od ciebie.

— Ta zjawa jeszcze w żaden sposób nas nie zaatakowała — zauważył Nassie, puszczając uwagę mimo uszu. — Ani nie postawiła nas w żadnym problematycznym położeniu. Po prostu przyszła i rozmawia. Może po prostu szuka pomocy i nie chce nikomu zrobić krzywdy? Nigdy nie atakuję pierwszy. Ten, kto atakuje pierwszy, i to bez powodu, jest tym złym, a ja tym złym nie jestem.

— Jesteś tym głupim.

— Dokładnie. Witaj, o szlachetne widmo — odezwał się z powrotem w stronę zjawy, która po prostu tam stała i przyglądała się im pusto złotymi oczami. — Wybacz nam naszą nieuprzejmość, jednak niecodziennie spotyka się takie zjawy jak ty. Rozumiem, czemuś przybrałoś taką formę, w końcu każdy chciałby być mną, jednak jest to dla mnie nieco niekomfortowe rozmawiać z tobą, gdy masz moją twarz. Byłobyś na tyle miłe, by ją zmienić?

Zjawa się nijak nie odezwała, ani nawet nie dała znaku, że w ogóle go usłyszała.

— Jesteś pewien, że z tobą rozmawiało? — zapytał Nassie, znów spoglądając na Queelo. — Nie wygląda na zbyt rozmowne. Totalnie nie jak ja.

— Ta, ty bez przerwy nadajesz — warknął Queelo, odpychając go od siebie. — W tym jednym widmo jest lepsze. Fuj. Nie chcę już widzieć tej twojej parszywej twarzy!

Powiedział to w stronę Nassiego, który znów zaczął się przysuwać, ale widmo najwyraźniej uznało, że to było do niego, bo nagle jego twarz dziwnie zafalowała i zaczęła się zmieniać. Wyglądało to dość niepokojąco, cała istota zaczęła się marszczyć niczym materiał na wietrze, a kolory tańczyły jak w kalejdoskopie. Queelo aż rozbolały oczy od tego widowiska i miał ochotę je zamknąć, ale równie szybko, jak się zaczęło, równie szybko się skończyło i teraz stała tam zupełnie inna osoba.

Nassie znów wydał z siebie dziwny dźwięk, ale Queelo miał to totalnie gdzieś. Nawet nie chciało mu się jakoś specjalnie przyglądać tej osobie, ważne, że teraz miał tylko jednego złotookiego idiotę w pobliżu, a nie dwóch.

— Interesujące — odezwał się Nassie, podchodząc krok bliżej do istoty. — Wygląda na to, że słucha się tylko ciebie — powiedział w stronę Queelo, nadal jednak nie odwracając wzroku od zjawy. — Może zapytaj się, czego chce?

— Jakbym nie pytał wcześniej — prychnął Queelo. — Czego chcesz, co?

Istota przechyliła głowę, a kilka kosmyków czarnych włosów opadło jej do oczu. Wyglądała jakoś znajomo, jakby Queelo już gdzieś wcześniej widział tę twarz, choć nie dokładnie taką samą. Trudno mu to było określić.

— Zamierzasz odpowiedzieć?

Chyba nie zamierzała, zamiast tego zaczęła naśladować jego ruchy, tak jakby była lustrem. Queelo uniósł brwi. Istota zrobiła to samo. Cofnął się o krok. Znów powtórzyła. To było irytujące.

— To jakaś gra? — zezłościł się.

— Gra — powtórzyła istota. Wyglądała na znudzoną.

— Przestań!

— Przestań.

— Już wiem! — ożywił się nagle Nassie. — Nie ruszaj się!

— Kto? Ja czy to coś?

— Ty się nie ruszaj! Ani o krok! To nie żadna zjawa ani duch, tylko żywa istota. — Z tymi słowami sięgnął w końcu po miecz i skierował jego ostrze w stronę stwora. — Natychmiast przestań, a może oszczędzę ci życie. Jeśli nie, to będę musiał je zakończyć. Niekoniecznie szybko.

W końcu stworzenie zwróciło na niego jakąkolwiek uwagę. Albo raczej na jego miecz. Chyba nawet trochę się go wystraszyło. Złota broń była robiona z mieszanek złota nie bez powodu. Dopiero wtedy Queelo zapaliła się lampka w głowie.

— Nie mów mi, że to infer.

— Infer — powtórzyła istota.

Chyba nadal chciała go małpować, ale jednocześnie też bała się broni.

— Jak najbardziej — odpowiedział Nassie, nieco bardziej ponuro niż wcześniej. — W trakcie jednego z ataków musiały się jakieś zalęgnąć, a że bibliotekę mało kto odwiedza, to nikt ich nie zauważył. A gdy już zauważyli, pomyśleli, że to jakieś duchy. Ten jeden gatunek akurat łatwo z nimi pomylić.

— Używa magii?

— Każdy infer używa magii — prychnął Nassie. — Są istotami magicznymi, na tym to polega. Jakby nie były, to dałoby się je zabić wszystkim, nie tylko magiczną bronią.

— Zmiennokształtny?

— Niezupełnie. Po prostu tworzy sobie iluzję wokół swojego ciała, odbijając obraz jakiejś osoby w pobliżu, a potem próbuje ją naśladować tak długo, aż nie zacznie jej dobrze rozumieć. — Nassie w końcu przestał się uśmiechać i zwrócił tę ponurą twarz w stronę infera. — A potem wgryza się w ofiarę, scalając się z jej ciałem i zabijając na miejscu. Może potem ją przez jakiś czas udawać, dopóki mu się zapasy w ciele nie skończą.

