Wróć do strony głównej

Złote Wojny


Co za kijowy tytuł. Jeszcze gorszy niż poprzedni

Na razie brak opisu, bo i tak nikt tutaj nie wejdzie, nie?

#Ignieumiewopisy


Rozdział I

Zaginięcie Ooloreta Romiho

Nr Sprawy: 186

Nazwa: Zaginięcie Ooloreta Romiho

Zleceniodawca: Atihha Romiho

Data Złożenia Zawiadomienia: 8 Września 31r.

Status: W toku

Miejsce: Dom rodzinny Państwa Romiho

Zapłata: 7000 - 12000 AeR

Dodatkowe zapisy: Proszę, znajdźcie mojego męża


Queelo przyglądał się w zainteresowaniu zniszczeniom. Widywał ich już naprawdę wiele — żyjąc w takim mieście, nie dało się ich nie widzieć — ale jeszcze nigdy aż tak dziwnych. W powietrzu czuć było magię i to wcale nie dlatego, że była wyjątkowo silna. Po prostu zastygłe w bezruchu kawałki wszystkiego nie były całkiem naturalne. Rozerwane ściany, przewracająca się półka, wylewające się eliksiry, jakby ktoś zatrzymał rozpadające się pomieszczenie w jakiejś bańce czasowej. Wejść między ten bałagan i spróbować znaleźć jakieś poszlaki byłoby całkiem łatwo, ale i tak nie zamierzał ryzykować.

Spojrzał na zegarek. Nassie się spóźniał, i to już pół godziny. Nie żeby było to jakieś nowe, pan wielki książę i władca nigdy nie potrafił zjawić się na czas, ale nie zmieniało to faktu, że Queelo nadal to irytowało. Zwłaszcza, że to ten buc wybrał akurat tę sprawę do rozwiązania! Mogliby pójść poszukać jakiegoś kota-uciekiniera, ale nie. Zaginięcie połączone z wybuchem budynku to jest to! Zwłaszcza, że zaginiony był jakąś podejrzaną osobą. Istna sielanka.

Gdyby Queelo wiedział, że jeszcze wmieszana w to będzie magia, nigdy by tam nie przyszedł.

Pani Romiho przyglądała mu się niepewnie zza zasłony. Najwyraźniej nie miała na tyle odwagi, żeby wyjść do ogródka. Wcale się jej nie dziwił. Gdyby to nie była jego praca, za którą dostaje wynagrodzenie, też jak najszybciej by się odsunął od tego wybryku natury i uciekł gdzie pieprz rośnie. Najlepiej do własnego domu, gdzie nie było ani grama takich dziwactw.

— Ahoj, kamracie!

Queelo podniósł wzrok, żeby na jednym z pobliskich dachów zauważyć wojownika ubranego w złoty mundur, z równie złotym mieczem w ręce. Cały był też obryzgany krwią.

Nassie zeskoczył na ulicę i podszedł do niego, uśmiechnięty od ucha do ucha, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że wygląda jak psychopata. Otarł niedbale miecz o rękaw i schował do pochwy, jakby to nie było nic wielkiego. Nie powiedział ani słowa, po prostu od razu wkroczył między porozwalane ściany, przyglądając się im z zaciekawieniem.

— Fascynujące — mruknął pod nosem. — Hej, Queelo, spójrz tylko na to!

Queelo nie patrzył „na to” tylko na niego i to ze złością w oczach. Nassie chyba dopiero wtedy zorientował się, że coś jest nie tak, bo jego uśmiech minimalnie przygasł. Nadal jednak świecił zębami.

— Coś się stało?

— Coś się stało?! — przedrzeźnił go Queelo, tracąc nad sobą panowanie. Miał ochotę podejść do niego i go udusić. — Nic się nie stało! Najpierw spóźniasz się całą wieczność, nie informując, że się spóźnisz w absolutnie żaden sposób, a potem nagle sobie przychodzisz, cały umazany krwią i nic se z tego nie robisz! Czy ty jesteś poważny?! Co się stało?!

— Potknąłem się na schodach — odpowiedział całkiem poważnym tonem Nassie, po czym podniósł rękę. — Widzisz, nawet zraniłem się w palec. W zasadzie to trochę mnie nawet boli. Nie masz jakiegoś plasterka?

Queelo drgnęła powieka. Naprawdę, naprawdę miał ochotę przywalić temu idiocie w twarz i w zasadzie tylko niechęć do krwi go powstrzymywała. Ledwo sprał z rękawiczki to paskudztwo ostatnim razem. Nie chciał się znów na to pisać.

— Mógłbyś przestać pieprzyć głupoty? — wycedził przez zęby.

Nassie uśmiechnął się, tym razem złośliwie.

— To nie zadawaj idiotycznych pytań. Walczyłem, oczywiście. Mikky uciekł jakiś ważny infer z laboratorium i musieliśmy go powstrzymać, zanim by rozwalił całą dzielnicę wschodnią. Przecież tam jest twój dom, nie mogłem na to pozwolić!

— Mieszkam w zachodniej.

— Na całe szczęście tam byłem! — wykrzyknął radośnie. — I zniszczenia ograniczyliśmy do minimum. W każdym razie przybyłem, jak najszybciej mogłem, Mikky mnie przyniosła. Okropne uczucie, nikomu nie życzę. Jeśli chodzi o latanie prosto w górę, to jest super, ale kiedy musi lecieć przed siebie to tragedia. Prawie mnie upuściła, i to nie raz. Ale cóż, przynajmniej było szybko.

— Najwyraźniej nie ona jedna nie ogarnia swojej specjalnej zdolności.

Tę uwagę Nassie również postanowił puścić mimo uszu i zajął się oględzinami. Jeśli fakt, że wszystko wisi w powietrzu, jakkolwiek go zaskoczył, nie postanowił tego nijak okazać. Pochylał się tylko nad niektórymi rzeczami, mrucząc pod nosem coś w stylu „fascynujące”, „ciekawe” i inne synonimy.

Queelo, widząc, że wejście między te magiczne rzeczy nic mu nie zrobi, w końcu też się przemógł. Zamiast jednak obserwować pojedyncze kawałki ściany, ruszył natychmiast do środka tego zamieszania, czyli miejsca, gdzie wcześniej było pomieszczenie. Podłoga, choć też rozwalona, wyglądała zdecydowanie lepiej niż cokolwiek innego i łatwo było wysnuć wniosek, że cokolwiek wywołało dziwny wybuch, znajdowało się na niej. Pęknięcia rozchodziły się z jednego punktu. Na początku nie zorientował się, co mogło być źródłem, cała podłoga była brudna.

Pociągnął nosem i natychmiast zrozumiał. Zebrało mu się też na wymioty, więc szybko zakrył usta dłonią i cofnął się, prawie wpadając w rozlany w powietrzu eliksir. Kiedy się cofnął, zauważył też, że to, co uznał za przypadkowe chluśnięcia, wcale nimi nie było. Porozlewana krew kilkunastu osób tworzyła dziwne znaki na podłodze, wyraźnie promieniujące czymś niebezpiecznie magicznym.

Czemu wszystko w tym przeklętym świecie musiało być magiczne?! Nienawidził magii!

Nassie niespiesznie zbliżył się do kręgu, pogwizdując sobie pod nosem jakąś wesołą melodyjkę. Przekrzywił głowę najpierw w jedną, potem w drugą stronę, jakby się zastanawiał nad jakimś zadaniem na teście, a nie jakby się przyglądał masowej ofierze złożonej w jakiś mrocznym rytuale. A tak przynajmniej podejrzewał Queelo, bo niby z jakiego innego powodu ktoś używałby aż tak wielkiej ilości krwi. To było obrzydliwe.

— Przywołanie — podsumował Nassie, sięgając do wewnętrznej kieszeni po notatnik, po czym chyba zorientował się, że jeśli to zrobi, to cały zabrudzi sobie krwią. Spojrzał prosząco na Queelo, a ten przewrócił oczami i wyciągnął swój zeszycik. — Zobacz, potrzebuję, żeby zapisać sobie ten znak, ten wyglądający jak taka trochę łódka — wyjaśnił, wskazując na jeden z zawijasów. Przesunął się trochę. — I ten też. Ten jeden w sumie rozumiem, ale on nie ma sensu. No zobacz! — Pochylił się nad czymś, co wyglądało jak jakieś chore połączenie muchy i fal. — To słowo oznacza szefa, króla, władcę albo jakiś inne tego typu synonimy, tyle że tego znaku nie używa się w kręgach przywoływania, ponieważ istoty przywoływane nie posiadają hierarchicznego ułożenia. Zwykle używa się rasy albo po prostu samego imienia. Imię też możesz zapisać, czekaj, przeliteruję ci je. Tylko dużymi, strasznie bazgrolisz, a ja muszę się potem rozczytać! K-I-R-R-H-O. Zapisałeś?

Podniósł się, żeby się przyjrzeć, a Queelo natychmiast się cofnął, odsuwając od niego dziennik.

— Odwal się! Nadal jesteś uwalony krwią! Oczywiście, że zapisałem! O jakie przywołanie ci chodzi?

Nassie zamrugał.

— Jak to jakie? Normalne. Rysujesz sobie krąg na ziemi i przyzywasz, kogo chcesz. Znaczy, to nie jest aż takie proste, musisz mieć jakąś sygnaturę tej istoty, nie wiem, krew, jakiś włos, ślina, odcisk palca, coś takiego. Czasem wystarczy zdjęcie albo figura, ale to zależy od istoty, przynajmniej jeśli mówimy o żywych. Jeśli chciałbyś przywołać demona…

— Nie przyszedłem na szkolenie z magii.

— Och, no tak, racja. No więc chodzi o to, że ktokolwiek to narysował, chciał przyzwać coś, nie posiadając sygnatury i nie określając gatunku tego czegoś. To prawdopodobnie była przyczyna wybuchu. Jeśli ta osoba była w pobliżu, a prawdopodobnie była, bo musiałaby umieć naprawdę szybko uciekać, to w najlepszym przypadku teleportowało ją w jakieś losowe miejsce świata. Większość świata to woda, więc pewnie już utonęła. W najgorszym dokonała samozapłonu i została po niej kupka popiołu.

— Są w ogóle jakieś opcje pomiędzy?

— Tak czy siak, pan Romiho miał jakiś jeden procent szansy na przeżycie — podsumował Nassie swój wywód. — Dziwne, bo krąg nie wygląda na robotę amatora, jest niemal idealny, ale te trzy znaki mnie niepokoją. Będziemy musieli je sprawdzić w bibliotece. To imię też. Wydaje mi się, że już je gdzieś słyszałem.

Gdy Queelo się zastanowił, również odniósł takie wrażenie. Błąkało się gdzieś w zakamarkach pamięci, stukając od spodu, ale nieważne jak mocno próbował sobie przypomnieć, nadal pozostawało gdzieś w tyle, nieodkryte. Pokręcił głową. Nie było sensu próbować, to musiało być jakieś stare wspomnienie.

— Powinniśmy też przepytać panią Romiho — odezwał się zamiast tego.

Odwrócili się obaj w stronę okna, przez które kobieta próbowała ukradkiem wyglądać. O dziwo nie przestraszyła się Nassiego i nadal tam siedziała, obserwując każdy ich krok.

— Powinieneś najpierw zebrać próbki — zdecydował Nassie. — Zrobiłbym to, ale jeszcze krew przemieszałaby się z tą całą… — Zamiast dokończyć zdanie, wskazał na swoje ubranie. — Typ raczej całego znaku nie wymalował z samego siebie, skonałby, zanim skończył. Więc ty pozbieraj krew, a ja przepytam panią Romiho.

Queelo zmierzył go spojrzeniem.

— Nie sądzę, żeby chciała rozmawiać z tobą.

— Dlaczego nie? Przecież jestem piękny i przystojny, a przynajmniej tak słyszałem od dość wielu osób. Nie żebym się przechwalał, po prostu ludzie mnie kochają!

— Jesteś uwalany krwią.

— A co to ma do rzeczy?

— Rozmawiałbyś z kimś uwalanym krwią?

— Robię to codziennie, to jakiś problem?

— Złoci wojownicy są jacyś nienormalni — podsumował Queelo, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Słuchaj. Krew to krew, nieważne ludzka czy inferza, obie są czerwone i wyglądają tak samo, ale normalni ludzie podświadomie skojarzą ją sobie z ludzką, bo taką widzą częściej.

Nassie wydał z siebie ciche „och”, jakby dopiero po tym wyjaśnieniu załapał, jak paskudnie wygląda. Doprawdy, mógł sobie być genialnym mózgiem, szefem szefów czy kim tam był w swojej pracy, ale gdy przychodziło do kontaktów z normalnymi ludźmi, stawał się debilem i trzeba było mu tłumaczyć najprostsze rzeczy.

— Zostań przy swojej pracy — prychnął Queelo. — Spróbuj poszukać jakichś innych wskazówek, może dowiesz się czegoś więcej, a ja zbiorę próbki i po tym przepytam panią Romiho. I odsuń się ode mnie! — warknął, widząc, że Nassie podchodzi bliżej. — Zniszczyłeś mi już pięć koszul w tym miesiącu! Wiesz, jak cholernie ciężko jest sprać inferzą krew?! To cholerstwo nie chce schodzić! Trzymaj się ode mnie z daleka!

Nassie prychnął, ale posłuchał i poszedł na swoje poszukiwania. Queelo, z najwyższą odrazą, z powrotem przysunął się do wyrysowanego kręgu na ziemi, starając się oddychać przez usta, byle tylko nie wciągać aż tyle okropnego odoru krwi. Schował notesik i wyjął woreczki do próbek. Nie lubił tego robić, to była jego najmniej ulubiona część pracy policjanta — zbieranie krwi. Nie musiał jej dotykać bezpośrednio, ba, lepiej, żeby tego nie robił, ale musiał ją zebrać i przetrzymywać w mundurze, dopóki nie odda odpowiedniej osobie do badań. To, że konieczne było przenoszenie ze sobą czegoś takiego, przyprawiało go o mdłości. Oddałby to komuś innemu, ale też nikomu nie ufał na tyle, by to zrobić.

Dość szybko skończyły mu się materiały, co powitał z ulgą. Podniósł się i jak najszybciej odsunął od krwistej plamy. Nassie wałęsał się między odłamkami ścian, mrucząc coś do siebie pod nosem, nie zwracając na nic innego uwagi. Queelo wybrał więc sobie trasę powrotną, żeby ominąć tego złotego świra i dostać się do domu. Pani Romiho, widząc, że się zbliża, zniknęła z okna, aby chwilę później wychynąć zza drzwi. Wystawiła tylko głowę, jakby się bała zupełnie opuścić spokojne gniazdko.

— Czy coś się stało? — zapytała cicho, patrząc się na niego z lekkim strachem. — Wiecie już coś? Czy… czy on… nie żyje?

Queelo przypomniał sobie słowa Nassiego, że istnieje na to bardzo duże prawdopodobieństwo, ale ugryzł się w język.

— Dopiero zaczęliśmy śledztwo — powiedział zamiast tego. — Jeszcze nic nie jest pewne. Chciałbym zadać pani kilka pytań, jeśli oczywiście to nie problem. To może nam bardzo pomóc w sprawie.

Nie wyglądała na zadowoloną, ale mimo to nieśmiało skinęła głową. Queelo sięgnął po notatnik. Nie żeby go potrzebował, potrafił spamiętać wszystkie najważniejsze informacje, ale dzięki temu, że zapisywał takie rzeczy, wyglądał bardziej profesjonalnie. Kiedyś nie dbał o takie drobiazgi, ale zauważył, że ludzie są mniej irytujący, kiedy to robił. A ludzie potrafili być naprawdę irytujący.

— Czym zajmował się pani mąż?

Pociągnęła nosem. Musiał z jej perspektywy wyglądać na nieczułego, ale jakoś nie potrafił się zmusić do płakania nad jakimś obcym człowiekiem.

— On… on nie pracował — wydusiła z siebie. — Przesiadywał w swoim laboratorium i mieszał jakieś substancje… mówił, że lekarstwa szuka.

— Lekarstwa? — zainteresował się Queelo. — Na co?

— Nigdy… nigdy nie powiedział. Tylko że to zmieni świat i… i… mówił, że jest blisko.

— Miał jakieś wykształcenie medyczne?

— N-nie. To ma znaczenie?

Biorąc pod uwagę, że robił jakieś lekarstwo, to zdecydowanie miało znaczenie, ale tę uwagę Queelo również zatrzymał dla siebie. Nie zajmował się krytykowaniem ludzi, tylko zbieraniem informacji.

— Wie pani, czy coś jeszcze robił w laboratorium, co mogłoby do tego doprowadzić?

Pokręciła głową.

— Zbierał… zbierał tam pełno ziół i mieszał. Tylko… tylko tyle… naprawdę.

Queelo skinął, udając, że notuje tę informację.

— Wiem, że opisywała pani już całą sytuację i czytałem ten opis, ale czy jest pani na siłach jeszcze raz powiedzieć, co stało się tej nocy? Może przypomniała sobie pani jakieś szczegóły? Mogła wtedy pani czegoś zapomnieć, a wszystko może okazać się ważne w sprawie.

Znów pociągnęła nosem. Queelo miał ochotę podać jej chusteczkę, ale jakoś nie miał żadnej przy sobie. Przeniósł wzrok na pustą kartkę.

— No to… to była noc — powiedziała cicho pani Romiho. — Tak jakoś koło drugiej, ale… ale nie jestem pewna, zegar nam w domu… niedawno… rozwalił się. No i Oolo siedział u siebie… znaczy w laboratorium… lubił tam ostatnio przesiadywać. Mówił… mówił, że już prawie skończył… że jak świat się dowie, to zostanie… zostanie bohaterem… i wszyscy będą szczęśliwi. Był taki zadowolony… tak bardzo zadowolony… cały czas się uśmiechał. Mówił, że… że w końcu wszystko zrozumiał i… i że to wspaniała wieść dla… dla wszystkich. Le-leżałam wtedy w łóżku i… no, nie mogłam spać. Cierpię… cierpię trochę na bezsenność i… mam problemy z za-zasypaniem. Podeszłam… podeszłam, żeby otworzyć okno… chłodna noc była. My-myślałam, że przeciąg może… może pomoże mi zasnąć. Uchyliłam je no i… no i… wtedy usłyszałam ten huk. To był po prostu huk… nie było żadnych świateł… dymu… ognia… no nic. Tylko huk. I… wszystko już wyglądało tak… tak, jak teraz.

— Rozpadło się?

— No… no właśnie nie-e. To… to trudno opisać. W jednej chwili wszystko było całkiem normalne. P-potem usłyszałam ten huk i wszystko już było t-tak. N-nagle. W… w jedną sekundę się zmieniło. Na-naprawdę. Nic nie… nie wybuchło.

Queelo uniósł brwi. W trakcie jej wywodu nie zapisał ani jednego słowa, ale jego mózg automatycznie podsunął mu obraz, więc w jego notatniku znajdowała się teraz wątpliwej jakości karykatura.

— Interesujące — odezwał się tuż obok jego ucha Nassie, a Queelo omal nie podskoczył. Nie zorientował się, że wojownik już skończył swój obchód. Na szczęście nie patrzył w notatnik a na panią Romiho. — Więc mówi pani, że to było takie mignięcie?

Kobieta pokiwała głową. Nie wyglądała na zadowoloną widokiem zakrwawionej osoby. Queelo doskonale ją rozumiał.

— To wynik źle rzuconego czaru — wyjaśnił wesoło Nassie, mając nawet czelność się uśmiechnąć. — Czy pani mąż parał się jakąś magią?

— On nigdy… nigdy nie…

— Miał pełno książek magicznych — dodał wojownik, nie czekając na koniec wypowiedzi. — Większość była porozrywana na kawałki, ale łatwo je poznać po okładkach. Poza tym to całe zatrzymanie czasu jest w oczywisty sposób magiczne.

— Mój mąż nigdy by nie…

— Poza tym na ziemi znaleźliśmy jedno, wielkie zaklęcie. To ono musiało wywołać ten chaos.

— Oolo nie był czarnoksiężnikiem! — oburzyła się pani Romiho, uderzając drzwiami w ścianę i stając teraz przed nimi w pełni wyprostowana. — Jeśli pan to sugeruje…

— Ależ niczego nie sugeruję! — Nassie wciąż utrzymywał uśmiech. — Jednak należy rozważyć wszystkie możliwości, a cała ta magia nie wzięła się znikąd. Czy pan Romiho zapraszał jakichś ludzi do tego laboratorium?

Słysząc pytanie kobieta trochę się uspokoiła. Może jednak Nassie nie był aż tak wielkim idiotą, za jakiego Queelo go uważał.

— N-nasz sąsiad, pan Ilmiir lubił tam do niego przychodzić, razem grywali tam w karty dość często. Czasem też… czasem przychodziła Jillo, jego… jego córka z poprzedniego małżeństwa. Złote dziecko. P-pomagała mu w jego pracy.

— Gdzie mieszkają?

— Ilmiir w tym szarym domu tutaj, tym z czerwonymi firanami. A Jillo… u swojej mamy, na ulicy Kamiennej, mają taki wysoki, czarny dom z dużą ilością kominów na dachu. Mieszkanie… jak się wejdzie na klatkę, to od razu pierwsze drzwi na lewo.

— No nic, trzeba będzie z nimi pogadać — podsumował Queelo, zamykając notatnik, w którym nie zapisał absolutnie żadnej informacji.

Pani Romiho znów pociągnęła nosem, zwracając na powrót jego uwagę.

— A-ale oni niedawno zaginęli — wydusiła z siebie płaczliwie.

— Och? — Nassie wyglądał na wyjątkowo zainteresowanego tą sprawą. — Zaginęli? Kiedy? Skąd? Zgłoszono to już na policję?

— Ja-jakiś tydzień temu, proszę pana. Oczywiście zgło-osiliśmy to od razu, jak tylko się zo-orientowaliśmy, ale jak na razie nie… nie znaleziono żadnych śladów.

— Faktycznie, słyszałem o tym — odezwał się Queelo, doznając nagłego przebłysku. — Igooy mi o tym mówił. To nie były jedyne przypadki, w tej okolicy zaginęło już kilkanaście różnych osób i nikt nie wie, co się z nimi stało. Po prostu pewnego dnia wyszli sobie na spacer i nikt ich więcej nie widział. Prowadzono tu już szczegółowe śledztwo, ale niczego nie znaleźli.

— To bardzo interesujące — mruknął Nassie sam do siebie, drapiąc się po brodzie. — Bardzo interesujące. Mógłbyś sobie stąd iść?

— Słucham?!

— Chcę postawić znaki tropiące.

— Och.

Queelo jak najszybciej się wycofał, słysząc te słowa. Opuścił podwórko, udając, że wcale nie ucieka z niebezpiecznego miejsca. Pani Romiho patrzyła na niego przez chwilę ze zdziwieniem, przynajmniej do momentu, kiedy nie załapała, co w zasadzie Nassie chciał zrobić. Kiedy już ją oświeciło, równie błyskawicznie ukryła się z powrotem w swoim domu.

Magia często wyglądała strasznie, ale w zasadzie sprowadzała się do rysowania jakichś znaczków na ziemi, które miały wywołać jakieś efekty. Nie była jakoś powszechnie znana i większość ludzi zwyczajnie się jej bała. Nie dlatego, że była niebezpieczna, ale raczej dlatego, że nie zdawali sobie sprawy jak w ogóle działa. Zawsze uciekali od osób rysujących znaki, przekonani, że jeśli będą stali w pobliżu, to jakoś ich to napromieniuje czy coś równie głupiego.

Queelo doskonale wiedział, jak to działało, ale nadal wolał się trzymać z daleka. Z jakiegoś powodu doznawał dziwnego, niezbyt przyjemnego uczucia, gdy stał w pobliżu zaklęć, więc zwyczajnie się do nich nie zbliżał. Bolała go głowa i zbierało mu się na wymioty. Nassie zawsze się z niego naśmiewał, że coś sobie wmawia, bo magia nijak nie wpływa na postronne osoby, ale Queelo i tak nie zamierzał go słuchać. Wmawianie czy nie, czuł się źle i tylko to się liczyło.

Stanął pod płotem i rozejrzał się po okolicy. Droga była rozwalona, ale nikt nie zawracał sobie głowy jej naprawianiem, bo i tak od dawna nie jeździły tam żadne samochody czy powozy. Domy wszystkie miały ten sam, ponury kolor i różniły się jedynie odcieniami. Czasem ktoś pozwolił sobie na dodanie jakiegoś małego, jasnego akcentu, ale wyglądało to raczej jak żart. Całe miasto było szare. Nikt, nawet bogacze, nie chciał zwracać uwagi na swój dom. W końcu im więcej przyciągających wzrok kolorów tym większe ryzyko zniszczenia.

Queelo szczerze wątpił, by to działało w ten sposób, w końcu co potwory obchodzi, czy jakiś dom jest szary, niebieski czy złoty? Jeśli wyczuwały w środku jedzenie, to go niszczyły, żeby się do niego dostać, tak właśnie postępowały. Nie różniły się wiele od zwykłych zwierząt, które polowały, by przeżyć. Jedyną różnicą było to, że były zdecydowanie od nich silniejsze. I to o wiele.

Na ulicy nie było ani jednego człowieka, a nawet jeśli jakiś się znalazł, to przemykał szybko, żeby schować się we wnętrzu budynku. Queelo prychnął z drwiną, widząc to. Tak jakby wewnątrz było bezpieczniej. Na własne oczy widywał, jak infery potrafiły niszczyć domy, nawet nieintencjonalnie, po prostu na nich siadając. Gdyby to on mieszkał w czymś tak nietrwałym, jak te sklecone na szybko chaty, to zdecydowanie wybiegałby na zewnątrz w trakcie każdego ataku. Przynajmniej nie zostałby zagrzebany pod gruzami.

W jednym z okien zauważył dwójkę dzieci, przepychających się między sobą. Rozejrzał się, szukając źródła ich zainteresowania, po czym zorientował się, że w zasadzie jest jedyną osobą w okolicy i tylko on mógł przyciągnąć ich uwagę. Spojrzał po sobie. Najwyraźniej Nassie, podczas jednej ze swoich entuzjastycznych przemów musiał go jakoś dotknąć, wobec czego cały rękaw jego munduru pokryty był krwią. Na dodatek jego nos tak się przyzwyczaił do tego zapachu, że w ogóle tego nie poczuł.

Ze złością w myślach do swojej listy zniszczonych przez Nassiego rzeczy dopisał kolejny mundur i prawdopodobnie koszulę też. Siedemdziesiąt dwie koszule w trakcie roku. To już było o dwie więcej niż w zeszłym, a minęły niecałe dwa miesiące. Jak tak dalej pójdzie, będzie musiał wykładać wszystkie swoje pieniądze na pralnię, bo wszystkie jego ubrania będą zbryzgane czerwienią. Zazgrzytał zębami.

Nassie opuścił posesję pani Romiho chwilę później, o dziwo bez uśmiechu. Wyglądał, jakby coś go trapiło.

— To dopiero dziwne — odezwał się, widząc Queelo. — Myślałem, że to będzie coś oczywistego, wiesz. Zaginięcia i krąg z dużej ilości krwi, to się składa w całość, no nie? Ale w pobliżu nie było absolutnie żadnych oznak. Nawet gniewne duchy nie krążyły po tym miejscu.

— A w jakimś ludzkim języku?

— Ta cała krew była oddana dobrowolnie.

To zdziwiło też Queelo.

— Dobrowolnie? Ale…

— Co oznacza też, że nie mam absolutnie żadnych poszlak — dodał smutno Nassie. — Jedyne zaklęcie, jakiego umiem użyć i okazało się bezużyteczne. Próbowałem też pozabierać jakieś urywki tych rozwalonych książek magicznych, ale wszystko jest tak zastygłe, że nie da się tego ruszyć. Powinniśmy znaleźć jakiegoś maga, żeby odwrócił ten efekt.

— Ty powinieneś. Ja się do żadnego nie będę zbliżał.

— Ale o dobrego maga trudno w dzisiejszych czasach — kontynuował Nassie, puszczając uwagę mimo uszu. — Lepiej na żadnym nie polegać, poza tym biorą kosmiczne sumy za jakieś banalne rzeczy, a co dopiero za te bardziej skomplikowane. No nic. Oddasz te próbki do zbadania, może coś z nich wyjdzie. A nawet jeśli nie, to jeszcze możemy spróbować sprawdzić te dziwne znaki. Zapisałeś je, no nie? Daj mi je. Mój portret też możesz mi dać.

Queelo z kamiennym wyrazem twarzy wyrwał dwie kartki ze swojego notesu i oddał je koledze, który wsunął je do jakiejś wolnej od krwi kieszeni. A potem się uśmiechnął.

— To co, jutro w bibliotece?

— Nie.

— Co? Dlaczego? Mieliśmy przecież szukać… och, no tak. Urodziny major Ivero. Zapomniałem.

— Zauważyłem.

— Mogę wpaść i przynieść jej prezent — zaoferował się wesoło Nassie, ale Queelo natychmiast pokręcił głową.

— To rodzinna impreza. Natrętów nie wpuszczamy.

— Bardzo duży prezent?

— Spadaj.

— Bardzo, bardzo ogromny prezent?

— Zdajesz sobie sprawę, że żadne z nas cię nie lubi?

— No ale ja was lubię! — zachwycił się Nassie, obejmując Queelo ramieniem. — Jesteście świetni! Wspaniała rodzina! Więc mogę robić tylko wszystko, żebyście i wy mnie polubili! Możesz babci przekazać życzenia ode mnie, a prezent jej wyślę pocztą. Żadnych zwrotów.

Queelo spojrzał na obejmującą go dłoń, ale zanim zdążył wyrazić swoje niezadowolenie, Nassie natychmiast go puścił.

— No nic, to ja dalej nie zawracam ci głowy. Umówiłem się jeszcze dzisiaj z Alloisem na trening i obrazi się na mnie, jak spóźnię się ponad godzinę. Muszę się też umyć — stwierdził, spoglądając na rękaw swojego munduru, jakby dopiero teraz w pełni uświadomił sobie, jak bardzo brudny był. — Tobie też by się chyba to przydało. No nic, to pa! Wpadnę do ciebie niedługo, jak będę miał czas.

I zawinął się, zanim Queelo zdążył wyładować swoją złość. Teraz całe jego ubranie było brudne. Zacisnął zęby i zmusił się, żeby podejść na komendę i przekazać tam próbki do badań. Żaden z policjantów nie powiedział nic na temat zakrwawionego ubrania. Może byli przyzwyczajeni do podobnego widoku. A może po prostu widząc minę Queelo, nie odważyli się zapytać, co się stało.

Co kogokolwiek miało to obchodzić? Queelo upewnił się, że wyniki dostanie najszybciej, jak się da i opuścił budynek. Jakaś pani krzyknęła na jego widok, ale ją również zignorował. Zamierzał jak najszybciej wrócić do domu i wziąć prysznic. Naprawdę długi.


Rozdział II

Urodziny Starszej Major Maato Ivero

Nr Sprawy: 185.5

Nazwa: Urodziny Starszej Major Maato Ivero

Zleceniodawca: Ihoo Ivero

Data Złożenia Zawiadomienia: 12 Września 31r.

Status: Ukończono (?)

Miejsce: Dom rodzinny Iverów

Zapłata: Zadowolenie siostry

Dodatkowe zapisy: Masz zakaz zbliżania się do kuchni, Queelo


Ihoo siedziała w swoim pokoju, sprawdzając jakieś papiery. Kiedy Queelo chciał jej pomóc, to wygoniła go do salonu, mówiąc, że powinien się zająć ozdobami. Zabrał się za to z niechęcią, bo w domu nie mieli zbyt wiele dekoracji, a jak już jakieś były, to nie za ładne. Babcia uważała to za zbędny luksus i nie pozwalała kupować nowych. Zresztą ani Queelo, ani Ihoo też nie wyrywali się, żeby jakieś załatwić.

Wyjął jedyne pudło ze schowka i zaczął je przeszukiwać, w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby się nadać, ale tylko stary łańcuch z kółek, który robił razem z Ihoo jak byli dziećmi, jakkolwiek wyglądał. Cała reszta dekoracji była albo porozrywana, albo pozjadana przez jakieś mole, albo brudna od kurzu i wieku. Tych ostatnich wyjątkowo nie chciał dotykać.

Zawiesił łańcuch nad oknem, schował pudło z powrotem i zaczął przeszukiwać szafki. Może jeśli odpowiednio ułożyłby ściereczki na stole, wyglądałyby ładnie? Udało mu się znaleźć kilka wazonów i jakieś kwiaty, ale te były na skraju wymarcia i postawione na stole wyglądały jak jakiś ponury żart, a nie element wystroju. Już lepsze byłyby jakieś zabawkowe. Powinien je wywalić? Nie chciał, żeby to wyglądało, jakby wypominał babci jej wiek.

Ktoś zadzwonił do drzwi, przerywając jego rozważania.

— Weź otwórz! — krzyknęła do niego Ihoo z góry. — To pewnie Pally, miał przyjść i mi pomóc!

Humor Queelo był już wystarczająco ponury, a jeszcze uległ pogorszeniu. Pally. Kolejny buc z rodzaju typów o złotych oczach. Najwyraźniej wszyscy w jego otoczeniu musieli mieć złote oczy, żeby jeszcze bardziej mu przypominać, jak bardzo nigdzie nie pasuje. Nikt nie mówił tego na głos, ale sugestia, jaką dawał mu świat, była oczywista.

O dziwo za drzwiami nie stał kolejny złoty wojownik, a dostawca z wielkim bukietem kwiatów w ramionach. Niechęć Queelo natychmiast zmieniła się w zdziwienie. Dopiero kiedy mężczyzna odchrząknął, zdał sobie sprawę, że stoi w miejscu i nic nie robi, więc szybko odebrał przesyłkę, dziękując pod nosem. Typ zniknął, nawet nie sprawdzając, czy dostarczył to do odpowiedniej osoby. Profesjonalizm!

Queelo wrócił do salonu i podmienił zdychające kwiaty na nowe.

— Kto to był? — zainteresowała się Ihoo, zbiegając ze schodów, a jej oczy zaświeciły się, kiedy zobaczyła wielki, żółty bukiet. — O rany! Ale ktoś się musiał na to wykosztować! Dla kogo to?

— Nie mam pojęcia — prychnął Queelo. — Dostawca nic nie mówił, tylko mi oddał i se poszedł. Pewnie dla babci, w końcu ona ma urodziny.

Ihoo nie dała się przekonać tym wyjaśnieniem i zaczęła szukać karteczki w całym tym gąszczu.

— Nie sądzę, żeby to wysłał twój chłopak — dodał Queelo, widząc jej zawziętość. — Jego nie stać na taki gest, przecież to tylko marnowanie pieniędzy czy jak on to tam ujmuje.

— No ja nie potrzebuję kwiatów do szczęścia — odpowiedziała spokojnie, ale jej gesty mówiły coś zgoła innego. — Musi być gdzieś liścik, nikt nie daje kwiatów bez liścików.

— Jak se znajdziesz jakiegoś nowego adoratora, to masz go tutaj nie przyprowadzać, jak jestem w pobliżu.

— Nie planuję na razie zmieniać chłopaka. Aha! — zakrzyknęła radośnie, wyjmując małą, zieloną karteczkę z toni żółci. — Mówiłam, że musi być. Uuu, ale ładne ozdoby, ktoś się postarał.

Otworzyła liścik, żeby przeczytać, co jest na nim napisane. Kąciki jej ust drgnęły lekko.

— To jednak twój kretyn?

Słysząc te słowa, roześmiała się w głos. Queelo zmarszczył brwi.

— To dla ciebie! — powiedziała radośnie, nie przestając się śmiać. — Kto by pomyślał? Mały Queelo w końcu sobie kogoś znalazł!

Queelo zamrugał, nie rozumiejąc, co siostra do niego mówi. Jak to „dla niego”? Przecież jego nikt nie lubił, był osobą, której nie powinno się lubić. Wyrwał Ihoo karteczkę, a ta zaśmiała się jeszcze głośniej. Rzeczywiście było tam zapisane jego imię. Tylko i wyłącznie. Żadnego nadawcy, wyjaśnienia, nic.

— Tylko… tylko jak sobie kogoś nowego znajdziesz — wydusiła z siebie Ihoo, ocierając łzy — to weź go nie przyprowadzaj, jak… jak jestem w pobliżu… pfff.

Zgięła się w pół i już nie wydawała z siebie żadnych dźwięków, po prostu próbowała łapać oddech, klepiąc się przy tym w nogę. Queelo spojrzał na nią ponuro. Dla niego nie było w tym nic śmiesznego.

— Możemy udawać, że to dla babci — powiedział, chowając liścik do kieszeni, ale Ihoo natychmiast się z powrotem uruchomiła.

— Mowy nie ma! To dla ciebie, wszyscy muszą wiedzieć! Wszyscy muszą wiedzieć, że kogoś masz. Tak w ogóle to żartowałam, jak kogoś masz, to masz go tu natychmiast przyprowadzić, chcę wiedzieć, kto się interesuje moim małym braciszkiem!

— Nikogo nie mam! — zezłościł się Queelo. — I nie zamierzam mieć!

— Mógłbyś, chociaż spróbować być w związku — mruknęła Ihoo. — To nie jest aż takie straszne, jak ci się wydaje.

— Przecież byłem kiedyś w jakichś związkach.

— Chodzenie z kimś za rączkę przez tydzień to nie jest związek.

Prychnął, ale nijak tego nie skomentował.

— Nie miałaś zająć się pracą?

— Do uzupełnienia reszty papierów potrzebuję Pally’ego — wyjaśniła, tonem profesjonalisty. — Nie posiadam wszystkich potrzebnych informacji. Więc dopóki nie przyjdzie, mogę ci tutaj pomóc. Trzeba zrobić ciasto. O, albo babeczki, babcia lubi babeczki. Idź do kuchni, poszukaj mi świeczek i weź w ogóle pozałatwiaj wszystko, foremki, mąkę, jajka… a tylko spróbuj coś sam zacząć! — dodała ostrzejszym tonem. — Jak tylko zobaczę, że coś majstrujesz, to dostaniesz po łbie.

Queelo przewrócił oczami.

— Przecież potrafię trzymać się przepisu.

— Nie masz poczucia smaku. Znów wszystko zepsujesz! Po prostu przygotuj mi miejsce, a ja wszystko załatwię, okej?

Zwinął się więc do kuchni i zaczął przeszukiwać szafki w poszukiwaniu potrzebnych rzeczy. Rzadko kiedy odwiedzał to miejsce, więc nie pamiętał dokładnie, gdzie co jest. Za każdym razem, jak próbował gotować, to siostra albo babcia wyrzucały go z kuchni. Może spalił kiedyś zupę przypadkiem, ale to przecież nie znaczyło, że zrobiłby to znowu! Nie miały do niego za grosz zaufania!

Ihoo przyszła chwilę później i zacmokała, widząc, jak nieporadny jest jej brat.

— No widzisz, to po prostu nie twoja bajka — powiedziała, łapiąc za fartuch. — Przesuń się, ja to zrobię. Ty możesz… hm… — Rozejrzała się po kuchni. — Zetrzeć mi czekoladę na tarce. Posypiemy tym babeczki. I weź zdejmij te rękawiczki.

Queelo spojrzał na swoje ulubione białe rękawiczki, bez których nigdzie się nie ruszał.

— Czemu?

— Wiem, że masz te swoje problemy z brudem i tak dalej, ale ci się ubrudzą od czekolady. Weź sobie inne czy coś.

— Wiesz, że mogę po prostu trzymać przez opakowanie?

— Jak chcesz, ja tylko się o ciebie troszczę. W końcu zawsze się wściekasz, jak musisz je prać.

Queelo darował sobie uwagę, że ostatnim razem musiał je czyścić, bo były całe zafarbowane krwią, a tą zdecydowanie trudniej było zmyć niż czekoladę. Nikt nie chciałby rozmawiać o takich rzeczach w kuchni. Zamiast tego zabrał się za robotę.

Gotowanie nie było nigdy dla niego jakoś specjalnie ciekawe czy interesujące, ale z drugiej strony jakoś bardzo nudne także nie. Zajęcie jak zajęcie. Powtarzanie tych samych czynności w kółko i w kółko, aż coś w końcu z tego wyjdzie. A przynajmniej tak to zrozumiał, kiedy kiedyś gotował. Nikt nigdy więcej mu nie pozwolił.

— Mam dwie lewe ręce — prychnął Queelo. — Możecie mi to po prostu powiedzieć.

— Ojej, to nie tak! — Ihoo odwróciła się do niego, nie przestając mieszać czegoś w misce. — Po prostu nie nadajesz się do gotowania. Przecież jest pełno innych rzeczy, w których sobie radzisz. Na przykład jesteś zdecydowanie najlepszy z rodziny, jeśli chodzi o zapamiętywanie informacji, ja muszę wszystko zapisywać, bo inaczej zapomnę. Gdybyśmy mieli się bić, to też jesteś lepszy. No i… e… jesteś wyższy?

— A co niby ma do tego wzrost?

— Nie wiem! Po prostu szukam jakichś rzeczy!

— To nie jest bardzo motywujące.

— Oj tam, w swojej pracy na pewno jesteś najlepszy.

— W towarzystwie tego wszechwiedzącego buca? Nie za bardzo.

— A nie możesz go wymienić na kogoś innego, skoro ci tak przeszkadza?

— Potrzebuję pieniędzy, a cała reszta tych detektywów od siedmiu boleści to leniwe buce i trzeba ich zaganiać do roboty. Już wolę pracować z tym irytującym dupkiem, przynajmniej coś robi.

— Może postaraj się go tak nie nazywać przy szerszej publice — doradziła Ihoo, odwracając się z powrotem w stronę kuchenki. — Ludzie raczej nie lubią, jak się wyzywa ich bohatera.

— Bohatera — prychnął Queelo z drwiną.

Ihoo sięgnęła po ścierkę i trzepnęła go po głowie.

— Nie przeginaj. Może mieć paskudny charakter, ale uratował setki ludzi.

— Nie bij mnie! I tak nie rozmawiam z ludźmi, nikomu nie powiem, że Nassie to debil, zgoda? Przestań! Przecież mówię prawdę! Jeszcze próbował nam się wbić dzisiaj na chatę! Ej!

Ihoo w końcu przestała go okładać, ale nadal trzymała ściereczkę w pogotowiu.

— Próbował czy nie, są rzeczy, których w towarzystwie się nie mówi. Więc trzymaj język za zębami.

— Ale nie jesteśmy w towarzystwie.

— Ale wiem, że publicznie też byś tak ze mną rozmawiał — oznajmiła Ihoo, uderzając go raz jeszcze, po czym spojrzała na czekoladę. — Idealnie. Teraz możesz to wstawić do lodówki, żeby się nie roztopiło. I nakryj do stołu.

— Po co komu talerze do jedzenia babeczek?

— Żeby nie było okruszków! No już, zrób to! A potem… pozamiataj. Zwłaszcza te pajęczyny z korytarza. Od wieków nikt tam nie sprzątał.

— Chcesz się mnie po prostu pozbyć?

— Dokładnie. No już, zabieraj się do sprzątania. Masz wiele do roboty, ten dom to burdel. Niby tak bardzo lubisz porządek, ale wszędzie jest bajzel.

— Bo mi nie pozwalacie dotykać swoich rzeczy, to ich nie dotykam. A to, że macie je porozwalane po całym domu, to nie moja wina.

— Narzekanie! Idź sprzątać! Już, już, won z kuchni.

Queelo przewrócił oczami, ale faktycznie wyniósł się gdzie indziej, zostawiając Ihoo samą. Jej opis domu był zdecydowanie zbyt przesadzony. Jedyną faktycznie brudną przestrzenią był schowek pod schodami, do którego i tak nikt normalnie nie przychodził, jeśli nie musiał wyrzucić jakiejś niepotrzebnej rzeczy. Zamiótł trochę pajęczyn, po czym stwierdził, że i tak nikt tego nie sprawdzi i darował sobie sprzątanie. Wrócił do salonu i rozłożył się na kanapie.

Telewizor stał smutno na półce. Mimo tego, że od kilkunastu lat był praktycznie bezużyteczny, nadal nikt nie zamierzał wrzucić go do schowka rzeczy niepotrzebnych. Tak samo zresztą było z radiem postawionym na komodzie, które chyba miało robić za element dekoracyjny, choć Queelo uważał, że było obrzydliwe. Wszystko było ładniejsze, nawet ten paskudny statek, który jego siostra zrobiła jako dziecko. Niestety w tym domu znajdował się w mniejszości decyzyjnej.

Zegar wybił południe, a babci nadal nie było. Zwykle wychodziła gdzieś z samego rana, kiedy wszyscy spali i wracała o różnych godzinach, nigdy nie chcąc powiedzieć, dokąd właściwie się wybiera. Wiadome było tylko to, że przed południem się nie pojawi. Ihoo spekulowała, że babcia chodzi do Twierdzy, żeby krzyczeć na młodych wojowników, jak bardzo się nie starają. Queelo uważał, że to nie ich sprawa i nie rozmyślał za dużo na ten temat. Co za różnica, gdzie chodziła? Dopóki wracała i nie wyglądała na wściekłą, było dobrze. Queelo sam nie chciałyby, żeby ktoś go wypytywał, gdzie łazi, więc nie pytał o to innych.

„Tyle że ja nigdzie nie chodzę”. Rozłożył się wygodniej. W tak ponurym mieście nie było ciekawych miejsc. Poza tym nie miał żadnych znajomych, z którymi mógłby i chciałby gdzieś się szlajać. Gdyby mógł, po prostu siedziałby w domu cały dzień.

— Queeeeelo. — Głos Ihoo był jakoś dziwnie przyjazny. — Braciszku kochany! Miałeś rozłożyć talerze, nierobie jeden!

— E… Jeszcze sprzątam! — skłamał Queelo, szybko się podnosząc i łapiąc za ściereczkę.

Kiedy jego siostra wkroczyła, akurat rzucił się na stolik i udawał, że właśnie go wycierał. Zmrużyła oczy, patrząc na niego, ale chyba to kupiła. Spróbował się uśmiechnąć, ale jego usta od tak dawna tego nie robiły, że kompletnie mu się nie udało.

— Proszenie się ciebie o sprzątanie — mruknęła pod nosem, po czym dodała na głos: — Zostaw już ten stolik, jest czysty. Naprawdę, jest czysty.

— Ma smugi — zauważył, nie zaprzestając tego teatrzyku. Co prawda sam je zrobił, ale teraz zdał sobie sprawę, że mu przeszkadzają, więc naprawdę zaczął dokładnie wycierać blat.

Ihoo wydała z siebie jakieś nieokreślone prychnięcie.

— To sobie wycieraj ten stolik, aż się będzie błyszczeć, jak taki uparty jesteś. Potem będziemy mogli postawić na nim twoje kwiaty, żeby się wszystkim chwalić.

Queelo się wyprostował.

— To nie są moje kwiaty.

Ihoo wyjęła z rękawa liścik. Queelo szybko sprawdził kieszeń. Nawet nie zauważył, kiedy zabrała tę głupią karteczkę! Kiedy w ogóle miała czas to zrobić? Jak ścierał czekoladę? Jak okładała go tą ściereczką? Przecież nawet się do niej nie zbliżył! Natychmiast rzucił ściereczkę.

— Oddaj to.

— Żebyś mógł to spalić w piecu? — zapytała z drwiną. — Mowy nie ma. Ktoś się tak ładnie dla ciebie postarał, a ty byś się najchętniej pozbył wszystkich dowodów.

— Dokładnie. Bo to prawie na pewno jakiś żart. Daj.

Pokazała mu język. Powieka mu drgnęła. Tego było już za wiele. Specjalnie go prowokowała, ale skoro zamierzała mieć wojnę, to będzie ją miała. Rzucił się, żeby złapać karteczkę, ale ona szybko schowała ją z powrotem do rękawa i obróciła się, podkładając mu przy okazji nogę. Złapał się jakiejś szafki, zanim jego twarz zderzyła się z podłogą.

— Dobre sobie — zaśmiała się, wolnym krokiem podchodząc do kanapy. — Jak chcesz to odzyskać, to musisz się bardziej postarać.

— Ale to moje — zezłościł się. — To jest kradzież!

— Jesteś policjantem czy coś. Zajmujesz się chyba odzyskiwaniem skradzionych rzeczy, nie? To ją odzyskaj.

Otworzył usta, żeby jakoś jej odpowiedzieć, ale nie wiedział jak. Na szczęście w tym momencie babcia postanowiła wrócić do domu. Ihoo, która zamierzała usiąść, natychmiast się wyprostowała i polecała z powrotem do jadalni, prawdopodobnie po to, żeby rozłożyć te nieszczęsne talerze. Queelo rozejrzał się, poszukując czegoś, czym mógłby się zająć, ale nic takiego w pobliżu nie było.

Wszyscy uważali starszą major Ivero za przerażającą i też dziwili się, dlaczego zdecydowała się przejść na emeryturę. W swoim wieku była zdecydowanie szybsza i skuteczniejsza niż większość nastolatków, na których zresztą często narzekała. Czasem chodziła szkolić nowych rekrutów, ale nie miała do nich zbyt dużo cierpliwości. Choć z wyglądu to Ihoo była do niej bardziej podobna, o tyle z charakteru bardzo przypominała Queelo. Była równie ponura, marudna i traktowała cały świat jak wroga.

Wkroczyła do salonu z grobową miną. Cokolwiek robiła tego dnia, najwyraźniej nie poszło zbyt dobrze. Queelo zmusił się, żeby być nieco mniej ponurym niż zwykle.

— Wszystkiego najlepszego! — wydusił, najbardziej entuzjastycznie jak tylko umiał. — Zrobiliśmy dla ciebie… znaczy się Ihoo… zrobiła dla ciebie… e… podwieczorek! Znaczy babeczki! I ten… zdrowia, szczęścia… najlepszego?

Nie był najlepszy w składaniu życzeń i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale mimo tej lichej przemowy, babcia się lekko uśmiechnęła.

— Kiedyś ci się uda — powiedziała z rozbawieniem, podchodząc do niego i klepiąc go pocieszająco po ramieniu. — Chociaż, szczerze mówiąc, moglibyście dać sobie już spokój z tymi przyjęciami, dzieci.

— Ty nam zawsze robisz przyjęcia — zauważył Queelo. — Więc my tobie też.

Co prawda trudno to w ogóle było nazwać „przyjęciami”. Zbierali się zwykle w trójkę przy stole i po prostu zajadali jakimiś słodkościami, rozmawiając sobie przy tym na wszystkie możliwe tematy. Czasem zapraszali kogoś dodatkowego, choć najczęściej był to po prostu chłopak Ihoo, który chciał przyjść akurat na jej urodziny i zrobić jej niespodziankę, aczkolwiek ostatnio się nie pokazywał. Najwyraźniej jego definicja „przyjęcia” brzmiała inaczej.

Ihoo wychyliła się z jadalni.

— Wszystkiego najlepszego! Mamy całą górę babeczek!

Faktycznie ułożyła wszystkie babeczki w jedną, wielką górę na talerzu, tak, że przypominały prawdziwy tort. W najwyższą z nich wetknęła świeczkę. Wyglądała na bardzo zadowoloną ze swojej pracy i nawet Queelo, który nie trawił cukru, musiał przyznać, że wyszło jej to całkiem ładnie. Gdy przychodziło do gotowania, stawała się artystką.

— Och, dzieci, dzieci. — Babcia pokręciła głową i dała się zaprowadzić na miejsce. — Dzień jak co dzień, nie musieliście nic przygotowywać. Pewnie macie dużo pracy i jeszcze się tak męczycie…

— Dopóki nie pojawi się mój kolega, nie mam nic do roboty — przyznała wesoło Ihoo, też siadając przy stole.

Queelo podszedł do jedynego wolnego krzesła i zmarszczył brwi, widząc, że przy jego miejscu też stoi talerz, a na nim coś, co wyglądało jak babeczka, tylko trochę bardziej zmaltretowana.

— Co to?

— Jedzenie — odpowiedziała poważnie siostra.

— Widzę, że jedzenie. Tylko co ono robi tutaj?

Ihoo zacmokała.

— Zrobiłam taką jedną, specjalnie dla ciebie, żebyś nie musiał się smutno przyglądać, jak jemy bez ciebie. Składniki kosztowały mnie fortunę, więc mógłbyś docenić. Raczej nie powinieneś się nią zatruć ani nic.

— Raczej?

— Nie znalazłam innego dziwadła, żeby to sprawdziło, więc będziesz pierwszy.

Spojrzał krzywo na babeczkę. Nie wyglądała zbyt zachęcająco. Dla większości ludzi to mogła być słodka przekąska, dla Queelo zwykle oznaczała gorączkę na czterdzieści stopni, ból głowy i umieranie przez kilka dni, aż jego organizm na powrót się wyleczy, dlatego miał prawo być nieufny. Jeden nieostrożny ruch i choroba.

Wziął babeczkę w palce i podniósł ostrożnie, przyglądając się jej uważnie. Babeczka jak babeczka. Może Ihoo robiła sobie z niego żarty? Czasami potrafiła być dość wredna, ale chyba świadomie by go nie otruła, prawda? Przysunął ją bliżej i powąchał. Zapach zdecydowanie nie był taki sam. Pachniała całkiem ładnie, miała też nutkę…

— Alkohol? — zdziwił się Queelo, patrząc na uśmiechniętą Ihoo.

— Tylko trochę — odpowiedziała wesoło. — Dodałam do wszystkich, żeby trochę rozweselić atmosferę. Ale nie jest tego dużo, nawet całą górą się nie upijecie. — Sięgnęła po najwyższą babeczkę i ułożyła ją na talerzu babci. — Solenizanci przodem.

Babcia nie była równie podejrzliwa co Queelo. Zdmuchnęła świeczkę, wyjęła ją i od razu ugryzła babeczkę, żeby spróbować. Niemal natychmiast wzięła drugi, co chyba oznaczało, że jej zasmakowało. Ihoo przeniosła spojrzenie na brata, zachęcając go do spróbowania.

Niezbyt chętnie, ale w końcu postanowił ugryźć ten dziwny twór. Pierwsze zaskoczenie: jego organizm nijak nie zareagował, co oznaczało, że Ihoo wcale go nie okłamała. Drugie: to smakowało całkiem dobrze. Na jego twarzy nie pokazało się żadne zadowolenie ani nic takiego, ale jego siostra i tak jakimś cudem to zauważyła.

— Świetnie. Widzisz, nie zatrułeś się!

— Wolę być ostrożny — odpowiedział Queelo.

— Nie ufasz moim zdolnościom kulinarnym?

— Przecież sama im nie ufasz, czemu ja miałbym?

— Tylko nie zaczynajcie się tutaj kłócić — przerwała im babcia, zanim Ihoo zdążyła powiedzieć coś więcej. — Ważne jest, że smakuje, prawda? W takim pięknym dniu nie powinniśmy narzekać na siebie nawzajem. Porozmawiajmy o jakichś miłych rzeczach. — Sięgnęła po kolejną babeczkę i wskazała głową w stronę wazonu. — Które z was się szarpnęło na te kwiaty? Nie widziałam tak wielu aurelitów odkąd wasz ojciec próbował mi się przypodobać i codziennie je przynosił. Musiały kosztować majątek.

Ihoo uśmiechnęła się wrednie. Queelo wręcz przeciwnie.

— Nawet nie próbuj — syknął w jej stronę, ale ona już nabrała powietrza.

— Queelo je dzisiaj dostał! — wyrzuciła z siebie na wydechu, zanim zdążył ją zagłuszyć. — Queelo kogoś ma! Queelo sobie kogoś znalazł!

— Nikogo sobie nie znalazłem!

— Już słyszę weselne dzwony!

— Niczego nie słyszysz, zamknij się!

— Nasz mały Queelo w końcu dorasta — dodała, udając, że wyciera łezkę z oka.

Mały Queelo nie miał najmniejszego zamiaru dorastać, a jego twarz zaczęła robić się czerwona ze złości. Babcia postanowiła znów się odezwać.

— Oj, dzieci — powiedziała, natychmiast zwracając ich uwagę. — Kwiaty przecież jeszcze nic nie znaczą, kochanie. Równie dobrze ktoś mógł je wysłać w ramach podziękowania, w końcu Queelo pomógł wielu osobom.

— Widzisz! — Queelo wskazał na Ihoo palcem. — Nie znasz się!

— A ty nie powinieneś się wściekać na siostrę — dodała babcia, odwracając się do niego. — Ona chciałaby tylko się cieszyć z twojego szczęścia. Może nie okazuje tego w najlepszy sposób — spojrzała wymownie na wnuczkę — ale to nie znaczy, że macie na siebie stale krzyczeć.

— Mojego szczęścia — prychnął Queelo, krzyżując ręce. — Nie potrzebuję nikogo. Ludzie i tak przynoszą więcej przykrości niż szczęścia.

Tego podejścia nikt już nie skomentował, nawet Ihoo uśmiech zszedł z twarzy i wyglądała na winną. Wtedy z kolei Queelo poczuł się winny, że zniszczył jakąkolwiek atmosferę. W końcu to miało być przyjęcie babci, a przyjęcia powinny być choć trochę radosne.

— To… dostałaś jakieś fajne prezenty? — postanowił szybko zmienić temat.

Babcia uśmiechnęła się.

— Znalazłam jakieś dziwne, nowe ramki dzisiaj na korytarzu? To wasza sprawka?

— Krasnoludki zrobiły.

— Oraz zegar.

— A to starszy krasnoludek musi za to odpowiadać.

— Ale szpilki do włosów to już chyba nie wasza sprawka?

Zarówno Queelo, jak i Ihoo zmarszczyli brwi, patrząc po sobie. Oboje wyglądali na zbyt zdziwionych, co stanowiło wystarczający dowód ich niewinności. Babcia sięgnęła do torby i wyjęła z nich trzy długie, pozłacane szpile, które przypominały bardziej broń niż ozdobę do włosów. Zdecydowanie by jej pasowały, gdyby tylko babcia kiedykolwiek planowała jakkolwiek w ładny sposób spinać włosy, zamiast po prostu je związywać w najprostszy możliwy sposób.

Queelo chciał sięgnąć po jedną, żeby się jej przyjrzeć, ale zawahał się. Złote szpile. Wyglądające jak broń. Coś mu zaświtało w głowie.

— Chyba wiem, kto mógł ci to dać — powiedział, cofając dłoń.

Ihoo spojrzała na niego, od razu rozumiejąc.

— Myślisz?

Wzruszył ramionami.

— Jak mu się nie udało wprosić, to powiedział, że wyśle jakiś prezent. Wygląda jak coś, co taki psychopata by dał.

— Z tym człowiekiem to same problemy — dodała babcia, też od razu łapiąc, o kim jej dzieci rozmawiają. — Może spróbuj go kiedyś zaprosić? W końcu by przestał się wciskać na siłę.

— To nie zadziała. Kiedyś jak się na coś zgodziłem dla świętego spokoju, to potem był jeszcze bardziej irytujący — prychnął Queelo, kładąc głowę na stole. — Chciałbym mieć choć dzień spokoju od tego wszystkiego. Szkoda, że potrzebuję pieniędzy do życia, bo inaczej rzuciłbym to w cholerę.

— Wyrażaj się! — syknęła na niego Ihoo.

— Oni wszyscy są tacy sami — dodał, zupełnie ignorując siostrę. — Ci złoci wojownicy. Tylko by na wszystkich psioczyli, tacy aroganccy, wielcy panowie na włościach, co na zwykłych ludzi plują. — Podniósł wzrok, żeby zorientować się, że siostra i babcia patrzą na niego krzywo. — Przecież nie mówię o was, tylko o tych bucach z biura detektywistycznego. Tylko z Alloisem jako tako da się gadać, ale on i tak mało kiedy jest.

— Tak, dzisiejsi wojownicy to nie to, co kiedyś — przyznała mu rację babcia. Jakimś cudem była w stanie mówić normalnie, nawet jeśli sekundę wcześniej wcisnęła prawie całą babeczkę w usta. — Prawie sami rozleniwieni bogacze, którzy patrzą tylko na czubek własnego nosa. Niby tacy wspaniali, ale jak przyjdzie co do czego, to nawet głupiego infera zwykłego nie potrafią się pozbyć, jak stoi tuż przed nimi i się nie rusza. To jakaś kpina.

— Wezmą jakąś najłatwiejszą sprawę i zachowują się, jakby robili wszystkim wielką przysługę, że marnują swój czas na coś takiego.

— W ogóle nie przykładają się do treningów albo nawet w ogóle na nie nie przychodzą!

— Nie da się ich o nic zapytać, bo od razu patrzą na ciebie jak na debila, bo nie wiesz czegoś tak oczywistego.

— Zawsze muszą sobie znaleźć kogoś, na kogo można zrzucić robotę!

— A już myślałam — przerwała im Ihoo — że spędzimy choć jedno przyjęcie bez marudzenia na cokolwiek. Czemu zawsze kończymy na tym samym temacie?

— A o czym innym mielibyśmy rozmawiać? — spytał Queelo, w końcu biorąc kolejnego gryza dziwnej babeczki. — Nie mamy zbyt ciekawego życia, żeby rozmawiać o czymś innym, niż ta banda debili. Poza tym narzekanie jest fajne. Babcia to jedyna osoba, z którą da się narzekać, bez słuchania litanii na temat tego, jakim to jestem niewdzięcznikiem.

— I nawzajem — przyznała mu babcia. — Aczkolwiek może bez tego niewdzięcznika. Mnie nikt nie odważył się nigdy tak powiedzieć, ale widać po ich minach, że ciśnie im się to na języki.

— Jesteście siebie warci — prychnęła Ihoo. Chciała chyba coś jeszcze powiedzieć na ten temat, ale wtedy odezwał się dzwonek. — To pewnie Pally, miał mi dzisiaj pomóc w papierach. Przepraszam was, ale rozumiecie, praca. Nie chcę, żebyście mnie potem wyzywali od nierobów.

— Ty akurat robisz najwięcej — zauważył Queelo. — Też powinnaś to rzucić w cholerę. Bez ciebie to wszystko rozpadłoby się w tydzień. Błagaliby cię o powrót i podnieśli tę nędzną pensję. Jak z babcią.

Zarówno babcia, jak i Ihoo, uśmiechnęły się do niego dziwnie, w sposób, którego nie rozumiał. Siostra wyszła z pokoju i rozmawiała przez chwilę z kolegą w wejściu, po czym poszli na górę. Queelo próbował nadstawić uszu i coś podsłuchać, ale nawet jeśli rozmawiali, nie było tego słychać. Westchnął zawiedziony.

— Mógłbyś przynajmniej siostry nie podsłuchiwać — odezwała się babcia, zwracając jego uwagę.

— Nie chciałem jej podsłuchiwać. Tylko tego typa. Nie podoba mi się.

— Oj, skarbie, zamiast o nią, powinieneś się raczej martwić o siebie.

Jej ton nagle stał się niepokojąco poważny. Queelo spojrzał na nią ze zdziwieniem, nie rozumiejąc, o co chodzi. Przecież zawsze martwił się o siebie.

— To znaczy?

— Nie chciałam tego mówić w towarzystwie Ihoo, bo mogłaby zacząć dramatyzować, ale te kwiaty — wskazała na żółty bukiet — równie dobrze co podziękowanie, mogą stanowić groźbę. A już zwłaszcza w twoim kontekście. Powinieneś naprawdę uważać.

Queelo przełknął ślinę, kiedy dotarł do niego sens tych słów i spojrzał jeszcze raz na kwiaty. Teraz wydawały mu się jakoś bardziej złowieszcze niż wcześniej. Jednym kęsem zjadł całą resztę babeczki i choć wcześniej miała zupełnie inny smak, tym razem smakowała wyjątkowo gorzko.


Rozdział III

Zjawiska Nadprzyrodzone w Bibliotece Miejskiej

Nr Sprawy: 79

Nazwa: Zjawiska Nadprzyrodzone w Bibliotece Miejskiej

Zleceniodawca: Clihoo Pirma, Bibliotekarz

Data Złożenia Zawiadomienia: 4 Stycznia 29r.

Status: Niezaczęta

Miejsce: Biblioteka Miejska Im. Tassily w Centrum

Zapłata: 300 AeR

Dodatkowe zapisy: Czytelnicy skarżą się na dziwne światła pojawiające się po zmroku, niedawno doszły też odgłosy spod podłogi. Serdecznie dziękuję za wszelką udzieloną pomoc


Queelo zatrzymał się przed drzwiami biblioteki i wziął głęboki oddech. Potrzebował chwili przygotowania, zanim świadomie wystawi się na obecność Nassiego i jego niszczycielskiej aury. Naprawdę nie miał na to ochoty, zwłaszcza w obecnej sytuacji. Nie wyspał się, w nocy w każdym kącie jego mózg widział jakichś podejrzanych ludzi, z których absolutnie żaden nie okazał się prawdziwy. Kiedy w końcu udało mu się zasnąć, nastał już ranek.

Tak jak przypuszczał, natychmiast po przekroczeniu progu nastąpił atak.

— Jesteś wreszcie! — zachwycił się Nassie, pojawiając się tuż obok niego. — Wiedziałeś, że nikt tu już nie przychodzi? Nawet bibliotekarz powiedział, że on sobie idzie, bo w tym miejscu straszy. Jesteśmy sami!

— Więc mówisz, że gdybym cię teraz zastrzelił, to nie będzie żadnych świadków?

— Chodziło mi bardziej o to, że nikt nie będzie nam przeszkadzał w poszukiwaniach, ale interpretuj to, jak chcesz — odpowiedział wesoło, zupełnie nie przejmując się słowami kolegi. — Próbowałem szukać sam jakichś informacji, ale system katalogowania jest nielogiczny i nie umiem się w tym połapać. Zupełnie jakby bibliotekarz układał to wszystko losowo! Jak tak można?! Musisz mi pomóc!

— Panie i panowie, najmądrzejszy wojownik całej Twierdzy — zakpił sobie Queelo — którego można pokonać zwykłą losowością. Jesteś pewien, że tego tytułu nie nadali ci ironicznie?

— Zajmuję się logicznymi rzeczami, w losowości logiki nie ma — zauważył Nassie. — Mógłbym to zacząć przeszukiwać i pewnie bym coś w końcu znalazł, ale sam powiedz, jak można w bibliotece wszystko zorganizować tak nielogicznie? To nie ma sensu. To jest miejsce, które jak najbardziej powinno być logiczne.

— Jeszcze raz powiesz słowo „logika”, to cię strzelę w twarz.

— Dzisiaj jestem już czysty, nie ubrudzisz sobie rączek, więc nie krępuj się.

— Pistoletem.

— To też jest jakieś wyjście.

Nassie podskoczył wesoło w stronę biurka, przy którym normalnie powinien siedzieć bibliotekarz i otworzył szufladę. Queelo z niechęcią podszedł bliżej, żeby zobaczyć, że faktycznie, tam, gdzie powinien być jakiś system katalogowania, panował totalny chaos. Nassie, z uśmiechem na ustach, wyjął całą stertę kartek, zeszytów i notatek, żeby rozrzucić je wszystkie po blacie.

— Widzisz? Nielogi… Niepoukładane! A biblioteka jest ogromna! Jak mamy tu cokolwiek znaleźć?!

Queelo wziął plik kartek, żeby sprawdzić, jak w ogóle pozapisywane są na nich informacje. Były czytelne, przynajmniej tyle. Bibliotekarz nie bawił się w jakąś kaligrafię, ale też nie tworzył jakichś bazgrołów. Sposób zapisu informacji jednak był tragiczny. Zamiast stworzyć jakieś kategorie, tytuły książek były porozpisywane w losowej kolejności i krótko opisane pojedynczymi słowami. Nie było nawet informacji, w jakiej części biblioteki się znajdują, tylko jakiś numerek. Podejrzewał, że bibliotekarz wiedział, które miejsce oznacza jaki numer, ale postronnemu raczej trudno było się w tym zorientować.

— Będzie ciężko — mruknął pod nosem. — Szukamy czegoś o tych twoich symbolach, nie? Symbolika w znakach? Król Kirrho? Z czymś mi się kojarzy to imię, ale nie mam pojęcia z czym.

— Myślałem o tym i królowie występowali tylko w naprawdę dawnych czasach, więc może udałoby się coś znaleźć w książkach historycznych, ale tych najstarszych. Możesz poszukać czegoś o monarchii, a ja zajmę się tą magiczną częścią.

Z takimi założeniami, nawet jak znajdą tytuł, w którym mogłoby być coś pomocnego, to jak mają znaleźć samą książkę? To nie tak, że setki tych regałów były jakkolwiek pozaznaczane, a nawet gdyby, na jednym leżały tysiące książek. W takich warunkach nie dało się pracować. Zanim Queelo zdążył coś powiedzieć, Nassie rozsiadł się na fotelu bibliotekarza i zaczął przeszukiwać kartki, pogwizdując jakąś skoczną melodyjkę pod nosem.

Queelo spojrzał na swoją kartkę i przeleciał wzrokiem przez słowa. Nie było absolutnie niczego na temat monarchii, historii czy w ogóle jakiejkolwiek władzy. Na pierwszym miejscu był jakiś poradnik, za nim fantastyka naukowa, a potem dwie pozycje, które trudno było określić jakimkolwiek słowem, widać było, że nawet bibliotekarzowi sprawiło to problem. Odłożył pierwszą kartkę na puste miejsce i zajął się następną.

Był to powolny i mozolny proces, który doprowadzał go do ziewania. Zresztą nie tylko jego, bo po chwili i Nassie zaczął wydawać z siebie dziwne dźwięki, które chyba były jego sposobem na wyrażanie nudy. Lubił zagadki, ale przeglądanie dokumentów, jeden po drugim, dla niemal każdego było nudnym zajęciem. Po przejrzeniu dziesięciu walnął całą stertą w biurko. Queelo spojrzał na niego, unosząc brew.

— Mam dość! — oznajmił Nassie, podwijając rękawy. — Zrobimy to moim sposobem.

— A to już tego nie robimy twoim sposobem?

Wojownik nie odpowiedział, tylko jednym ruchem zrzucił wszystko z biurka, prosto pod nogi Queelo, po czym wskoczył na blat.

— Mam dzwonić po lekarza czy po egzorcystę?

— Ciekawe jak — prychnął Nassie, rozglądając się, po czym z biurka przeskoczył na szafkę w pobliżu i zaczął się po niej wspinać. — Raczej nie masz baterii, która wytrzymałaby tak długo. Poza tym w bibliotece nigdy nie było zasięgu. Beznadziejnie ją zbudowano. Ściany nie przepuszczają nawet krzyków, a co dopiero, żeby jakieś fale telefoniczne tu docierały czy na co tam telefony działały. O!

Usiadł na samym szczycie półki i zaczął wesoło wymachiwać nogami. Podniósł rękę i, kiedy zorientował się, że nie sięga nią sufitu, wstał. Zachowywał się jak dziecko, które właśnie odkryło, że jest w stanie wdrapać się na drzewo. Czy tam na półkę na książki, różniło się to tylko etapem ewolucji. Jedno i drugie było drewnem, więc można było uznać je za tę samą rzecz.

Uniósł dłonie do twarzy i zaczął udawać, że to lornetka.

— W bibliotekach książki zawsze są ustawiane działami — powiedział, chyba bardziej do siebie, niż do stojącego wciąż na ziemi Queelo. — W trakcie tych dwudziestu lat nikt nie mógł tego aż tak bardzo zepsuć. Ludzie głupi nie odwiedzają takich miejsc za często. Na pewno mają tu jakieś oznaczenia czy coś. Musi coś być…

Queelo przewrócił oczami, ale sam też się rozejrzał. Może faktycznie mogło to być jakkolwiek poukładane, tylko trzeba było zgadnąć, w jaki sposób to rozpoznać. Odłożył kartki i postanowił się przespacerować między półkami. Było większe prawdopodobieństwo, że w ten sposób na coś trafi niż po prostu poprzez przeglądanie bezsensownej dokumentacji. Słyszał Nassiego, który najwyraźniej postanowił poskakać sobie po szafkach i ruszył w kierunku przeciwnym do hałasu. Czy w bibliotece nie powinno się zachowywać ciszy?

Pamiętał wciąż zgłoszenie sprzed kilku lat, jakoby w tym miejscu straszyło, ale że nie lubił zajmować się sprawami, w które jakkolwiek mogła być wmieszana magia, nie postanowił go przyjąć. Nassie też się jakoś specjalnie nim nie zainteresował, więc zostawili je dla innych detektywów. Wychodziło jednak na to, że albo nie przyjął go absolutnie nikt, albo ktoś nie wykonał za dobrze swojej pracy. Z innej jednak strony nigdzie nie było widać duchów czy innych potworów.

W powietrzu unosił się stęchły zapach kurzu, który zalegał tonami pośród książek. Właściciela nie było nawet stać na porządne sprzątanie. Queelo miał ochotę wziąć jakąś ścierkę i samemu rozpocząć porządki, ale gdyby zaczął, nie wyszedłby z biblioteki przez przynajmniej rok. Poza tym wola posiadania środków do życia była zdecydowanie większa niż chęć przebywania w czystym pomieszczeniu, choć aż tak wielkiej różnicy między nimi nie było. Z trudem odwrócił myśli od tego całego brudu i skupił się na przeglądaniu tytułów.

Jak można było się spodziewać, większość książek nie wyglądała najlepiej. Musiały na półkach przeleżeć naprawdę wiele lat, ponieważ wyglądały tragicznie, jakby nikomu nawet nie chciało się przetrzeć ich grzbietów, które przecież były najbardziej na widoku. Queelo z ciekawości podszedł do jednej z półek i sięgnął po jakieś grube tomiszcze z wytartą nazwą. Jak trafnie odgadł, tuż po lekkim ruchu w górę wzbił się niewielki obłok kurzu. Zostawił więc książkę. Nie zamierzał się znów użerać z brudnymi ubraniami.

Budynek był o wiele większy, niż wyglądał z zewnątrz. Dlaczego w zasadzie w bibliotekach ludzie musieli tworzyć labirynty z półek, przecież to nie miało sensu. O wiele łatwiej byłoby ustawić wszystkie półki równo i je jakoś ładnie podpisać, ale nie. Właściciele z jakichś powodów lubili z nich ustawiać pseudokorytarze, chyba tylko po to, żeby nikt tam nie przychodził. Albo, żeby jak ktoś już przyjdzie, to się zgubił i zginął z głodu, nie mogąc znaleźć wyjścia. Bibliotekarze byli psychopatami.

Skręcił za róg i zobaczył kawałek materiału na podłodze. Nie wyglądał na równie brudny i zaniedbywany co książki, więc Queelo z zainteresowaniem do niego podszedł. Była to chyba jakaś flaga, a wielkimi, ładnymi literami wyszyte na niej były słowa „literatura naukowa”. Czyli biblioteka faktycznie posiadała jakieś oznaczenia działów! Ale czemu leżały one na podłodze? Queelo zmarszczył brwi i podniósł materiał. Zdecydowanie powinien gdzieś wisieć. Rozejrzał się, ale nie widział nigdzie miejsca, gdzie mogłoby to pasować.

Kawałek był oderwany. To dopiero było dziwne, biorąc pod uwagę, że materiał był gruby i rozerwanie go byłoby w zasadzie niemożliwe bez jakiejś nadludzkiej siły. Queelo sam z ciekawości pociągnął mocniej, ale nitki ani drgnęły i trzymały się mocno. Raczej nikt tego nie odciął nożyczkami czy tam nożem, a jeśli tak to zrobił, to musiało być to bardzo tępe ostrze, żeby zostawić tak postrzępione ślady.

— Znalazłeś coś?

Queelo nawet nie usłyszał, że ktokolwiek się do niego podkradał. Naprawdę, czy ten człowiek musiał się za nim włóczyć nawet w trakcie poszukiwań? Nie mógł iść w inną stronę, żeby przeszukać większy teren? Odwrócił się, żeby wygarnąć koledze.

Stał tam, w przejściu i uśmiechał się, jak zwykle, w dokładnie ten sam irytujący sposób. Ale mimo to coś było nie tak. Queelo zmrużył oczy.

Wyciągnął pistolet z szybkością błyskawicy, odbezpieczył i bez zastanowienia strzelił. Huk poniósł się echem po bibliotece, a gdy ucichł, zapanowała całkowita cisza. Nawet odgłosy butów skaczących po kolejnych półkach nagle zamarły.

— Strzeliłeś do mnie — powiedział ze zdziwieniem stojący przed nim Nassie.

Nie miał ani jednej rany postrzałowej. Queelo był absolutnie przekonany, że nie spudłował. Jeśli strzelał, to zawsze trafiał, zwłaszcza jeśli cel się nie ruszał. Nie opuścił broni.

— Kim jesteś?

— Masz problemy z głową czy ze wzrokiem? Może to ja powinienem dzwonić po lekarza.

— Mam doskonały wzrok i jeszcze lepszą pamięć. W przeciwieństwie do ciebie, najwyraźniej, skoro gdzieś ci zniknęła taka mała blizna, którą zawsze miałeś pod prawym okiem.

Sobowtór uniósł gwałtownie dłoń do wskazanego miejsca. Queelo prychnął.

— Żartowałem. Aż tak bardzo się nigdy nie interesowałem jego twarzą, żeby coś takiego zobaczyć. Ale faktycznie czegoś ci brakuje. Na przykład dziury w brzuchu. Czym jesteś?

Kimkolwiek nie był, przestał się uśmiechać. Brak tego elementu na twarzy Nassiego był naprawdę dziwnym zjawiskiem. Queelo nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział tego idiotę z innym wyrazem twarzy. Czasem uśmiechał się przyjaźnie, czasem ironicznie a czasem wrednie, ale zawsze jakoś się uśmiechał. Z poważniejszą miną wyglądał jak zupełnie inna osoba.

W zasadzie stała przed nim inna osoba, więc może to nie była wina braku wyszczerzonych zębów. O ile w ogóle stała przed nim jakakolwiek osoba.

— Czym jesteś? — powtórzył pytanie, tym razem podnosząc nieco pistolet tak, by celować w głowę. Nie był pewien czy to coś da, biorąc pod uwagę fakt, że pierwsza kula przeleciała przez istotę, jakby ta nie istniała, ale zawsze warto było spróbować.

— To bardzo niemiłe pytanie — odpowiedziała istota. Nadal nie przestawała wyglądać jak Nassie.

— Kiedy zapytałem, kim jesteś, to mi nie odpowiedziałeś, więc dlaczego miałbym być miły? Na dodatek udajesz tego przygłupa. Masz teraz strasznie wkurzającą twarz, w stosunku do niej nigdy nie jestem miły.

To wyraźnie zdziwiło jego rozmówcę. Oczywiście mało kto powiedziałby to o Nassiem, ludzie widzieli serdeczny uśmiech i tę niewinną twarzyczkę, traktowali go jak aniołka, nawet jeśli często paradował po mieście wysmarowany krwią inferów. Queelo za to irytował ten drwiący uśmieszek, te białe zęby, te jasne, złote oczy, w których było widać radość za każdym razem, gdy temu bucowi udało się kogoś zdenerwować. I jeszcze to idiotyczne uczesanie! Mógłby sobie po prostu związać włosy jak normalny człowiek albo łazić w rozpuszczonych, jak już tak bardzo chciał się pochwalić byciem jedynym blondynem na świecie. Ale nie, robił se jakąś dziwną gumkę z własnych włosów i to na dodatek gdzieś po boku głowy, zamiast na środku. No i nieustannie je poprawiał! Denerwujące!

— Więc? — ponowił pytanie. — Mam strzelić jeszcze raz?

Istota spojrzała na jego twarz, po czym rozwiała się w nicość. Queelo zmrużył oczy, ale absolutnie nic po niej nie zostało. Nastawił uszy, jednak nie usłyszał absolutnie niczego. Powoli opuścił broń, nie zamierzał jednak zdejmować palca ze spustu. Rozejrzał się ostrożnie. Wokół niego była tylko pustka i setki półek z książkami. Nic więcej.

— Co się stało? — odezwał się nagle Nassie z góry, a Queelo gwałtownie wycelował w jego stronę. — Hola, hola, może, zanim mnie zastrzelisz, to przynajmniej się pokłócimy, co? Chciałbym odejść z tego świata, wiedząc, czymże cię tak uraziłem.

To zdecydowanie byłoby coś, co ten idiota by powiedział, więc Queelo nie strzelił. Nassie, widząc, że nie grozi mu śmierć, zszedł w końcu z szafki na dół. Był cały w kurzu, ale ani myślał się z niego otrzepywać.

— Do kogo strzelałeś? — zainteresował się, spostrzegając, że jego kolega, może i opuścił broń, ale wciąż jej nie schował. Rozejrzał się, najwyraźniej poszukując celu.

— Do ciebie.

Teraz Nassie spojrzał po sobie.

— Jestem pewien, że gdybyś strzelał do mnie, to trafiłbyś prosto w serce i zabił na miejscu. Jakoś jeszcze oddycham. Nie mam nawet dziury po kuli.

— Do czegoś, co wyglądało jak ty — doprecyzował Queelo z irytacją. — Ale jeśli to twój duch straszy w tym miejscu, to nic dziwnego, że ludzie stąd uciekają. Też bym nie chciał przebywać w twoim towarzystwie.

— Jeszcze żyję. Duchy żywych osób nie mogą straszyć. W ogóle duchy nie mogą straszyć, to tylko bajeczka dla dzieci. Co najwyżej wspomnienia po zmarłych osobach, ale duchy? Jak bardzo to wyglądało jak ja?

— No… jak ty? Po prostu?

— Żadnych różnic?

— Raczej nie.

— A mimo to strzeliłeś do tego — dodał Nassie ze smutkiem. — Naprawdę zastrzeliłbyś mnie bez mrugnięcia okiem. To boli moje serce.

— Słyszałem wciąż, jak skaczesz po półkach, debilu. Ostatnie, czego bym teraz chciał, to żeby mnie aresztowali. I to jeszcze za zabicie ciebie. Nie miałbym życia w więzieniu. Dziękuję bardzo za coś takiego.

— Tak sobie to tłumacz, wiem, że tak naprawdę mnie lubisz.

— Bynajmniej.

Nassie uśmiechnął się w ten irytujący sposób, mówiący, że i tak mu nie wierzy, ale zanim Queelo jakkolwiek to skomentował, wojownik już przeszedł do innego tematu.

— Och, znalazłeś coś! — ucieszył się, wyrywając Queelo materiał, który ten nadal trzymał. Nassie rozwinął go w powietrzu, żeby lepiej się przyjrzeć. — Czyli faktycznie mieli tu jakieś działy! Literatura naukowa, to musiało wisieć na jakiejś belce czy coś. Widziałem kilka nadających się do tego po drodze, ale wszystkie były puste. Ktoś musiał specjalnie pozdejmować oznaczenia. Wiesz, co to znaczy?

— Że powinniśmy sobie stąd iść, bo tu straszysz?

— Że faktycznie będziemy w stanie coś znaleźć! Czy tutaj są książki naukowe? — zapytał, podbiegając do półki i zdejmując jeden z tytułów. Queelo cofnął się gwałtownie, gdy w powietrze wystrzeliła chmura kurzu. — To jest totalnie ten język, którego używają Mikky i Allois w dokumentach, bingo! Zawieszę to na belce tego działu i możemy pójść do innych, żeby posprawdzać, jakie tam mają książki.

— A co z twoim duchem?

— To pewnie tylko złośliwe widmo lustrzane. Są irytujące, ale zupełnie nieszkodliwe, przynajmniej dopóki nie dasz się nabrać na jego sztuczki. Pokazało ci mnie, bo jesteśmy jedynymi osobami tutaj. Hm… ale to znaczy, że jak się rozdzielimy, to mnie pokaże się jako ty… chwila, nie jesteś widmem, prawda?

— Powiedziałem ci o nim, kretynie. Po co miałbym ci mówić o sobie?

— Fakt, widmo przekonywałoby mnie słodkimi słówkami, zamiast mnie nieustannie wyzywać, masz tutaj rację. Chociaż zobaczenie choć raz miłego Queelo byłoby ciekawe, to lepiej, żebyśmy się nie rozdzielali. Idziemy na górę?

— Nie będę łaził po półkach.

— Nie masz kondycji?

— Mam jakiś szacunek do siebie.

— No dalej, będzie zabawnie!

— Czy ja wyglądam jak jakiś pająk?

— Na górze jest czyściej.

Queelo zmierzył spojrzeniem jego zakurzone ubranie.

— Właśnie widzę.

— Potknąłem się o jakąś dziurę i prawie spadłem. Obiłem się trochę o jakąś półkę i zebrałem z niej brudy. Poza tym, skoro już zebrałem cały kurz, to tam zostało go mniej! No chodź, będzie szybciej.

— Nie.

Koniec końców Queelo nie dał się przekonać i poszli dołem. Nassie co jakiś czas wspinał się do połowy na półki, żeby wypatrywać belek, ale nie zamierzał zniknąć z pola widzenia. Zupełnie jakby to widmo, czy jakkolwiek by to nazwać, nie było aż tak nieszkodliwe, jak to przedstawił. Co jakiś czas też podejrzanie zbliżał dłoń do rękojeści miecza, który oczywiście, że zabrał ze sobą, bo jakby go nie wziął choć raz z domu, to chybaby umarł. To już było niepokojące.

Wyszli z działu literatury naukowej i trafili chyba do działu teorii spiskowych, o ile taki mógł w ogóle istnieć w bibliotece. W każdym razie na ten temat była pierwsza książka, którą Queelo sprawdził. Coś na temat ludzi-jaszczurów i ich władzy nad światem. Potem jednak Nassie odkrył książkę o wróżkach i zgodnie stwierdzili, że to po prostu dział fantastyki. Przeszli przez niego najszybciej jak się dało, choć Nassie przez chwilę uważał, że mogłyby tam być jakieś informacje o znakach magicznych, ale szybko porzucił tę nadzieję, gdy przeczytał, jak idiotycznie magia tam była przedstawiana.