Queelo przełknął ślinę. Zdecydowanie wolał, kiedy nic nie wgryzało się w jego ciało, więc nadal stał w bezruchu, patrząc na istotę. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że twarz wydawała mu się znajoma, ponieważ była jego. Nie miał jednak ochoty zbyt długo wpatrywać się w samego siebie. Jeszcze dostrzegłby jakieś rzeczy, które mu się nie podobały i poczułby się gorzej niż zwykle. Zamiast tego skupił się na oczach. Pamiętał wciąż jak Ihoo miała fioletowe oczy, zanim pokryło je złoto. Fiolet był zdecydowanie ładniejszy.

Ciekawe, jakie oczy mieli inni złoci wojownicy, zanim im się pozmieniały. Ile bardzo ładnych kolorów zniknęło z ich wyglądu, tylko po to, żeby zostać zastąpionymi?

Przechylił lekko głowę. Bardzo, bardzo lekko. A stwór, bardzo powoli, powtórzył po nim ten ruch.

Ledwo zarejestrował, co dokładnie stało się później, tak błyskawiczne to było. W jednej chwili stał i wpatrywał się w swojego sobowtóra, a w drugiej już leżał na podłodze, nieco dalej. Nassie stał kawałek od niego, a z jego miecza spływała krew, której zdecydowanie wcześniej tam nie było. Potwór-sobowtór zniknął, zamiast niego na ziemi leżał jakiś ptakokształtny zwierz. Nie wiadomo jakim cudem, ale Nassie musiał trafić go idealnie w serce, zabijając na miejscu. Queelo nie chciał się przyglądać temu stworzeniu, i tak było mu już wystarczająco niedobrze od unoszącego się w powietrzu swądu krwi.

Nassie upewnił się, że stwór nie żyje, po czym odwrócił w stronę kolegi.

— Wszystko okej?

Wyciągnął rękę, ale Queelo nie zamierzał jej przyjąć i podniósł się sam.

— Wszystko okej?! — powtórzył nieco wyższym głosem niż zwykle. Odwrócił głowę, żeby nie musieć patrzeć na trupa. — To ma być okej?! Co… co to coś robiło w bibliotece? Wewnątrz barier miasta?!

— Mówiłem, że czasem trudno jest…

— Trudno? Trudno?! To wasz zakichany obowiązek! Mogłem zginąć!

— Nie no, śmierć akurat ci nie groziła. Dopóki jestem w pobliżu, to nic nikomu nie grozi!

— To dobrze, że jest cię tak ze stu, żeby nigdy nikomu nic nie groziło — syknął Queelo. — A niby nie masz nic do roboty całymi dniami! Wziąłbyś się do pracy!

— Ja…

— Może zajmij się tym, czym powinieneś, zamiast bawić się w irytowanie innych ludzi! I zostaw mnie w końcu w spokoju!

Odwrócił się napięcie i odszedł. Nie znajdowali się daleko od wejścia, więc nie potrzebował wiele czasu na wyjście. O dziwo Nassie nie poszedł za nim, a przynajmniej nie tak, by dało się go słyszeć. Queelo wyszedł na świeże powietrze i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak szybko oddychał.

Potwory w bibliotece. Potwory w bibliotece miejskiej! Nie wiedział, czy powinien śmiać się, czy płakać. Nie czuł się na siłach, żeby od razu wracać do domu, poza tym, gdyby wrócił tak wcześnie, z pewnością zaczęłyby się pytania, a tego wolał uniknąć. Skierował więc swoje kroki w stronę baru. Miał jeszcze wystarczająco dużo monet w kieszeni, żeby pozwolić sobie na jakiejś niskiej jakości trunek. Wybrał jakiś stolik w rogu, warknął na osobę, która chciała się dosiąść i zamówił jakiś marny alkohol, mimo tego, że kelnerka zdecydowanie mu tego odradzała.

Nie potrzebował wspaniałych, górnolotnych smaków, chciał się tylko choć trochę upić. W swojej wspaniałomyślności kelnerka przyniosła mu nawet szklankę, ale on po prostu chwycił za butelkę i wypił całość kilkoma łykami. Nie poczuł się z tym ani trochę lepiej. Zastanawiał się, czy nie wziąć kolejnej butelki, ale uznał, że był to zły pomysł. Skoro po jednej nie czuł zmiany, co miałyby dać mu następne? Chyba tylko wyrzuty sumienia.

Przesiedział chwilę, przyglądając się reszcie gości, po czym z trudem wstał i w końcu wyszedł. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi, a on zaczął zastanawiać się, na co właściwie stracił cały dzień. Nie zrobił w ciągu niego absolutnie nic produktywnego, tylko się trochę podenerwował i raz prawie zginął. Równie dobrze mógłby to wszystko wymazać z pamięci.

Gdy jednak dotarł pod drzwi domu, zamarł. Na wycieraczce, owinięty czerwoną wstążeczką leżał pojedynczy, żółty kwiatek. W promieniach słońca jego płatki wyglądały, jakby zrobione były ze złota.


Rozdział IV

Chcę chwilę spokoju! (Tytuł roboczy)

Jeszcze tu nic nie ma, ale ze spoilerów to powiem, że ma być plaża.

Arial

Times

Verdana

Georgia