Krążyli po bibliotece, odkrywając kolejne działy, ale nie znaleźli nic, co mogłoby im się przydać. Według zegarka Queelo siedzieli tam przynajmniej trzy godziny, zanim w końcu trafili do jakiegoś działu, w którym mogliby otrzymać jakiekolwiek informacje. Gorzej dla niego, że był to dział sztuk magicznych.

— Nikt nie czaruje książek — zauważył ze śmiechem Nassie, widząc niechęć kolegi. Złapał jakąś księgę z półki. — Zobacz, mogę ją otworzyć i nic nie wystrzeli mi w twarz. Widzisz? Sto procent bezpieczne. Jeśli ktoś kiedyś spróbował rzucić czar na książkę, to pewnie już dawno nie żyje i on, i książka. Papier znosi zaklęcia jeszcze gorzej niż ty. Co to w ogóle za tytuł? — Przewrócił kartki na pierwszą stronę. — „Zastosowanie magii użytkowej w gospodarstwie domowym”. Dobry boże, jaki staroć! To nam się raczej nie przyda. Powinniśmy szukać czegoś o znakach przywoływania, ewentualnie starożytnej magii. Nie są jakimiś powszechnymi, bo inaczej bym je znał.

— Ty powinieneś szukać — prychnął Queelo, krzyżując ręce. — Ja nie zamierzam się w to bawić.

— No weź. Proszę. Sam nic nie zdziałam.

— Nie, żebyś miał wybór. Ja magii się nie tykam.

— Queelo…

— Queelo — odezwał się głos, powtarzający po Nassiem niczym echo.

Obaj obrócili się gwałtownie. Dziwna zjawa stała kilka metrów od nich, wpatrując się uważnie. Nadal wyglądała jak Nassie bez uśmiechu, ponura i groźna. Queelo skrzywił się na ten widok. Nassie za to wydał z siebie jakiś nieokreślony dźwięk, coś pomiędzy mruknięciem a beknięciem. Cokolwiek to mogło oznaczać.

— Ja tak wyglądam? — zdziwił się po chwili milczenia, wskazując palcem na zjawę. — Naprawdę?

Queelo spojrzał najpierw na niego, a potem na zjawę. Wyglądali niemal identycznie, więc skinął głową. Myślał, że Nassie zareaguje zdziwieniem, zaskoczeniem, może jakąś złością czy rozpaczą, w końcu ludzie dziwnie reagowali, widząc samych siebie. Tymczasem on się uśmiechnął jeszcze szerzej niż dotychczas, ukazując chyba wszystkie swoje zęby.

— Nic dziwnego, że wszyscy na mnie lecą! Jestem chodzącym ideałem!

— Tylko się nie zakochaj — prychnął z niechęcią Queelo, po czym zwrócił się do zjawy. — Czego chcesz? Znów udawać, że jesteś tym idiotą?

— Nie nadajesz się na mnie — uznał Nassie z lekkim smutkiem. — Masz za mało uśmiechu na twarzy, zwłaszcza w oczach. Nie wyglądasz przez to źle, ale nie wyglądasz aż tak dobrze, jak ja teraz. Uśmiech to podstawa.

— Kogo to obchodzi?! — zezłościł się Queelo, odwracając się w jego stronę. — Jesteś typem od pozbywania się potworów, a nie uczenia ich sztuki podrywania! Czemu po prostu nie przetniesz go na pół?

Nassie zacmokał, słysząc te słowa.

— Oj, Queelo, Queelo, mały, naiwny Queelo — powiedział zbolałym głosem, opierając się o jego ramię. — Świat nie działa w ten sposób, że dzielisz istoty na potwory i ludzi. Gdybyśmy poszli tym kluczem, musielibyśmy zacząć wybijać nas, złotookich, bo też nie jesteśmy w stu procentach ludźmi czy jakoś tak.

— Brzmi świetnie, zacznijmy od ciebie.

— Ta zjawa jeszcze w żaden sposób nas nie zaatakowała — zauważył Nassie, puszczając uwagę mimo uszu. — Ani nie postawiła nas w żadnym problematycznym położeniu. Po prostu przyszła i rozmawia. Może po prostu szuka pomocy i nie chce nikomu zrobić krzywdy? Nigdy nie atakuję pierwszy. Ten, kto atakuje pierwszy, i to bez powodu, jest tym złym, a ja tym złym nie jestem.

— Jesteś tym głupim.

— Dokładnie. Witaj, o szlachetne widmo — odezwał się z powrotem w stronę zjawy, która po prostu tam stała i przyglądała się im pusto złotymi oczami. — Wybacz nam naszą nieuprzejmość, jednak niecodziennie spotyka się takie zjawy jak ty. Rozumiem, czemuś przybrałoś taką formę, w końcu każdy chciałby być mną, jednak jest to dla mnie nieco niekomfortowe rozmawiać z tobą, gdy masz moją twarz. Byłobyś na tyle miłe, by ją zmienić?

Zjawa się nijak nie odezwała, ani nawet nie dała znaku, że w ogóle go usłyszała.

— Jesteś pewien, że z tobą rozmawiało? — zapytał Nassie, znów spoglądając na Queelo. — Nie wygląda na zbyt rozmowne. Totalnie nie jak ja.

— Ta, ty bez przerwy nadajesz — warknął Queelo, odpychając go od siebie. — W tym jednym widmo jest lepsze. Fuj. Nie chcę już widzieć tej twojej parszywej twarzy!

Powiedział to w stronę Nassiego, który znów zaczął się przysuwać, ale widmo najwyraźniej uznało, że to było do niego, bo nagle jego twarz dziwnie zafalowała i zaczęła się zmieniać. Wyglądało to dość niepokojąco, cała istota zaczęła się marszczyć niczym materiał na wietrze, a kolory tańczyły jak w kalejdoskopie. Queelo aż rozbolały oczy od tego widowiska i miał ochotę je zamknąć, ale równie szybko, jak się zaczęło, równie szybko się skończyło i teraz stała tam zupełnie inna osoba.

Nassie znów wydał z siebie dziwny dźwięk, ale Queelo miał to totalnie gdzieś. Nawet nie chciało mu się jakoś specjalnie przyglądać tej osobie, ważne, że teraz miał tylko jednego złotookiego idiotę w pobliżu, a nie dwóch.

— Interesujące — odezwał się Nassie, podchodząc krok bliżej do istoty. — Wygląda na to, że słucha się tylko ciebie — powiedział w stronę Queelo, nadal jednak nie odwracając wzroku od zjawy. — Może zapytaj się, czego chce?

— Jakbym nie pytał wcześniej — prychnął Queelo. — Czego chcesz, co?

Istota przechyliła głowę, a kilka kosmyków czarnych włosów opadło jej do oczu. Wyglądała jakoś znajomo, jakby Queelo już gdzieś wcześniej widział tę twarz, choć nie dokładnie taką samą. Trudno mu to było określić.

— Zamierzasz odpowiedzieć?

Chyba nie zamierzała, zamiast tego zaczęła naśladować jego ruchy, tak jakby była lustrem. Queelo uniósł brwi. Istota zrobiła to samo. Cofnął się o krok. Znów powtórzyła. To było irytujące.

— To jakaś gra? — zezłościł się.

— Gra — powtórzyła istota. Wyglądała na znudzoną.

— Przestań!

— Przestań.

— Już wiem! — ożywił się nagle Nassie. — Nie ruszaj się!

— Kto? Ja czy to coś?

— Ty się nie ruszaj! Ani o krok! To nie żadna zjawa ani duch, tylko żywa istota. — Z tymi słowami sięgnął w końcu po miecz i skierował jego ostrze w stronę stwora. — Natychmiast przestań, a może oszczędzę ci życie. Jeśli nie, to będę musiał je zakończyć. Niekoniecznie szybko.

W końcu stworzenie zwróciło na niego jakąkolwiek uwagę. Albo raczej na jego miecz. Chyba nawet trochę się go wystraszyło. Złota broń była robiona z mieszanek złota nie bez powodu. Dopiero wtedy Queelo zapaliła się lampka w głowie.

— Nie mów mi, że to infer.

— Infer — powtórzyła istota.

Chyba nadal chciała go małpować, ale jednocześnie też bała się broni.

— Jak najbardziej — odpowiedział Nassie, nieco bardziej ponuro niż wcześniej. — W trakcie jednego z ataków musiały się jakieś zalęgnąć, a że bibliotekę mało kto odwiedza, to nikt ich nie zauważył. A gdy już zauważyli, pomyśleli, że to jakieś duchy. Ten jeden gatunek akurat łatwo z nimi pomylić.

— Używa magii?

— Każdy infer używa magii — prychnął Nassie. — Są istotami magicznymi, na tym to polega. Jakby nie były, to dałoby się je zabić wszystkim, nie tylko magiczną bronią.

— Zmiennokształtny?

— Niezupełnie. Po prostu tworzy sobie iluzję wokół swojego ciała, odbijając obraz jakiejś osoby w pobliżu, a potem próbuje ją naśladować tak długo, aż nie zacznie jej dobrze rozumieć. — Nassie w końcu przestał się uśmiechać i zwrócił tę ponurą twarz w stronę infera. — A potem wgryza się w ofiarę, scalając się z jej ciałem i zabijając na miejscu. Może potem ją przez jakiś czas udawać, dopóki mu się zapasy w ciele nie skończą.

Queelo przełknął ślinę. Zdecydowanie wolał, kiedy nic nie wgryzało się w jego ciało, więc nadal stał w bezruchu, patrząc na istotę. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że twarz wydawała mu się znajoma, ponieważ była jego. Nie miał jednak ochoty zbyt długo wpatrywać się w samego siebie. Jeszcze dostrzegłby jakieś rzeczy, które mu się nie podobały i poczułby się gorzej niż zwykle. Zamiast tego skupił się na oczach. Pamiętał wciąż jak Ihoo miała fioletowe oczy, zanim pokryło je złoto. Fiolet był zdecydowanie ładniejszy.

Ciekawe, jakie oczy mieli inni złoci wojownicy, zanim im się pozmieniały. Ile bardzo ładnych kolorów zniknęło z ich wyglądu, tylko po to, żeby zostać zastąpionymi?

Przechylił lekko głowę. Bardzo, bardzo lekko. A stwór, bardzo powoli, powtórzył po nim ten ruch.

Ledwo zarejestrował, co dokładnie stało się później, tak błyskawiczne to było. W jednej chwili stał i wpatrywał się w swojego sobowtóra, a w drugiej już leżał na podłodze, nieco dalej. Nassie stał kawałek od niego, a z jego miecza spływała krew, której zdecydowanie wcześniej tam nie było. Potwór-sobowtór zniknął, zamiast niego na ziemi leżał jakiś ptakokształtny zwierz. Nie wiadomo jakim cudem, ale Nassie musiał trafić go idealnie w serce, zabijając na miejscu. Queelo nie chciał się przyglądać temu stworzeniu, i tak było mu już wystarczająco niedobrze od unoszącego się w powietrzu swądu krwi.

Nassie upewnił się, że stwór nie żyje, po czym odwrócił w stronę kolegi.

— Wszystko okej?

Wyciągnął rękę, ale Queelo nie zamierzał jej przyjąć i podniósł się sam.

— Wszystko okej?! — powtórzył nieco wyższym głosem niż zwykle. Odwrócił głowę, żeby nie musieć patrzeć na trupa. — To ma być okej?! Co… co to coś robiło w bibliotece? Wewnątrz barier miasta?!

— Mówiłem, że czasem trudno jest…

— Trudno? Trudno?! To wasz zakichany obowiązek! Mogłem zginąć!

— Nie no, śmierć akurat ci nie groziła. Dopóki jestem w pobliżu, to nic nikomu nie grozi!

— To dobrze, że jest cię tak ze stu, żeby nigdy nikomu nic nie groziło — syknął Queelo. — A niby nie masz nic do roboty całymi dniami! Wziąłbyś się do pracy!

— Ja…

— Może zajmij się tym, czym powinieneś, zamiast bawić się w irytowanie innych ludzi! I zostaw mnie w końcu w spokoju!

Odwrócił się napięcie i odszedł. Nie znajdowali się daleko od wejścia, więc nie potrzebował wiele czasu na wyjście. O dziwo Nassie nie poszedł za nim, a przynajmniej nie tak, by dało się go słyszeć. Queelo wyszedł na świeże powietrze i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak szybko oddychał.

Potwory w bibliotece. Potwory w bibliotece miejskiej! Nie wiedział, czy powinien śmiać się, czy płakać. Nie czuł się na siłach, żeby od razu wracać do domu, poza tym, gdyby wrócił tak wcześnie, z pewnością zaczęłyby się pytania, a tego wolał uniknąć. Skierował więc swoje kroki w stronę baru. Miał jeszcze wystarczająco dużo monet w kieszeni, żeby pozwolić sobie na jakiejś niskiej jakości trunek. Wybrał jakiś stolik w rogu, warknął na osobę, która chciała się dosiąść i zamówił jakiś marny alkohol, mimo tego, że kelnerka zdecydowanie mu tego odradzała.

Nie potrzebował wspaniałych, górnolotnych smaków, chciał się tylko choć trochę upić. W swojej wspaniałomyślności kelnerka przyniosła mu nawet szklankę, ale on po prostu chwycił za butelkę i wypił całość kilkoma łykami. Nie poczuł się z tym ani trochę lepiej. Zastanawiał się, czy nie wziąć kolejnej butelki, ale uznał, że był to zły pomysł. Skoro po jednej nie czuł zmiany, co miałyby dać mu następne? Chyba tylko wyrzuty sumienia.

Przesiedział chwilę, przyglądając się reszcie gości, po czym z trudem wstał i w końcu wyszedł. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi, a on zaczął zastanawiać się, na co właściwie stracił cały dzień. Nie zrobił w ciągu niego absolutnie nic produktywnego, tylko się trochę podenerwował i raz prawie zginął. Równie dobrze mógłby to wszystko wymazać z pamięci.

Gdy jednak dotarł pod drzwi domu, zamarł. Na wycieraczce, owinięty czerwoną wstążeczką leżał pojedynczy, żółty kwiatek. W promieniach słońca jego płatki wyglądały, jakby zrobione były ze złota.


Rozdział IV

Chcę chwilę spokoju!

Nr Sprawy: Co za różnica?!

Nazwa: Chcę chwilę spokoju!

Zleceniodawca: Queelo Ivero

Data Złożenia Zawiadomienia: 14 Września 31r.

Status: W toku

Miejsce: Całe pieprzone miasto

Zapłata: Święty spokój

Dodatkowe zapisy: Czemu wszyscy zawracają mi głowę? Dajcie mi święty spokój choć przez jeden dzień! Dlaczego w tym notesie nie ma kartek bez tych głupich oznaczeń?!


Queelo obudził się z bólem głowy. Wyciągnięcie zapasu wódki z barku i wypicie całej przez noc chyba nie było najlepszym pomysłem. Może i miał wyższą tolerancję na alkohol niż większość ludzi, ale to nie oznaczało, że powinien się zapijać na śmierć. Spojrzał w stronę kosza. Wywalił tam wczoraj cały żółty bukiet, wraz z tym głupim, pojedynczym kwiatkiem, ale już ich tam nie było. Zamiast tego wszystkie kwiaty stały ładnie na parapecie, błyszcząc w promieniach poranka. Najwyraźniej w nocy Ihoo wkradła mu się do pokoju i postanowiła zrobić małe porządki.

Wcześniej porozrzucane po podłodze ubrania, leżały sobie ładnie poskładane na fotelu, a mundur był przykładnie powieszony na wieszaku i nawet wyprasowany. Mimo tego nie powkładała tego wszystkiego do szafy. Może jej się nie chciało, a może chciała mu coś uświadomić. Prychnął pod nosem i sięgnął dłonią po butelkę, która powinna leżeć przy jego łóżku, ale trafił na pustkę. Posprzątała mu wszystkie butelki. Włącznie z tą jeszcze do połowy pełną, którą miał zamiar wypić z rana.

Dlaczego Ihoo musiała być taką wiedźmą?

Drzwi pokoju trzasnęły. Skrzywił się, kiedy ten dźwięk dotarł do jego uszu. Za głośno.

— Wstałeś w końcu, pijaku jeden? — zapytała siostra, stukając butami o podłogę chyba tylko z czystej złośliwości. Przecież umiała chodzić bezgłośnie. — To świetnie, bo wybieramy się dzisiaj nad jezioro! Pakuj manatki!

— Jezioro? — powtórzył Queelo niezbyt przytomnie. W sumie miał ochotę obrócić się na drugi bok, okryć kołdrą i wrócić do spania. — Nigdzie nie idę.

— Właśnie, że idziesz!

Ihoo zerwała z niego kołdrę, zanim zdążył się nią owinąć i odrzuciła ją na drugi bok pokoju.

— Spędzimy razem trochę czasu w rodzinnym gronie i nie masz tu nic do gadania!

— Spędzaliśmy czas w rodzinnym gronie dwa dni temu! — zaprotestował Queelo, siadając i przecierając oczy. — To za dużo rodzinnego grona jak na jeden tydzień. Poza tym pewnie masz pracę.

— Ależ nie mam wcale! — odpowiedziała wesoło, łapiąc go za kołnierz piżamy i siłą wyciągając z łóżka. Jako że nie miał ochoty stawać na własnych nogach, rozpłaszczył się na podłodze. — Żałosne. Dzisiaj ktoś zarządził inspekcję całego miasta. Coś w sprawie bezpieczeństwa, chociaż nie mam pojęcia czemu akurat teraz. No więc patrole będą chodzić po domach i je sprawdzać pod tym kątem. Wojownicy mają ręce pełne roboty, a urzędnicy mają wolne.

— Patrole? — mruknął Queelo, z trudem podnosząc głowę. — Jestem z policji, powinienem…

— W takim stanie to nic nie powinieneś — prychnęła Ihoo. — Poza tym jako policjant też masz wolne. Idą tylko ci, którym wysłali zawiadomienia, a ty żadnego nie dostałeś. No już, ty ludzka porażko, podnoś się i pakuj, albo wywlekę cię, jak jesteś i pójdziesz tam w piżamie. Twój wybór.

— Co za inspekcje? — zapytał, wciąż na wpół przytomny. Spróbował się podnieść, ale jego ciało odmówiło posłuszeństwa i nadal leżało na podłodze, za ciężkie na cokolwiek. — Uciekł im jakiś zbieg czy coś?

— Coś o szukaniu zalegających inferów czy inne bzdury. W każdym razie ludzie raczej będą siedzieć w domach, bo będą się bali, że coś stracą w trakcie tej inspekcji. Babcia po prostu dała klucze grupie, która będzie przeszukiwała zachodnią dzielnicę i ich nastraszyła, że jak coś rozwalą, to ich pozabija. To raczej wystarczy. Więc możemy bez problemu wybyć całą trójką na ten jeden dzień i nie męczyć się z inspekcjami.

— A czemu nie możemy tu siedzieć w trakcie? To by jakoś przeszkadzało czy coś?

— Allois mi powiedział w tajemnicy, że w grupie zachodniej jest twój przyjaciel.

— Nie mam przyjaciół — mruknął Queelo w podłogę i zaczął się czołgać w stronę porzuconej kołdry. Bez niej w pokoju było zimno.

Chciał się zawinąć w kokon i nie wychodzić aż do końca zimy. Może nawet po tym doświadczeniu rozwinąłby motyle skrzydła, chociaż te z pewnością wyglądałyby na nim źle. Wielkie, kolorowe, zdecydowanie nie pasowały do jego stylu, ale chęć drzemki przeważyła nad tym strachem.

— Więc rozumiem, że z chęcią spotkasz się z całą grupą złotookich, wraz z Nassiem na czele. Możesz ugościć ich herbatą czy coś, w końcu to jedyne, co umiesz przyrządzić. Może nawet razem znajdziecie jakiegoś infera w naszej piwnicy! Albo w twojej sypialni…

Te słowa zadziałały lepiej niż kubeł zimnej wody. Queelo, wciąż z pewnym trudem, ale w końcu się podniósł i stanął na własnych nogach.

— Spakuję się.

— Dobry chłopiec.

Ihoo sięgnęła i poklepała go po głowie. Wyszła z uśmiechem na ustach. To musiał być jej plan na przekonanie go od samego początku. Czasem jego siostra była zdecydowanie bardziej niepokojąca, niż wszystko inne, co działo się w tym chorym mieście.

Spojrzał na mundur kątem oka, po czym ominął go i wyjął jakieś najnormalniejsze ubranie z szafy. Jakąś najzwyklejszą bluzę, spodnie dresowe i przy okazji czapkę. Znając życie, Ihoo zmusi go do wejścia na łódkę i wypłynięcia na środek jeziora, a potem będzie próbowała go wypchnąć. Pod tym względem była zupełnie przewidywalna. Wcisnął wszystkie swoje włosy pod materiał. Może przynajmniej nie będą mu włazić do oczu, gdy je zmoczy.

Zastanawiał się przez chwilę, czy wziąć ze sobą cokolwiek. W końcu to tylko wyprawa nad jezioro, w którym, przy odrobinie szczęścia, nie będzie w ogóle pływał. Jednak szczęście nie było czymś, co zwykle posiadał, złapał więc torbę i wepchnął do niej zapasowe, suche ubranie, tak na wszelki wypadek. Po zastanowieniu wziął też trochę pieniędzy. Nic więcej raczej nie było mu potrzebne.

Babcia siedziała na schodach w korytarzu i podrzucała coś w ręce. Nie miała przy sobie żadnej torby czy pakunku, jedynie jej miecz leżał tuż obok niej. Queelo zawsze uważał tę broń za dziwną — zamiast zwykłego, prostego ostrza, było takie nieco powykrzywiane, zakończone czymś na kształt haka. Nie miał pojęcia, jak to mogło pomagać w walce, jemu osobiście pewnie by przeszkadzało, ale babcia miała swoje metody, których kwestionować nie zamierzał.

Podszedł bliżej i zorientował się, że rzeczą, którą się bawiła, była złota szpila do włosów. Uniósł brwi na ten widok.

— Zastanawiałam się — odezwała się, widząc jego zdziwienie — do czego to może być przydatne. Byłoby świetne jako rzutki. Co prawda jednorazowego użytku, ale wciąż. Nie powinno się marnować żadnego złota, prawda?

— Zaczarowane złoto. — Queelo skrzywił się z niesmakiem.

— Tak mało bierzecie? — Ihoo zbiegła ze schodów, trzymając na ramieniu torbę wielkości niemal jej samej. — Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale to mają być jednodniowe wakacje! Wzięłam kosz piknikowy i parasolkę, i kocyk, i książki…

— To targaj to wszystko — prychnął Queelo. — Mnie wystarczy trochę spokoju. Broń pewnie też wzięłaś.

Ihoo pokazała na bicz, który miała przypięty do pasa, który był — a jakże by inaczej — złoty. Chyba tylko Queelo posiadał broń niezrobioną z tego kruszcu i zdecydowanie nie zabierał jej ze sobą. Gdyby zaatakowało ich coś innego, niż infery mogliby mieć problem. Z drugiej strony strzelanie do ludzi nie było zbyt mile widziane, nawet jeśli byli bandytami.

Wyszli, nawet nie zamykając za sobą drzwi. Babcia uznała, że to i tak bezcelowe, mało było idiotów, którzy z własnej woli chcieli się narażać na jej gniew. Była jak jakiś stary, legendarny potwór, przynajmniej dla zwykłych ludzi. Tak Queelo przynajmniej zawsze słyszał z opowieści, bo jemu samemu nigdy nie było dane doświadczyć jej złości. Była miła, uprzejma, czasem marudziła, ale żeby być tak straszną, jak ludzie mówili? Zdecydowanie musieli przesadzać.

Jezioro znajdowało się na samym obrzeżu miasta, po zupełnie przeciwnej stronie, więc musieli przejść przez praktycznie całe. Mało kto nad nie chodził, nikomu nie chciało się cieszyć wodą w tak ponurych czasach. Czasem można było tam natrafić na jakichś badaczy przyrody, ale poza nimi bywały tam tylko dziwaki. Ludzie po drodze wyglądali przez okna, głównie skupiając wzrok na Ihoo, która wciąż trzymała swoją ogromną torbę, ale gdy tylko orientowali się, na kogo patrzą z taką niechęcią, szybko uciekali. Sama Ihoo nie zwracała na nich większej uwagi.

— Powinniśmy wynająć łódkę — trajkotała wesoło, nie okazując żadnych oznak zmęczenia. — Ale większą niż zwykle, żeby babcia też z nami płynęła. Zawsze tylko siedzi na brzegu i się patrzy, powinna choć raz z nami popłynąć. Prawda babciu? Byłoby fajnie! Bariera na styku z wodą wygląda o wiele ładniej niż przy ziemi. Musisz to w końcu zobaczyć!

— Podpływanie do bariery jest niebezpieczne — odpowiedziała sucho babcia.

— To nie podpłyniemy! Możemy po prostu pływać pośrodku jeziora i nie zbliżać się do niej.

— To bardzo miłe skarbie, ale nie mam dzisiaj ochoty na pływanie, chciałabym trochę odpocząć. Możesz się wybrać z bratem.

— Też nie mam ochoty na pływanie — prychnął Queelo. — Jestem zmęczony.

— Trzeba było nie chlać po nocy, pijaku! — warknęła na niego siostra. — Rozumu to ty nie masz za grosz. Wpadasz se do domu bez żadnego wyjaśnienia, demolujesz wszystko po drodze, a potem jeszcze robisz syf u siebie, wysadzając chyba całą szafę. Wyjście na świeże powietrze dobrze ci zrobi. Może przy okazji patrol opróżni ci barek z reszty alkoholi.

— Sam już to zrobiłem.

— Nie no, trochę win tam ci jeszcze zostało.

— Zaglądałaś tam?! — zezłościł się Queelo, zatrzymując się i obracając w stronę siostry. — Czemu… słyszałaś kiedyś o pojęciu prywatności?

— Wyluzuj, twojego sejfu, z zapasem złota na czarną godzinę, nie ruszałam. Nie znam nawet kombinacji, to pewnie jakieś chore liczby. Ile tam w ogóle uzbierałeś?

— A co cię to obchodzi? To moje złoto!

— Zastanawiałam się tylko, czy można cię już nazywać bogaczem, czy wciąż jesteś po prostu biedny. Jak myślisz?

— Dbam tylko o to, czy jestem głodny.

— I upity.

— Bardzo zabawne.

— Ja się nie śmieję. Boję się, że mój młodszy braciszek popadnie w alkoholizm, a to by było bardzo złe. Robisz bardzo głupie rzeczy po pijaku. Trzeba cię trochę pomęczyć, to więcej nie pomyślisz, żeby tyle chlać.

— Głupie rzeczy? — zdziwił się Queelo. — To znaczy, co niby takiego wczoraj zrobiłem? Prawie od razu położyłem się spać.

— No tak. A potem jak przyszłam posprzątać i zobaczyć, czy wszystko jest okej, to się obudziłeś i zacząłeś mi płakać na ramieniu, jaki to świat jest zły i niesprawiedliwy, i w ogóle ponury, i że tobie się już nie chce. Może powinieneś pójść do psychologa?

— Ta, i opowiem mu o moich problemach z tożsamością.

— A jak wyszłam, to zacząłeś drapać w ścianę. Dziwne, że sobie palców nie starłeś od tego. Zasłoniłam to obrazem, ale pewnie nawet nie zauważyłeś.

Queelo spojrzał na swoje dłonie. Nie mógł ich za bardzo zobaczyć przez rękawiczki, ale domyślał się, że mimo słów siostry, jednak jakieś znaki na nich pozostały. Skoro aż zaczął rozwalać ściany, to może faktycznie picie bez umiaru nie było dobrym pomysłem. Jednakże…

— Upiłem się jak na razie tylko raz — zauważył.

— To był drugi, zapomniałeś, jak w dwudzieste urodziny upiliście się razem z babcią i biegaliście po całym domu, rozwalając wszystko na swojej drodze, bo uparliście się, że zrobicie przemeblowanie. A potem leżeliście pod tą stertą koców i poduszek, i się chichraliście jak idioci przez całą noc.

— To był fort! Nie znasz się! Poza tym to było już dawno, niemiło jest wypominać tak dawne czasy.

— Ledwie siedem lat temu! To nie jest dawno.

— Jest. Dla każdego normalnego człowieka.

— A widzisz tutaj jakiegoś?

W tym jednym musiał przyznać jej rację. O ich rodzinie można było powiedzieć dużo najróżniejszych rzeczy, ale normalność to ostatnie, o co dało się ich oskarżyć.

Babcia zaśmiała się cicho pod nosem.

— To były piękne czasy.

— Widzisz?! — wykrzyknął Queelo. — Tylko tobie się nie podobało! Niszczycielka dobrej zabawy!

— Spróbuj może kiedyś upić się w towarzystwie — syknęła Ihoo z przekąsem. — Zobaczymy, czy wszyscy będą równie z tego zadowoleni, co ty.

— W towarzystwie staram się jednak udawać normalną osobę i nie piję.

— Czyli jesteś odwrotnością normalnej osoby.

Przewrócił oczami, ale nic więcej nie powiedział. Po drodze minęli kilka różnych patroli. Każdy z wojowników ze strachem salutował starszej major, a ona ich wszystkich konsekwentnie ignorowała. Może myśleli, że jak się nie przywitają odpowiednio, to zostaną zdegradowani, ale prawda była taka, że w ogóle babci nie obchodzili. Zamiast niej, odpowiadała im Ihoo, uśmiechając się wesoło, albo machając do nich.

Jakimś cudem Ihoo, która miała zdecydowanie wyższą rangę niż babcia, budziła mniej strachu w wojownikach, mimo że zdecydowanie mogłaby im narobić więcej kłopotów, gdyby ktoś zaszedł jej za skórę.

Nad jeziorem nie było ani jednej żywej duszy. Ihoo rozejrzała się, wybrała jakieś miejsce pod drzewami i rzuciła tam swoją torbę, wzbijając chmurę piasku w powietrze, po czym zaczęła wyjmować z niej jakieś rzeczy. Kocyk, parasolkę, jakimś cudem upchnęła tam nawet koszyk piknikowy, wypełniony aż po brzegi kanapkami i słodkościami, które prawdopodobnie sama przyrządziła, Bóg wie kiedy. Queelo ominął je wzrokiem. Wyglądały za ładnie, jak na zwykłe jedzenie, aż miał ochotę czegoś spróbować.

— Piękny, piękny dzień — oznajmiła, wyciągając też poduszki i rozkładając je na kocyku. — Siadajcie i częstujcie się. Świeżo robione.

Queelo spojrzał w niebo. Ciemne chmury sunęły po nim powoli, zwiastując zbliżającą się burzę, albo przynajmniej jakiegoś rodzaju wichurę. Bariera rozciągnięta nad miastem zwykle była niewidoczna, ale co jakiś czas migała niepokojąco. Gdy spojrzało się w dal, gdzieś przy drugim brzegu jeziora, magia nieco iskrzyła na styku z wodą.

Kilka rozwalonych łódek leżało na brzegu. Technicznie miały jakiegoś właściciela i dało się je „wypożyczyć”, ale w praktyce nikt się nigdy do ich posiadania nie przyznał, więc można je było po prostu zabierać. Możliwe, że osoba, która je tam pozostawiła, już dawno nie żyła. W tych czasach nie byłoby to wyjątkowo dziwne, ludzie ginęli codziennie, choć i tak było ich już dość mało. Smutna kolejność losu.

Ihoo zmusiła go, do wzięcia jednej z łódek i przeciągnięcia na jezioro. Po czym, mimo jego protestów, wciągnęła go do środka i wypłynęli na wodę. A przynajmniej Queelo wypłynął, wiosłując jak szalony, bo Ihoo po prostu sobie siedziała i wachlowała się jakąś wyjątkowo cieniutką książką.

— Może jeszcze mam ci stopy wymasować? — prychnął, zostawiając wiosło i patrząc na siostrę z niechęcią.

Spojrzała na niego, jakby nie rozumiała.

— Och, nie musiałeś wypływać. Mogliśmy sobie podryfować po brzegu i też byłoby fajnie, ale to miłe, że się wysiliłeś, braciszku. Możemy trochę posiedzieć i pobujać się na falach. To relaksujące.

Rozłożyła się na łódce, zajmując ją prawie całą, jakby miała zamiar się tam opalać. Może gdyby pogoda była lepsza, faktycznie zaczęłaby to robić. Queelo podziękował w duchu chmurom za ich poświęcenie. Zaczął też powoli liczyć na jakiś deszcz, ale znając życie, byłby on na tyle słaby, że nie przebiłby się przez barierę.

Cała ta bariera była pomysłem nieco absurdalnym. Została wzniesiona przez jakichś dawnych magów po to, by broniła miasto przed inferami, ale tym stworom zwykle wystarczyło kilka uderzeń, by zrobić w niej dziurę, przez co była to bardziej forma ostrzeżenia niż obrony. Za to magia zatrzymywała też wszystkie zjawiska pogodowe w jakimś stopniu. Nie było szansy na mżawki, tylko najpotężniejsze ulewy i burze z piorunami. Przyjemny, spokojny wiaterek? Mowy nie ma, nie dałby rady się przedrzeć, tylko najsilniejsze wichury. Całe szczęście, że w okolicy nie było tornad. Słabiutkie, leciutkie promienie słoneczne? A skąd, zawsze było ponuro. Może gdyby słońce grzało niemiłosiernie, coś by się przebiło do miasta, ale tak się nigdy nie stało.

Woda jeziora też ledwo przebijała się przez barierę. Czasem się odbijała, tworząc niewielkie fale, a czasem po prostu stała w miejscu, nijak nie mieszając się z resztką, która została po drugiej stronie. Trochę, jakby ktoś postawił ścianę pod wodą, ale zrobił to niedokładnie, przez co czasem pojawiały się jakieś przecieki.

A skoro woda mogła przeciekać, to co by przeszkadzało inferom się prześlizgiwać między takimi dziurami?

Bujanie się na falach było nudne, zwłaszcza że nie było żadnych. Queelo spojrzał na spokojną wodę wokół nich. Nie należała do najbrudniejszej, ale czystą też trudno było ją nazwać. Pod powierzchnią nie pływały chyba żadne ryby, jedynie resztki glonów i chyba jakieś śmieci. Nie dało się określić, co to dokładnie było. Równie dobrze gdzieś tam mogły pływać sobie skarby, które zapewniłyby bogactwo na całe życie, ale nikomu nie chciało się nurkować i tego sprawdzać.

Rozejrzał się po okolicy. Oprócz plaży, do jeziora przylegał też nie za wielki lasek, a wśród drzew zbudowany był jakiś budynek. Wcześniej chyba go tam nie było, choć sądząc po rozmiarze to raczej Queelo go przegapił. Mimo że zakryty przez drzewa, nie był jakoś bardzo ukryty i widać było jego dach, oraz część ogradzających go murów. Ktoś musiał wydać masę kasy, żeby móc sobie postawić dom w takim miejscu. Wszystkie pozwolenia już pewnie kosztowały tyle, co jakaś willa.

— Hej, Ihoo.

— Mhm? — Nawet nie spojrzała w jego stronę, zbyt zajęta patrzeniem w pochmurne niebo. Jakby cokolwiek tam widziała.

— Wiesz, co to za budynek? — Wskazał brodą w stronę lasu.

Ihoo nadal na niego nie patrzyła.

— Ośrodek pomocy bezdomnym — odpowiedziała bez chwili zastanowienia. Przeciągnęła się na leżąco. — Ktoś jakoś niedawno odnowił tę ruinę, chyba z rok temu. Wcześniej to był dom kwiatów czy coś takiego.

— Byłaś tam?

— A czy ja ci wyglądam na bezdomną? Chociaż… — Podciągnęła się i usiadła, a łódka zachybotała się nieznacznie przy tym ruchu. — Podobno pomagają tam też uzależnionym. Moglibyśmy cię zapisać do kółka anonimowych alkoholików.

Queelo przewrócił oczami. Nie zamierzała mu odpuścić nawet na chwilę. Może lepiej byłoby po prostu milczeć, ale na taki wniosek było już zdecydowanie za późno.

— Nie jestem alkoholikiem.

— Ale niedaleko ci do tego miana — powiedziała poważnie. — Oj, braciszku, ja się tylko o ciebie martwię. Ostatnio coś mizernie wyglądasz, marudzisz więcej niż zwykle, przychodzisz taki zmęczony, a wczoraj to już był po prostu rekord. Czy to takie złe, że się interesuję?

— Miałem po prostu gorszy dzień w pracy — prychnął Queelo. — Czasem się zdarzy. Nie mogę napchać się słodyczami, to piję. To to samo. Jakbyś była na moim miejscu, to też byś tak robiła.

— Możliwe. Ale nie jestem.

— Potrzebuję tylko chwili spokoju — mruknął i teraz dla odmiany to on się rozłożył na łódce. Był dłuższy od siostry i jego stopy ledwo mieściły się na pokładzie. — Cały czas ktoś mi zawraca głowę.

— Jesteśmy na środku jeziora. Tu raczej nikt nie będzie ci zawracał głowy.

— W swoim pokoju. Pod kołdrą. Gdzie mógłbym w spokoju przespać cały dzień. W ciszy i spokoju. Nienawidzę miejsc publicznych.

Ihoo spojrzała na niego, unosząc brwi.

— Tu nawet nie ma ludzi. Trudno to nazwać miejscem publicznym.

— Ale bywali. To wystarczy.

— Szczerze to nie sądzę. To jezioro nigdy nie było jakoś specjalnie uczęszczane. Da się tu tylko pływać w łódce i niewiele więcej. Na pewno nie pływać.

Z tymi słowami prysnęła na niego wodą. Queelo natychmiast zerwał się, trzęsąc całą łódką i omal z niej nie wypadając. Ihoo w ostatniej chwili złapała za jego nogawkę, żeby uchronić się przed wylądowaniem w lodowatej wodzie. Queelo zachwiał się jeszcze bardziej i rozłożył ręce, żeby jakoś zachować równowagę. Ledwo mu się to udało. Siostra uczepiła się jego nogi jak rzep. Raczej nie zamierzała puścić. To mu nie pomagało.

— Zostaw — syknął, próbując potrząsnąć nogą, ale przez co łódka znów zaczęła się kołysać, a Ihoo wczepiła się jeszcze bardziej.

— Nie, bo spadnę!

— Trzeba było na mnie nie pryskać! Puszczaj!

— Nie!

— To boli, zostaw mnie!

— Wcale cię nie boli, nie kłam!

— Spadniemy oboje! Puszczaj!

Zachwiał się i tego łódka już nie wytrzymała. Oboje wpadli do wody z głośnym pluskiem. Ihoo w końcu puściła jego nogę i zaczęła przebierać rękoma, żeby nie utonąć. Queelo rozejrzał się po brudnej wodzie, ale niewiele mógł zobaczyć, poza tym oczy zaczynały go boleć, więc też postanowił wypłynąć. Poza tym woda była niezmiernie zimna. Ominął przewróconą łódkę i wynurzył się. Nawet pomimo czapki kilka kosmyków włosów mu spod niej wypadło i przykleiło się do twarzy. Siostra wypłynęła kawałek dalej.

Zaśmiał się, widząc jej minę, a raczej prawie całkowity jej brak. Niemal całą miała zasłoniętą przez mokre włosy, nawet mimo tego, że miała je dość krótkie. Domyślał się, że siostra krzywi swoją twarz w złości, ale nie mógł tego zobaczyć.

— Co cię tak bawi? — warknęła, próbując odgarnąć kosmyki z twarzy. — Rozwaliliśmy łódkę. Ja za to nie zapłacę!

— Tylko się przewróciła — prychnął. — Wystarczy ją obrócić drugi raz. Poza tym to i tak twoja wina!

Spojrzała na niego złowrogo i znów prysnęła wodą.

— Głupio wyglądasz — przyznała, wskazując na jego mokrą czapkę.

— I nawzajem.

— Chyba czas wrócić na brze-eg — mruknęła Ihoo, szczękając nieco zębami. — Jeszcze ba-babcia z-z-zacznie się o nas martwić.

Queelo podpłynął do łódki i, z pewnym trudem, ale przewrócił ją z powrotem na odpowiednią stronę, wywołując przy okazji kolejne fale. Ihoo zbliżyła się z drugiej strony i razem wspięli się na malutki pokład, podciągając się i jakoś cudem wyrównując swój ciężar, żeby znów nie wylądować w wodzie. Złapali po jednym wiośle i wspólnymi siłami ruszyli w stronę brzegu. Woda nadal pozostawała w miarę spokojna, mimo tego, że chwilę wcześniej ją wzburzyli.

Kiedy jednak się zbliżyli, zauważyli w końcu, że coś było nie tak.

— Gdzie babcia? — zdziwiła się Ihoo, przestając na chwilę wiosłować.

Wcześniej Queelo wydawało się, że babcia siedziała w cieniu parasola na rozłożonym przez Ihoo kocyku. Jednak kształt, który za nią uznał, był po prostu jakąś postawiona pionowo, zwiniętą matą i koszykiem obok. Z daleka trudno było zauważyć różnicę, ale z bliska była ona oczywista. Wymienili spojrzenia z Ihoo i z szybkością błyskawicy przepłynęli resztę dzielącej ich od plaży odległości. Wciągnęli łódkę na piasek tylko na tyle, żeby nie uciekła i natychmiast pobiegli do sterty swoich rzeczy.

Nie było tam babci. Ihoo zaczęła przerzucać poduszki i koc, jakby pod którąś z tych rzeczy mogło się coś ukryć. Queelo pociągnął nosem, ale nie wyczuwał w pobliżu żadnych obcych zapachów, choć też jego nos był głównie atakowany przez jakąś dziwną, leśną woń. Lasy zawsze dziwnie pachniały. Rozejrzał się, szukając jakichś wskazówek albo może liściku czy czegoś w tym guście. Może po prostu babcia postanowiła się przejść i zostawiła jakąś informację.

Zamiast tego zobaczył coś błyszczącego w piasku. Ostrożnie rozgarnął piasek stopą, żeby sprawdzić, co to takiego.

— Hej, Ihoo.

Siostra spojrzała na niego, wciąż trzymając kocyk w dłoniach, jakby mogła w nim coś znaleźć. Podeszła bliżej, a niepokój na jej twarzy zmienił się w niedowierzanie. Wypuściła koc i złapała za rękojeść miecza. Wyjęła go spod piasku, wyłaniając udziwnione ostrze. To zdecydowanie mogło należeć tylko do jednej osoby.

— Nikt… Nikt nie mógł jej nic zrobić, prawda? — zapytał Queelo, próbując bardziej przekonać siebie niż siostrę. — Przecież ona jest mistrzynią w walce, no nie?

Ihoo spojrzała na niego, jakby nie była pewna, czy może zniszczyć jego wyobrażenie.

— Może odeszła tylko na chwilę — odpowiedziała w końcu niezbyt przekonującym tonem. — Mimo to powinniśmy jej poszukać. Tak… tak na wszelki wypadek. Czujesz coś?

Pokręcił głową. Zapach lasu tak go drażnił w nos, że nawet woń Ihoo średnio czuł, a co dopiero ślady babci. Dlatego nie lubił takich miejsc. Za dużo zapachów.

— Lepiej, jak użyjesz wzroku — mruknął do Ihoo.

— Muszę się chwilę skupić — odpowiedziała, po czym zmierzyła go wzrokiem. — A ty lepiej się przebierz. Wziąłeś sobie coś na zmianę, nie?

— A ty?

— Nie mam niczego, zawinę się w ręcznik i będzie dobrze. Nie przeszkadzaj mi teraz!

Queelo poszedł więc po swoją torbę. Jakim cudem babcia mogła tak po prostu zniknąć? Gdyby odbyła się tam jakaś walka, to przecież zobaczyliby ją nawet z tak daleka. Z drugiej strony babcia nigdy by nie odeszła nigdzie bez swojej broni u boku. Złoci wojownicy, zwłaszcza tak doświadczeni, jak ona, byli uczuleni na punkcie niebezpieczeństwa i zawsze przygotowani na ewentualny atak. Musiała się naprawdę nieprzewidywalna albo straszna rzecz stać, żeby któryś z nich nie zabrał ze sobą broni.

Nie chciał sobie nawet wyobrażać, co mogło się stać babci. Zdecydowanie musieli ją znaleźć.


Rozdział V

Sprawa Lasu Granicy

Nr Sprawy: 7

Nazwa: Sprawa Lasu Granicy

Zleceniodawca: Pollo Palmoy (Zmarły)

Data Złożenia Zawiadomienia: 1 Stycznia 9r.

Status: Zamknięta, Nierozwiązana

Miejsce: Las Granicy

Zapłata: 1000 AeR Brak

Dodatkowe zapisy: Właściciel Willi nad jeziorem skarży się na niepokojące zjawiska i twierdzi, iż coś może przejść do lasu przez barierę.
Wysłani na miejsce wojownicy wykazali brak jakichkolwiek inferów w okolicy.
Zleceniodawca prawdopodobnie ma przewidzenia ze względu na jego wiek.
Zamykam tę sprawę ze względu na brak dowodów,
Podpisano — Ilooh Tame.


Złoci wojownicy byli wyjątkowi. W ich szeregi wstępowały tylko osoby, których oczy przybierały kolor złota, ponieważ ten właśnie kolor oznaczał, że byli oni lepsi od zwyczajnych ludzi. Byli szybsi, zwinniejsi i silniejsi niż cała reszta. Jednak oprócz tych zalet, posiadali też coś, co można było nazwać zdolnością specjalną. Zwykle zdarzały się takie, które jeszcze bardziej wyostrzały któryś ze zmysłów, tak że taka osoba nie miała sobie równych, nawet wśród swoich złotookich kolegów. Były jednak też takie, które dało się już określić mianem magicznych.

Zdolnością zarówno Ihoo, jak i ich babci, było coś, czemu nadano miano Jasnych Oczu i to tylko dlatego, że gdy używano tej zdolności, złote oczy rozjaśniały się, robiąc się niemal białe. Był to jednak jedynie efekt uboczny. Ihoo kiedyś próbowała tłumaczyć bratu, że to coś jak przełączanie się między różnymi trybami widzenia, tak, że mogła raz widzieć na podczerwień, raz normalnie, a raz zobaczyć nawet zapachy w jakiś sposób. Nigdy tego nie zrozumiał, ale ufał, że jego siostra wie, co robi.

Zmienił przemoczone ubranie i wcisnął je do swojej torby, po czym zajął się pakowaniem dobytku siostry. Znalazł jakiś ręcznik, więc zostawił go na zewnątrz, a całą resztę klamotów z trudem wcisnął do środka. Trudno by było im cokolwiek dźwigać, w trakcie poszukiwań babci, więc postanowił oba pakunki zawiesić na gałęzi jakiegoś drzewa, tak, że w zasadzie nie było ich widać z dołu, jeśli uważnie się nie przyglądało. Raczej nikt nie powinien ich ukraść.

Ihoo wciąż stała w miejscu, w swoim przemoczonym do suchej nitki ubraniu i wpatrywała się w nicość, marszcząc brwi. Mogła mieć wyjątkową zdolność, ale, jeśli dobrze rozumiał, „uruchomienie” jej i „przełączanie” się, wymagało dużo wysiłku. Tylko z tego powodu jego siostra nie używała tej przewagi zbyt często.

Ciche syczenie dało Queelo do zrozumienia, że z ciemnych chmur faktycznie zaczął lecieć deszcz i bariera zaczęła z nim walczyć. Jak na razie wygrywała, ale jeśli lunie bardziej, mógłby się w końcu przebić. Co by oznaczało, że znowu będzie mokry. Jakkolwiek więc lubił brzydką pogodę, tak tym razem wolałby, żeby nie była aż tak zła.

Ihoo wydała z siebie dziwny dźwięk.

— Jej ślad idzie do lasu — powiedziała cicho i z pewnym trudem. — Jest… dziwny. Jakby ktoś… jakby ktoś go próbował zamaskować. Nie do końca mu wyszło, bo nadal coś zostało, ale jest… zamazany. Nie mogę… dłużej.

Zachwiała się, a Queelo natychmiast przybiegł, żeby ją złapać na wypadek upadku. Nie było to jednak potrzebne, Ihoo dała radę ustać na własnych nogach, a jej oczy z białych, wróciły do normalnej barwy. Stała przez chwilę, mrugając, zanim w końcu się wybudziła z tego dziwnego transu. Podał jej pozostawiony ręcznik.

— Dzięki. — Jej głos nadal był dość słaby. — Idziemy. To nie wygląda dobrze.

Z zewnątrz las nie wyglądał na groźny, ale gdy weszło się do niego, pierwsze wrażenie zdecydowanie się zacierało. Drzewa były częściowo spalone, nadal uparcie trzymające się swoich żywotów i splatające ze sobą, tak, by zablokować drogi. Krzaki straszyły jaskrawymi owocami, które w dziewięćdziesięciu procentach przypadków były śmiertelnie trujące. Zwierząt tam ze świecą szukać, mało które były na tyle głupie, by się tam zapuszczać. Sam las zasłynął tym, że w odległej przeszłości z jakiegoś powodu był strasznie nawiedzany przez infery, które niespodziewanie przestały go odwiedzać, jeszcze zanim postawiono barierę.

No i sama bariera przecinała las, tak, że tylko jego niewielka część znajdowała się pod ochroną. A że bariera zatrzymywała tylko „wrogie” rzeczy i ludzi przepuszczała bez problemu, łatwo było wyjść na zewnątrz i dać się z łatwością zabić potworom. Zwłaszcza, jak nie miało się przeciw nim odpowiedniej broni. Ludzie niebędący wielkimi bogaczami nie mogli sobie pozwolić na choćby złoty nożyk, a co dopiero coś porządnego do zabijania.

Queelo rozglądał się uważnie, starając się włączyć jakąś swoją zdolność do widzenia, ale los zakpił sobie z niego i nie dał mu żadnej. Był zdany na całkowicie przeciętne spojrzenie.

Ihoo prowadziła tylko przez chwilę, do miejsca, gdzie udało jej wyczuć ostatni ślad babci. Dotarli do wypalonej trawy, jakbym w tamtym miejscu uderzył piorun albo coś w tym guście. Drzewa jakby odginały się od tego miejsca, chcąc uciec. Queelo wyczuł w powietrzu jakiś dziwny zapach, choć nie dlatego, że jakoś znacząco różnił się od tych, które dotychczas wyczuwał. Miał niepokojące wrażenie z tyłu głowy, że już gdzieś go kiedyś wyczuwał i powinien z tego powodu uciekać.

— Chyba nie powinno nas być w tym miejscu — odezwała się Ihoo, jakby i ona to wyczuwała. — Ślad… nie ma go dalej.

— Nawet gdyby babcia poszła dalej — mruknął Queelo — to kilka kroków od ciebie kończy się bariera. Nie… nie powinniśmy wychodzić poza nią.

Nie mówiąc o tym, że Queelo z własnej woli nigdy nie zbliżyłby się do tej magicznej granicy. Jeszcze coś mogłoby mu się stać! Ihoo ogarnęła wzrokiem otoczenie.

— Ten las nie jest jakiś mocno wielki, może… może w tym budynku będą coś wiedzieć?

Faktycznie znajdowali się całkiem niedaleko ukrytej wśród drzew willi. Wystarczyło przejść kilka metrów, żeby zobaczyć wysokie, nieco już zniszczone mury i wznoszącą się za nimi rezydencję. Nie wyglądała jak miejsce, które Queelo chciałby odwiedzić, ale jeśli mogli się dowiedzieć czy była tam babcia, albo może znaleźć kogoś do pomocy w poszukiwaniach, to warto było chociaż spróbować.

Obeszli mury dookoła, żeby znaleźć wejście. Wielka, zdobiona brama broniła dostępu. Ktokolwiek ją zrobił, musiał być niezłym artystą, bo wyglądała bardziej jak obraz, a nie jak coś, mające zapobiegać włamaniom. Poza tym jedno z jej skrzydeł było uchylone, jakby zapraszając wszystkich do środka. Widać też było, że ktoś próbował posadzić kwiaty na zewnątrz murów, ale pozdychały i pozostały po nich tylko marne resztki liści. Za to kwiaty w środku, posadzone przy ścieżce, nie miały tego problemu i kwitły w najlepsze, zasypując kolorami.

Ihoo weszła do środka bez oporów, więc Queelo pozostało tylko podążanie za nią. Tak samo, jak brama, również wrota były otwarte i to na oścież, witając wszystkich przybyłych. Można by pomyśleć, że to jakiś domek wakacyjny bogacza, a nie zwyczajny ośrodek dla bezdomnych.

Jakaś kobieta krzątała się pośród kwiatów. Zauważyła ich jak tylko podeszli bliżej, wyprostowała się i ruszyła w ich kierunku. Ubrana była w ogrodniczki, na rękach miała brudne od ziemi rękawiczki, a na twarzy szeroki uśmiech. Mogła mieć nie więcej niż trzydzieści lat. Długie, brązowe włosy związała w kucyk, ale kilka kosmyków zdążyło już z niego uciec.

— Dzień dobry — przywitała się przyjaźnie. — Czy coś się stało? Nie wyglądacie na osoby potrzebujące pomocy naszego ośrodka. Szuka pani jakiegoś ubrania na zmianę?

— Nie, dziękuję. Nasza babcia zniknęła gdzieś w tym lesie — odpowiedziała Ihoo zgodnie z prawdą. — Szukamy jej. Nie widziała pani tu kogoś nowego?

Kobieta wyraźnie się zasmuciła i pokręciła głową.

— Nikogo. Ale ja tu cały czas robię przy kwiatach, mogłam coś przegapić. Wejdźcie do środka, popytajcie, może ktoś coś widział.

Ihoo skinęła kobiecie głową i razem z Queelo przekroczyli próg domu. Wnętrze również było jak pałacowe. Ogromny hol, wyłożony marmurową posadzką, pośrodku którego stała niewielka fontanna — kto stawiał fontanny wewnątrz budynków — a w niej wesoło pluskały się dzieci. Kilka z nich siedziało w wodzie, w mokrych ubraniach, inne po prostu siedziały na obrzeżu, przyglądając się temu i starając się jakoś uniknąć bycia ochlapanym.

Coś pociągnęło za nogawkę Queelo, więc spojrzał w dół i zobaczył, że jeden z mniejszych dzieciaków wpatruje się w niego z zaciekawieniem. Nawet nie usłyszał go pośród tego całego gwaru.

— Coś się stało? — zapytał, starając się być mniej ponurym niż zwykle.

Chłopiec nie wyglądał ani trochę na wystraszonego.

— Ale pan jest wysoki — powiedział z pewnym zachwytem. Jego oczy jakby się świeciły. — Co pan robi, że jest pan taki wysoki?

— E… — Queelo nie był pewien, co powinien odpowiedzieć. — Jem dużo warzyw — skłamał szybko.

Obok siebie usłyszał rozbawione prychnięcie Ihoo, ale nic nie powiedziała.

— Jak dorosnę, to też będę taki duży! — ucieszył się chłopiec. — Będę taki duży jak tata! Jest pan wyższy od taty?

— Taty? Nie znam twojego taty. Poza tym, czy wy w ogóle macie ro…

Ihoo walnęła go w bok, zanim dokończył zdanie. Kilka dzieciaków już zdążyło się zorientować, że pojawiły się jakieś obce osoby i zgromadziły się wokół nich. Wyraźnie dowodziła im nieco starsza dziewczynka, z długimi, czarnymi włosami, które zasłaniały połowę jej twarzy.

— Wszystkie dzieciaki nazywają pana gospodarza „tatą” — odpowiedziała na jego niedokończone pytanie. — Dziecinne.

— On jest tatą — prychnął chłopiec, nie zgadzając się z nią.

— Szukamy tu kogoś — przerwał im Queelo, nie mając ochoty brać udziału w sprzeczce dzieci. — Starszej pani. Siwe włosy, ciemna skóra, złote oczy, ubrana… e… chyba w brązowy sweter? Albo jakiś taki ciemno-pomarańczowy, nie pamiętam dokładnie. Była podobna z twarzy do mojej siostry — dodał, wskazując głową na Ihoo.

— A z uczesania do niego — dodała Ihoo, wskazując na brata. — Nie widzieliście tu kogoś takiego?

Dzieci spojrzały po sobie pytająco, ale wszystkie zgodnie pokręciły głowami. Wychodziło więc na to, że gdziekolwiek nie podziała się babcia, raczej jej tutaj nie było. Queelo dla pewności postanowił sprawdzić zapach. Może przechodziła gdzieś w pobliżu i udałoby mu się cokolwiek złapać. Najpierw oczywiście wyczuł siostrę i dzieciaki. Kilkanaście osób krzątało się w pobliskich pokojach, kilka siedziało na zewnątrz. Zdecydowanie potrafił wyłapać intensywną woń kwiatów.

Ihoo chciała już wychodzić, ale Queelo ruszył się z miejsca w stronę drzwi, które zdecydowanie prowadziły do jakiegoś rodzaju ogrodu. Dzieci spojrzały na niego krzywo, ale nie próbowały go zatrzymać.

Faktycznie trafił do ogrodu. Pod ścianami i po nich pięły się kwiaty we wszystkich kolorach tęczy, zamiast podłogi była trawa, gdzieś przy końcu pomieszczenia pluskał cicho niewielki staw, a niemal na całym suficie zamontowany był świetlik, przepuszczający zdecydowanie za dużo światła, jak na ponurą pogodę na zewnątrz. Jakby trafił do jakiegoś bajkowego świata.

— Queelo! — syknęła Ihoo, wyrywając go z transu. Złapała go za ramię. — Nie powinniśmy tak sobie chodzić wszędzie bez pozwolenia.

— Ona tu była — odpowiedział jej Queelo, znów wciągając powietrze nosem. Kwiaty niemal całkowicie mgliły jego zmysły, ale wciąż to czuł. Odtrącił rękę siostry i poszedł dalej, za zapachem babci.

Trafił do większego, tym razem zewnętrznego ogrodu. Może Ihoo się pomyliła i to nadal był swego rodzaju „dom kwiatów”, skoro mieli je tutaj niemal na każdym kroku. Projektant tego miejsca musiał je niewątpliwie lubić. Kilka osób, siedzących tam, spojrzało na niego podejrzliwie, ale on nie zawracał sobie nimi głowy. Tutaj jeszcze wyraźniej czuł, że się nie myli. Babcia tam była i to jeszcze niedawno. Myślał, że może ją znajdzie wśród tych wszystkich roślin, ale gdy jego trop się urwał, stał już pod murem. Poza tym wyraźnie czuł, że niedaleko za nim już rozciąga się bariera.

Ihoo dobiegła do niego. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak szybko musiał się poruszać, że siostra aż zaczęła biec. Spojrzała najpierw na ścianę, przed którą się zatrzymał, a potem na niego. Widział pytanie w jej oczach.

— Chyba… chyba wyszła za barierę — powiedział, łamiącym się głosem. — Wyczułem ją, była tutaj. Ale ślad znika za murem, a tam jest już bariera.

Patrzyła na niego przez chwilę, po czym sięgnęła po broń.

— Idę tam.

— Nie! — zaprotestował natychmiast Queelo, łapiąc ją za rękę i powstrzymując. — Nie możesz tam iść! To niebezpieczne!

— Właśnie dlatego powinnam tam iść! — zezłościła się, próbując się wyrwać. — Myślisz, że babcia sobie sama poradzi? Nawet nie wzięła broni!

— Przecież radziła już sobie sama w trudnych sytuacjach.

— Ale wtedy była młodsza! Ludzie się starzeją i tracą siły, ale niby skąd miałbyś to wiedzieć?!

Słysząc to, w końcu ją puścił. Nie wiedział, jaką minę zrobił, ale musiała być okropna, bo na twarzy Ihoo natychmiast odmalował się szok. Zasłoniła usta dłońmi, jednak zdecydowanie za późno. Stali tak chwilę, w kompletnej ciszy.

— Więc idź, skoro tak bardzo chcesz — odezwał się w końcu, niezbyt przyjaźnie. — I tak przecież nie zrozumiem waszych głupich spraw.

— Queelo, nie… nie o to… — zaczęła się jąkać, próbując złożyć jakieś logiczne zdanie. — Nie chciałam tego powiedzieć. Naprawdę! Nie to miałam na myśli! Przepraszam cię! Boże, tak bardzo cię przepraszam…

— Za co? Za prawdę?

— Nie, wcale nie! To nie jest prawda! Nie myśl tak!

— Najwyraźniej jednak ty tak myślisz.

— Queelo, tak bardzo cię przepraszam! — powiedziała niemal płaczliwym tonem, zamykając go w uścisku. — Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Masz… masz rację, nigdzie nie idę. Powinniśmy pójść do twierdzy i to komuś zgłosić, są osoby, które umieją… umieją szukać w tym lesie. Przepraszam cię. Zna-znajdziemy coś, obiecuję.

Queelo spojrzał na nią bez emocji. Zdążył się już przyzwyczaić do swojego beznadziejnego życia i nie wiedział, po co w ogóle szukać czegokolwiek, żeby je naprawić. A potem zorientował się, że kilka osób zgromadziło się wokół nich, najwyraźniej zastanawiając się, co ci dziwni ludzie tam robili. Delikatnie więc odsunął od siebie Ihoo.

— Co tu robicie? — zapytał mężczyzna w średnim wieku. — Nie jesteście z naszego ośrodka.

— Och, przepraszamy — powiedziała Ihoo, szybko ocierając łzy z twarzy. Nie było ich wiele. — Szukaliśmy naszej babci. Mieliśmy nadzieję… że tutaj będzie. Nie chcieliśmy przeszkadzać, już… już sobie idziemy. Nie przeszkadzamy państwu w… nie przeszkadzamy dalej.

— Babcię? — odezwała się starsza kobieta, która sama wyglądała, jakby była czyjąś babcią. — Widziałam tu niedawno jakąś obcą, ale była tylko chwilę i potem po prostu zniknęła. Wyglądała, jakby czegoś szukała i bardzo się spieszyła.

— Tollma! — oburzył się mężczyzna, który odezwał się poprzednio. — Powinnaś o tym powiedzieć innym od razu! Przecież wiesz, że musimy każde odwiedziny zgłosić szefowi.

— I tak się tym nigdy nie przejmuje — odpowiedziała Tollma, wzruszywszy ramionami. — Poza tym jemu chodzi o podejrzane osoby. A nie o takie, które przychodzą przypadkiem.

— Przypadkiem! Oni nie wyglądają, jakby przyszli przypadkiem! Zobacz tylko na dziewczynę, jest cała mokra! Chłopak też jakiś taki nie za bardzo.

— Wpadliśmy do jeziora — odpowiedział Queelo ponuro. — To przestępstwo?

— Nikt nie pływa w tym jeziorze!

— Dlatego mówię, że wpadliśmy. Przypadkiem. Ma pan z tym jakiś problem?

— Powinniśmy poczekać, aż szef wróci! — ogłosił dumnie mężczyzna. — On będzie wiedział, co zrobić z tymi pyskującymi dzieciakami!

— Szef wróci dopiero jutro — powiedziała Tollma spokojnie. — Nikt nie ma tyle wolnego czasu. Chodźcie, dzieci, tutaj jest ukryta tylna furtka, pewnie tamtędy mogła wyjść wasza babcia. Nikt jej za bardzo nie używa, została po poprzednim właścicielu.

— Tollma!

— Oj, zamknij się już.

Złapała Ihoo za rękę i pociągnęła za sobą. Queelo też poszedł za nią. Starsza pani rozgarnęła trochę krzaków przy murze i faktycznie im oczom ukazała się furtka. Stara, zardzewiała, prosta, zupełnie niepasująca do reszty wielkiego dworku. Tollma wyjęła jakiś kluczyk z kieszeni i otworzyła przejście. Ihoo i Queelo podziękowali jej skinieniem głowy, ale ta się tylko zaśmiała.

— Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie, idę z wami.

— Co? — zdziwił się Queelo.

— Często chodzę po tym lesie i znam go najlepiej. Beze mnie się zgubicie, więc idę z wami.

— Tollma! — wykrzyknął znów mężczyzna. — Nie masz prawa…!

Kobieta wyszła za nimi na zewnątrz i zatrzasnęła furtkę, zupełnie ignorując kolegę.

— Poza tym chętnie uwolnię się od tego starego gbura — dodała. — Nie wiem, dlaczego szef jeszcze mu nie złoił łba za to jego rządzenie się.

— Dlaczego nazywacie kogoś „szefem”? — zdziwiła się Ihoo. — To trochę dziwne określenie. Nie możecie mu mówić po imieniu?

— Och, nie znamy jego imienia — odpowiedziała wesoło Tollma, ruszając przed siebie, jakby widziała jakąś niewidzialną dla każdego innego ścieżkę. — Zawsze, jak przychodzi, mówi, że chce zostać anonimowy. Nie wiemy czemu, ale jest taki miły, że nikt nigdy tego nie podważał. Może jest kimś ważnym, kto wie.

— A może jest przestępcą — mruknął Queelo.

— Może — przyznała Tollma. — Ale jest taki dobry dla nas, że staramy się o tym nie myśleć. W końcu nikt wcześniej o nas nie pomyślał, a niedobrze jest oskarżać o złe uczynki naszego darczyńcę.

Queelo miał na ten temat inne zdanie, ale zatrzymał je dla siebie. Nie byłoby miłe zacząć taką dyskusję z osobą, która dopiero co postanowiła im pomóc. Mimo swojego wieku Tollma poruszała się zwinnie i szybko. Co prawda nie aż tak, jak Ihoo, ale wciąż. Bez problemu omijała wszystkie drzewa i krzaki, jakby doskonale wiedziała, gdzie co stoi, nawet na to nie patrząc. Queelo pociągnął nosem, starając się wyczuć cokolwiek, ale tysiące dzikich roślin to jedyne, co był w stanie wyłapać.

— Czego w ogóle powinniśmy szukać? — odezwał się. — Las jest wielki, skąd możemy wiedzieć, dokąd poszła?

— Wszyscy, którzy tu przychodzą, mogą szukać tylko jednego miejsca — wyjaśniła Tollma, przeskakując przez pień blokujący drogę. — Nic innego nie jest na tyle interesujące, by się tym przejmować.

— Tylko jednego, znaczy jakiego?

Uśmiechnęła się do niego, ale niczego nie wyjaśniła. Chwilę później domyślił się dlaczego.

Najpierw poczuł zapach spalenizny i pomyślał, że to znów jakieś miejsce trafione piorunem. Jednak otoczenie wyglądało inaczej niż poprzednio, więc na pewno wcześniej tam nie byli. Trafili na kolejny niewielki obszar wolny od drzew, tyle że tutaj drzewa z pewnością zostały wycięte, pozostały po nich tylko resztki pni. Również tutaj ziemia była wypalona, jednak zamiast jednego koła, czerń tworzyła jakiś skomplikowany ślad.

— To jest tu od dawna — powiedziała Tollma, obchodząc dziwny znak. — Chyba nawet był tu jeszcze zanim szef postanowił postawić tu nasz ośrodek. Poza tym w pobliżu lubią uderzać pioruny, chociaż nie wiem, czy ma to związek z tym, czy z czymś w tym lesie. W każdym razie sam ten las jest dziwny, a to coś jest najdziwniejsze z niego całego. Nawet nie wiem, co to jest, ale ma wokół siebie jakąś taką aurę… mistycyzmu? Może jakiś emblemat starożytnych?

Queelo przekrzywił głowę i zaczął chodzić dookoła. To coś było zdecydowanie zbyt skomplikowane jak na emblemat, nikt nie zrobiłby sobie tak dużego i zawierającego tak dużo znaków. Przyjrzał się uważniej i zauważył obrazek podobny do łódki. Szybko poszukał innych i już doskonale wiedział, czym było to dziwne uczucie, które pojawiło się z tyłu jego głowy. To był dokładnie ten sam znak, który znalazł w trakcie ostatniego śledztwa. Wszystkie linie i obrazki umieszczone w nim były identyczne.

Dokładnie taki sam znak przywoływania z dokładnie tym samym imieniem wypisanym w rogu. To chyba był jakiś ponury żart. Większego zbiegu okoliczności chyba nigdy nie doświadczył.

— Najdziwniejsze i tak jest to — powiedziała Tollma, wskazując na coś.

Ihoo i Queelo podeszli bliżej. W powietrzu, tuż na granicy kręgu, wisiał liść. Nie trzymał się na niczym, tak po prostu sobie zastygł, zaprzeczając grawitacji. Queelo dźgnął go palcem, chcąc sprawdzić, czy w ten sposób go poruszy, ale nic to nie dało, na dodatek był twardy jak kamień.

— Wisi tak od kilku lat. Cały czas w tym samym miejscu.

Przyglądali się temu chwilę z niepokojem, ale liść nie zamierzał nagle się poruszyć. Nadal tkwił w miejscu.

— No dobrze — odezwała się w końcu Ihoo, prostując się i rozglądając dookoła. — Ale mieliśmy poszukać tu babci. A ja jej tu nie widzę. Queelo…

— Zapomnij — odpowiedział, zanim zdążyła zapytać. — Za dużo tu rozpraszaczy.

— Och, pan też ma jakieś specjalne zdolności? — zainteresowała się Tollma. — Myślałam, że tylko złotookie mają zdolności.

— O nie, nie, ja nie mam żadnych — zaprotestował natychmiast Queelo, kręcąc głową. — Po prostu babcia… e… ma bardzo wyjątkowe perfumy, a ja mam dobry węch. I czasem jestem w stanie je poczuć, bo są bardzo mocne.

— Ach, rozumiem. Młodzi. Ja, jak byłam młodsza, miałam wspaniały wzrok. Teraz to już nie to samo, ledwo widzę co przede mną stoi.

— Nie znam się na magii — powiedziała Ihoo, zmieniając temat. — Ale to coś nie wygląda jak współczesne znaki.

— Już to widziałem — odezwał się Queelo. — Mieliśmy niedawno sprawę i na ziemi też ktoś wymalował taki znak. Wszystko się tam zatrzymało. Nassie mówił, że to znak przywoływania, ale wygląda, jakby raczej zatrzymywał czas. Zniknął też jedną osobę… — Nagle do głowy przyszła mu straszna myśl. — Ale chyba to nie babcia go namalowała?

— Tollma powiedziała, że jest tu od lat.

— Och. No tak. Całe szczęście. Ale… ale gdzie ona jest?

Rozejrzeli się, myśląc, że może zobaczą ją gdzieś między drzewami, ale byli tam tylko we trójkę. Żadnych podejrzanych czarnych sylwetek, żadnych zwierząt, nawet wiatru nie było, żeby liście szumiały, dając złudne poczucie, że są obserwowani. Nic. Kompletna cisza i spokój.

— Powinniśmy wracać i komuś to zgłosić — stwierdził Queelo, wciskając dłonie w kieszenie. — Sami nie za wiele zdziałamy. Może… może znów gdzieś wyszła jak codziennie rano? Może wróci sama?

Sam nie za bardzo w to wierzył, ale niewiele więcej mogli zrobić. Ihoo chyba próbowała jeszcze raz użyć swojego wzroku, żeby zobaczyć „coś więcej”, ale raczej jej nie wyszło. Ze smutną miną skinęła głową i wrócili tą samą ścieżką, którą przyszli. Tym razem w ośrodku już nikt nie zwracał na nich uwagi. Plaża wciąż była pusta i zdecydowanie nikt nie ruszył ich rzeczy. Queelo zabrał obie torby, widząc, że Ihoo wciąż jest zimno w jej przemoczonym obraniu. Owinęła się ręcznikiem, ale nie był on jakiś bardzo wielki. Zdecydowanie powinna się przebrać.

Inspekcje najwyraźniej wciąż się nie skończyły, bo nadal dało się spotkać kilkanaście patroli. Na drzwiach domów poprzyklejane były karteczki, które chyba symbolizowały, że domy te są wolne od zła czy coś w tym guście. Minęli kilka, które takowych nie miały, a ze środka dobiegały jakieś podejrzane odgłosy walki. Najwyraźniej znaleźli się ludzie, którzy faktycznie mieli infery w piwnicach.

Pod ich domem stała grupka ludzi i o czymś dyskutowali. Queelo nie miał ochoty z nikim rozmawiać, ale wychodziło na to, że nie był w stanie tego uniknąć. Razem z Ihoo podeszli do tego kręgu wojowników i policjantów, przy czym Queelo starał się trzymać za siostrą. Miał cichą nadzieję, że może ona załatwi całą gadkę i nikt nie będzie pytał o jego zdanie.

Zorientowali się, że ktoś dołączył do ich wesołego kręgu, dopiero gdy Ihoo się odezwała.

— Czy coś się stało?

Spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Naprawdę, co z nich byli za mistrzowie walki, skoro ktoś mógł do nich podejść, nawet specjalnie się nie kryjąc, a oni go w ogóle nie zauważyli. Kpina. Allois skinął głową w ich stronę. Nassie uśmiechnął się. Reszty Queelo nie rozpoznawał, ale jako że oni nijak nie przywitali się, on też nie zamierzał.

— Zapytałam, czy coś się stało — powtórzyła Ihoo ze zniecierpliwieniem. — Głusi jesteście? A może potrzebujecie rozkazu, żeby odpowiedzieć?

— Wykryliśmy ślady inferów w waszym domu — odpowiedział Nassie, choć jego ton nie wskazywał na to, by uważał to za coś złego. — Znaleźliśmy trofea pani starszej major, ale nie wiemy, czy ma na nie jakieś zezwolenia.

— Ma — odpowiedział jednym słowem Queelo.

— Och, to sprawa załatwiona! Możemy iść!

— Chwila, jak to? — zdziwił się jakiś inny złoty wojownik. — Tak po prostu? Żadnych dokumentów ani nic?

— No co wy, policjant raczej by nas nie okłamał — uznał wesoło Nassie.

Queelo uniósł brwi, ale nie powiedział ani słowa.

— No a skoro tak, to nie ma problemu — dodał Nassie, wyjmując jakiś dziwny plik karteczek. Podszedł do nich, oczepiając jedną i przykleił ją na czoło Queelo. — Inspekcja skończona, powinniśmy iść dalej!

— Tak po prostu? To niepoważne! — odezwał się tym razem jeden z policjantów.

Jednak zamiast Nassiego, odpowiedział mu Allois.

— I tak nie mamy na to czasu. Nie sądzę, żeby starsza major kiedykolwiek miała złamać prawo. Poza tym jako tak wysoka stopniem, jak najbardziej może posiadać zezwolenie. Sprawdzimy to innym razem, kiedy już ona sama wróci.

— Z tym może być problem — przerwała mu Ihoo. Zaczynała powoli szczękać zębami.

— To znaczy?

— Zaginęła.

Wszyscy spojrzeli na nią z niedowierzaniem, ale ona zachowała kamienną twarz. Queelo ze złością odkleił karteczkę z głowy. Tak jak na wszystkich wcześniej, które widział, napisane było „brak obecności inferów”. Miał ochotę ją zgnieść, ale chyba bezpieczniejszym wyjściem było zaczepienie jej na drzwiach. Jeszcze przypadkiem przez jej brak zrobiliby im kolejną rewizję.

— Jak skończyliście, to już sobie idźcie — warknął na patrol Queelo.

Objął siostrę ramieniem. Cała się trzęsła z zimna, cud, że w ogóle wytrzymała tak długo. Musiała się jak najszybciej ogarnąć, zanim zachoruje. Zignorowali wszystkich i weszli do domu, zamykając za sobą drzwi na cztery spusty.


Rozdział VI

Zniknięcie Starszej Major Ivero

Nr Sprawy: 189

Nazwa: Zniknięcie Starszej Major Ivero

Zleceniodawca: Ihoo i Queelo Ivero

Data Złożenia Zawiadomienia: 15 Września 31r.

Status: W toku

Miejsce: Las Granicy

Zapłata: 30 000 AeR

Dodatkowe zapisy: Możliwe, że wyszła poza granicę. Macie ją znaleźć szybko!


Babcia nie wróciła na noc do domu jak zwykle, nad ranem też jej nie było. Ihoo faktycznie złapała jakieś choróbsko. Rozłożyła się na kanapie w salonie, przykrywając się pięcioma kocami i kaszląc co chwilę. Sama zrobiła sobie herbatę, sama znalazła sobie leki, po czym kategorycznie wygoniła brata z domu. Queelo próbował jakoś zaprotestować i się nią zająć, ale Ihoo była zdecydowanie zbyt samowystarczalna, żeby to na nią zadziałało.

Z samego więc rana, wygoniony za drzwi Queelo, poszedł natychmiast zgłosić sprawę na policję. Zgłosił też od razu zawiadomienie do biura detektywistycznego, wpisując absurdalnie wysoką kwotę za rozwiązanie, tak żeby któryś z tych leniwych buców chciał się tym zająć. Jednak zanim przyczepił karteczkę do tablicy, znikąd pojawił się Nassie i wyrwał mu ją z ręki.

— Nie ma potrzeby wydawać na to pieniędzy — powiedział dumnie, po czym spojrzał na zapisane szczegóły. — Wow, jesteś chyba jedyną osobą, która faktycznie numeruje te sprawy. Zwariowałeś?! — wykrzyknął nagle, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Uśmiechnął się przepraszająco i kontynuował już o wiele ciszej: — Zwariowałeś? Przecież ty ledwo tyle zarabiasz na rok. Nikt nie daje tyle kasy za jakąkolwiek sprawę.

— Dlatego tą powinien się ktoś zająć — odpowiedział mu ponuro Queelo.

— My się nią zajmiemy. — Nassie podarł kartkę, mimo protestów Queelo i rozsypał kawałki dookoła siebie. — Lepszych detektywów i tak tu nie znajdziesz, wszyscy inni przecież siedzą tu tylko dlatego, że nie mogli se znaleźć innej pracy.

— JA tu siedzę, bo nie mogłem se znaleźć innej pracy.

— Ale ty umiesz MYŚLEĆ — odparł Nassie, obejmując go ramieniem. — Spójrz tylko na nich wszystkich. Myślisz, że ktokolwiek z nich używa swojego intelektu w odpowiedni sposób?

Queelo doskonale wiedział, że było to pytanie czysto retoryczne, ale nie mógł się powstrzymać od faktycznego rozważenia go. Kilku złotych wojowników, których imion nie znał, siedzieli przy jednym z biurek i grali w karty. Dwóch jego kolegów z policji, Arrmot i Firro, schowali się w kącie i plotkowali między sobą. Aalmu nawet nie próbowała udawać, że pracuje i nie przebrała się w swój mundur, tylko siedziała na parapecie, ubrana w dresy i rozwiązywała krzyżówki. Reszta w ogóle nie przyszła do biura. Nie żeby obowiązkiem było przychodzenie codziennie, ale niektórych nie widział tak długo, że pozapominał już ich twarzy.

— No właśnie — kontynuował Nassie, ściskając kolegę za ramię coraz mocniej. — To banda leni. Nawet jeśli któremuś by się chciało brać za twoją sprawę, z nadzieją na dostanie tak wielkiej nagrody, naprawdę myślisz, że by sobie poradzili? Poza tym mówimy o pani major, tak? Jeśli ona sobie nie była w stanie z czymś poradzić, to potrzebujesz u swojego boku profesjonalisty, urodzonego do walki. Całe szczęście, że takiego znam.

— Mógłbyś się kiedyś przestać puszyć — prychnął Queelo. — I zacząć szanować cudzą przestrzeń osobistą. Odwal się — dodał, odpychając go od siebie. Nassie od razu go puścił, ale po jego minie widać było, że nie zamierzał sobie odpuścić.

— Akurat tym razem nie mówiłem o sobie, ale to miłe, że tak wysoko o mnie myślisz. O dziesiątej mamy się spotkać nad jeziorem i ruszamy na poszukiwania. Prawdopodobnie też przekroczymy barierę, więc weź jakieś zapasy, bo może nas długo nie być. Idziesz, prawda? A twoja siostra?

— Jest chora. Chwila! Przecież nie mówiłem ci, gdzie zniknęła babcia!

— Mam uszy wszędzie — odpowiedział tajemniczo Nassie. — Nigdy nie powinieneś lekceważyć moich umiejętności szpiegowskich, ja słyszę wszystko i widzę wszystko. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że wiem wszystko, ale na pewno wiem dużo. To za jakąś godzinę nad jeziorem, tak? Chyba że mamy iść i sami poszukać, ale nie wiem, czy aż tak bardzo nam ufasz.

Nie ufał. Queelo szybko wrócił do domu, wcisnął do swojej torby jakieś losowe ubrania i butelkę wody. Tyle zdecydowanie mu wystarczyło na wyprawę. Po namyśle zabrał też broń i kurtkę, tak na wszelki wypadek. Upewnił się, że Ihoo na pewno da sobie radę sama — sądząc po tym, jak na niego nakrzyczała, było już z nią lepiej, ale wciąż nie nadawała się do wyjścia na zewnątrz — i pobiegł nad jezioro.

Pogoda była podobna do tej poprzedniego dnia. Pochmurno, ponuro, żadnego wiatru. Plaża niemal całkowicie pusta. Nassiego co prawda jeszcze nie było, ale zamiast niego stał tam inny złoty wojownik, w swoim nieskazitelnym mundurze. A raczej wojowniczka. Ciemne włosy miała ścięte na krótko, tak że ledwo sięgały jej ramion, więc całkiem niedawno musiała przechodzić jakąś chorobę. Dziwne, że komuś takiemu chcieli pozwolić na wyjście poza barierę, ale z drugiej strony Queelo nigdy wcześniej nie słyszał, by Nassie chwalił kogokolwiek poza sobą samym, więc dziewczyna musiała być naprawdę dobra.

Do stroju miała przypięty pas z całym zestawem złotych noży. To było jeszcze dziwniejsze, bo złotookich raczej spotykało się z mieczami, a przynajmniej jakąś bronią dystansową, a nie krótką.

Odwróciła się w jego stronę, zanim jeszcze podszedł do niej bliżej. Jak oni wszyscy, miała złote oczy, ale jej wydawały się jeszcze jaśniejsze, zapewne przez ciemny kolor skóry. Nie wyglądała ani trochę przyjaźnie, raczej jak ktoś, kto mógłby zabić go w mgnieniu oka, gdyby tylko postanowił złamać prawo. Queelo przełknął ślinę, ale zmusił się do ruchu. To byłoby podejrzane, jakby stał zbyt długo w jednym miejscu, prawda?

Zanim jednak stanął obok przerażającej wojowniczki, ktoś pojawił się u jego boku. Nassie wyglądał na równie zadowolonego, co zawsze. Queelo chyba pierwszy raz cieszył się na jego widok. To dopiero było niepokojące uczucie.

— Idziemy na przygodę! — oznajmił wesoło, przyspieszając kroku i pierwszy stając obok strasznej kobiety. — Poznajcie się! To mój współpracownik, detektyw i policjant, Queelo Ivero. A to moja współpracowniczka, wojowniczka i naukowczyni, Mikky Rozzie.

— Masz coś dużo współpracowników — zauważył Queelo.

— Niee, tylko czterech. To i tak mniej niż inne drużyny, one się zawsze składają z co najmniej sześciu osób. W każdym razie Mikky jest mistrzynią walki, nikt jej nie dorównuje, może poza mną samym, oczywiście.

Zarówno Mikky, jak i Queelo, przewrócili oczami, słysząc to.

— Ale ja nie umiem latać — ciągnął dalej Nassie. — Więc ma nade mną taką przewagę. No i dzięki niej na pewno się nie zgubimy. Poza tym, jak idę sam, to nigdy nie chcą mi dać przepustki do bariery. Masz ją, no nie? — zwrócił się tym razem w jej stronę.

— Wiesz, że można przekroczyć barierę bez przepustki? — zapytała chłodno. Queelo po raz pierwszy poczuł, że nie jest jedyną osobą, którą irytuje zachowanie Nassiego. Czyli jednak istnieli inni!

— Po pierwsze: nie chcę łamać prawa, jeśli nie jest to konieczne, a nie jest. A po drugie, to Queelo nie lubi magii. Zawsze mówi, że źle się od niej czuje. Nie sądzę, żeby z własnej woli chciał wejść w zaklęcie.

Queelo skinął głową. To akurat była prawda. Mikky nie wyglądała na bardzo złą z powodu tego faktu, po prostu przyjęła to do wiadomości, wzruszając ramionami. Całe szczęście! Queelo nienawidził, kiedy ludzie zaczynali go dopytywać o jego niechęć. Nie lubił, to nie lubił, po co drążyć temat?

Najpierw ruszyli przeszukać po raz drugi część lasu w granicach miasta, ale nie znaleźli nic nowego. Nassie nie zainteresował się nawet identycznym kręgiem magicznym. Powiedział, że dopóki nie ma informacji na temat znaków, których nie rozumiał i tak nie było sensu oglądać tego zaklęcia, skoro było dokładnie takie samo. Krążyli przez chwilę, po czym w końcu Mikky nie wytrzymała i zaciągnęła ich w stronę bariery.

Nie było jej widać i tylko słabe, naprawdę słabe rozbłyski powietrza potwierdzały, że faktycznie coś tam się znajdowało. Mikky wyciągnęła plastikową plakietkę, przypominającą mały szpikulec i wbiła go w miejsce, gdzie znajdowała się bariera. W powietrzu powstał jasny łuk, wyraźnie wskazujący przejście.

— Hej, Queelo — odezwał się wesoło Nassie. — Ty jeszcze nigdy nie byłeś poza miastem, no nie? Nowi mają pierwszeństwo.

— W zasadzie to kie…

Nie zdążył dokończyć, bo Nassie popchnął go prosto w przejście. Queelo zamknął oczy, ale nie poczuł żadnej magii na sobie. Za to poczuł korzeń pod butem i cudem udało mu się zachować równowagę i nie przewrócić na twarz. Nassie i Mikky poszli zaraz za nim. Dziewczyna schowała z powrotem plakietkę do wewnętrznej kieszeni.

— Bez niej wywołamy alarm, jak spróbujemy wrócić — odpowiedziała na niezadane pytanie. — Nassie wywołał już dziesięć takich, dlatego nikt mu nie pozwala wychodzić samemu.

Nassie pokazał jej język w odpowiedzi.

— Ale z ciebie dziecko. Włącz może swoją genialną zdolność i powróż nam, w którym kierunku mogła udać się pani major.

— To tak nie działa! — zezłościł się Nassie. — Ile razy trzeba wam coś tłumaczyć? Umiem ułożyć coś w całość, jak mam jakieś wskazówki. Nie wiem nawet, dlaczego starsza major miałaby tutaj przychodzić, to skąd mam wiedzieć, gdzie mogła pójść?

— Wczoraj nikt nie wywołał alarmu, prawda? — zastanowił się zamiast tego Queelo. Obaj wojownicy spojrzeli na niego. — Więc ona, albo ktoś inny, musiał użyć przepustki, żeby wyjść. Ewentualnie w ogóle nie wyszła poza barierę, ale w całym mieście jej nie ma.

— Szukałeś? — zdziwił się Nassie.

— Nie, wywróżyłem sobie z kart. Oczywiście, że szukałem, niby z jakiego innego źródła mógłbym to wiedzieć? Uważasz mnie za debila czy jak? Myślę, że musiała coś wykryć, coś ważnego, inaczej by tak nie zniknęła.

— Zdarzyło się tak już kiedyś?

— Kilka razy, ale wtedy zostawiała jakieś karteczki z wiadomością, żebyśmy jej nie szukali i że wróci za kilka dni, bo musi coś załatwić. Tym razem nie było żadnej, dlatego się martwię.

— Poza tym — odezwała się Mikky, obserwując bacznie otoczenie — w Twierdzy od dawna krążyły plotki, że major Ivero czegoś uparcie szuka. To nie musiało być coś bezpiecznego. Lepiej ją znaleźć. No więc, nasz wielki mózgu, czujesz coś?

Nassie rozejrzał się, jakby mogło chodzić o kogoś innego.

— Miałeś w ogóle jakiś plan na te poszukiwania? — zaczął się dopytywać Queelo. — Czy po prostu pomyślałeś, że będziemy krążyć po lesie, aż czegoś nie znajdziemy.

— Raczej to drugie. Bardziej liczyłem, że znajdziemy cokolwiek po tamtej stronie.

— Idiota.

Queelo chciał jeszcze coś powiedzieć, ale jego uwagę zwrócił szelest liści. Coś poruszało się w koronach, przeskakując z drzewa na drzewo i bynajmniej nie był to wiatr. Mogło być to po prostu jakieś zwykłe zwierzę, ale nie zamierzał ryzykować i sięgnął po broń. Nie wyjął jej, ale był gotów w każdej chwili to zrobić. Tak samo, jak odskoczyć z drogi. Ten drugi pomysł był chyba lepszy, jako że w starciu z prawdziwym potworem, kula z pistoletu mogłaby spowodować co najwyżej lekkie zadrapanie. Zdecydowanie powinien odskoczyć.

Stworzenie zeskoczyło na ziemię niedaleko nich. Było dość małe, puchate, czarne w białe łaty, a długi ogon trzymało w górze. Wyglądało na zaintrygowane, że kogokolwiek widzi.

— Ojej, to kotek! — ucieszył się Nassie. — Nie widziałem żadnego od lat! Jaki słodziak!

Mimo tych słów i tak sięgnął po miecz. Mikky już trzymała noże w dłoniach, gotowa zaatakować w każdej chwili. Queelo zajęło chwilę, żeby zorientować się, że kolor białych łat rozchodził się po sierści wzorem błyskawic. To połączenie zawsze oznaczało infera. Jednak ten jeden, konkretny, nie wyglądał, jakby miał zaatakować. Po prostu przyglądał im się czarnymi ślepiami.

— Chyba nie jest dziki — powiedziała Mikky, mrużąc oczy. — Czasem się zdarzają takie spokojne. Wtedy nie atakują, chyba że są mocno wygłodniałe.

— Cóż, on wygląda na głodnego — stwierdził Nassie, sięgając do swojej torby wolną ręką i wyjmując z niej złotą monetę. — Może zminimalizujmy ryzyko ataku. Masz.

Rzucił pieniążkiem w kotka. Zwierzę nieufnie powąchało tę dziwną, okrągłą rzecz, po czym wsunęło ją jednym kęsem, tak szybko, że ledwo dało się to zauważyć. W jednej chwili moneta leżała, w drugiej już jej nie było, tak po prostu. To nie wróżyło dobrze, ale infer wyglądał na zadowolonego i nawet odważył się podejść bliżej. Kilka razy podskoczył i już był obok nogi Queelo, zanim ten jakkolwiek zareagował. Jednak kot nie zamierzał go gryźć, zamiast tego zaczął się przymilać i mruczeć.

— Ojej, polubił cię! — zachwycił się Nassie.

— Weźcie. To. Ode. Mnie — wysyczał zza zaciśniętych zębów Queelo, nie mając odwagi ruszyć się czy choćby oddychać.

Nassie zaśmiał się — ten wredny, głupi wojownik, żeby mu tak ten głupi uśmiech ktoś zdrapał z tej głupiej twarzy — i schylił, żeby podnieść zwierzę. Kotek z pewnym oporem, ale dał się podnieść i zwinął się w kulkę w ramionach Nassiego. Ten zaczął go głaskać.

— Widzisz? Jest niegroźny — powiedział spokojnie, a kot zaczął mruczeć, jakby chcąc to potwierdzić. — Mógłbym mieć takiego kota w domu. Jest taki puszysty i uroczy!

— O ile by ci pozwolili trzymać infera w mieście — prychnęła z niechęcią Mikky, chowając noże. — To, że pani generał przymyka oko na twoje ekscesy, nie znaczy, że pozwoli ci trzymać infera.

— Ekscesy? — zdziwił się Queelo, patrząc na nich oboje ze zdziwieniem. — Jakie ekscesy?

— Długo by opowiadać — powiedział szybko Nassie, puszczając kota. — Nie mamy na to czasu. Powinniśmy szukać.

— Wasz nowy zwierzak chyba chce wam coś powiedzieć — odezwała się Mikky, wskazując na kota. Zwierzak złapał pyszczkiem but Nassiego i próbował go ciągnąć, z marnym skutkiem.

— Chyba chce nas gdzieś zaprowadzić.

Słysząc to, kot w końcu puścił, zamachał ogonem i ruszył między drzewa. Nassie podążył dziarskim krokiem za nim, a Mikky i Queelo, nie mając wiele innych opcji, także poszli. Las wyglądał dość podobnie do tego w mieście, ale był zdecydowanie bardziej zielony i żywy. Czasem z daleka dało słyszeć się śpiew ptaków, wiewiórki przeskakiwały z gałęzi na gałąź, możliwe, że nawet w dali mignęła sylwetka jakiegoś łosia, ale Queelo nie mógł być pewny. Kot wyglądał, jakby doskonale znał drogę, dokądkolwiek ich prowadził.

— Teraz mamy czas — zauważył Queelo, wciskając dłonie w kieszenie marynarki i odwrócił się do Mikky. — Więc? Jakie ekscesy?

— Żadne ekscesy! — krzyknął Nassie z przodu pochodu. — Nie gadajcie, nasłuchuję wrogów!

— Jasne — prychnęła Mikky kpiąco. — To ja mogę nasłuchiwać wrogów, gadanie mi w tym nie przeszkadza. Co tam ostatnio takiego głupiego zrobił nasz wielki wojownik? Zaczął szantażować generała broni na oczach wszystkich w trakcie zgromadzenia. Do tego trzeba mieć tupet. Facet o mało nie zszedł na zawał. Gdyby był pewny zwycięstwa, to pewnie by się zaczęli tam tłuc na środku stołu. Nie zdziwiłabym się, gdyby pod jego nieobecność, generał mu się włamał do domu i wszystko spalił.

— To czym on szantażował tego generała?

— Wprost tego nie powiedział, ale czymś poważnym na pewno. Nie zdziwiłabym się, jakby się okazało, że szantażuje całe dowództwo.

— Jestem w dobrych stosunkach z panią generał! — wykrzyknął znów Nassie, który, oczywiście, podsłuchiwał ich rozmowę. — To wystarczy! Tych plotek też wystarczy!

— Jakich plotek? — oburzyła się Mikky. — Opowiadam tylko to, co widziałam na własne oczy, to nie są żadne plotki. Mam ci przypomnieć, jak próbowałeś ujeżdżać infera, bo ci się ubzdurało, że mogą służyć jako konie?

— Warto było spróbować!

— Jak biegałeś po całym mieście, zamiast zabić potwora, bo chciałeś go zwabić do Twierdzy?

— Przecież dałem ci wtedy materiał naukowy, daj mi spokój!

— Jak chciałeś sprawdzić, kto z twojego oddziału najlepiej przyciągnie infera, więc kazałeś im ustawić się w kółeczku i patrzyłeś, kogo zaatakuje?

— I tak poleciał do mnie, nie rozumiem twojego problemu.

— Raz próbował wywołać pożar, żeby sprawdzić, czy infer będzie na tyle głupi, żeby wbiec w płomienie i prawie spalił czyjś dom.

— Był rozwalony już wcześniej, więc co za różnica? Poza tym infer się spalił, tak? To był dobry plan!

— Nie wspominając o tym pamiętnym przyjęciu. Och, to było tak dawno i było tak piękne. Wiesz — odwróciła się do Queelo — kiedy ktoś zalicza trzecią wygraną w turnieju, przygotowuje się dla zwycięzcy wielkie przyjęcie, gdzie wszyscy mogą mu pogratulować i musi się użerać ze starszymi, którzy chcą ustawić mu życie. Zwykle wszyscy zaliczają to jakoś w nastoletnim wieku, kiedy już mają coś w głowach, ale on oczywiście musiał być wyjątkowym wyjątkiem. Miał ledwo jakieś jedenaście albo dwanaście lat, zero obycia towarzyskiego i strasznie duże ego, a to naprawdę tragiczne połączenie. Z jakiegoś powodu wszyscy ważni dorośli wojownicy uznali, „hm, tak, to jest ta osoba, którą chciałbym mieć w swojej rodzinie” i zaczęli na niego nasyłać swoje córki. W pewnej chwili był po prostu otoczony wianuszkiem dziewczyn starszych od niego i ledwo go było widać spomiędzy nich, taki mały jeszcze był. To go naprawdę musiało wkurzyć, był wtedy bardzo wrażliwy na punkcie wzrostu, wszyscy nazywali go małym, łącznie ze mną. Przepchał się między tymi wszystkimi dziewczynami, kilka z nich nawet przewrócił, wskoczył na stół, rozwala…

— Hej, zobaczcie! — przerwał jej Nassie.

Queelo i Mikky spojrzeli na niego ze złością, ale wtedy zobaczyli, na co wojownik wskazywał. Kot wyprowadził ich na polanę i położył się na środku kolejnego ogromnego znaku magicznego. Czemu wszystko zawsze prowadziło w stronę magii? Queelo wybrał karierę policjanta, mając nadzieję, że w ten sposób będzie trzymał się z daleka od wszystkiego, co choćby trochę mistyczne, ale wyglądało na to, że powinien jednak zostać kwiaciarzem.

Nie zwrócił jednak uwagi na sam znak, bo na jego skraju leżało coś, co było zdecydowanie bardziej interesujące. Podbiegł, żeby podnieść złotą, podniszczoną marynarkę. Bez problemu rozpoznawał krój, tak wyglądających mundurów nie robiło się od dawna, teraz nie byłyby modne. Zapach też się zgadzał. To na pewno należało do babci. Zmiął materiał w dłoniach. Jak to było w ogóle możliwe?

— Nie martw się — odezwał się Nassie, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Na pewno nic poważnego jej się nie stało, znajdziemy ją.

Queelo nie chciał być pocieszany. Strącił jego rękę, wciąż wpatrując się w ubranie. Miał ochotę je rozszarpać.

— Nie rozumiesz — prychnął Queelo po chwili ciszy. — To należało do niej.

— Czuję jakieś „ale” w tym zdaniu.

— Ale ona nie miała wczoraj na sobie munduru. On nadal wisi w jej szafie, zupełnie nietknięty, nikt nie miałby czasu, żeby przyjść do naszego domu, wziąć mundur i go tu przynieść przed nami. To jest…

— Manipulacja czasem! — dokończył za niego Nassie.

Queelo zamierzał powiedzieć coś innego, ale nie chciało mu się dyskutować.

— No tak, to ma sens! To nie są znaki przywoływania, tylko manipulujące linią czasową. Może mogą przywoływać rzeczy z innego czasu. Zobacz, ten jest trochę inaczej narysowany niż reszta, ta łódka jest nieco inna. Może ona jest znakiem czasu. Tamte zatrzymywały wszystko, a ten mógł przynieść coś z przeszłości. Albo przyszłości! Co, jeśli mógł przenieść kogoś…

Mikky walnęła go, zanim dokończył zdanie, tylko że wcale nie musiał tego robić. Queelo od razu zorientował się, o co mogło mu chodzić. Nie był aż taki głupi, żeby na to nie wpaść! Poza tym po tej całej gadce z czasem, to miało jak najbardziej sens. Nie wyczuwał też nigdzie w pobliżu śladu babci, jedynie na tej nieszczęsnej marynarce, którą wciąż ściskał w rękach.

Coś otarło się o jego nogę. Inferzy kotek znów do niego podszedł i zaczął się przymilać. Może… może jako taki stwór, byłby w stanie coś znaleźć po zapachu? W końcu one miały podobno bardzo dobry węch, a przynajmniej lepszy od ludzkiego. Queelo pochylił się nad zwierzakiem i podetknął mu ubranie pod nos.

— Znalazłbyś coś?

Zwierzak przyjrzał się uważnie jego twarzy swoimi czarnymi ślepiami i jakby zrozumiał. Złapał w małe ząbki marynarkę, wyrwał ją z dłoni Queelo i rzucił się w las. Queelo natychmiast pobiegł za nim, nie zważając na zdziwione okrzyki Mikky i Nassiego. Chyba też rzucili się do biegu, ale jego to nie interesowało. Skupił wzrok na pędzącym kocie. Mógł równie dobrze pędzić w jakąś pułapkę, ale kogo to obchodziło?

Wybiegli z lasu. Albo nie był tak wielki, jak wszyscy opowiadali, albo Queelo musiał przebiec naprawdę spory kawałek. Wybiegł na pustą przestrzeń i uderzył w niego wiatr. Ziemia niespodziewanie kończyła się kilka kroków dalej. Kot wskoczył na jeden z kilku stojących w pobliżu głazów i zostawił na nim marynarkę. Zamiauczał nieco skrzekliwie. Queelo podszedł tam, ignorując ostry wiatr, dolatujący z przepaści. Starał się w nią nie patrzeć.

Przyjrzał się głazowi, zastanawiając się, dlaczego kot przyprowadził go akurat tutaj. Podniósł złotą marynarkę, schylając się i wtedy zobaczył, że ktoś wyrył jakieś słowa na głazie. Były bardzo krzywe. Zmrużył oczy i przekrzywił głowę. Musiał się chwilę w nie wpatrywać, żeby w końcu je rozszyfrować.

„Znajdę to, nie szukaj mnie. Maato”.

Na koniec dodała swój dziwny znaczek, żeby była pewność, że ona to napisała. Queelo miał ochotę podnieść głaz i cisnąć nim w przepaść, ale po prostu tam stał, patrząc się pusto w litery. Czyli jednak zostawiła jakąś wiadomość! I to w takim miejscu! To było… To było… Jego ramiona się zatrzęsły i zupełnie wbrew swojej woli zaczął się śmiać, a łzy popłynęły z jego oczu. To wszystko było takie absurdalne! Całe jego życie było absurdalne!

Mikky i Nassie zatrzymali się na skraju lasu i spoglądali na niego z niepokojem, ale to też miał już zupełnie gdzieś. Jak całą resztę tego absurdu. Cisnął marynarką w głaz, strasząc tym kota.

— To sobie szukaj! — krzyknął w stronę napisu, jakby ten mógł w jakiś magiczny sposób przekazać jego głos. — Kogo to obchodzi?! I tak jesteś na tyle dobra, żeby sobie radzić bez niczyjej pomocy, prawda?! Po co komukolwiek mówić, czego się szuka?!

— Nie… — odezwał się niepewnie Nassie, nie wiedząc, czy powinien się odzywać, ale że nikt mu nie przerwał, to postanowił ciągnąć dalej. — Nie wiesz, czego szuka?

— A skąd niby miałbym to wiedzieć?!

Była to w zasadzie tylko częściowa prawda. Queelo doskonale wiedział, dlaczego jego babcia czegoś szukała, ale nie miał pojęcia, czym to coś mogłoby być. To w zasadzie jeszcze bardziej go denerwowało. Ona sama pewnie nie wiedziała, czego szuka! Stara, wredna wiedźma! Tak bardzo jej za to nienawidził, za to, że zawsze znikała, nie mówiąc, dokąd idzie, za jej przeklęte sekrety. Miał ochotę wykrzyczeć jej to wszystko w twarz, ale jak zawsze, nie miał jak tego zrobić.

— Czy to znaczy — odezwał się znów Nassie — że zamykamy tę sprawę?

— Rzuć to swoje zaklęcie.

— Co? Ale…

— Mam gdzieś, co napisała. Rzucaj to swoje zaklęcie tropiące.

— Do tego potrzebna jest rzecz, która należała…

Queelo podniósł marynarkę i rzucił nią w twarz Nassiego, zanim ten dokończył zdanie.

— Och, fakt, to może się nadać.

Nassie podniósł jakiś patyk i zaczął kreślić nim na ziemi znak. Queelo cofnął się nieco, ale nie tak bardzo, jak zawsze. Kogo obchodziły zawroty głowy, musiał znaleźć babcię, nawet jeśli tak bardzo go zdenerwowała. Wojownik nakreślił ostatnią linię i wrzucił marynarkę w sam środek. Zewnętrzny krąg natychmiast zajął się ogniem. Inferzy kotek szybko odskoczył, sycząc w stronę płomieni i schował się za nogami Queelo, jakby to mogło go w jakiś sposób uratować. Sam Queelo nie czuł się najlepiej. Może faktycznie sobie to tylko wmawiał, ale zrobiło mu się dziwnie słabo.

Zanim jednak zdążył zemdleć od tej całej magii, ta zgasła, zostawiając po sobie wypalone w trawie ślady. Nassie nie wyglądał, jakby miał do przekazania dobre wieści, ale zanim choćby otworzył usta, odezwała się Mikky:

— Cud, że cokolwiek znajdujesz w ten sposób — powiedziała z drwiną. — Naprawię to.

Nie czekając na pozwolenie, wyjęła jeden ze swoich noży i zaczęła poprawiać nakreślone wcześniej linie. Queelo niezbyt to rozumiał, ale też rozumieć nie musiał. Jeśli działało, to niech działa. Mikky skończyła dodawać swoje linie i wbiła nóż w zewnętrzny okrąg znaku. Zamiast ognia, tym razem linie wypełniło nieszkodliwe światło. Wyjęła nóż i światło natychmiast zniknęło.

— Jest gdzieś na północy — oznajmiła, prostując się i wskazując prosto w stronę przepaści. — Za daleko, żeby dokładnie namierzyć. Poza tym są jakieś zakłócenia. W pobliżu jest za dużo inferów.

— Inferów? — zdziwił się Queelo, patrząc na kota, przyczepionego do jego nóg. — Mamy tutaj tylko jedne…

Kot syknął, kiedy nad przepaścią nagle wyfrunęły trzy ogromne stwory, przysłaniając i tak już słabe promienie słońca. Dwa z nich wyglądały jak olbrzymie ptaki, z białymi, gadzimi skrzydłami i ogonami, za to trzeci, znajdujący się w środku, był po prostu dziwny. Zwykle infery były po prostu krzyżówką dwóch różnych stworzeń, więc łatwo było je opisać. Ten wyglądał, jakby połączono ich z dziesięć, żeby go stworzyć coś, co miałoby choć trochę przypominać człowieka. Jakby ktoś niezdarnie pozszywał różne części, nie do końca wiedząc, co robi.

Queelo nie był w stanie patrzeć na cokolwiek poza twarzą, tylko ona wyglądała normalnie. Jednak ta normalność twarzy, niemal ludzkiej twarzy, była chyba najbardziej przerażająca. Żółte oko mierzyło wzrokiem intruzów. Czarne wpatrywało się gdzieś w niebo. Krecha poniżej nosa, która chyba miała służyć za usta, rozszerzyła się, ukazując rzędy kłów.

— To nie wygląda dobrze — wypowiedział oczywistość Nassie, występując przed Queelo. Mikky zrobiła dokładnie to samo. — Lepiej wycofaj się do lasu.

— Go-ście — odezwał się środkowy infer, zwracając uwagę wszystkich. Jego głos brzmiał jak piła mechaniczna i ranił w uszy. — Wi-taj-cie. Ma-my po-rę o-bia-du, wstą-pi-cie?

Mikky i Nassie spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, ale nadal nie puszczali broni, gotowi w każdej chwili ją wyjąć i zacząć walkę. Mimo to nie atakowali.

— A co miałoby niby być na obiad? — zapytał podejrzliwie Nassie.

Infer uśmiechnął się szerzej.

— Zło-to. A co inne-go?

— To bardzo miłe, ale trochę się spieszymy. Poza tym my nie jemy złota.

Queelo miał wrażenie, że teraz infer spojrzał wprost na niego. Chciał się cofnąć, a najlepiej uciec, ale jego nogi jakby wrosły w ziemię. Mógł tylko patrzeć na tego dziwnego stwora. Coś w nim było niepokojąco znajome. Dlaczego coś miałoby być znajomego w inferze?! Ocknął się pod wpływem tej myśli, ale tylko na tyle, by zrobić jeden krok w tył. Kot uczepił się jego buta i też nie zamierzał się zbliżać do niebezpieczeństwa. Najwyraźniej nie był na tyle spokojnym inferem, na ile po prostu mądrym.

Niepokojący infer przechylił głowę i zamrugał. Pierwszy raz, odkąd się pojawił. Jego powieki nie były zbyt dobrze zsynchronizowane ze sobą.

— To bar-dzo źle — oznajmił. — Król chce wi-dzieć wszy-stkich.

— Przykro mi, ale my nie podlegamy władzy królewskiej — odpowiedział ze spokojem Nassie. Razem z Mikky również zaczęli się wycofywać, ale robili to w zdecydowanie zgrabniejszy sposób. — Aczkolwiek następnym razem możemy wpaść do pałacu. Jak będziemy mieli czas.

— Nikt nie od-rzu-ca kró-lew-skie-go za-pro-sze-nia.

— Tak też myślałem. W nogi!

Ten okrzyk w końcu całkowicie ocucił Queelo. Obrócił się i natychmiast puścił biegiem w stronę drzew, cudem uchylając się przed atakiem jednego z ptakowatych inferów. Drugi rzucił się na złotych wojowników, ale nie miał z nimi absolutnie żadnych szans. Mikky wyjęła jeden z noży i rzuciła nim, idealnie trafiając w serce stwora i zabijając go na miejscu, a spadające truchło zagrodziło drogę ataku temu dziwnemu. Nassie obrócił się, jednym cięciem odrąbując głowę drugiemu i całą trójką błyskawicznie popędzili w drogę powrotną.

— To było za łatwe! — krzyknął Nassie, nie zwalniając ani na chwilę.

— Możesz się wrócić! — warknął na niego Queelo, nawet nie starając się uchylać przed małymi gałęziami, które waliły go po głowie. — Ten trzeci na pewno się ucieszy!

— Z nim nie byłoby tak łatwo — oznajmiła Mikky z kamienną twarzą. — Takie mieszańce zawsze są najgorsze.

Zanim powiedziała cokolwiek więcej, z góry dobiegły skrzeki. Najwyraźniej inne infery w okolicy zorientowały się, że mają gości. Queelo zaklął pod nosem. Mógł się domyślić, że poza miastem będzie pełno tych stworów, ale na pewno nie oczekiwał, że zaczną się na nich rzucać całymi hordami. Nie zwrócił też uwagi na to, jak daleko od bariery odeszli w trakcie tej wyprawy. Na całe szczęście przynajmniej Mikky pamiętała kierunek, inaczej pewnie by się zgubili na zawsze.

Infery próbowały nurkować między drzewami, żeby ich złapać, ale nie umiały dobrze wymierzyć momentu, więc natrafiały na pustkę albo pnie, zamiast na faktyczny cel. Queelo zaczął więc kluczyć wokół drzew, żeby jeszcze bardziej utrudnić im to zadanie. Jakimś cudem udało mu się nie zgubić towarzyszy w tym zamieszaniu.

Biegli jakąś dobrą godzinę. Wszystkie mięśnie Queelo krzyczały, żeby się zatrzymał i odpoczął, ale poczucie bycia zagrożonym było zdecydowanie silniejsze niż jakieś zmęczenie. Usłyszał znajome syczenie w pobliżu i dopiero wtedy zaczął zwalniać. Infery ich wyprzedziły i trafiły na barierę miasta.

Mikky też wyhamowała i sięgnęła po kartę, drugą ręką pospieszając ich. Queelo pierwszy doparł do przejścia i gdy tylko znalazł się w bezpiecznych granicach miasta, padł na kolana, dysząc ciężko. Zaraz za nim wpadł Nassie, który próbował udawać wyluzowanego, ale też było widać po nim zmęczenie. Mikky z kamienną twarzą zamknęła przejście i spojrzała w górę, na infery, które żałośnie próbowały się przebić. Po chwili jednak dały za wygraną i odleciały, nie zostawiając ani zadrapania na barierze.

— To było… — wydyszał Queelo, z trudem łapiąc oddech — bez… sensu. Nic… nie znaleźliśmy.

— Wiemy, że żyje — odezwał się Nassie, znów próbując go pocieszyć. Czemu ten typ musiał być taki irytujący?

— Powinniśmy wysyłać więcej patroli — oznajmiła Mikky. — W tej okolicy nie powinno być tylu inferów, są za blisko miasta. Nie mówiąc o tym straszydle. Złóż o tym raport.

— Ty możesz złożyć o tym raport! — zezłościł się Nassie, prostując się i gromiąc spojrzeniem koleżankę. — Czemu niby ja mam to robić?

— Bo ciebie prędzej posłuchają? Możesz to natychmiast przepchnąć. No chyba, że jesteś tak samo leniwy, jak ci wszyscy szlachcice, siedzący na górach złota i robiący nic.

— Nie jestem leniwy! Złożę ten raport!

Queelo nie obchodziło, o czym rozmawiali. Z trudem podniósł się na równe nogi, otrzepując ubranie i dopiero wtedy zwrócił uwagę na nadprogramowy ciężar na swoim ciele. Kotek zeskoczył z jego pleców i podbiegł do nogi Nassiego. Cała trójka wpatrywała się w niego ze zdziwieniem. Nie zdawali sobie sprawy, że całkiem przypadkiem wprowadzili infera do miasta.

— Wygląda na to — odezwał się Nassie, podnosząc zwierzę — że będę musiał złożyć dwa raporty. — Pogłaskał infera, uśmiechając się przy tym niepewnie. — Przynajmniej mamy nowego potworka do badań, no nie?

Mikky nie odwzajemniła jego uśmiechu.

— Radź sobie z tym sam. Ja nie zamierzam się z tego tłumaczyć.

— No tak — mruknął z niechęcią — zawsze ze wszystkim muszę sobie radzić sam. Hej, Queelo! Trzeba ci pomóc z dotarciem do domu?

Queelo, trzymając się drzewa, spojrzał na niego ze złością. Nogi mogły mu odmawiać posłuszeństwa, jak długo chciały, ale nigdy nie przyznałby się do tego na głos. Już wolał się poczołgać.

— Nie.

— A może chcecie wyskoczyć do restauracji? — nie dawał spokoju Nassie. — Nie wiem jak wy, ale ja umieram z głodu. Zjadłbym porządny obiad.

— Trzeba było iść na królewską ucztę — rzuciła sarkastycznie Mikky. — Jestem już umówiona z kimś innym. Znajdź sobie innego frajera.

— Queelo?

— Ani nie jestem głodny, ani nie jestem frajerem. Idź sobie z kotem.

Nassie znów pogłaskał trzymane zwierzę.

— Jego chyba na razie gdzieś odniosę. Lepiej, żeby nikt go nie widział, to mogłoby wywołać panikę. — Zmarszczył brwi. — Chociaż ludzie bywają strasznie ślepi. Założę się, że nawet gdybym podetknął im go pod nos, to by się nie zorientowali.

Mikky prychnęła.

— Ludzie nie są aż tacy głupi, za jakich ich uważasz, pępku świata. Miło było poznać — zwróciła się do Queelo — ale raczej więcej się nie zobaczymy. Chyba że chcesz kiedyś odwiedzić laboratorium, przesiaduję tam przez większość czasu.

— Nikogo nie interesują twoje badania — prychnął Nassie z kpiną.

— Jakie badania? — zainteresował się Queelo. — Słyszałem, że cały czas coś badacie w Twierdzy, ale nikt nigdy nie mówił, co właściwie.

— Różne rzeczy — odpowiedziała tajemniczo Mikky, a w jej oku pojawił się dziwny błysk. — Mogę ci pokazać. Chciałbyś przyjść?

— Jeśli to nie problem.

— Ależ skąd! — Nagle cała rozpromieniała. — To co, może jutro?

Queelo chciał się zgodzić, ale wtedy przypomniał sobie, że chwilę wcześniej biegł nieprzerwanie przez godzinę. Może wojownicy umieli się z tego wyleczyć w trakcie jednej nocy, ale zdecydowanie nie on.

— Może jednak pojutrze.

— To świetnie! Mam tyle do pokazania! Tyle świetnych odkryć, o których nikt nie chce słuchać, a to przecież tak przydatne rzeczy!

Jej zegarek zaczął pikać. Podwinęła rękaw i spojrzała na godzinę.

— Szlag, znów się spóźnię. To do zobaczenia pojutrze!

Wybiegła z lasu, jakby w ogóle nie była zmęczona, machając im na pożegnanie. Może Queelo wcale nie miał pecha do dziwnych złotych wojowników. Może oni wszyscy po prostu byli dziwni. No i niepokojący.

— Właśnie wpakowałeś się w całodniowy wykład — oznajmił z bólem Nassie, kładąc mu dłoń na ramieniu. Jaki ten człowiek miał ze sobą problem? — Nie wiem, czy będziesz w stanie przeżyć tyle naukowych bzdur. Lepiej też się tam wybiorę, na wypadek, jakby chciała ci wyprać mózg.

— Nie prosiłem…

— Ależ nie musisz mnie prosić, pomogę bez tego, w końcu od tego są przyjaciele, nie? Muszę gdzieś zaszyć tego kota — dodał, wskazując na zwierzaka, który teraz próbował się jakoś ułożyć na jego ramieniu. — To co, do zobaczenia jut… nie, jutro nie chcesz mnie widzieć. Do zobaczenia pojutrze!

Queelo chciał powiedzieć, że wtedy także nie chce się z nim widzieć, ale Nassie uciekł, zanim zdążył choćby otworzyć usta. Zdecydowanie robił to specjalnie, żaden człowiek nie mógł być aż tak irytujący przypadkowo. Queelo pokręcił z niedowierzaniem głową i zmusił się do ruchu. Im szybciej dotrze do domu, tym szybciej będzie mógł się rzucić na łóżko i nie robić zupełnie nic, przez cały następny dzień. To był plan godny wysiłku.


Rozdział VII

Laboratoria Twierdzy

Nr Sprawy: Brak

Nazwa: Laboratoria Twierdzy

Zleceniodawca: Mikky Rozzie

Data Złożenia Zawiadomienia: 15 Września 31r.

Status: W toku

Miejsce: Laboratorium

Zapłata: Brak

Dodatkowe zapisy: To był błąd. Zabierzcie mnie stąd. Potrzebuję pomocy.


Queelo przeleżał cały następny dzień w łóżku, ciesząc się, że nikt nie zawraca mu głowy i będąc wściekłym, że jego poszukiwania nie przyniosły zupełnie nic. Słyszał jak Ihoo krząta się po domu, najwyraźniej jej choroba nie była jakaś poważna i przeszła szybko. Chciałby kiedyś chorować w ten sposób. Kiedy jego coś dotykało, to musiał się kurować przynajmniej z tydzień, nim w końcu wracał do zdrowia. Świat był pewien niesprawiedliwości.

Na dodatek wieczorem, kiedy Ihoo w końcu postanowiła go odwiedzić w jego pokoju, przyniosła kolejny złoty kwiatek, który znalazła pod drzwiami. Nawet nie widziała, kto go zostawił, ale była bardzo zadowolona, że Queelo sobie kogoś znalazł. Queelo już taki zadowolony z tego nie był. Wolałby wiedzieć, kto go prześladuje.

Kolejnego dnia także nie czuł się dobrze, choć raczej nie z tego samego powodu. Mógł już stanąć normalnie na nogi i chodzić bez problemu, ale nadal dziwnie kręciło mu się w głowie. Ubrał się w cokolwiek i miał wychodzić, kiedy Ihoo złapała go przy drzwiach, zagradzając mu drogę.

— A dokąd to się wybierasz?

— Przecież mówiłem, że…

— Tak ubrany?! — Nie dała mu dokończyć. — O nie, nie, mowy nie ma, ja cię tak nie wypuszczę! Masz się ubrać ładnie, a nie jak jakiś luj!

— Przecież to normalne ubranie!

— Już marsz mi do pokoju, ubrać ładną koszulę i krawat! I zmień te spodnie, nie godzi się chodzić w spranych jeansach!

— Idę do laboratorium, nie na randkę!

— To nie znaczy, że masz wyglądać tak. Już, już, leć się przebrać, ja cię tak nie wypuszczę, mowy nie ma. Jak się porządnie nie ubierzesz, to sama tam przyjdę cię ubrać.

— Nie masz nic ciekawszego do roboty, jak ustawiać mi życie?

— Tak się składa, że mam, więc dobrze by było, żebym nie musiała się martwić jeszcze o ciebie, braciszku. Więc bądź tak miły i zrób to, o co cię proszę.

Marudząc pod nosem, Queelo zawrócił i przebrał się. Nie zamierzał jednak wyglądać, jakby się specjalnie stroił, więc po prostu założył swój mundur. Na to Ihoo nie mogła narzekać, chociaż widział, że nie była zbytnio zadowolona, kiedy wychodził. Niestety dla niej nie miała się do czego przyczepić.

Nie umówił się z Mikky na konkretną godzinę, ale z jej słów wynikało, że, tak czy siak, będzie tam siedzieć cały dzień, więc chyba każda pora była odpowiednia. Może robił błąd, wychodząc tak wcześnie? Czy odwiedziny z rana były w ogóle dobrym pomysłem? Gdyby przyszedł wystrojony tak, jak mu kazała Ihoo, mógłby wyjść na desperata. Całe szczęście, że jej nie posłuchał.

Laboratoria znajdowały się w piwnicach Twierdzy, ale wchodziło się do nich z zupełnie innej strony. Queelo obszedł ciemne zamczysko i podszedł do niewielkiej, podejrzanej budki na tyle. Nie był pewien, czy powinien zapukać, czy mógł tak po prostu wejść, ale zanim zdecydował się na cokolwiek, drzwi same się otworzyły i wyskoczyła zza nich jakaś nastolatka w złotym mundurze. Zatrzymała się i przez chwilę przyglądała mu się ze zdziwieniem.

— Och, pan przyszedł do pani Mikky, prawda? Nie jesteśmy aresztowani?

Czemu zawsze wszyscy myśleli, że jak pojawia się policjant pod ich drzwiami, to są aresztowani? Aż tylu ludzi ma coś na sumieniu, czy to po prostu on wyglądał na takiego strasznego? Skinął głową w odpowiedzi na pytanie, a dziewczyna uśmiechnęła się z ulgą.

— Pani Mikky już od rana wszystkim mówi, że w końcu będzie miała gości. Jest taka wesoła! Jak pan zejdzie schodami na sam dół, to pracownia pani Mikky znajduje się za drugimi drzwiami na prawo. Zresztą jest tabliczka na drzwiach, powinien pan trafić.

Po podzieleniu się tymi informacjami natychmiast odbiegła. Najwyraźniej musiała się spieszyć. Queelo wzruszył ramionami i wszedł do budki. Drzwi nie były zamknięte, nie miały nawet zamka ani żadnej zasuwy, najwyraźniej każdy mógł tam przychodzić, kiedy tylko chciał. Za nimi znajdowały się tylko schody, prowadzące pod ziemię. Bardzo dużo schodów, schowanych niemal całkowicie w ciemności. Queelo widział lampki przy stopniach, ale z oczywistych powodów ani jedna nie świeciła. Ktoś pozawieszał lampy naftowe na hakach w ścianach, jednak nie dawały one zbyt wiele światła, poza tym nie wszystkie były pozapalane. Musiał bardzo uważać na swoje kroki, żeby przypadkiem się nie wywalić.

Okazało się, że piwnice także mają kilka pięter, więc zejście na sam dół zajęło mu chwilę. Im niżej schodził, tym ciemniej było i zaczął się obawiać, że Mikky pracowała w totalnym mroku. Naprawdę wolałby się nie spotykać z nikim otoczony tylko przez czerń. Na całe szczęście i najniższe piętro było jako tako oświetlone. Między różnymi drzwiami przechodzili jacyś naukowcy ubrani w kitle, czasem zatrzymywali się, żeby wymienić się jakimiś uwagami i absolutnie nikt nie zwracał uwagi na gościa. Idealnie. Queelo przemknął przez korytarz i podszedł do wskazanych drzwi. Faktycznie na drzwiach zapisane było imię i nazwisko, i to nawet nie jedno.


Pracownia nr 27

Mikky Rozzie

Tissema Pahi

Tolly Qlyn


Czynne w godzinach:

8:00 – 20:00

kontaktuj się z Mikky


Ostatnie zdanie, w przeciwieństwie do całej reszty, zapisane było odręcznie. Mógłby się założyć, że Mikky sama je dopisała. Wyglądało na to, że pomimo obecności dwóch innych osób to ona rządziła w tym miejscu. Miał właśnie sięgnąć po klamkę, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie, aż ledwo zrobił unik. Na korytarz wybiegł mężczyzna ubrany w kitel, jak oni wszyscy, choć pod spodem, dość niespodziewanie, miał garnitur.

— Wal się, Rozzie! — wykrzyknął ze złością, rozwalając na podłodze jakąś fiolkę. — Nie będę pracował w takich warunkach! To jest kpina, a nie nauka! Wypisuję się! Nawet nie waż się przywłaszczać sobie moich odkryć!

— Nie będzie problemu, żadnych nie miałeś! — odkrzyknął ze środka głos, który zdecydowanie należał do Mikky. — Jak chcesz, to się wynieś, jest pełno ludzi, którzy na to stanowisko zasługują bardziej!

— Jeszcze będziesz mnie błagać o powrót!

Nie odpowiedziała mu, ale stanęła w drzwiach z morderczym wyrazem twarzy. Queelo naprawdę nie chciał zostać świadkiem zabójstwa, ale wszystko wskazywało na to, że zaraz się takowe wydarzy tuż przed jego nosem. Nie miał też jednak ochoty interweniować. Mikky nie była osobą, w której chciałoby się mieć wroga.

— Jak chcesz się wynosić — powiedziała lodowatym głosem — to idź w cholerę i nie wracaj. Wisi mi to. Ale jeśli chcesz robić cyrk z mojej pracy, to możemy porozmawiać sobie inaczej.

Uderzyła zaciśniętą pięścią o dłoń, dając mu bardzo jasno do zrozumienia, co dokładnie ma na myśli. Mężczyzna przez chwilę wyglądał, jakby chciał się bić, ale chwilę później chyba zdał sobie sprawę, przed kim stoi. Prychnął tylko drwiąco i odszedł dumnie, nie mówiąc ani jednego słowa więcej. Mikky śledziła go spojrzeniem, aż nie znikł w końcu z jej pola widzenia.

— Faceci — prychnęła z niechęcią. — Same z nimi problemy. No nie? — odwróciła się do Queelo, który nadal stał z boku, nie wypowiedziawszy ani słowa. — Lepiej się wiązać z kobietami. Fajnie, że przyszedłeś, już myślałam, żeś stchórzył, a przygotowywałam wyjaśnienia skomplikowanych rzeczy przez cały wczorajszy dzień, na wypadek, jakby coś trzeba było tłumaczyć. Szkoda by było zmarnować to wszystko. Zapraszam, zapraszam. Uwaga pod nogi!

Queelo cudem uniknął zderzenia z jakąś podejrzaną, metalową skrzynką, stojącą tuż przy wejściu. Faktycznie cała podłoga była pozwalana najróżniejszymi rzeczami i trudno było przejść, nie przewracając czegoś. Pomieszczenie było zadziwiająco małe. Pod ścianami poustawiane były szafki bardziej pasujące do kuchni a niżeli laboratorium, a pośrodku stał stół, zawalony fiolkami, kartkami i różnymi dziwnymi aparaturami, w których bulgotały jakieś substancje. Obok tego wszystkiego na stole siedziała też jakaś nastoletnia dziewczyna, również w kitlu narzuconym na złoty mundur i mamrotała coś do siebie, bazgrząc w notesie.

— Już znalazłaś nowego współpracownika? — zapytała, nie podnosząc wzroku. — Szybka jesteś.

— To nie jest współpracownik — odpowiedziała Mikky. — To jest gość. Tiss też się nie przejmuj — odwróciła się do Queelo. — Ona nie lubi niczego, nikogo i na wszystko narzeka. Skończyłaś już testować ten nowy lek?

— Nah, nie było czasu.

Mikky uniosła brwi, ale nie wyglądała na wkurzoną z tego powodu. Przeszła przez całe pomieszczenie i dopiero wtedy Queelo zorientował się, że po drugiej stronie nie znajdowała się dziwnie pomalowana ściana, a zasłona. Zatrzymała się przed nią i odwróciła z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

— Tutaj — wskazała na malutkie pomieszczenie — robimy eliksiry. I udajemy, że pracujemy, jak się przytaczają jakieś przybłędy, ale na szczęście mało komu chce się tu przychodzić. Teraz powinieneś się przygotować, pokażę ci prawdziwą pracownię. Jadłeś coś dziś?

Queelo zmarszczył brwi.

— Nie. Czemu?

— Mało kto wytrzymuje ten widok. Lepiej nie jeść przed tym, ja się to widzi pierwszy raz. Powinnam o tym wspomnieć wcześniej.

— To jakieś mocno brudne miejsce?

— A co, jesteś pedantem?

— Tak.

— Wczoraj był serwis sprzątający — odezwała się Tissema, nawet nie próbując udawać, że nie przysłuchiwała się ich rozmowie. Mimo to nadal na nich nie patrzyła. — Powinno być czysto, o ile któryś z tych idiotów nie zaczął gryźć samego siebie.

— Idiotów?

— Za dużo pytań! — oświadczyła głośno Mikky, łapiąc za zasłonę. — Najlepiej to zobaczyć! Jeśli uciekniesz, to nikt się na ciebie nie obrazi, obiecuję!

Zanim Queelo zdążył zadać kolejne pytanie, Mikky już szarpnęła, odsłaniając resztę pokoju. Był ogromny, o wiele większy, niż to małe, udawane laboratorium. Nic dziwnego, że zbudowali to w podziemiach, w zwykłym budynku nie znaleźliby miejsca na zmieszczenie tego wszystkiego. Wielkie, metalowe maszyny furkotały podejrzanie, a na ich ekranach wyskakiwały rzędy najróżniejszych cyfr, które chyba coś oznaczały. Najwięcej jednak było klatek, w których siedziały wielkie i małe stwory, syczące ze złością. Wyglądały, jakby bez problemu mogły się wydostać na wolność, ale z jakiegoś powodu tego nie robiły.

Queelo przełknął ślinę. Doskonale rozumiał, dlaczego ludzie mogliby uciekać na ten widok.

— To mieszanka ze złotem — oznajmiła Mikky, łapiąc za pręt jednej z klatek. — Boją się do tego zbliżyć, żeby im skóry nie spaliło, więc nie przejmuj się, nie uciekną. Infery nie są zbyt mądre pod tym względem — dodała z uśmiechem. — Każdy z nich mógłby zrobić dziurę ze swoją siłą, ale jak tylko czują, że złoto je pali, to natychmiast się odsuwają.

— Gdyby mnie paliło żywcem, to chyba też bym wolał się odsunąć — przyznał Queelo, nie podchodząc bliżej ani o krok.

— Nie uciekną. Naprawdę.

To nie była ta rzecz, którą przejmował się najbardziej.

— Czy… czy to w ogóle jest legalne?

— Ach, tym się martwisz! No tak, powinnam o tym pomyśleć, w końcu jesteś policjantem. Nie ma problemu, mamy na wszystko pozwolenie. Prowadzimy badania nad inferami, żeby móc je lepiej zrozumieć. Jesteś obrońcą praw zwierząt? Pewnie teraz jesteś, każdy się nim staje, widząc to. Nie znęcamy się nad nimi, to tylko badania. Nawet je karmimy, chociaż nie za bardzo chcą jeść, prawdę mówiąc. Poza tym wszystkie bez wyjątku atakowały nasze miasto, jest to chyba okoliczność łagodząca, nie? Jedyny infer, którego złapaliśmy poza granicami to ten kot, ale jego tu nie ma, Nassie go gdzieś zabrał. Gdzie go w ogóle zabrałeś?

Queelo przez chwilę myślał, że to pytanie skierowanego do niego i nie miał bladego pojęcia, co odpowiedzieć, ale wtedy ktoś stanął obok.

— Dałem mu nowy, ładny domek — powiedział entuzjastycznie Nassie. — Powinien być z niego zadowolony. Widzę, że już pokazałaś swoje koszmary. Hej, Queelo. — Oparł się o jego ramię. — Jak ci nogi wrosły w ziemię i nie możesz uciekać, to mogę cię wynieść.

— Co? — Ta nagła deklaracja go ocuciła. Odepchnął od siebie wojownika. — Wal się, nigdzie nie chcę uciekać. Dopiero co przyszedłem.

Ominął wszystkie przeszkody leżące na podłodze i wkroczył do prawdziwego laboratorium. W sumie, jeśli pominąć wszystkie klatki, wyglądało jak zwykle, sterylne pomieszczenie, gdzie przeprowadzało się badania, nawet było całe białe. Mikky wyglądała na zadowoloną.

— Świetnie! Zatem wycieczkę czas zacząć. Jak wspominałam, badamy tu infery i staramy się dowiedzieć więcej na ich temat. Ile o nich wiesz?

— E… jedzą złoto? I mają te takie białe błyskawice na skórze, po tym się je rozpoznaje?

— To już więcej, niż wiedzą zwyczajni ludzie, gratulacje! Wszyscy się zwykle zatrzymują na pierwszym fakcie. Chociaż to też nie jest tak, że infer zje ci każde złoto!

— Złoto przecież jest tylko jedno — zdziwił się Queelo. — Znaczy, można je mieszać, ale…

— I to też jest błąd! — przerwała mu wesoło Mikky i pociągnęła do jakiegoś szklanego podestu. — Na przestrzeni lat odkryto kilkanaście różnych odmian złota, a przynajmniej tak właśnie je nazwano, bo również je infery zjadają. Nie wiemy, czy faktycznie można je nazywać złotem, od tego są chemicy, a ich nam brakuje, ale tak je nazywamy. Zobacz tylko. To pierwsze — wskazała na jedną z grudek — to najnormalniejsze złoto, pierwsze i najprawdziwsze. To drugie to złoto czarowane, jedyne podatne na czary, z którego robimy wszelką broń przeciw inferom. Kiedy się je obłoży zaklęciami, to spali tym potworom skórę, ale bez zaklęć bardzo lubią je jeść. To chyba dla nich coś jak przekąska dla nas, tak mi się wydaje. Następne niezbyt lubią, zjedzą je tylko, jak nie mają wyboru. A to…

— One wszystkie wyglądają tak samo — powiedział Nassie, przerywając jej. — Nie sądzę, żeby ktokolwiek poza tobą zauważył różnicę.

— Ktoś cię pytał o zdanie? — warknął Queelo na niego. — Nikt cię nie zapraszał na wykład, więc może, z łaski swojej, się nie wtrącaj. To ostatnie — odwrócił się do Mikky, wskazując złotą kulkę, położoną na samym końcu. — Co to jest? Wygląda… dziwnie.

— To najnowsze odkrycie — powiedziała Mikky z entuzjazmem. — Złoto kształtne. Znaleziono to jakieś pięć lat temu i jeszcze nie odkryliśmy, jak to działa. Wiemy, że można je kształtować, jakby to była plastelina, ale pozostawione same sobie co jakiś czas zmienia kształt tak po prostu, bez niczyjej pomocy. Infery reagują na nie różnie.

— To znaczy?

— Niektóre się od niego odsuwają, jakby to było coś groźnego — powiedziała Mikky, tajemniczym tonem. — Można by pomyśleć, że jest zaczarowane, ale uciekają od niego tylko niektóre. Inne są w stanie je bez problemu zjeść, a wtedy ich skóra zaczyna się dziwnie zachowywać, jakby przekształcać i trwa to kilka dni. Przestaliśmy im je dawać, w obawie, że to jakoś je wzmacnia.

— A nie każde zjedzone złoto wzmacnia infery?

— Jeśli masz na myśli to, że nie głodują, to myślę, że tak. Ale rodzaje złota, prawdę mówiąc, są nudne. Po prostu jedne infery lubią bardziej, a drugie mniej i tyle. Wydaje mi się też, że w ogóle nie mogą jeść nic poza złotem — dodała, mrużąc nieco oczy. — Próbowałam je kiedyś karmić innymi rzeczami, ale żadnej nie tknęły, jakby to wszystko było zatrute. Tylko złoto. No i woda.

— Próbowałaś je nakarmić człowiekiem? — zainteresował się Nassie, ale Mikky walnęła go po łbie.

— Czemu infery w ogóle jedzą ludzi? — zapytał zamiast tego Queelo. Obaj wojownicy spojrzeli na niego ze zdziwieniem. — W sensie zwykłych ludzi. Wy macie jakieś tam złoto w krwi, dlatego macie te złote oczy, no nie? Ale zwykli ludzie? Przecież ich też zjadają.

— Każdy człowiek ma trochę złota we krwi — wyjaśniła Mikky spokojnie. — Pech chciał, że to będące w ludziach inferom chyba smakuje najbardziej ze wszystkich, dlatego atakują. Z tego, co widziałam na polu walki, nigdy nie zjadają ciał. Tylko wypijają krew i zostawiają całą resztę. No i zwykłych ludzi łatwiej jest atakować od takich, którzy potrafią się bronić. Tak działa świat. Zabijaj albo zostaniesz zabity.

— Nie ma to, jak pozytywny przekaz — zakończył temat Nassie, swoim entuzjastycznym tonem. — Może lepiej porozmawiajmy o twoich odkryciach, zanim Queelo zejdzie na zawał od myśli o takiej ilości krwi.

— Jeszcze tu jesteś? — zapytał z niechęcią Queelo. — Nie masz jakiejś pracy czy coś?

— Nie! No więc, Mikky, co tam nowego odkryłaś ostatnio?

— Nie mamy żadnych nowych odkryć — odpowiedziała mu ponuro, w jednej chwili tracąc cały swój wcześniejszy zapał. — Próbujemy sprawdzać jak różne substancje wpływają na infery, ale nie mamy żadnych wiarygodnych wyników. Nie przesunęliśmy się ani o krok, wyniki są sprzeczne i na dodatek nieuporządkowane, bo ten dupek nie wykonywał dobrze swojej roboty.

— Widziałem go po drodze — wspomniał Nassie. — Więc w końcu go zwolniłaś?

— Sam się zwolnił — prychnęła Mikky. — Tuż po tym, jak go spławiłam. Nie będę tolerować w swojej pracy typa, który przyłazi tu tylko dlatego, żeby zaciągnąć kogoś do łóżka. Zresztą nie on pierwszy i nie ostatni. No nie?

Spojrzała na Nassiego, a ten uniósł brwi. Queelo zaczął się zastanawiać, ilu adoratorów musiała mieć, że mówiła o tym z taką łatwością. I jakimi wariatami musieli być, żeby zarywać do osoby, która wyglądała, jakby mogła im wypruć flaki jednym ruchem.

— Hej! — wykrzyknął Nassie niespodziewanie, podbiegając do jednej z klatek. — Tego infera tu nie widziałem! Załatwiasz sobie nowe bez mojej wiedzy? No wiesz ty co?! Przyznaj się, kto ci go dał? Znalazłaś sobie nowego dostawcę? Będę z nim walczył!

Mikky przewróciła oczami.

— Dali mi go z innej pracowni, wyluzuj. Bali się go i chcieli zabić, bo ich straszył, ale mnie zainteresował. To byłoby marnotrawstwo pozbyć się takiego okazu.

Queelo podszedł nieco bliżej, żeby przyjrzeć się temu stworzeniu. Wyglądał jak koń, ale pokryty wilczym futrem i z wilczą paszczą, a na grzbiecie miał ogromne, ptasie skrzydła, których nijak nie był w stanie rozłożyć w pełni na tak małej przestrzeni, jaką mu dano do życia. Wcześniej spał zwinięty w dziwny kłębek na podłodze, ale gdy tylko Nassie zbliżył się do niego, gwałtownie skoczył na równe nogi i spojrzał na niego głodnym wzrokiem. W jego czerwonych oczach widać było tylko nienawiść. Jego sierść połyskiwała dziwnie, jakby co jakiś czas przechodziła po niej ledwo widzialna tęcza. To był hipnotyzujący widok.

— Ale piękny! — ucieszył się Nassie. — Co takiego zrobił, że chcieli się go… ACH, WSZYSCY NA ZIEMIĘ!

Złapał Queelo i pociągnął go na podłogę, a tuż nad ich głowami przemknął słup ognia. Był tam tylko przez chwilę, ale Queelo bardzo wyraźnie czuł, jak bardzo gorący jest. Gdyby infer dmuchnął sekundę wcześniej, Queelo mógłby już nie żyć.

— Właśnie to — oznajmiła Mikky, nadal trzymając się w bezpiecznej odległości. Nie ruszyła się ani o krok.

Queelo podniósł się i szybko przesunął za linię, którą dopiero teraz zauważył. To musiał być zasięg płomieni, ale dla pewności i tak cofnął się kilka kroków. Ostrożności nigdy za wiele. Nassie jednak nie zamierzał dbać o bezpieczeństwo i wstał, nie odsuwając się z pola rażenia.

— Fascynujące! Pierwszy raz spotykam się z ognistym inferem, który pluje ogniem, zamiast samemu stawać w płomieniach! I jeszcze to połączenie zwierząt!

Inferowi chyba się nie spodobał ten opis, bo obrócił się i znów plunął na wojownika, ale Nassie uniknął tego ciosu z gracją tancerza. Kto by pomyślał, że ktoś taki jak on w ogóle potrafił tańczyć? Teraz, kiedy już wiedział, w jaki sposób przeciwnik atakuje, bez problemu sobie radził.

— Dlatego właśnie go wzięłam — oznajmiła Mikky, wciskając dłonie w kieszenie kitla. — Złapali go kilka lat temu, w trakcie wielkiego ataku. Terroryzował północ, ale wtedy jeszcze nie miał skrzydeł. Wyrosły mu w międzyczasie, możesz w to uwierzyć? Tak po prostu! Nigdy nie miał okazji ich rozłożyć, nie wiemy nawet, czy zdaje sobie sprawę, że je ma. No i jest jeszcze coś.

— Nie ma znaków — zauważył Queelo ze zdziwieniem. Przyglądał się bardzo uważnie temu stworzeniu, kiedy próbowało spalić Nassiego i absolutnie nigdzie nie zauważył białych błyskawic na ciele. Ba, w ogóle nie widział żadnych białych plam.

— No właśnie! — ucieszyła się Mikky. — Dotąd myśleliśmy, że wszystkie infery muszą mieć te znaki, bo wszystkie je miały. Były jak takie szwy. Ale ten nie ma żadnych, a zdecydowanie jest inferem, bez żadnych wątpliwości. W poprzednim laboratorium powiedzieli, że gdy go złapali, to miał znaki idące przez grzbiet, ale nie zauważyli, kiedy dokładnie zniknęły.

— Może po wyrośnięciu skrzydeł — mruknął Queelo pod nosem sam do siebie, ale Mikky i tak go usłyszała, a jej oczy błysnęły.

— No jasne! Ale co to może oznaczać? Może te szwy są w miejscach, gdzie może im się pojawić dodatkowa część ciała? A może po prostu oznaczają, że infer nie jest dojrzały i jeszcze dorasta? To jest coś, czego musimy się dowiedzieć! A może ten jeden infer to po prostu jakaś abominacja. To by było interesujące! Powinniśmy to zbadać!

— Ten ogień mu się nie kończy — oznajmił wesoło Nassie, w końcu kończąc swój taniec i wycofując się poza linię. Infer momentalnie przestał i prychnął z niesmakiem w jego stronę. — Dmucha nim bez końca, nie mam pojęcia, skąd go bierze. Piękne stworzenie. Chcę zostać jego przyjacielem!

— Co?!

Mikky i Queelo spojrzeli na niego, jakby był idiotą, ale Nassie w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Za bardzo wpatrzył się w infera, który wyraźnie miał ochotę go zjeść i natychmiast by to zrobił, gdyby tylko miał okazję. Jedyne, co go powstrzymywało, to słabe kraty.

— Latający koń plujący ogniem — powiedział rozmarzonym tonem Nassie. — Wyobraźcie to sobie. Jakbym miał takiego przyjaciela, nikt by mi już nie podskoczył. Taki majestat. Takie piękno. Taka groza!

— I wracamy do durnych pomysłów — mruknęła Mikky, kręcąc głową z niedowierzaniem. — On chce cię zabić, nie widzisz? Nie zostanie twoim przyjacielem.

— Nie wiesz tego! — Nassie w jednej chwili zmienił swój nastrój. — Może uda mi się zrobić z infera przyjaciela. Kot już jest przyjacielski, zostanie moim przyjacielem, więc ten… cokolwiek to jest, też może się ze mną przyjaźnić!

— Bo dałeś mu jedzenie. Jak tylko zgłodnieje, to znów zrobi się dziki.

— Wcale nie! Infery mogą być przyjazne!

— Zwierzęta, jakimi są infery, nie znają pojęcia przyjaźni — powiedziała spokojnie Mikky. — Mogą się przywiązać do kogoś, kto je karmi, ale nigdy nie zostaną twoimi przyjaciółmi. Znają tylko głód i nasycenie, nic poza tym.

— Nie znasz się! Będę miał przyjaciela infera, to jest możliwe, to musi być możliwe… ej, Queelo, poprzyj mnie! Mam rację, no nie?

— A skąd ja mam to wiedzieć? — odezwał się Queelo ze zdziwieniem, cofając się o krok. — Nie znam się na inferach. Tutaj przyszedłem, żeby się czegoś dowiedzieć. To chyba Mikky jest specjalistką, prawda?

— Jeszcze zobaczycie, że zrobię sobie przyjaciela z infera. Ba, wszystkie infery zostaną moimi przyjaciółmi!

— Uszkodzenie mózgu się leczy — zauważyła Mikky, przechylając głowę i nie wyglądało na to, żeby sobie żartowała.

Nassie zrobił się czerwony na twarzy.

— Jeszcze wam pokażę, że mam rację — powiedział obrażonym tonem, odwrócił się dramatycznie i odszedł, wypinając dumnie pierś. Infery syczały na niego, kiedy obok nich przechodził, ale zupełnie to ignorował.

— Marzyciel — skomentowała całe zdarzenie Mikky. — Myśli, że może nagiąć świat do swojej woli.

— Infery serio mają tylko dwie emocje? — zainteresował się Queelo, niepewny, czy w ogóle powinien kontynuować rozmowę po tym całym dziwnym zdarzeniu. — Myślałem… myślałem, że może mogą coś odczuwać mimo wszystko. Jakiś smutek?

— Nawet jeśli, wszystko zawsze sprowadza się do „jestem głodny” i „jestem najedzony”. Nic więcej. Jak najprostsze zwierzęta. Jeśli są smutne, to są głodne. Jeśli są złe, to są głodne. Jeśli się cieszą, to się najadły. Jak przywiązują się do kogoś, to znaczy, że je karmi. To prosty system.

— Och. Rozumiem.

— Chcesz w ogóle kontynuować wycieczkę po tym całym cyrku?

Queelo rozejrzał się po pomieszczeniu pełnym klatek, potworów i dziwnych substancji. Naprawdę żałował, że tam przyszedł i nie miało to nic wspólnego z przedstawieniem, które zrobił Nassie, bardziej z poczuciem zagrożenia, które wzbierało się gdzieś z tyłu jego głowy. To nie było miejsce, w którym powinien się kiedykolwiek znaleźć.

— Myślę, że powinniśmy to przełożyć na inny dzień — odpowiedział zgodnie z prawdą, choć miał nadzieję, że ów „inny dzień” nigdy nie nadejdzie.

Na całe szczęście Mikky nie wyglądała na złą.

— Nassie taki jest — powiedziała, prowadząc go z powrotem do wyjścia. — Wpada gdzieś, robi zamieszanie, a potem zostawia wszystkich ze skutkami swojej głupoty. I tak masz szczęście, jak wytrzymałeś z nim tak długo. Ile wy razem pracujecie, z pięć lat?

— Niestety, sześć.

— Jakbyś kiedyś chciał zmienić pracę, to zawsze mam wolny etat — dodała już z uśmiechem.

— Przecież nie znam się w ogóle na tym, co robisz.

— Jak wszyscy, którzy są chętni na to stanowisko, więc wcale tak bardzo byś się od nich nie różnił. Tylko że oni tu przychodzą tylko dla jednego. Chciałabym znaleźć kogoś z zapałem, kto naprawdę by się wczuł w tę pracę, ale już dawno straciłam nadzieję, że ktoś taki w ogóle istnieje. Ktoś ciekawy świata też by się przydał.

Queelo na pewno nie określiłby siebie mianem „ciekawego świata”, ale co kto uważał. Wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że w razie czego przemyśli tę sprawę.

— Nie jesteś zbyt rozmowny, co?

Pokręcił głową, jeszcze bardziej ją tym rozbawiając.

— Fajny jesteś. Nic dziwnego, że Nassie tak za tobą łazi. Wyciągnę cię kiedyś na kawę za to, że się starałeś nie krzywić, widząc to wszystko.

— Ja nie…

— Nie umiesz kłamać. Nie przejmuj się, tylko psychopaci mojego pokroju lubią takie miejsca, to nie świadczy o tobie źle, wręcz przeciwnie. Ale o zmianie pracy nie żartowałam — dodała poważniej. — Jakbyś chciał, to etat zawsze jest wolny, nawet jak nie jest.

— Zastanowię się.

Pożegnał się z nią dziwnym machnięciem dłoni, które sam nie wiedział, co miało znaczyć. Po prostu nie był pewien, jak powinien zakończyć to spotkanie. Dlatego właśnie nie lubił spotykać się z ludźmi — nie miał bladego pojęcia, jak się z nimi poprawnie komunikować. Powinien się zamknąć na zawsze w pokoju i nigdy nie wychodzić, wtedy może nie robiłby z siebie takiego kretyna przed wszystkimi.


Rozdział VIII

Zniknięcie Starszej Major Ivero (cz.2)

Nr Sprawy: 189

Nazwa: Zniknięcie Starszej Major Ivero (cz.2)

Zleceniodawca: Ihoo i Queelo Ivero

Data Złożenia Zawiadomienia: 15 Września 31r.

Status: W toku

Miejsce: Las Granicy

Zapłata: 40 000 AeR Brak

Dodatkowe zapisy: Na pewno wyszła za granicę i to daleko. Trzeba ją znaleźć, nie dbam o konsekwencje.


Ihoo wypchała swoją torbę po brzegi jedzeniem i włożyła do niej tylko jeden zapasowy strój. Queelo patrzył na nią niepewnie. Nigdy nie rozumiał, czemu pakowała tak dużo rzeczy. Zupełnie jakby spodziewała się najgorszego. On sam wziął tylko swoją małą torbę z niewielkimi zapasami wewnątrz niej. To mu w zupełności wystarczy.

— Wychodzimy za granicę — powiedziała poważnym tonem Ihoo, próbując wepchnąć buty do bocznej kieszeni. — I to prawdopodobnie na więcej niż dzień. Oczywiście, że potrzebujmy dużych zapasów. Mógłbyś się trochę wysilić i zabrać ze sobą więcej.

— I tak będę targał twoje rzeczy — zauważył ponuro Queelo. — Żebyś mogła walczyć w razie czego.

— Otóż nie. — Podniosła się, odrzucając buty na bok. Chyba jednak nie zamierzała ich zabierać. — Biorąc pod uwagę, kogo zmusiłeś, żeby nam pomógł, to nawet nie będę musiała kiwnąć palcem. Mam nadzieję, że nic jej nie jest — zmieniła temat, smutniejąc nagle. — Wiem, że lubi znikać, ale to już jest niepoważne. Musimy ją znaleźć.

Nie powiedziała tego na głos, ale Queelo od razu zrozumiał, co sobie myślała. Według niej babcia zwariowała ze starości. Nie był pewien, czy powinien ją wyprowadzać z błędu. Zresztą czy aby na pewno tak bardzo się myliła? Babcia zdecydowanie nie zachowywała się jak osoba całkowicie zdrowa na umyśle.

— Jesteś w ogóle gotowy? — zapytała, przerzucając torbę przez ramię. — Świat na zewnątrz nie jest tak bezpieczny, jak miasto. Może powinieneś zostać tutaj?

— Miasto też nie jest bezpieczne — powiedział Queelo bez emocji. — Nie ma wielkiej różnicy.

— Wiesz, że nie mówię o tym.

— Doskonale wiem. Chodźmy już.

Po tym, jak Queelo próbował zgłosić sprawę po raz drugi, Nassie się na niego wkurzył i postanowił jeszcze bardziej pomóc. Zebrał całą swoją głupią drużynę, jakichś dodatkowych gości do ochrony czy czegoś tam i powiedział, że sami ruszają na poszukiwania. Queelo miał ochotę zaprotestować, ale chęć znalezienia babci była zdecydowanie większa. Kiedy tylko Ihoo usłyszała o wyprawie, kategorycznie zabroniła bratu iść samemu, tak więc też została włączona do grupy.

Wesoła gromadka czekała na placu i wychodziło na to, że tylko i wyłącznie Queelo miał mały bagaż, aczkolwiek nikt nie miał też tak ogromnego, jak Ihoo. Czterech złotych wojowników stało w swoich głupawych złotych mundurach, ale nie byli jedynymi. Dwójka kobiet w dziwnych, kolorowych spódnicach stała obok nich, również z torbami. Nie wyglądały na zadowolone, ale na jakieś bardzo wkurzone również nie.

— O, jesteście! — ucieszył się Nassie, kiedy Queelo i Ihoo podeszli do ich grupy. — Poznajcie, to Feiily i Ooya, specjalistki od tropienia magicznego, będą nam pomagać.

— Za darmo? — zapytał Queelo, mrużąc oczy.

— Za przysługę. Wiszą mi kilka i nie miałem kiedy ich wykorzystać, bo normalnie nie potrzebuję tego typu pomocy. Wiesz, wiedźmy, same z nimi problemy.

Kobiety spojrzały na niego lodowato, ale nijak tego nie skomentowały. Wyglądało na to, że wszyscy w najbliższym otoczeniu Nassiego niezbyt lubili jego podejście do życia. To była miła odmiana od ludzi, którzy go ubóstwiali.

— Rozumiem, że panna Ivero także idzie z nami? — zainteresował się, odwracając się teraz do Ihoo i chyląc lekko przed nią głowę. — To dla mnie zaszczyt w końcu panią poznać, tyle dobrego o pani słyszałem.

— Ta, jakkolwiek — zignorowała go całkowicie. — Będziemy tutaj tak stać i rozmawiać, czy w końcu się ruszymy? Tracimy tylko czas.

Tak więc ruszyli, po raz kolejny w stronę jeziora. Queelo w ciągu jednego tygodnia odwiedził to miejsce więcej razy, niż w ciągu całego roku i miał go już zdecydowanie dość. Na szczęście nie musiał go długo oglądać, bo natychmiast skręcili w stronę lasu. Zatrzymali się na chwilę nad znakiem, żeby wiedźmy mogły go zbadać, ale do jakichkolwiek doszły wniosków, nie podzieliły się nimi z resztą. Najwyraźniej nie były one jakoś specjalnie ważne dla ich sprawy.

Tym razem po drugiej stronie bariery nie panowała pustka. Dwa średniej wielkości infery siedziały na drzewach, sycząc w ich stronę. Może nie mogły się przebić, ale zdecydowanie były na tyle mądre, by czekać, aż ktoś wyjdzie na zewnątrz. Mikky spojrzała na nie z pogardą, sięgając po swoją kartę.

— Poczekajcie chwilę — powiedziała spokojnie, sięgając po nóż i otwierając przejście.

Zanim jednak zaatakowała potwory, te chyba zorientowały się, że nie mają żadnych szans i umknęły. Mikky prychnęła z niechęcią i dała reszcie znak ręką, że mogą już iść.

— Okej, to teraz podstawowe zasady — odezwał się Nassie, nie zatrzymując się. — Nie oddalamy się od grupy, jeśli nie umiemy jej potem znaleźć. Jeśli będziemy musieli się rozbiec, to nigdy nie zostawiając kogoś, kto nie umie walczyć samemu sobie. Gdybyście się mimo wszystko zgubili, przede wszystkim znajdźcie sobie bezpieczne miejsce i czekajcie na pomoc, chyba że zaczynie się ściemniać i jesteście w stanie wrócić do miasta. Broń boże nie błąkajcie się, jeśli nie macie pojęcia, gdzie jesteście, to może tylko utrudnić poszukiwania. Nie podchodzić do żadnych zwierząt, nawet tych przyjaźnie wyglądających, każde może być zagrożeniem. I ostatnia zasada: proszę nie zabijać Wąsa.

— Wąsa? — Queelo spojrzał na niego ze zdziwieniem.

Torba Nassiego już wcześniej była nieco otworzona, ale dopiero teraz dało się zauważyć, że coś się w niej rusza. Słysząc swoje imię, kot wytknął łepek na zewnątrz, zainteresowany. Wojownik podrapał go po głowie.

— To jest Wąs.

— Zabrałeś go ze sobą? — oburzyła się Mikky, zatrzymując się i piorunując go wzrokiem. — I jeszcze dałeś mu imię?!

— Masz kota? — zainteresował się Allois. Wcześniej szedł z przodu, ale słysząc zamieszanie, zwolnił kroku. — Nawet ładny. Gdzie go znalazłeś? Myślałem, że wszystkie wyzdychały.

— To infer — syknęła Mikky. — Ty jakiś nienormalny jesteś!

— Beznadziejne imię — odezwał się gdzieś z boku Aiiry, ale nie wyglądało na to, żeby miał się włączyć w dyskusję. Był chyba najbardziej spokojnym wojownikiem ze wszystkich.

— Przecież tu go znalazłem — odezwał się Nassie, udając, że zupełnie nie rozumie oburzenia koleżanki. — Nie powinienem go trzymać w mieście, więc pomyślałem, że go tu zostawię, żeby sobie żył jak żył wcześniej. Poza tym może nam pomóc. Ma bardzo dobry węch. No i jest bardzo przyjacielski.

Podkreślił bardzo mocno ostatnie słowo, dając do zrozumienia, że wciąż pamięta ich kłótnię. Mikky warknęła na niego, ale nie powiedziała nic więcej. Tymczasem kot wygrzebał się z torby i zeskoczył na ziemię, dumnie prezentując swoją dwukolorową sierść oraz długi, biały ogon. Zamiauczał nieco skrzekliwie i przeciągnął się, po czym ruszył za nogami swojego pana, starając się nie opuścić ich na krok.

Las był równie spokojny, co poprzednio, jedynie wiatr trochę mocniej poruszał koronami drzew, co jakiś czas dając złudne wrażenie, że ktoś ich śledzi. Tym razem nie wyskoczyły na nich żadne infery, ani małe, ani duże, szli w całkowitej ciszy. Queelo to nie przeszkadzało, i tak nie lubił rozmawiać. Wykorzystał ten czas, żeby przyjrzeć się uważnie wszystkim.

Nassiego znał, bo widywał go niemal codziennie, więc nie zamierzał się na nim skupiać. Kto by chciał spoglądać tak długo na tę irytującą twarz, jeśli nie musiał tego robić? Chyba tylko jakiś masochista. Ominął więc wzrokiem tego idiotę i skupił się na innych.

Mikky wyglądała równie groźnie co zawsze. Wodziła wzrokiem po otoczeniu, wypatrując niebezpieczeństw. Zdecydowanie była najgroźniejszym ogniwem tej całej bandy i na pewno też najbardziej kompetentnym. Trzymała jeden z wielu swoich noży w gotowości, gotowa zaatakować natychmiast. Nikt poza nią nie wyjął broni, ba, nawet nie wyglądali, jakby byli przygotowani na atak.

Alloisa Queelo czasem widywał w pracy, ale nie zdarzało się to często. Jak na szefa tej całej zgrai detektywów bywał w biurze wyjątkowo rzadko. Też miał włosy obcięte na krótko, co było dziwne, bo wyglądał na okaz zdrowia. Były koloru ni to brązowego, ni to popielatego, jakiegoś pomiędzy, ale trudno było go określić, ze skórą zresztą było podobnie. Cały Allois był taki, że trudno było go określić. Czasem przychodził uśmiechnięty, jakby kochał cały świat, a czasem wyglądał, jakby miał ochotę wszystkich zabić i raczej nie zależało to od jego nastroju.

Aiiry był najcichszy z nich wszystkich i starał się trzymać z boku, nie rzucając się w oczy, kulił też ramiona. Dziwnie było zobaczyć nieśmiałego wojownika, ale pewność siebie raczej nie była wymagana w tym zawodzie, tylko skuteczność w biciu się z potworami. Przy boku, zamiast jakiegoś miecza, katany czy innego ostrza, miał pistolet, równie złoty co reszta broni. Złotem raczej nie strzelało się zbyt dobrze, ale co kto wolał.

Wiedźmy Feiily i Ooya również wyglądały dziwnie, choć w nieco inny sposób niż cała reszta tego pochodu. Miały małe przypinki z literkami, więc domyślił się, która jest która. Obie miały wielobarwne stroje, wyglądające, jakby ktoś pozszywał je z tysiąca innych ubrań, zupełnie do siebie niepasujących. Spódnice sięgały aż do ziemi, a nawet ciągnęły się po niej. To w ogóle nie pasowało na wyprawę po lesie. Na szyjach miały pozawieszane dziwne naszyjniki z błyszczących kryształów. Feiily miała też kilkanaście z nich powpinanych w długie, czarne włosy. Wszystkie z nich były zielone. Ooya posiadała ich mniej, a też i kolor miały inny, niczym czysty błękit nieba. Rzadko widywany.

Ihoo, jak to Ihoo, wyglądała normalnie. Jej włosy były na tyle krótkie, że nie dało się ich poprawnie związać, ale na tyle długie, żeby mogły jej wpadać do oczu i ogólnie przeszkadzać, więc co chwila odsuwała je z twarzy. Naprawdę mocno przypominała babcię, może pomijając brak zmarszczek i siwych włosów. Chociaż z charakteru Ihoo była najmilsza z ich rodziny, jej oczy miały ten sam złowrogi błysk, który mówił, że jeśli zaraz się nie zgodzisz, to zostaniesz zmieciony z powierzchni ziemi.

Minęło zaledwie kilka dni, a on już tęsknił za złośliwymi uwagami, które rzucała babcia zawsze po powrocie do domu. Bez niej było… zbyt miło. Nikt już nie narzekał, jaki świat jest niesprawiedliwy i jaka to młodzież niewychowana.

Dotarli do tego samego znaku, przy którym Queelo znalazł marynarkę. Nadal tam leżała, nieco ubrudzona, ale nie wyglądało na to, by ktoś ją ruszał. To dopiero było dziwne. Infery powinny porwać i zjeść ją już dawno, w końcu mundury wojowników nie były nasączone żadną magią, ale najwyraźniej potwory uznały, że od tego ubrania trzeba się trzymać z daleka. Z jakiegoś nieznanego powodu.

Wiedźmy zbliżały się do kręgu, jakby to było niebezpieczne stworzenie, a nie magiczny znak, jakich widywały wiele.

— Coś z nim nie tak? — zapytał Nassie, widząc ich reakcję. — Jest podobny do tych wcześniejszych.

Feiily spojrzała na niego bez emocji.

— Ten zadziałał.

— To znaczy, że wcześniejsze NIE zadziałały.

— Mistrz dedukcji — mruknął pod nosem Queelo, ale chyba nikt oprócz siostry go nie usłyszał. Walnęła go łokciem w bok.

— Nie zadziałały prawidłowo — wyjaśniła wiedźma sucho. Raczej nie zamierzała mówić, skąd właściwie to wie. — Od tego bije potężna energia. Tego nie stworzył zwykły amator, a specjalista wśród specjalistów.

— Aha. — Nassie nie wyglądał na specjalnie zainteresowanego. — A możecie zidentyfikować, co robił ten znak? To mnie zdecydowanie bardziej fascynuje.

— To znak przywołania.

— Ale co robi?

— Przywołuje.

Nassiemu drgnęła powieka, ale wciąż się uśmiechał.

— Mogłabyś być trochę bardziej pomocna, wiesz? Wiem, czym są znaki przywoływania, ale ten nie wygląda jak normalny znak przywołania.

— Bo nim nie jest, ale nadal spełnia tę samą funkcję. Przywołuje.

— To czemu ktoś nie użył zwykłego?

— Zwykłych znaków używa się na zwykłe istoty. Znaków specjalnych używa się na specjalne istoty. Poprzednie znaki zawiodły, bo próbowały przyzwać specjalną istotę jako niższą statusem niż faktycznie była. Ten przedstawił ją prawidłowo.

— Nigdy o czymś takim nie słyszałem — przyznał Nassie, mrużąc oczy i patrząc podejrzliwie na wiedźmę. — Nie wrabiasz mnie aby?

— To magia srodze niezalecana, na granicy zakazania. — Wciąż mówiła to wszystko, nie okazując zbyt wielu emocji. — Nie używa się jej powszechnie. Z powodu jej stosowania zginęło wiele istot.

— A może zakrzywiać czas? — zapytał wojownik, podnosząc złotą marynarkę, żeby pokazać ją wiedźmie, jednak ta nawet na nią nie spojrzała.

— Żadne zaklęcie nie zakrzywi czasu, nie wyklucza się jednak istnienia istot, które to potrafią.

Nassie sam spojrzał na trzymane ubranie.

— Czyli pewnie ten cały król Kirrho to potrafi.

Ihoo zrobiła minę, jakby skojarzyła to imię, w chwili, gdy zostało wypowiedziane, ale nie odezwała się. Queelo spojrzał na nią kątem oka. Czyżby ona też coś kojarzyła, ale nie była pewna skąd? Nikt inny nie wyglądał, jakby odnosił takie wrażenie. To była jakaś rodzinna rzecz? Może babcia im kiedyś coś o tym wspominała? A może nawet rodzice? To by przynajmniej wyjaśniało, czemu tak trudno było sobie coś na ten temat przypomnieć.

Nikt nie zauważył reakcji Iverów.

— Dowód — powiedziała wiedźma Feiily, wyciągając dłoń po marynarkę.

Nassie oddał ją bez problemu. Druga wiedźma, Ooya, wyjęła z rękawa koszuli patyk długości jej przedramienia i zaczęła nim bazgrać w ziemi, co jakiś czas rzucając na narysowaną linię jeden z błękitnych kamyków, które po prostu odczepiała z naszyjnika. Gdy skończyła rysować spojrzała na Mikky. Wojowniczka w mig zrozumiała i w okrąg wbiła pięć ze swoich złotych noży. Na koniec, w to całe zamieszanie w końcu wrzuciły marynarkę.

Kamyki natychmiast zmieniły kolor na fiolet, jednak poza tym nic się nie stało.

— Powinniśmy kierować się na północ — oznajmiła Ooya, a wszystkie kamienie uniosły się i same wróciły do jej ręki. Queelo poczuł dziwny dreszcz. No tak, magia.

Poszli więc w stronę północy, wciąż czujni, ale infery z jakiegoś powodu się nie pokazywały. Queelo rozglądał się uważnie i z niepokojem dookoła, jednak nic ich nie atakowało. Zdążył się nasłuchać, jaki świat poza barierami miasta jest przepełniony tymi stworami, więc było dla niego to pewne zdziwienie. Czyżby te wszystkie opowieści przesadzały? A może po prostu patrole dobrze wypełniały swoją robotę i w pobliżu miasta nie było inferów właśnie z ich powodu? Gdyby to drugie okazało się prawdą, oznaczałoby, że im dalej odchodzą, tym groźniej się robi. Queelo ścisnął pasek swojej torby.

— Co jest? — Nassie najwyraźniej zauważył ten gest i zrównał z nim krok. — Boisz się? Jeszcze nie jest za późno i ktoś może cię odprowadzić do miasta jakby co.

— Nie boję się! — wkurzył się Queelo, piorunując go spojrzeniem. — Po prostu się martwię o babcię.

— Nic jej nie będzie. — Nassie wyglądał na pewnego tych słów. — Major Ivero to twarda sztuka. Na własne oczy widywałem ją w walce. Straszna kobieta. Potrafiła powalić całą grupę przeciwników gołymi rękami i nawet się przy tym nie zmęczyć. To nie jest ktoś, z kim chciałoby się mieć wojnę. Więc… — nachylił się nieco w stronę Queelo. — Naprawdę nie wiesz, czego szukała? Nie domyślasz się chociaż? Może jakieś podejrzenia?

Queelo odsunął się od niego, nie mogąc znieść widoku tej idiotycznej twarzy z tak bliska.

— Mówiłem, że nie mam pojęcia — syknął przez zęby. — Gdybym wiedział, to po co miałbym to ukrywać?

Nassie zmrużył oczy, ale nie powiedział nic więcej. Nie wyglądał na przekonanego tą odpowiedzią.

— Masz jakiś problem? — dopytał Queelo, również robiąc podejrzliwy wyraz twarzy.

Wojownik natychmiast się wyprostował i na powrót uśmiechnął.

— Tylko cię sprawdzam! Nie denerwuj się tak! Ale jakbyś miał jakieś podejrzenia, to możesz się nimi podzielić. Obiecuję, że nie będę się śmiać, nawet jak będą bardzo durne.

— To ty jesteś od durnych pomysłów. Ja nie mówię wszystkiego, co mi ślina na język przyniesie.

— Bo wiesz, zastanawiałem się trochę nad tym — oznajmił Nassie, zaczynając wymachiwać dziwnie rękoma. — Sprawa zaginięcia tego całego Romiho i twojej babci są podobne, przynajmniej jeśli chodzi o te dziwne znaki. Oboje próbowali przywołać tę samą istotę, no nie? Żona tamtego typa mówiła, że szukał jakiegoś lekarstwa, które zbawi świat. Co się tak na mnie patrzysz? Mam dobry słuch, słyszałem wtedy całą waszą rozmowę! No więc, zmierzając do sedna, może twoja babcia też szukała tego wspaniałego lekarstwa? Może to jakieś wyjątkowe lekarstwo?

— Zdecydowanie za dużo myślisz. Niby dla kogo miałaby go szukać?

— Kto wie? Jesteś na coś chory?

Queelo skomentował to milczeniem. Nassie chyba uznał, że oznacza to zaprzeczenie i zakończył rozmowę. Zamiast tym, postanowił zająć się kotem, który wciąż nie opuszczał jego boku. Wziął go na ręce, a zwierzak nawet nie zaprotestował. Wyglądał nawet na zadowolonego tym zainteresowaniem. Wojownik zaczął go głaskać.

— Jesteś całkiem słodki jak na infera — wymruczał pod nosem do kota, prawie ukrywając twarz w jego futrze. — Nie atakujesz, nie myślisz o zabiciu mnie i po prostu mnie lubisz. Mało kto mnie po prostu lubi. Może powinniśmy zostać na zawsze razem?

— Naprawdę ci już na mózg padło — podsumował ten widok Queelo i przyspieszył kroku, byle znaleźć się jak najdalej się da od tego psychopaty. Nassie nic sobie nie zrobił z tej reakcji i wciąż zajmował się głaskaniem infera. — Co za popapraniec.

— Ma mało przyjaciół — odezwał się Aiiry, obok którego Queelo akurat przechodził. — Więc szuka nowych wszędzie.

— A to wy nie jesteście jego przyjaciółmi? — zapytał Queelo z pewnym zdziwieniem. Zawsze wydawało mu się, że Nassie lubił się ze swoją grupą złotych dziwaków.

Aiiry nieco się zmieszał, słysząc pytanie.

— Nie no, jesteśmy. Ale on traktuje to jakoś inaczej. Tak jakbyśmy się nie liczyli jako pełnoprawni przyjaciele, skoro znamy się z pracy. Zresztą kto wie, co mu siedzi w głowie.

To było dziwne. Queelo jeszcze raz spojrzał za siebie. Nassie tulił kota w ramionach, a zwierzęciu chyba powoli przestawało się to podobać i zaczynało irytować. Najpierw syknął cicho, żeby wyrazić swoje niezadowolenie, a kiedy to nie zadziałało, po prostu wyrwał się z uścisku i zeskoczył na ziemię, po czym podbiegł do pierwszej lepszej osoby. Tak się złożyło, że był nią Queelo, który natychmiast zamarł.

— Weźcie to!

— On nie jest groźny — zaprotestował Nassie, podbiegając, żeby zabrać swojego zwierzaka, ale kot widział to inaczej. Żeby uniknąć rąk właściciela, zaczął się wspinać po nogawce. — Nie! Przestań! Niedobry Wąs!

Infer na niego syknął i z prędkością błyskawicy znalazł się na głowie Queelo. Najwyraźniej uznał, że te potargane włosy to dobre legowisko, bo zwinął się tam w kłębek. Swój ogon umiejscowił na twarzy Queelo, tuż pomiędzy jego oczami.

— Weź. To. Ze. Mnie.

Nassie wyglądał, jakby miał ochotę parsknąć śmiechem, co jeszcze bardziej wkurzyło Queelo. Mimo rozbawienia wojownik sięgnął i w końcu zabrał kota, żeby posadzić go na swojej głowie. Zwierzak nie wyglądał, jakby robiło mu to jakąś wielką różnicę, dopóki pozwalano mu w spokoju spać.

— Najwyraźniej cię lubi — zaśmiał się Nassie. — Nie powinieneś się tak spinać. Jeśli postanowi kogoś zaatakować, to prędzej rzuci się na któregoś z nas niż na ciebie. Ale nie postanowi, bo Wąs jest bardzo przyjaznym kotkiem. Prawda, Wąsiku?

Queelo tylko prychnął w odpowiedzi. Zaprzyjaźnianie się z inferem, też coś! Tylko wariat mógł wpaść na taki chory pomysł. Choć w sumie, jeśli pomyśleć o tym w ten sposób, to Nassiego jak najbardziej można było do wariatów zaliczyć, a w każdym razie nie zachowywał się jak normalny człowiek. Queelo obserwował normalnych ludzi przez bardzo długi czas i potrafił coś takiego stwierdzić.

Wiedźmy jeszcze parę razy stawiały znaki i co jakiś czas ich grupa musiała zmieniać kierunek pochodu. Cały czas szli, nieniepokojeni przez nikogo. Minęli klif i znaleźli inną drogę, żeby zejść w dół. Tam las był zdecydowanie bardziej gęsty i dziki. Słońce ledwo przebijało się przez korony drzew, zresztą powoli też zaczynało zachodzić. Szli cały dzień. I nie znaleźli absolutnie niczego.

— Powinniśmy rozbić obóz — postanowił Nassie, gdy zrobiło się ciemniej. — Trzeba znaleźć jakieś w miarę otoczone miejsce, żeby nic się do nas nie mogło niespodziewanie podkraść. No i wyznaczyć warty. Mogę wziąć pierwszą, nie jestem jakoś mocno zmęczony. Kto chce następny?

— Obudźcie mnie o północy — mruknęła Mikky. — Mogę potem trzymać wartę do rana.

— To po mnie Allois i przed tobą Aiiry. Jak zwykle bierzesz na siebie najtrudniejszą część — zwrócił się Nassie do Mikky z uśmiechem. — Któregoś dnia to się na tobie odbije, wiesz? Nie myślisz, że potrzebujesz trochę odpoczynku?

Mikky również się do niego uśmiechnęła.

— Jak tak bardzo się mną przejmujesz, to możesz za mnie tachać moje bagaże. Albo nieść mnie na barana, w końcu taki z ciebie wielki bohater. Nie zgrywaj takiego ważniaka, co? — dodała, poważniejszym tonem. — Umiem sobie zorganizować czas.

— Tylko się o ciebie martwię.

— Zajmij się swoimi sprawami, co?

— Mnie nie przydzieliliście żadnej warty — odezwała się Ihoo, przerywając ich rozmowę. Mikky i Nassie spojrzeli na nią, jakby zapomnieli zupełnie o jej istnieniu. — Macie jakiś problem z moją osobą?

— Mnie też… — zaczął Queelo, ale natychmiast został uciszony.

— Zwykli ludzie mogą przespać całą noc — oznajmiła Ihoo, machając na niego ręką. — I tak byście nie wypatrzyli zagrożenia w ciemnościach na czas. Warty się rozdziela między złotookimi. Ale najwyraźniej o mnie zapomnieli.

— Zapomnieli? — zestresował się Nassie, patrząc wszędzie, tylko nie na Ihoo. — Nie… nie zapomniałem! Po prostu… e… nie jestem przyzwyczajony, żeby był ze mną ktoś spoza mojej drużyny — wypalił szybko, w końcu znajdując odpowiednią wymówkę. — Zrobiłem to odruchowo. Możesz… e… Możesz wziąć część warty Mikky! I tak bierze na siebie za dużo.

— Właśnie, że bym coś zobaczył w ciemnościach — mruknął z niezadowoleniem Queelo, krzyżując ramiona.

Nassie spojrzał na niego.

— Możesz wziąć wartę ze mną — zaproponował z wrednym uśmieszkiem na twarzy.

Queelo skrzywił się.

— Wiesz co, chyba jednak pójdę się wyspać.

— Może, zanim zaczniecie wszystko planować — postanowił odezwać się Allois, przerywając ich rozmowę — to najpierw znajdźmy miejsce na ten teoretyczny obóz.

Krążyli chwilę po okolicy, żeby znaleźć coś odpowiedniego. Pierwszą wyglądającą dobrze polankę odrzuciły wiedźmy, ponieważ, według nich, emanowała jakąś niepokojącą, złą energią. Druga nie spodobała się Nassiemu, który oznajmił, że w takim otoczeniu nie da się walczyć z ewentualnym zagrożeniem. W końcu przy trzeciej Allois ze złością rzucił, że jak komuś się nie podoba, to może sobie szukać sam, bo jemu już nie chce się chodzić. Tak więc wszyscy zgodzili się, że to odpowiednie miejsce.

Rozłożyli jeden namiot, do którego powrzucali wszystkie bagaże. Queelo nie sądził, by do tego były przeznaczone namioty, ale nie narzekał. Wspólnie pozbierali z okolicy patyki i zrobili prowizoryczne ognisko, nad którym zaczęli gotować jakąś zupę. Ihoo odepchnęła go od garnka, nawet zanim spróbował się zgłosić do pomocy przy posiłku. Mógł tylko siedzieć i się wpatrywać, jak jego siostra komenderuje wszystkimi. Wzięli skądś drewniane miseczki — kto był na tyle przewidujący i wziął ze sobą miski na wyprawę — i porozlewali zupę dla wszystkich.

Nassie, oczywiście, usiadł tuż obok Queelo.

— Ty nie jesz? — zapytał, podsuwając mu pod nos swoją miskę, ale Queelo tylko ją odsunął.

— Nie jestem głodny.

— Szliśmy cały dzień, a ty nie jesteś głodny?

— Podjadałem po drodze — mruknął Queelo, odwracając wzrok.

Nassie patrzył na niego przez chwilę, po czym wzruszył ramionami i sam się zajął jedzeniem. Całe szczęście, Queelo nie zniósłby kolejnej rozmowy. Pożyczył jakiś pierwszy lepszy koc z torby siostry, zawinął się w niego i położył na ziemi. Nie miał żadnej poduszki, ale też nie potrzebował niczego. W zasadzie mógłby zasnąć na gołym kamieniu i bez niczego, gdyby był wystarczająco zmęczony, ale skoro nie musiał, to po co miałby się męczyć.

Wiatr świstał cicho między drzewami. Cała reszta też powoli zbierała się do snu. Niektórzy pozabierali ze sobą poduszki, niektórzy koce, a niektórym udało się wcisnąć całe śpiwory do toreb. Wiedźmy postawiły niewielki namiocik, który kolorami wtapiał się w czerń nocy i schowały się wewnątrz niego. Jedynie Nassie jeszcze chodził i sprawdzał wszystko. No tak, w końcu wziął pierwszą wartę. Wygasił ognisko, tak że ledwo się tliło i usiadł gdzieś na brzegu ich małego obozu.

Chociaż Queelo powiedział, że wolał spać, tak naprawdę nawet nie był zmęczony. Leżał w tym swoim kocyku, zawinięty jak burito i wpatrywał się w niebo, ledwo widoczne przez korony drzew. Gwiazdy spokojnie migały sobie na niebie. To był widok, którego nie dało się zobaczyć w mieście, światło było po prostu na tyle słabe, że nigdy się nie przebijało. Tysiące błyszczących kropek na niebie. W jakiś sposób ten widok był niezwykły, chociaż nie potrafił wyjaśnić czemu. Odległe o tysiące lat kule gazowe, które mogły już dawno nie istnieć, ale ich blask nadal gdzieś przebijał i mógł cieszyć czyjś wzrok.

— Ładne, co? — zapytał Nassie, przysuwając się bliżej. — Jak byłem młodszy, to wymykałem się za barierę, tylko po to, żeby popatrzeć nocą w niebo.

— Nie powinieneś się zająć pilnowaniem obozu? — zapytał Queelo, odwracając się na bok, żeby nie widzieć wojownika. — W gwiazdach raczej nie zobaczysz, czy coś się zbliża.

— Czy ja wiem? Podobno kiedyś ludzie wyczytywali przyszłość z gwiazd.

— Mówimy o teraźniejszości.

— W teraźniejszości nic nas nie atakuje — powiedział wesoło Nassie.

Queelo zaczął żałować, że nie ukradł komuś poduszki. Mógłby nią sobie zakryć głowę i udawać, że w ten sposób łatwiej mu zasnąć. I, przy okazji, gorzej by słyszał. Naprawdę nie chciał prowadzić żadnej rozmowy.

— No ale jak nie będziesz spał, to będziesz zmęczony — odezwał się znów Nassie po chwili ciszy. — A zmęczony raczej nie dasz rady znaleźć babci. Powinieneś iść spać.

Z tymi słowami wojownik się podniósł i zupełnie bezgłośnie zaczął znów obchodzić obozowisko, a kot na powrót był tuż obok jego nogi i chyba również sprawdzał bezpieczeństwo. Queelo jeszcze chwilę wodził za tą dwójką wzrokiem, po czym pokręcił głową sam do siebie i zamknął oczy. Pomimo kompletnej ciszy, zajęło mu dłuższą chwilę, aż w końcu udało mu się naprawdę zasnąć.


Rozdział IX

Leśna mgła

Nr Sprawy: 190 (?)

Nazwa: Leśna mgła

Zleceniodawca:

Data Złożenia Zawiadomienia: 19 Września 31r.

Status: Nie wiem co się dzieje

Miejsce: Las Granicy

Zapłata:

Dodatkowe zapisy: Powinienem znaleźć lepszy notatnik do notowania rzeczy. Bez tych wszystkich idiotycznych tabelek. W ogóle się teraz nie przydają.


Pomimo dziwnego wrażenia bycia obserwowanym, Queelo przespał całą noc jak kamień. Obudził się nad ranem, czując jakiś ciężar na klatce piersiowej. Poza tym coś puchatego kręciło się wokół jego nosa. Powoli otworzył oczy, żeby zobaczyć uradowaną, kocią twarz. Wąs raz jeszcze pacnął go łapą po głowie. Queelo natychmiast zamarł, wracając do trybu kamienia. Infer siedział na nim i nie wyglądał, jakby miał złe intencje. Po prostu się patrzył. Kto mógł wiedzieć, co za diabelskie myśli kryją się w jego małym móżdżku.

Cała reszta obozu też powoli budziła się do życia. Ihoo siedziała na skraju obozu, najwyraźniej kończąc swoją wartę. Allois wygrzebał się ze swojego śpiwora i teraz targał inny, z którego wystawało tylko kilka pasm blond włosów i dobiegały jakieś stłumione protesty. Aiiry siedział przy ognisku, dogaszając resztki ognia, a Mikky wydostała się z malutkiego namiociku, zaraz za dwoma wiedźmami. Wyglądało na to, że wszyscy byli w miarę wyspani.

— H-hej — odezwał się Queelo, wciąż spoglądając na kota z niepokojem. — Czy ktoś… czy ktoś mógłby to ze mnie zdjąć?!

Nie miał odwagi się ruszyć. Nassie w końcu wyłonił się ze swojego śpiworu, z miną osoby na wpół martwej i nieśpiesznie poszedł po swojego kota. Wąs wydał z siebie miauknięcie protestu, kiedy wojownik złapał go za sierść i podniósł. Uwolniony od ciężaru Queelo natychmiast zerwał się na równe nogi.

— Trzymaj to zwierzę z daleka ode mnie! — zezłościł się. Nassie zamknął kota w ramionach.

— On cię po prostu lubi — powiedział obrażonym tonem. No tak, to on był obrażony, dobre sobie. — Poza tym strasznie chrapiesz, to pewnie go przyciągnęło. Chciał się dowiedzieć, skąd dochodzi ten hałas.

— Wcale nie chrapię!

Cała reszta drużyny spojrzała na niego z powątpiewaniem i natychmiast pożałował tych słów.

— Dobra, może chrapię — poprawił się szybko. — Nie wiem, śpię wtedy, to nie słyszę. Ale to nie znaczy, że będę tolerować tego stwora! Weź go pilnuj czy coś!

Kotek miauknął żałośnie, jakby chciał dać znać, że zabolały go te słowa, ale Queelo o to nie dbał. Spiorunował zwierzę spojrzeniem, tak, że to skuliło się jeszcze bardziej. Nassie natychmiast się odwrócił, żeby ochronić swojego pupila przed złym wzrokiem.

— Nie strasz go! On chciał dobrze!

— Nie obchodzi mnie to! Trzymaj go ode mnie z daleka!

Ze złością podniósł swój koc i wcisnął go do torby. Początek dnia, a już cały został zepsuty, wspaniale! Miał ochotę pójść sam dalej, ale zdrowy rozsądek nie pozwolił mu tego zrobić, więc po prostu czekał na skraju obozu, aż wszyscy spakują swoje manatki. Mimo iż uwinęli się dość szybko, Queelo zdawało się, że trwało to wieczność. Tak trudno było po prostu wziąć swoją torbę i zwinąć namiot? Co oni tam robili, urządzali imprezę? Powinni jak najszybciej ruszyć i wznowić poszukiwania. Bezpieczeństwo babci było najważniejsze. Mogła już dawno nie żyć przez taką zwłokę.

Ruszyli zaledwie chwilę później, niektórzy wciąż na wpół śpiący. Nassie nawet nie związał swoich idiotycznych włosów i szedł w rozpuszczonych. Od tyłu wyglądał przez to, jak jakiś złocisty duch, zwłaszcza gdy padały na niego promienie słoneczne. Inferzy kot postanowił sobie zrobić z tego gniazda kolejne legowisko i ułożył się na czubku głowy wojownika w taki sposób, że przypominał futrzaną czapkę myśliwską. Jego wzrok spoczął na chwilę na Queelo, po czym szybko powędrował w inną stronę. Najwyraźniej zwierz był na niego obrażony. I bardzo dobrze.

Dzień nie był tak słoneczny, jak poprzedni, a powietrze w lesie powoli zaczęło wypełniać się mgłą. Z początku słabą i dość rzadką, jednak im dalej szli, tym mocniejsza była. Zbili się bliżej w grupkę, żeby przypadkiem się nie zgubić. Ihoo złapała brata za rękę, choć nie był pewien czy żeby to ona poczuła się lepiej, czy może raczej on. Nie zamierzał protestować. Sam też wolałby jej nie zgubić. Poza tym nie czuł się najlepiej. Może jednak powinien coś zjeść poprzedniego dnia, zamiast udawać, że to robi.

— Coś jest nie tak — oznajmił Nassie, wyciągając swój miecz, tak jakby mógł nim rozciąć mgłę. — Też macie wrażenie, że coś nas obserwuje?

Jako odpowiedź reszta wojowników również sięgnęła po broń. Czyli mieli takie wrażenie. Ihoo trzymała swój bicz w lewej dłoni, prawą nie puszczając Queelo. Doceniał ten gest, ale zdecydowanie nie potrafiła w ten sposób walczyć, więc uwolnił się z jej uścisku i złapał ją po prostu za ramię. Mimo to nadal szedł blisko niej. Sam też trzymał rękę na pistolecie, tak na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że to, co ich obserwuje niekoniecznie jest natury inferskiej. Szanse na to były naprawdę małe, ale nigdy zerowe.

— Nie wyczuwam niczego w pobliżu — odezwał się Allois gdzieś z przodu. — Ale ta mgła jest jakaś dziwna. Ledwo wyczuwam was.

Wyczuwał. Queelo nigdy się nie zastanawiał, jaką w zasadzie zdolność miał Allois, wiedział tylko, że była jakąś umysłową. Czyżby potrafił wyczuwać istoty wokół siebie? Ta myśl z jakiegoś powodu go zestresowała. To oznaczało, że potrafiłby wyczuwać ludzi? Infery? Zwykłe zwierzęta? To by oznaczało, że nikt nie byłby nigdy w stanie się do niego podkraść niezauważenie. A co, jeśli potrafił namierzać w taki sposób konkretne osoby? Wtedy ucieczka przed kimś takim byłaby niemożliwa. Złotoocy ludzie byli przerażający.

— Trzymajcie się blisko — powiedział Nassie, tak jakby wszyscy już nie zbili się w ciasną grupkę. Ktoś dosłownie wciskał się w ramię Queelo, a on nie miał ochoty sprawdzać, kto to był. — Wiemy w ogóle gdzie iść?

— W stronę zachodu — odezwała się Feiily swoim zwyczajowym, lodowatym tonem.

Jej głos dochodził gdzieś z prawej strony grupy, ale zanim ktokolwiek spróbował choćby się zorientować, z której strony byłby zachód, wiedźma znów się odezwała.

— Nie! — Tym razem jej głos dochodził z tyłu. — Ktokolwiek to powiedział, nie!

— Ty to powiedziałaś — zauważyła Mikky.

Głos zaczął się rozchodzić dziwnym echem, jakby trafili do jakiegoś kanionu, tak, że trudno było określić, kto gdzie stał. To było dziwne. Mgła zaczęła się dziwnie wić, zaczynając udawać co jakiś czas dziwne sylwetki. Queelo zakręciło się od tego w głowie.

— Coś tu biegnie! — krzyknął Nassie. — Rozproszenie!

Jego głos brzmiał jakoś dziwnie, jednak zanim Queelo to przemyślał, wszyscy rozpierzchnęli się na różne strony. Ihoo próbowała go pociągnąć za sobą, ale zatrzymał ją i dobrze zrobił, bo w tej chwili znów odezwał się Nassie:

— To nie byłem ja! Szlag! Nie! Wracajcie tu!

Odwrócił się i zobaczył, że jedynie Queelo i Ihoo wciąż stoją w ich grupce. Zaklął pod nosem.

— Coś udaje nasze głosy — oznajmił w taki sposób, żeby oboje widzieli jego usta. Tak, to zdecydowanie był on. Queelo dla pewności walnął w niego wolną ręką. — Ała. Tak, to ja, dzięki za sprawdzenie, sam nie byłem pewien. Skąd wiedziałeś, że to nie ja się odezwałem?

— Brzmiałeś za mało irytująco.

Nassie patrzył na niego przez chwilę ze zdziwieniem, a potem uśmiechnął się szeroko.

— Ach tak?

— No co? Słucham twojego pieprzonego głosu od sześciu lat! Jakby ktoś próbował udawać Ihoo, to też bym poznał, że to nie ona!

— To musisz mieć naprawdę dobry słuch.

— Nie powinieneś się rozglądać za niebezpieczeństwem?

— Pewnie powinienem. Trzeba bronić ostatniej zwykłej osoby w naszym towarzystwie!

Z tymi słowami przerzucił miecz do prawej ręki, a lewą złapał się Queelo. Ten spojrzał na wojownika, jakby zamierzał go zamordować, ale w takiej sytuacji trudno było protestować. Wolałby się nie zgubić w tej dziwnej mgle. Poza tym wciąż bolała go głowa. Dlaczego akurat teraz? Przynajmniej gdyby się wywrócił, to nie upadłby na ziemię, z siostrą i tym bucem podtrzymującymi go z obu stron.

— Jest tu ktoś? — rozległ się z mgły głos jednej z wiedźm. — Chyba znalazłam wyjście na zachodzie! Chodźcie tu!

Nikt z ich trójki jej nie posłuchał. Ihoo ścisnęła brata za rękę.

— Jak mamy znaleźć resztę? — zapytała.

Queelo jej nie odpowiedział. Nie miał bladego pojęcia. Spodziewał się, że mogą zostać jakoś rozdzieleni z grupą, ale na pewno nie w tak dziwnych okolicznościach.

— Powinniśmy najpierw wydostać się z mgły — odpowiedział pewnym siebie tonem Nassie. — Jeśli nam się uda, Allois powinien być w stanie się ze wszystkimi skontaktować.

— Skontaktować? — zdziwił się Queelo. — Niby jak?

— Może prowadzić rozmowy telepatyczne.

Och, a więc to była jego zdolność. To było trochę mniej przerażające niż możliwość zlokalizowania każdego, ale nadal dość niepokojąca. To przecież oznaczało ingerowanie w czyjeś myśli, nie? Chociaż trochę? Czy tego czasem nie dało się podciągnąć pod łamanie praw człowieka? Zakręciło mu się w głowie. Za dużo tego wszystkiego jak na jeden dzień.

— Hej, gdzie są wszyscy?! — odezwał się z mgły fałszywy głos Nassiego. — Pozbyłem się już zagrożenia! Chodźcie wszyscy do mnie!

— Serio tak brzmię? — zapytał prawdziwy Nassie, przechylając głowę. — Dziwnie. Chyba muszę popracować nad swoim głosem.

— Albo po prostu przestań gadać — zaproponował Queelo.

— Niee, to byłoby wielkie marnotrawstwo. Czy panna Ihoo nie ma magicznego wzroku, który przebiłby się przez tę mgłę?

Panna Ihoo również spiorunowała go spojrzeniem. Jej wzrok mógł robić wiele rzeczy, ale z całą pewnością nie umiała za jego pomocą zabić, bo inaczej Nassie już dawno leżałby martwy. Wojownik jednak nie wyglądał, jakby bardzo się tym przejął.

— Jakbym nie spróbowała — odpowiedziała sucho. — Jak tylko w nią weszliśmy. Mąci wszystkie zmysły, te magiczne też.

— Mnie nie!

— A szkoda — mruknął Queelo pod nosem, po czym dodał na głos: — Może dlatego, że twoja zdolność opiera się na myśleniu, debilu.

— A, no tak, to możliwe.

— Albo po prostu nie masz żadnej.

— Jeśli będziemy iść ciągle w jednym kierunku — przerwała im Ihoo — to może w końcu uda nam się wyjść. Nie powinniśmy w ogóle skręcać, tylko bez przerwy iść.

Nagle obudził się Wąs, wciąż siedzący na głowie Nassiego. Zeskoczył z jego głowy i zatrzymał się pod ich stopami, tak, że ledwo było go widać we mgle. Zamiauczał kilka razy, jakby próbował złożyć w ten sposób jakieś zdanie, po czym odwrócił się i ruszył przed siebie. Tylko jego czarny ogon widać było we mgle, był niczym antena.

— Idziemy za nim! — zadecydował natychmiast Nassie i, nie czekając na zdanie innych, od razu pociągnął ich za kotem.

— To infer! — zaprotestował Queelo, próbując się wyrwać. — Znasz go tylko kilka dni! Zaprowadzi nas w jakąś dziurę i zeżre!

— Jakby chciał nas zeżreć, zrobiłby to już dawno. Jak powiedziałeś, moja zdolność opiera się na myśleniu i myślę, że Wąs jest naszym przyjacielem. Powinniśmy mi zaufać! Za nim!

— To tak nie dzia…

Wąs wydał z siebie przeciągły syk, a Ihoo i Nassie jednocześnie pociągnęli Queelo na ziemię. Uderzył twarzą w twarde podłoże, w ostatniej chwili cudem obracając głowę i ratując swój nos. Coś przemknęło nad nimi, wywołując podmuch wiatru i chlastając powietrze pazurami. Wąs znów zasyczał i pojawił się z powrotem tuż obok nich. Miał zjeżoną sierść i próbował atakować pustkę swoimi małymi łapkami.

Ihoo zerwała się pierwsza z powrotem na nogi, ściskając mocniej broń. Zamachnęła się biczem w stronę mgły i trafiła. Z góry dobiegł wściekły warkot, połączony z jękiem bólu, a chwilę później coś dużego upadło niedaleko nich, aż słychać było huk. Mgła w końcu rozwiała się nieco wokół nich, ukazując wielkiego jaszczura kilkanaście kroków od nich. Z jego pleców wyrastały ogromne, zdecydowanie ptasie skrzydła, przy czym jedno z nich naznaczone było długą, czerwoną pręgą, doskonale widoczną na bieli. Jaszczur zamachał swoim ogonem, który był niby gadzi, ale jego końcówka pokryta była piórami. Stwór raczej nie był zadowolony z tego, że został zaatakowany.

Queelo podniósł się z pomocą Nassiego, ale nie wiedział, co w zasadzie powinien robić. Był nauczony, że gdy infer atakuje, to ucieka i zostawia robotę profesjonalistom, ale tym razem ucieczka byłaby bardziej niebezpieczna, niż pozostanie w miejscu. Poza tym jednym z tych profesjonalistów była jego siostra. Przecież nie mógł jej zostawić! Po prostu tam stał.

— Gruba skóra — skomentował Nassie, przyjmując postawę obronną. Stwór wlepiał w niego wściekłe spojrzenie, jakby zastanawiając się, w którym momencie powinien skoczyć i zmiażdżyć tego człowieka. — Jednym cięciem tego nie załatwimy. Jak dokładnie umiesz tym celować do czegoś, co się rusza?

Spojrzał kątem oka na Ihoo. Infer wykorzystał to i z sykiem rzucił się w jego stronę z łapami, żeby go przygwoździć do ziemi. Nassie odskoczył błyskawicznie, jakby tylko czekał na ten ruch.

— Celuj w szyję! — krzyknął do Ihoo, unikając zręcznie kolejnego ataku. Wyglądał, jakby wiatr mu pomagał, tak lekko skakał. — Cały czas w jeden punkt! To najsłabsza część jego ciała!

Nie wiadomo jakim cudem to odgadł, ale Ihoo nie zamierzała kwestionować jego decyzji. Wykorzystała zamieszanie, żeby podkraść się do stwora od tyłu i tańczyć tam, w taki sposób, by stwór nie był w stanie jej zauważyć. Nawet jeśli pomyślałby, że ktoś może za nim chodzić, całe swoje spojrzenie i tak skupił na złotym wojowniku, który naumyślnie zaczął się z niego nabijać, byle tylko zwrócić jego uwagę.

Znów się zamachnęła i znów trafiła, idealnie w sam środek szyi. Infer warknął ze złością i zamierzał się do niej odwrócić, ale gdy tylko obrócił nieco głowę, Nassie skorzystał z okazji, podskoczył bliżej i ciął w łuskowatą łapę, znów zwracając na siebie uwagę. Jaszczur uniósł łapę, żeby go zmiażdżyć, ale wojownik był szybszy i natychmiast wydostał się z niebezpiecznego obszaru.

— Ślimaki są szybsze od ciebie — zaczął sobie szydzić z infera, tak jakby ten mógł go zrozumieć. — I zdecydowanie zgrabniejsze. Nie wydaje mi się, żebyś był źródłem tej mgły, ale z całą pewnością jej pomagasz.

Trudno się było z tym nie zgodzić. Z każdym zadanym ciosem ich otoczenie jakby się rozjaśniało. Nadal wyglądało ponuro, ale przynajmniej nie było już całkowicie białe od mgły. Queelo wciąż stał w miejscu, rozglądając się za czymkolwiek. Wąs stał tuż przed nim i syczał wściekle na infera, jakby w ten sposób chciał go wystraszyć. Żadne z nich jednak nie angażowało się w walkę, tylko przyglądali się, jak reszta odwala za nich brudną robotę.

Ihoo znudziło się po prostu celowanie w szyję. Poczekała, aż ogon stwora znajdzie się odpowiednio blisko niej, po czym wskoczyła na niego i pobiegła na jego grzbiet. Tego mógł nie poczuć, ale zdecydowanie już zwrócił uwagę, kiedy owinęła bicz wokół jego szyi i zaczęła go nim dusić. Nassie wyglądał na zdziwionego tą techniką, ale nie zaprotestował. Widząc, że już nie jest w stanie dłużej rozpraszać stwora, sam wspiął się po jego nodze i podciągnął na kark. Powiedział coś do Ihoo, ale krzyki infera całkowicie go zagłuszyły. Odpowiedziała mu coś, ale tego też Queelo nie usłyszał. Zabrała swój bicz, a Nassie jednym cięciem odrąbał głowę stwora, w miejscu, gdzie Ihoo ją uszkodziła. Łeb upadł na ziemię, bryzgając krwią na wszystkie strony. Queelo był zbyt zapatrzony i nie odsunął się na czas. Odruchowo zamknął tylko oczy, kiedy trafiła w niego ta cała fala.

Od stóp do głów. Stał tam. Cały we krwi. Wąsowi udało się odskoczyć i siedział z boku, patrząc na niego z czymś, co u człowieka można było nazwać współczuciem. Ale przecież infery nie mogły czuć takich rzeczy, prawda?

Ihoo i Nassie jakimś cudem zeskoczyli ze stwora, zanim ten gruchnął o ziemię. Też byli ubrudzeni, ale zdecydowanie mniej, niż Queelo. Nassie się przeciągnął.

— Nie szukasz sobie może drużyny? — zapytał się jej, ale Ihoo tylko prychnęła na niego drwiąco i się odsunęła. Zbliżyła się do Queelo i dopiero teraz się zorientowała, co się stało. Zakryła sobie usta dłonią.

— O Boże, nie.

— Em… cóż. — Nassie wyraźnie nie wiedział, co powinien powiedzieć. Wyglądał na zmieszanego. — Nie zwróciłem uwagi, że tu stoisz… ale… e… W czerwieni ci do twarzy? Hej, patrzcie, mgła się przerzedziła!

Queelo nadal stał jak zamurowany. Krew powoli skapywała z jego ubrań i włosów, tworząc małe kałuże u jego stóp. Wpatrywał się pusto w przestrzeń, nie patrząc absolutnie na nic. Wąs przysunął się do niego i trącił jego but łapą, ale nie wywołało to absolutnie żadnej reakcji.

Ihoo pomachała bratu dłonią przed twarzą.

— Chyba mózg mu się zresetował — powiedziała, odwracając się do Nassiego. — To dla niego za duży szok. Ostatnio mu się to stało, kiedy podczas sprzątania strychu wszedł w pajęczynę.

— Och. A co zrobić, żeby znów działał?

— W tej sytuacji? Wrzucić go do jakiegoś jeziora — oznajmiła spokojnie, biorąc Queelo na ręce. W ogóle nie zaprotestował, nawet kiedy kot wspiął się po nodze Ihoo i przedostał się z niej na jego brzuch.

— A… a nie utonie? — zaniepokoił się Nassie, rozglądając się po okolicy. Nigdzie w pobliżu nie było jeziora. Może i mgła się rozrzedziła, ale nadal wisiała w powietrzu, ograniczając widok.

— Wypłynie, spokojnie. Po prostu się nie ocknie, dopóki nie zmyjemy z niego krwi, a to najszybszy sposób.

— Brzmi, jakbyś już to robiła.

Ihoo spojrzała na niego, unosząc brwi, jakby chciała powiedzieć „owszem, co z tego?”. Na to Nassie nie miał odpowiedzi. Po raz kolejny sprawdził otoczenie, ale nic się w nim nie zmieniło. Nikt nie wychodził z mgły. Mgła się nie rozrzedzała bardziej. Za to panowała dziwna cisza. O ile wcześniej jakieś głosy próbowały ich przekonać do zbliżenia się, tak teraz zamilkły. Nassie zastanawiał się, czy powinien krzyknąć i spróbować kogoś zawołać, ale uznał, że nie miało to sensu. Przecież potwory nadal mogły się gdzieś czaić.

— Nie sądzę, żeby gdzieś w okolicy było jezioro — powiedział. — Ani w ogóle jakakolwiek woda. Jesteśmy na jakimś suchym lądzie. Nie wzięłaś ze sobą jakichś ręczników?

— Po co by mi były ręczniki?

— Do wycierania się? Nie do tego się ich używa?

— Aleś ty mądry.

— Hm, a może spróbujemy zdjąć mu te jego cenne rękawiczki, to wtedy szok…

Zanim dokończył zdanie, Queelo wyrwał się siostrze, nagle odzyskawszy świadomość. Wąs syknął i szybko się ewakuował, wspinając się na powrót na głowę Nassiego. Queelo podniósł się gwałtownie.

— Hej, zadziałało! — ucieszył się Nassie. — Zawsze wiedziałem, że masz obsesję na punkcie czystości, ale nie spodziewałem się, że aż taką.

— Wal się! — wkurzył się Queelo, odpychając go i zostawiając dwie krwiste dłonie na jego mundurze. Sam po tym od razu złapał się za rękę, jakby chcąc bronić swoje rękawiczki. — To wszystko twoja wina!

— Dokładnie! Zamierzaliśmy poszukać jeziora, żeby cię do niego wrzucić i cię ocucić, ale trudno tu czegokolwiek poszukać, więc trzeba było znaleźć inny sposób. Chyba że chodzi ci o tę krew. To już twoja wina, bo się nie usunąłeś z drogi. Przecież miałeś na to czas.

— Ty p…!

— Jak już to mamy z głowy, to powinniśmy iść dalej — nie dał mu dokończyć Nassie. — Nie żebyśmy zaszli jakoś daleko, praktycznie cały czas stoimy w miejscu. Przeszliśmy z kilka kroków, nie więcej.

Wąs zasyczał z jego głowy, zwracając znów ich uwagę.

— No nie! Ile jest inferów w tej mgle? — zapytał, wyciągając przed siebie miecz, który dopiero co opuścił. — Wyłaź, wyłaź, nie mamy czasu na takie gierki.

— Wyłaź, wyłaź — powtórzyła istota z mgły jego głosem. — Nie mamy czasu. Oj, doprawdy, nie mamy czasu. Kto by chciał grać w te gierki?

Ihoo znów chwyciła za bicz, ale tym razem nie trafiła. Queelo zamrugał. To było nieprawdopodobne. Jego siostra mało kiedy walczyła, jednak kiedy już zdecydowała się na atak, trafiała zawsze. Może miało to coś wspólnego z jej zdolnością, a może nawet pomimo niej, miała doskonały wzrok i idealne wyczucie czasu i po prostu nie zdarzało jej się chybić.

— Wyłaź — odezwała się teraz istota jej głosem. Tak, Queelo zdecydowanie słyszał, że nie był to jej głos. Jego siostra wyrażała się nieco ostrzej, coś jakby miała żyletkę zamiast języka. Ten głos brzmiał zbyt miło. — Wyjdź z cieni, chodź do nas. Nie gryziemy, naprawdę.

— Na ten temat tobym dyskutował — mruknął Nassie pod nosem.

Ich trójka odwróciła się do siebie odruchowo plecami, tak że nic nie mogło ich zaatakować od tyłu. Przynajmniej mieli w takiej sytuacji jakąś szansę, o ile oczywiście potwór nie postanowiłby rzucić się na najsłabsze ogniwo, bez złotej broni w dłoni. Queelo był zupełnie bezużyteczny i czuł się z tym naprawdę źle. Może powinien wziąć z domu dziwny miecz babci. Pewnie poraniłby się tym dziwactwem niezmiernie, ale przynajmniej robiłby cokolwiek, zamiast po prostu stać i czekać, aż cała reszta rozwiąże sprawę za niego. To było frustrujące!

— Chodź, chodź. — Stwór z mgły znów przybrał inny głos, a sądząc po reakcji Ihoo, był to jego głos. Dziwny. Queelo nigdy nie spodziewał się, że jego słowa mogą tak drażnić. Strasznie skrzeczał. Odruchowo się podrapał w ucho. — Wszystko pójdzie szybko. Dokładnie tak, jak lubimy. Bez komplikacji.

— Faktycznie da się poznać, że to fałsz — odezwał się Nassie, rozglądając się po mgle. — Jak już się uważniej wsłucha. Jego głos jest nieco wyższy niż ten, który próbuje udawać. Szkoda, że nie da się go zlokalizować. Nie dasz rady tym zakręcić i go trafić?

— Nie tak się tym walczy — odpowiedziała mu lodowato Ihoo.

— Broni można używać na różne, kreatywne sposoby.

— Na pewno nie do machania nią na oślep.

— Machania na oślep — powtórzyła za nią istota jej głosem. — Jakiś ty głupi. Aby na pewno znasz się na swojej pracy?

Queelo przestał słuchać i wlepił spojrzenie w mgłę, która znów powoli zaczynała się gromadzić. Przyglądał się jej naprawdę, naprawdę uważnie, próbując wykryć najmniejszy ruch. Może przynajmniej do tego się przyda. Na pierwszy rzut oka ta cała biel zdawała się nieprzenikniona, ale to było tylko złudzenie. W wielu miejscach była lekko rozrzedzona i prześwitywała, więc jeśli coś się za nią przesuwało, dało się to zauważyć. Na początku nie widział niczego, tylko wiatr przesuwający małymi obłoczkami.

— To byłaby wielka szkoda — odezwał się stwór, naśladując głos Nassiego — zniszczyć tak piękne twarze. Ale, ale, chyba nie mamy wyboru, skoro nie chcecie do nas przyjść. Co za szkoda, co za szkoda.

Znalazł! Infer stanął dokładnie naprzeciw Queelo, żeby wypowiedzieć te słowa. Poruszał się szybko, ale stawał za każdym razem, kiedy się odzywał. Był wielkości przeciętnego człowieka i też jego sylwetka przypominała człowieka, ale nie poruszał się jak jeden z nich. Zdecydowanie bardziej koślawo, jakby nie był przyzwyczajony do używania dwóch nóg. Może to było głupie, ba, to z całą pewnością było głupie, ale przecież Queelo miał doświadczenie w walce z ludźmi. Gdyby nie miał, już dawno wywaliliby go z pracy. Tak więc bez chwili zawahania po prostu rzucił się przed siebie, atakując infera w połowie zdania.

Nassie i Ihoo krzyknęli zaskoczeni, odwracając się do niego. Infer najwyraźniej nie spodziewał się takiego ataku, więc nawet nie próbował się bronić. Queelo zobaczył tylko, jak oczy stwora rozszerzają się ze zdumienia, zanim przewrócił go na ziemię. Gdy tylko jego ciało walnęło, cała mgła wokół nagle opadła, odsłaniając wszystko. Poza samym inferem, który wciąż wyglądał jak mała chmura, a wstawały spod niej tylko nogi i głowa. Pokryta futrem twarz uśmiechnęła się do Queelo dwoma rzędami kłów.

— To bardzo nieodpowiedzialne z twojej strony — odezwał się stwór głosem Nassiego.

Queelo drgnęła powieka i jeszcze bardziej zacieśnił uścisk na szyi stwora. Raczej w ten sposób nie miał szans go zabić, ale nic nie zaszkodziło spróbować. Przycisnął go kolanem, gdzieś w miejscu, gdzie normalny człowiek powinien mieć żołądek. Infer nawet nie próbował się wyrywać.

Ihoo i Nassie szybko podbiegli do niego z bronią, jednak żadne z nich nie zaatakowało. Najwyraźniej uważali, że nie ma takiej potrzeby, przynajmniej na razie.

— Naruszasz moją przestrzeń osobistą — powiedział znów stwór, tym razem udając Queelo. — Więc gdybyś mógł się odwalić, byłoby miło.

— Nawet nie udawaj, że wiesz, co mógłbym powiedzieć — warknął prawdziwy Queelo. — Jestem cały uwalony krwią i to wszystko wina tej twojej pieprzonej mgły! Chrzanię twoją przestrzeń osobistą! Co z ciebie za dziwadło?!

Infer zaśmiał się, szczękając zębami, po czym jednym kopnięciem zrzucił z siebie Queelo, który odleciał kilka metrów dalej. Zdecydowanie bardziej niż upadnięcie na ziemię bolało samo kopnięcie, prosto w brzuch, tak, że aż powietrze uciekło mu z płuc. Prawdopodobnie też coś mu się złamało tam w środku, czuł, jak usta wypełnia mu krew. Musiał się przypadkiem ugryźć w język. To był naprawdę świetny plan. Jeśli chciał umrzeć.

Wąs złapał za jedną z nóg potwora, zanim ten zdążył choćby ruszyć się z miejsca. Infer syknął na niego ze złością, ale kot nie zamierzał puścić. Nassie natychmiast wykorzystał tę okazję i wbił swój miecz w miejsce, gdzie powinno być serce. Wszedł jak w masło. Infer wydobył z siebie dziwny, nieokreślony dźwięk, coś pomiędzy okrzykiem bólu a wciągnięciem powietrza. Jednak, zamiast stracić życie normalnie, zacząć się wykrwawiać czy coś w ten deseń, nagle całkowicie zamienił się w mgłę i dosłownie wyparował. Nie zostawił ani jednego śladu na złotej broni. Wąs, wcześniej trzymający w zębach nogę, nie trzymał już zupełnie nic.

— Queelo! — Ihoo natychmiast się obróciła i podbiegła do brata, który próbował się podnieść. — Co ci strzeliło do głowy?! Przecież to nie twoja robota!

— Chciałem… pomóc — odpowiedział Queelo z pewnym trudem, podnosząc się na łokciu, po czym splunął mieszanką krwi własnej i inferzej. — Poza tym… nie widzieliście… go. Ja tak.

Zakaszlał, odruchowo zakrywając usta dłonią. Wcześniej biała rękawiczka była teraz dosłownie cała czerwona i ociekała krwią. Skupił na niej wzrok. Powoli poruszył palcami i przyglądał się każdemu ich ruchowi. Wskazujący, środkowy, serdeczny. Tak, to zdecydowanie była dłoń należąca do niego. Zamrugał i sprawdził jeszcze raz.

— Wszystko okej? — zapytał z zaniepokojeniem Nassie, ale Queelo nie zwrócił na niego żadnej uwagi.

— Ha-ha. Tyle krwi — powiedział, z szaleńczym uśmiechem na twarzy, tonem, w którym trudno szukać rozbawienia. — Tyle krwi!

Spojrzał na Ihoo, potem na Nassiego. Jego oczy latały dziwnie, nie wiedząc, na czym spocząć. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby sam był jakimś potworem.

A potem stracił przytomność.

— Teraz to naprawdę musimy znaleźć jezioro — usłyszał jeszcze na koniec słowa siostry.


Rozdział X

 

Nie miał żadnych snów. Ciemność, tylko i wyłącznie ciemność, w której wisiał bezwładnie i niezależnie jaki ruch by wykonał, nie zmieniłoby to nic. To i tak było bez znaczenia, bo ruszyć się nie mógł wcale, nawet najmniejszym palcem. Wszystko go niemiłosiernie bolało, do tego w nosie czuł paskudny, okropny zapach, najgorszy na całym świecie. Nienawidził swojego nosa, dlaczego musiał wszystko czuć aż tak wyraźnie? Miał ochotę się zanurzyć w jakimś śnie i nigdy nie wrócić do rzeczywistości.

A potem wybudził się gwałtownie, gdy woda wdarła się jego ust. Otworzył oczy, żeby zorientować się, że tonie. Zamachał gwałtownie rękoma i nogami, po czym zorientował się, z której strony dobiega światło i tam też popłynął. Wynurzył się, łapczywie łapiąc powietrze.

— Mówiłam — odezwał się gdzieś w pobliżu głos Ihoo.

Queelo rozejrzał się i zobaczył ją kilka metrów dalej, stojącą na brzegu. Nassie z kwaśną miną podawał jej coś, co chyba było złotymi monetami. Zakładali się o niego?! To już był szczyt wszystkiego! Przejąłby się tym zdecydowanie bardziej, gdyby nie to, że zwykłe wrzucenie go do wody nie było w stanie zmyć wszystkiego. Wciąż czuł się strasznie brudny. Jeszcze raz rzucił spojrzeniem na siostrę, po czym zanurkował.

Woda była zaskakująco czysta. Wyraźnie widział kamieniste dno i ściany, światła raczej docierało tam mało, więc wywnioskował, że znajduje się w jakiejś jaskini. No tak, to było dobre miejsce do ukrycia się, o ile odpowiednio je sprawdzili. Queelo zanurkował bardziej, kierując się w stronę dna, żeby uważniej mu się przyjrzeć, ale nie było tam niczego do oglądania. Tylko i wyłącznie lita skała i jakiś piasek, żadnych żywych istot.

Czując, że powoli brakuje mu powietrza, znów skierował się ku powierzchni.

— Nie strasz nas! — wykrzyknął Nassie, kiedy tylko głowa Queelo znów się pojawiła. — Jak już się ocknąłeś, to wracaj na brzeg!

Queelo spojrzał na niego z niechęcią, po czym znów się zanurzył. Pamiętał bardzo dobrze, że oberwał w brzuch i to dość mocno, ale gdy tak pływał, w ogóle tego nie czuł. Zupełnie jakby to tak po prostu zniknęło, gdy był w tym swoim dziwnym transie. Jak długo w ogóle spał? Zatrzymał się i zmarszczył brwi, kilka bąbli powietrza uciekło z jego ust. Jeśli zmarnowali kilka godzin na niego, to logiczne było, że już nie czuł bólu. Ihoo użyła tych swoich dziwnych sztuczek, dzięki którym zwykle czuł się lepiej, ale które nie wymagały magii. Przynajmniej taką miał nadzieję. Chybaby się wtedy obudził, tak podejrzewał.

Rozluźnił się i pozwolił, żeby woda wypchnęła go na powierzchnię. Ubranie było nieco ciężkie, ale nadal bez problemu się unosił, widząc nad sobą czarne sklepienie jaskini. Coś dziwnie na nim migało, jakby udawało gwiazdy, ale nie był pewien, czy to jakieś kryształy, czy też dziwne zwierzęta. Dopóki nie atakowało, mogło być czymkolwiek. Aczkolwiek wyglądało naprawdę ładnie.

— Utonąłeś?! — zapytała Ihoo, ale nie brzmiała na przestraszoną. — Jeśli tak, to mogę sobie wziąć twój pokój?!

— Po moim trupie — prychnął Queelo. — Moglibyście sobie iść? Wasz oddech mi przeszkadza.

— A co, już czujesz się lepiej? Mógłbyś okazać trochę szacunku, dwie godziny siedziałam i próbowałam cię poskładać!

Czyli faktycznie zajęło im to trochę czasu. Westchnął i w końcu popłynął w stronę brzegu. Dopiero kiedy wygrzebał się z wody, ignorując wyciągnięte mu do pomocy ręce, zdał sobie sprawę, jak ciężki potrafi być jego mundur. Dziwne, że Ihoo nie zdjęła mu przynajmniej marynarki. Z trudem podniósł się na równe nogi. Stanie w mokrym ubraniu było zdecydowanie trudniejsze i bardziej wymagające niż pływanie w nim. To było dziwne uczucie.

— Gdzie moja torba? — zapytał, rozglądając się po jaskini.

Zanim jednak ktoś mu odpowiedział, zauważył kilka bagaży, leżących pod ścianą i do nich podszedł. Ze sterty ogromnych, podróżnych toreb wyjął swoją, średniej wielkości. Była nieco lżejsza, niż kiedy miał ją ostatnim razem. Co prawda, była z zewnątrz nieco brudna, ale wszystko, co było w środku, pozostało nietknięte, włącznie z zapasowym ubraniem. Nie spodziewał się, że będzie musiał go użyć tak szybko, ale w sumie sam się w to władował. Nie mógł narzekać na kogokolwiek poza sobą.

Wyrzucił to wszystko z torby i poszukał wzrokiem butów. Przynajmniej je Ihoo mu zdjęła, zanim cisnęła nim do jeziorka. O jedną rzecz do suszenia mniej, chociaż podejrzewał, że siostrze nie chciało się ich wycierać. Tyle mycia, tylko dlatego, że się nie odsunął od jednego, wyjątkowo wielkiego stwora. Życie jednak potrafiło dać w kość.

— Idę zrobić patrol — oznajmiła Ihoo z niezadowoleniem i wyszła dumnym krokiem z jaskini.

Queelo westchnął. Pewnie spodziewała się podziękowania, ale pomyślał o tym zbyt późno. Powinien się w końcu nauczyć być lepszym człowiekiem i być miłym przynajmniej dla własnej siostry. Zdjął ciężką marynarkę, która zmieniła kolor na ciemniejszy, mimo iż już wcześniej była ciemna. Takiej ilości krwi nie wywabi z materiału i za dziesięć lat. Najwyraźniej po powrocie znów będzie musiał iść i zamówić sobie nowy mundur, ewentualnie poszukać jakiejś naprawdę dobrej pralni chemicznej. Tak czy siak, wydawał pieniądze, czyli źle. Potrzebował ich przecież.

— Trochę szkoda — odezwał się Nassie, podchodząc bliżej i trącając butem pobrudzoną marynarkę.

Sam w ogóle nie był brudny od krwi. Jakim cudem?! Czyżby te złote mundury były jakieś specjalne i nie przesiąkały krwią? A skoro tak, to dlaczego taki materiał był zarezerwowany tylko dla tych złotych dupków?

— Przeszkadzasz — rzucił tylko Queelo ze złością, na powrót łapiąc marynarkę. Może była brudna, ale to nie oznaczało, że da komuś ją zabrudzić jeszcze bardziej!

— A, okej. To będę siedział cicho.

— Chcę się przebrać.

— No to się przebierz.

— Czego nie rozumiesz? Idź sobie! — zezłościł się Queelo. — Słyszałeś kiedyś o pojęciu prywatności?!

— Coś cię może zaatakować — zauważył Nassie, przechylając głowę, jakby nie rozumiał tego problemu. — Powinienem tu być na wszelki wypadek.

Queelo drgnęła powieka.

— Zaraz ja cię zaatakuję. Wynoś się!

Nassie zrobił niezadowoloną minę, coś w stylu „jak coś cię zabije, to nie moja wina”, po czym niechętnie wyszedł. Queelo nasłuchiwał jeszcze chwilę, czy aby na pewno wojownik sobie poszedł. Ten typ naprawdę był irytujący.

Sięgnął po ręcznik i zrobił sobie z niego turban na głowie, żeby włosy przestały mu w końcu wchodzić do oczu, po czym zajął się ocenianiem szkód. O ile zmianę koloru munduru mógł przeżyć, o tyle różowa teraz koszula przyprawiała go o ból głowy. Zdjął ją, z pewnym trudem odpinając guziki i zaczął wyciskać z niej wodę. Może jeśli spróbuje ją odpowiednio wyszorować, to ten paskudny kolor zejdzie. Założył na siebie swój zapasowy sweter. On przynajmniej był czarny i nie miał żadnej szansy zmienić tego koloru nigdy. Całe szczęście. Rękawiczki również nie wyglądały najlepiej, ale tych zawsze nosił po kilka par, tak na wszelki wypadek.

W zasadzie więcej czasu zajęła mu próba wyprania w jakiś sposób swojego poprzedniego stroju niż faktyczne przebranie się. Ze złością rozłożył mundur na brzegu i postanowił poczekać, aż wyschnie. Bardziej już tego nie uratuje, mógł tylko zostawić ubranie w spokoju i czekać na cud. Ewentualnie na powrót do miasta, gdzie załatwi sobie nowe. Wysuszył włosy na tyle, na ile mógł i mokry ręcznik również rzucił na skałę. Może zdąży wyschnąć. To zależało, kiedy znów wyruszają w drogę.

W końcu sam też wydostał się z jaskini, ale na zewnątrz nie było o wiele jaśniej. Wyglądało na to, że jednak nie zajęło to dwóch godzin, a znacznie więcej i słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Ihoo siedziała tuż nad wejściem, tak, że gdy się wychodziło, widać było zwisające z góry jej nogi. Nassie stał niedaleko i, z nadąsaną miną, rozmawiał z Alloisem. Queelo rozejrzał się, ale nie widział nikogo więcej.

— Nie znaleźliśmy ich jeszcze — odezwała się Ihoo, jakby czytając w jego myślach. — Po tym, jak opadła mgła, zdołaliśmy tylko skontaktować się z Alloisem, a raczej on z nami. Próbowaliśmy poszukać innych, ale nikt mu nie odpowiadał. Poza tym musieliśmy znaleźć jakieś bezpieczne miejsce na przeczekanie.

Queelo domyślał się, że chodziło o przeczekanie, aż on się ocknie. Znów poczuł się źle. Dlaczego, och dlaczego, nigdy nie mógł zrobić niczego dobrze? Wszyscy mieli przez niego same problemy. Poszli na tę głupią wyprawę tylko dlatego, że on uznał, że muszą szukać babci, nawet pomimo jej protestu. Musieli się z nim użerać, bo jak dureń poszedł z nimi, zamiast zostać w mieście, gdzie jego miejsce. A teraz jeszcze mieli kłopoty, ponieważ jak idiota rzucił się na potwora, zamiast zostawić go łowcom potworów. Gdyby nie to, że zaginęło im po drodze kilka osób, już odwołałby poszukiwania i wszystkich za to przeprosił. Zresztą powinien to zrobić, jak tylko się znajdą.

Allois i Nassie zauważyli, że wyszedł na zewnątrz i podeszli bliżej.

— Już wyzdrowiałeś? — zapytał Allois, a w jego głosie dało się słyszeć lekkie niedowierzanie.

Queelo skrzywił się, żałośnie.

— Raczej tylko powierzchownie. Ludzie się tak szybko nie leczą.

— Nie przejmuj się, i tak musimy tutaj zostać — odezwał się Nassie. — W mroku nigdy nie znajdziemy reszty, poza tym w ciemności nigdy nie powinno się wałęsać po nieznanym terenie. No i straciliśmy naszych przewodników. Mam nadzieję, że nic im nie jest.

Allois przymknął oczy i dotknął dłonią boku głowy, jakby próbował się skupić. Queelo usłyszał jakieś niezrozumiałe słowa na granicy myśli i podrapał się w ucho, jednak cokolwiek to było, natychmiast zniknęło. Chwilę później Nassie wykonał niemal identyczny gest.

— Ej, Viccy! — krzyknęła ze złością Ihoo, zeskakując ze skały i również podchodząc do nich. Allois wzdrygnął się, słysząc jej głos. — Nie jesteśmy iluzjami, więc może przestaniesz nas sprawdzać co minutę, co? Raz wystarczy. Jak jeszcze raz usłyszę cię w głowie, choćby przez sekundę, to nawalę ci tyle pracy po powrocie, że przez rok się z tym nie wyrobisz!

— Chciałem tylko poszukać… — odezwał się ze strachem Allois, ale ona nie dała mu dokończyć.

— Możesz szukać swoich przyjaciół bez szukania nas — powiedziała jadowicie. — My się nie zgubiliśmy. Czyżbyś potrzebował, żeby ktoś ci przeszczepił oczy?

— N-nie.

— To przestań.

Odeszła, a Allois przełknął ślinę. Spojrzał kątem oka na Queelo.

— Twoja siostra jest przerażająca.

— I tak jest w dobrym nastroju — zauważył Queelo, wzruszając ramionami. — Coś… czy coś się działo, jak byłem… no ten… nieprzytomny?

— Przeszliśmy trochę, zanim znaleźliśmy to miejsce — odpowiedział mu Nassie. — Próbowaliśmy po drodze szukać innych, ale znaleźliśmy tylko Alloisa. To nawet nie tak, że go słyszeliśmy, ta jego zdolność w ogóle nie działała. Więc poszukaliśmy jakiejś dobrej kryjówki na odpoczynek i robiliśmy patrole w pobliżu, kiedy Ihoo cię leczyła, ale po wszystkich jakby ślad zaginął. Czymkolwiek była ta mgła, narobiła niezłych kłopotów.

— Wciąż ledwo co czuję — mruknął Allois z pewnym smutkiem w głosie. — Dobrze, że pozbyliście się tego stwora, czymkolwiek był. Kto wie, jakich szkód mógłby narobić, jakby żył dłużej.

— A, właśnie, jeśli chodzi o ten temat. — Mina Nassiego nagle zmieniła się w maskę powagi, a może nawet lekkiej złości. Spojrzał na Queelo. — Co ty sobie wyobrażasz, co?! Mogłeś zginąć, ty skończony idioto! Niby kiedy w tym twoim móżdżku ubzdurało ci się, że to dobry pomysł atakować infera i to jeszcze gołymi rękoma, bez żadnej broni?!

— Nie pomyślałem, że to dobry pomysł — odpowiedział Queelo, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. — Tylko że najszybszy.

— Kretyn! — Nassie złapał go za sweter i potrząsnął nim. — Jak tak bardzo życzysz sobie śmierci, to mogę cię zrzucić z jakiegoś klifu, nie musisz przy tym utrudniać nam pracy!

— Jakbyście od razu go zadźgali, toby nie było problemu — mruknął Queelo, wciąż patrząc gdzieś indziej. — Zamiast stać i się patrzyć.

— Aha, więc to MOJA wina, tak?!

— Tak tylko mówię.

Nassie zrobił wkurzoną minę, ale chyba nie wiedział, co powinien na to odpowiedzieć. Stał tak chwilę, wyraźnie coś przetwarzając w mózgu, po czym w końcu puścił i odszedł, wściekle mamrocząc pod nosem. Queelo odruchowo otrzepał sweter.

— Miał trochę racji — odezwał się Allois. — To nie było rozsądne.

— Bo nie miało być — prychnął Queelo, odsuwając się.

Spojrzał na siostrę, ale ona też robiłaby mu wyrzuty, nawet większe niż cała reszta. Potrafił dokładnie w myślach stwierdzić, których słów by użyła i w jakiej kolejności, od których poczułby się naprawdę źle, o ile gorzej się dało. Ominął więc ją szybko i wrócił do jaskini. Choć powoli nadchodziła noc, wewnątrz wciąż było jasno, głównie za sprawą dziwnych, świecących rzeczy na suficie. Usiadł pod jedną ze ścian, chowając się gdzieś w kącie, niedaleko bagaży.

Sięgnął ostrożnie do kieszeni swojej mokrej marynarki i wyjął z niej notes. Również cały brudny i mokry. Otrzepał go trochę, ale to niezbyt pomogło, więc zajrzał do środka, żeby sprawdzić, czy cokolwiek się ostało. Wszystkie jego notatki i zapiski na temat spraw były teraz rozmazanymi plamami. Głupawe bazgroły, które tworzył, gdy udawał, że notuje przemyślenia świadków również przepadły. Na pierwszych kartkach pojawiły się nawet ślady krwi. Notatnik był do wyrzucenia. Z tymi wszystkimi posklejanymi kartami, nawet jeśli by wyschnął, zwyczajnie nie dało się w nim pisać.

Coś miauknęło. Wąs siedział skulony na bagażach i wlepiał w Queelo spojrzenie. W ogóle nie było go widać wśród cieni, jeśli się nie przyjrzało dokładnie. Kot poruszył swoim ogonem, jakby zaczajał się na ofiarę, ale wciąż leżał w tym samym miejscu.

— Rób sobie, co chcesz — prychnął Queelo, odwracając od niego wzrok. — Ty też zamierzasz na mnie nakrzyczeć?

Wąs, słysząc te słowa, zeskoczył na ziemię i podszedł bliżej. Trącił nosem but Queelo, a kiedy ten nie zareagował w żaden negatywny sposób, przysunął się jeszcze bliżej. Przy każdym ruchu uważnie obserwował, ale teraz dla odmiany to Queelo się nie ruszał. Kot wcisnął się pod jego łokieć, wyraźnie prosząc się o jakieś pieszczoty, a ten, zupełnie odruchowo, zaczął go głaskać. Wąs wydał z siebie przeciągłe, zadowolone mruknięcie.

— Może jednak nie jesteś taki zły — mruknął Queelo, wpatrując się w strop jaskini. — Może to po prostu ja jestem tym złym. Co o tym myślisz?

Kot znów zamruczał, po czym wspiął się na jego brzuch i tam zwinął. Jego futro było zaskakująco ciepłe jak na infera. Zawsze myślał, że wszystkie te stwory powinny być lodowate, tak, jak na trupy przystało, ale najwyraźniej się mylił. Wąs spojrzał mu prosto w oczy.

Po czym złapał za jego rękawiczkę, zdjął mu ją z ręki i błyskawicznie uciekł.

Queelo zerwał się na równe nogi, z zamiarem gonienia futrzaka, ale ten uciekł na zewnątrz. Zaklął. Wstrętny, podstępny zwierzak! Queelo zasłonił pustą rękę, na wypadek, gdyby ktoś miał wejść i szybko podszedł do swojej torby. Rękawiczki, rękawiczki, był absolutnie pewien, że widział dzisiaj całą masę rękawiczek, więc gdzie one wszystkie się podziały? Nigdzie ich nie było! Czyżby ten okropny sierściuch ukradł mu wszystkie?! Rozejrzał się po jaskini, ale nie zauważył ani skrawka białego materiału. Przeklęty potwór! Zabrał nawet te przemoczone!

Rozejrzał się, po czym pociągnął rękaw i schował dłoń wewnątrz niego. Nie zamierzał dotykać niczego tak po prostu, bez żadnej osłony przed światem. Poza tym nie mógł nikomu pozwolić na oglądanie blizn. Jeszcze musiałby się zacząć tłumaczyć, a to było coś, na co nie miał czasu i mieć go nie chciał. Wystarczająco wiele kłopotów już sprowadził, po co komu dokładać kolejne?

Wybiegł na zewnątrz w poszukiwaniu kota. Zignorował wszystkich i skupił się na nikłym zapachu, unoszącym się w powietrzu. Wąs uciekł i wspiął się na jedno z niewielu drzew w pobliżu. Poszukał go wzrokiem i podbiegł do najwyższego. Oczywiście, że wlazł na najwyższe, inaczej to byłoby za łatwe. Siedział na jednej z gałęzi i bawił się w czymś białym. W stercie rękawiczek. JEGO rękawiczek!

— Ty gnoju! — krzyknął, wygrażając ręką. — Złaź tu natychmiast albo sam do ciebie wlezę, a wtedy będziesz martwy!

— Co ty robisz? — zdziwił się Nassie, podchodząc bliżej. — Coś ci się stało w rękę?

Spojrzał na rękaw, w którym Queelo ukrył dłoń. Szybko ją zabrał, kiedy wojownik chciał sprawdzić, co było nie tak.

— Twój przeklęty zwierzak mnie okradł! — zezłościł się, wskazując na siedzącego na drzewie Wąsa. — Jak już chcesz coś adoptować, to może tego pilnuj!

— A, że rękawiczka. Nie masz innych?

— Uważasz się za takiego mądrego, co? — zapytał jadowicie Queelo, nawet nie próbując się silić na bycie miłym. — Ten sierściuch mnie okradł ze wszystkich. Więc przemówisz mu teraz do rozsądku, żeby mi je grzecznie oddał, albo zrobię sobie nową parę z jego sierści!

— Nie myślałeś kiedyś, żeby iść ze swoim problemem czystości do jakiegoś psychologa? — Nassie wyglądał, jakby pytał całkiem poważnie.

Queelo drgnęła powieka. Gdyby nie brak rękawiczki, złapałby go za szyję i zaczął dusić, tak bardzo był wkurzony! Złoty, irytujący, tak denerwująco pewny siebie. Aż chciało się dać mu w twarz. Albo zdrapać ten uśmieszek.

— Moje problemy to nie twoja sprawa — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Zajmij się swoimi albo sam zacznę się ich za ciebie pozbywać, na początek można pozbyć się sierściucha.

Nassie skrzywił się, ale chyba do niego dotarło, bo zaczął się wspinać na drzewo. Robił to z taką łatwością i szybkością, jakby jego ciało nic nie ważyło, niczym wiewiórka. To, z jakiegoś powodu, jeszcze bardziej zdenerwowało Queelo. Niby jakim cudem mógł istnieć człowiek, któremu absolutnie nic nie sprawiało trudności? Świat był niesprawiedliwy! Gdyby to Queelo spróbował się wspinać, pewnie poślizgnąłby się kilka razy, złamał trochę gałęzi i z całą pewnością przynajmniej raz uderzył w głowę, ale Nassie oczywiście był inny. Przede wszystkim miał szczęście i nie był kompletną niezdarą.

Tylko parę chwil zajęło mu dotarcie na szczyt, tam, gdzie siedział Wąs. Kot spojrzał na niego raczej bez emocji czy zainteresowania, po czym wrócił do robienia… czegoś. Wyglądało to trochę, jakby zamierzał sobie ułożyć gniazdo z rękawiczek. Czemu niby z jego rękawiczek?! Nie mógł sobie wybrać czegoś innego? Był zwierzakiem Nassiego, mógł jemu ukraść jakieś ubranie!

— Hej, Wąs — odezwał się Nassie w stronę kota, powoli wyciągając do niego rękę. — Wąsiku kochany. Wiem, że lubisz skarby, ale czy mógłbyś oddać ten jeden? Mogę ci, zamiast tego, dać swoją bluzę. Zobacz! — Pociągnął za kołnierz bluzy, którą nosił pod mundurem. — Jest milutki w dotyku. I ciepły! Lubisz takie rzeczy, no nie? W końcu jesteś kotem.

Wąs spojrzał na niego, jakby rozważał tę propozycję, ale gdy tylko Nassie spróbował złapać jedną z wielu rękawiczek, kot zasyczał na niego i zaatakował swoją łapą. Wojownik szybko cofnął rękę.

— To może dam ci złoto? — zaproponował, sięgając do kieszeni i wyjmując monetę. — Złoto chyba lubisz, prawda? Zapłacę ci, a ty mi oddasz to, co ukradłeś, zgoda?

Wąs tym razem nawet na niego nie spojrzał, zupełnie ignorując przekąskę. Nassie wyglądał, jakby poraził go piorun. Najwyraźniej uważał, że skoro jego zwierzak jest inferem, to od razu przystanie na taką propozycję i zrobi wszystko, w zamian za złoto. Srogo się pomylił! Queelo zakrył usta wolną ręką i wydał z siebie coś, co można było uznać za rozbawione prychnięcie. Czyli jednak nie wszystko mu wychodziło! Była jakaś nadzieja dla świata!

Nassie tymczasem przestał się bawić w przekupywanie.

— Dość tego! — zezłościł się. — Oddawaj to natychmiast!

Rzucił się na kota, ale ten natychmiast odskoczył, łapiąc w pysk całą stertę za jednym zamachem. Z gracją przyczepił się do pnia i zajął wyższą gałąź. Ani myślał oddawać swój skarb. Zamachał swoim ogonem, jakby drwił sobie z wojownika.

— Nie możesz się wspinać w nieskończoność! — krzyknął Nassie. — W końcu ci się skończy drzewo! Dawaj!

Podciągnął się na gałęzi i znów spróbował wyrwać kotu zdobycz, ale ten wskoczył mu na głowę, a z niej przeskoczył niżej i najzwyczajniej w świecie zaczął schodzić. Przeciągnął się tuż nad ziemią i w końcu wylądował u stóp Queelo. Ten szybko wyrwał mu z pyska swoją własność, ale zwierzak nie zaprotestował. Ba, nawet wyglądał, jakby chciał mu to oddać. Queelo rozejrzał się szybko i, nie widząc nikogo w pobliżu, szybko założył rękawiczkę. Nikt nie miał szansy zobaczyć jego dłoni. Całą resztę wcisnął do kieszeni spodni.

Nassie wydał z siebie jakiś dźwięk niezadowolenia, nadal wisząc na gałęzi. Był tam jeszcze przez chwilę, jakby chciał sprawdzić, jak długo jest w stanie wytrzymać, po czym również wybrał drogę w dół. I znów, robił to nie jak normalny człowiek, ale jak jakiś sztukmistrz, z gracją i lekkością. Co on, miał jakąś widownię, że tak się zachowywał? Można by pomyśleć, że występuje w cyrku.

— Widzisz? — odezwał się, stając na ziemi i robiąc coś, co można było chyba uznać za parodię teatralnego ukłonu. — Problem rozwiązany.

— Tylko raczej nie miałeś z tym wiele wspólnego — zauważył Queelo, poprawiając rękawiczkę. Wąs zaczął się przymilać do jego nogi, ale zupełnie to zignorował.

— Co? Przecież go przegoniłem z drzewa! — oburzył się Nassie.

— Sam mi wszystko oddał.

— Bo go wystraszyłem! To moja zasługa! Powinieneś mi podziękować!

— Nawet jeśli to byłaby twoja zasługa — prychnął Queelo, odwracając się do niego bokiem — to wina też była twoja. Dlaczego miałbym ci dziękować za to, że rozwiązałeś coś, czemu sam byłeś winien? To raczej ty powinieneś mi dziękować, że ci za to nie przyłożyłem.

Uniósł dłoń do twarzy i przyjrzał się jej bardzo uważnie, zaciskając ją przy tym w pięść. Chciał tylko sprawdzić, czy aby na pewno rękawiczka dobrze leży, ale Nassie raczej odebrał ten gest inaczej. Schylił się i szybko zabrał Wąsa. Kot nie wyglądał na zadowolonego, ale wojownik trzymał go tak mocno, że nie był w stanie się wyrwać z uścisku.

— Dobra, dobra, więcej ci nie przeszkadzam, nie musisz mnie bić. Jeszcze się nie wyleczyłeś, mógłbyś zrobić sobie krzywdę, a tego byśmy nie chcieli.

Nie takiej odpowiedzi Queelo się spodziewał, ale zanim zdążył wściekle zaprotestować, Nassie już się wycofał, z Wąsem, syczącym na niego ze złością. Ten przeklęty wojownik! Nawet kiedy przegrywał dyskusję, to i tak musiał postawić na swoim! Dlaczego Queelo musiał skończyć w towarzystwie takich osób? Wymruczał kilka wściekłych słów pod nosem. Nie cierpiał tego niesprawiedliwego świata.


Rozdział XI

Kamienne Równiny Arrashy

Data: 21 Września 31r.

Allois twierdzi, że to miejsce nosi nazwę „Kamiennych Równin Arrashy”. Kim była Arrasha? Nie wie nikt. Debile. Podobno to jakaś postać z legend. Same równiny ciągną się przez wiele kilometrów, aż na północy kończą się jeziorem. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli się przez nie przeprawiać. Pływanie może i jest przyjemne, ale suszenie ubrań to tragedia.


Noc może nie była niebezpieczna, ale z całą pewnością dało się ją nazwać dziwną. Przed całkowitym zapadnięciem zmroku, Allois i Ihoo jeszcze raz poszli na poszukiwania drużyny, a Nassie spędził ten czas na rozmowie ze swoim kotem, który przez cały czas go ignorował, ewentualnie syczał na niego ze złością. Queelo przez chwilę przyglądał się temu teatrzykowi, ale dość szybko stało się to nudne, więc wrócił do jaskini, żeby poleżeć na zimnej skale i pogapić się w błyszczące punkty na suficie. Nawet nie zorientował się, kiedy zasnął.

Obudził się w środku nocy, podrywając się gwałtownie. Dyszał ciężko. Musiał śnić mu się jakiś koszmar, ale po przebudzeniu w ogóle go nie pamiętał. Potrząsnął głową, po czym ogarnął otoczenie wzrokiem i zobaczył dwie postaci w śpiworach. Allois leżał niemal na brzegu jeziora, tak, że gdyby tylko się zamierzał przewrócić na drugi bok, wpadłby do wody. Najwyraźniej zawsze spał całkowicie nieruchomo, skoro wybrał sobie takie, a nie inne miejsce. Nassie położył się zaraz przy bagażach i wyglądałby jak jeden z nich, gdyby nie kaskada blond włosów. Na jego śpiworze, gdzieś w miejscu, gdzie powinien być brzuch, leżał zwinięty w kulkę kot. Najwyraźniej przestał się już boczyć na wojownika.

Queelo sam też był przykryty kocem, mimo tego, że przed snem absolutnie żadnego sobie nie wyciągnął. Zastanawiał się, czy powinien wrócić do snu, ale był na to zdecydowanie zbyt rozbudzony. Cokolwiek mu się śniło, nie było miłym doświadczeniem. Podniósł się więc cicho, nie chcąc budzić reszty i cicho wymknął się na zewnątrz.

Tak jak podejrzewał, Ihoo znów siedziała nad wejściem i wypatrywała wszelkich niebezpieczeństw. W ogóle nie zwróciła na niego uwagi, kiedy niezdarnie wspiął się na skałę i usiadł tuż obok niej. Sam niewiele widział w ciemności, ale jego siostra zdecydowanie miała lepsze oczy, nawet jeśli nie używała swojej zdolności. W prawej dłoni ściskała swój bicz. Trochę za mocno jak na jego oko.

— Nie znaleźli nikogo? — zapytał, próbując jakoś zagaić rozmowę i nie siedzieć tak w kompletnej ciszy. O ile normalnie z chęcią by nie rozmawiał, o tyle tym razem czuł jakąś dziwną chęć wymiany zdań.

— Pięć osób nadal zaginionych — odpowiedziała sucho, wciąż na niego nie patrząc.

Jej oczy były jaśniejsze niż zwykle. Czyli jednak używała swojej zdolności. Mrugnęła i wróciły do swojego normalnego koloru.

— Czy ty… jesteś na mnie zła?

Wtedy dopiero postanowiła się do niego odwrócić. Znał to spojrzenie i domyślił się, że owszem, była na niego zła. Jednak równie szybko znów wróciła do obserwowania ciemnej przestrzeni.

— Jestem twoją siostrą — powiedziała cicho, podciągając kolano pod brodę i obejmując nogę rękoma. — Znam cię prawie całe życie. A mimo to… czasem mam wrażenie, jakbyś był jakąś obcą osobą. Że przecież mój brat, by czegoś takiego nie zrobił. Ale ty to robisz. I ja… ja… po prostu nie wiem, co mam myśleć.

— Och. — Queelo nie wiedział, co powinien odpowiedzieć. Nie spodziewał się czegoś takiego. — Wiesz, ja… przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć. To po prostu… był taki odruch.

— Bądź ze mną szczery — prawie na niego syknęła. Queelo skrzywił się, słysząc ten ton. — Pogarsza ci się, prawda? Dlatego się tak dziwnie zachowujesz ostatnio.

Brzmiało to nie jak pytanie, ale raczej jakby była tego pewna. Mimo to nadal chciała się upewnić.

— Tak myślę — mruknął pod nosem, odwracając wzrok. Skulił nieco ramiona. — Sam nie jestem pewien, co powinienem o tym myśleć. To… to nie jest takie proste. Przez większość czasu czuję się normalnie.

Ihoo wydała z siebie odgłos, który można było uznać chyba tylko za żałosny śmiech. Nigdy wcześniej nie słyszał od niej czegoś taki dziwnego.

— No jasne. Babcia pewnie zobaczyła to wcześniej, prawda? Wszyscy zawsze są szybsi ode mnie.

— Ihoo…

— Nigdy mi o niczym nie mówicie — powiedziała z uśmiechem, w którym jednak nie było ani grama radości czy rozbawienia. — Jakbym nie była wam w ogóle potrzebna czy…

— To nie tak! — natychmiast zaprotestował Queelo, nie dając jej dokończyć. — Po prostu ja z babcią zawsze na wszystko narzekamy, a przecież ty nie lubisz tego słuchać, prawda? Nigdy nie myślałem, że chciałabyś słuchać o tym, jak nudne i denerwujące jest moje życie. To nie jest nic wielce ciekawego.

— Nawet jeśli! Chciałabym wiedzieć, co uważasz. Co sądzisz. Jak ci minął dzień.

— Akurat ten dzień minął paskudnie — zauważył Queelo. — Myślałem trochę nad tą wyprawą i ona nie ma sensu. Babcia wyraźnie napisała, żeby jej nie szukać, więc po co się męczymy? Na dodatek z tego powodu kogoś zgubiliśmy. Jak tylko się znajdą, powinniśmy wracać, nawet jeśli babci mogło się coś stać.

— Na to nie licz — prychnęła Ihoo, a on spojrzał na nią ze zdziwieniem. — Może ci się wydawać, że to tylko nasza sprawa, ale w Twierdzy bardzo poważnie przyjęto sprawę jej zaginięcia. Nawet gdyby nie ty, wysłaliby wkrótce jakąś grupę na jej poszukiwania. I pewnie zmusiliby nas do pójścia tak czy siak.

— Co? Czemu niby?!

— Myślisz, że zwykli tropiciele wystarczą do znalezienia babci? — zapytała z lekką drwiną. — Prędzej czy później trafimy w miejsce, gdzie zwykły krąg na ziemi i marynarka to będzie za mało. Wtedy trzeba się czepiać genów najbliższej rodziny. Nie rób takiej miny! — Nawet się do niego nie odwróciła, a i tak wiedziała, że się skrzywił. — Wystarczyłoby do tego kilka kropelek krwi.

— To nie mogliby jej pobrać i nosić przy sobie, zamiast nas targać za sobą?

— Ty naprawdę mało wiesz o świecie — zauważyła, podciągając drugą nogę. — Do takich rzeczy używa się tylko świeżej, inna mogłaby zafałszować wyniki.

— Mógłbym zginąć na takiej wyprawie!

— Tak jakbyś sam się nie zgłosił na jedną — prychnęła. — A nawet gdybyś się nie zgodził, myślisz, że dla władzy bardziej wartościowe jest życie policjanta i jakiejś urzędniczki siedzącej za biurkiem, czy jednej z najlepszych wojowniczek, która być może jest na emeryturze, ale w razie nagłego ataku może w każdej chwili wrócić i uratować wszystkich ot tak? — Pstryknęła palcami. — System w tych sprawach nie ma litości. Tak czy siak, byś musiał iść, więc nie powinieneś sobie robić z tego powodu wyrzutów sumienia.

— Ale i tak wam przeszkadzam.

— Mógłbyś się nie ładować w niebezpieczeństwa, ale poza tym, to raczej radzisz sobie dobrze.

— Przecież zupełnie nic nie robię!

— A co miałbyś robić? — zdziwiła się Ihoo. — Queelo, my wszyscy prawie tylko idziemy.

— Wiedźmy tropią, wy zabijacie potwory, a ja nie robię niczego — zauważył. — Czuję się, jakbym nie był tu w ogóle potrzebny.

— Chyba za wcześnie oczekujesz jakichś zadań — prychnęła z rozbawieniem. — Po prostu trochę poczekaj, a znajdzie się zajęcie i dla ciebie, niecierpliwcu mały. Nie musisz kraść pracy innym i nas wszystkich straszyć.

Westchnął przeciągle.

— No dobra, załapałem.

Siedzieli dalej w ciszy. Wiatr cicho przemykał po równinach, ciągnących się we wszystkie strony i poruszał liśćmi nielicznych drzew w pobliżu. Ciche ćwierkanie dochodziło gdzieś z oddali, wydawane przez jakieś nieokreślone zwierzęta. Może to były zwykłe świerszcze, a może kolejne dziwaczne infery. Czy na tym świecie w ogóle jeszcze istniały zwyczajne zwierzęta? Widywał je tylko na obrazkach w książkach dziecięcych, na pewno nigdy na żywo. Możliwe, że po prostu żadne się nie ostały na tym świecie.

— Jakbyś kiedyś poczuł się gorzej — odezwała się znów Ihoo — to zawsze możesz mi się wygadać. Postaram się nie narzekać na twoje narzekanie.

Queelo zaśmiał się bezgłośnie.

— Czemu właściwie nie śpisz?

— Miałem jakieś koszmary. Nawet nie pytaj jakie, sam nie pamiętam.

— Też jakieś miewam, odkąd zniknęła babcia — przyznała Ihoo. — Trudno nie mieć czarnych myśli, kiedy się jest poza miastem, ale podobno rozmowa o tym pomaga.

— Tylko nie oczekuj po mnie, że będę wylewny — prychnął Queelo. — Nie lubię rozmawiać.

— Da się zauważyć.

Jasny punkcik nagle pojawił się tuż przed ich twarzami, zupełnie ich zaskakując. Queelo odruchowo chciał go zaatakować, ale Ihoo go powstrzymała. Przyjrzał się uważniej i zauważył, że nie był to po prostu punkt, ale jakiś malutki owad, trzepoczący skrzydełkami z trudem. Zamigał odwłokiem, po czym wylądował na kolanie Ihoo.

— Co to? — zapytał Queelo, nachylając się nad stworzeniem. Wyglądało jednocześnie dziwnie i zupełnie normalnie. — Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

— To świetlik — powiedziała z rozbawieniem Ihoo. — Nie zauważyłeś ich wcześniej? Muszą mieć gniazdo gdzieś w jaskini, gdzie się zatrzymaliśmy, jest ich tam przecież pełno. Nie zwróciłeś uwagi?

— Nie wiedziałem, co to!

Kolejne świetliki zaczęły wylatywać i zbliżać się do nich. Kilka usiadło Ihoo na włosach, kilka też próbowało wylądować na głowie Queelo, ale ten je odpędził, więc zamiast tego wybrały jego nogę. Jeden był na tyle śmiały, że usiadł na czubku jego nosa i nie zamierzał go opuścić, nawet gdy Queelo spróbował go odgonić. Ihoo złapała go za rękę, dusząc w sobie śmiech.

— Zostaw, wyglądasz zabawnie.

— Dlaczego one się nie boją?

— Nie mają czego. W tych okolicach nie ma żadnych drapieżników, których musiałyby się obawiać, więc nigdy się tego nie nauczyły.

Świetlik w końcu opuścił nos Queelo i dołączył do swojej rodziny, ułożonej na głowie Ihoo. Owady razem tworzyły delikatną, świecącą koronę. Najwyraźniej lubiły ją bardziej niż jego, ale nie miał nic przeciwko temu.

— Powinieneś pójść spać — oznajmiła, po kolejnej dłuższej przerwie. — Rano znów ruszamy, a ty musisz wypocząć. Zwłaszcza z twoimi ranami.

Żartobliwie uderzyła go łokciem w brzuch. Queelo prychnął, ale posłuchał jej i wrócił do jaskini. Reszta nadal spała, w ogóle nie zauważywszy jego wyjścia. Mógłby się do nich podkraść i przyłożyć nóż do gardła i pewnie w ogóle by nie drgnęli. Nic dziwnego, że potrzebowali wystawiać warty.

Wrócił na swoje miejsce i wtedy zauważył, że koc nie był całkowicie pusty. Tuż pod nim leżał niewielki dziennik. Podniósł go i przejrzał, ale był całkowicie pusty. Rozejrzał się, ale nie miał bladego pojęcia, skąd to mogło się tam wziąć. Wzruszył ramionami i położył się z powrotem. Rano się zapyta, czy ktoś tego nie zgubił. Ziewnął. Zdecydowanie powinien się wyspać.

Drugi raz już nie obudził się z taką łatwością. Ktoś złapał go za ramiona i potrząsnął nim, ale Queelo tylko wymamrotał jakieś niezrozumiałe słowa pod nosem. Kto go budził o tak wczesnej porze, przecież dopiero co zasnął. Ludzie naprawdę nie mieli litości. Usłyszał nad sobą jakieś głosy, jednak to także nie było na tyle przekonujące, żeby się ocknął. Czyjaś łapa trąciła go w twarz. Wciąż brak reakcji.

— Śpi jak kamień — odezwał się Allois, gdzieś z wielkiej oddali. — Nie sądzę, żebyśmy w ten sposób coś wskórali.

— Więc co, mamy go znowu nieść? — zapytał Nassie i chyba trącił Queelo nogą.

Co ten człowiek miał z trącaniem wszystkiego nogą? Nie mógł znaleźć sobie innego sposobu na wyrażanie emocji? Queelo we śnie podniósł rękę i zaczął go odpędzać, jakby był jakimś natrętnym owadem, ale wtedy coś złapało go za nadgarstek.

— To bardzo niemiłe — odezwał się znowu Nassie. — Hej, Wąs, nie chciałbyś znowu ukraść mu całego zapasu rękawiczek? To może by go obudziło.

Wąs miauknął w proteście.

— Nie masz żadnej godności — powiedziała Ihoo.

— To ty jesteś jego siostrą, powinnaś wiedzieć, jak można go obudzić.

— Możecie się zamknąć? — zapytał Queelo, w końcu otwierając oczy, żeby zobaczyć nad sobą cztery twarze, w tym jedną kocią. — Próbuję tu spać, a wy się kłócicie.

— No to wstawaj — powiedziała do niego Ihoo ostro. — Już słońce wzeszło, zbieramy się.

Zamrugał. Już był ranek? Nie za wcześnie? Spojrzał na Wąsa, który siedział na jego klatce piersiowej, a ten szybko uciekł. Przeniósł więc spojrzenie na Nassiego, wciąż trzymającego jego nadgarstek. Wojownik szybko puścił, uśmiechając się idiotycznie.

— Ciężko cię obudzić — zauważył, podnosząc się i prostując. — Ale jak już wstałeś, to się pospiesz. Wszyscy jesteśmy już dawno spakowani. Jeszcze cię zostawimy w tyle.

Queelo podniósł się na ramionach. Faktycznie cała trójka miała już swoje bagaże i jedyne, co pozostało w jaskini, to torba Queelo. Stanął więc, z pewnym trudem i zarzucił ją na swoje ramię, po czym zabrał się do zwijania koca. Dziennik nadal leżał na ziemi, ale nikt się po niego nie schylił. Nikt nawet na niego nie zwrócił uwagi. Queelo więc wziął go i wcisnął do torby. Jak nikt nie będzie go szukał, to chyba może go sobie zatrzymać, prawda?

Wyruszyli więc, nie mając bladego pojęcia, dokąd mieli iść i gdzie szukać reszty. Jako że wcześniej zmierzali na północ, ruszyli w tym kierunku. Allois co jakiś czas łapał się za głowę, wyraźnie używając swojego zmysłu, żeby kogoś namierzyć, ale nawet jeśli coś znalazł, to nie podzielił się informacjami z resztą drużyny. Ihoo przy każdym kroku wyglądała, jakby miała zabić każdego, kto spróbuje jej wejść w drogę. Za to Nassie chyba brał udział w zupełnie innej wyprawie, bo maszerował dziarskim krokiem i zatrzymywał się co chwila, żeby głośno podziwiać jakiegoś kwiatka czy drzewko. Co za matoł.

— Żółte liście! — zachwycił się, podchodząc do jakiegoś starego drzewa i trącając każdy listek palcem. — Jesień poza barierą jest taka kolorowa! O, patrzcie, tam są nawet czerwone! Piękne kolory!

— Jesteśmy na wyprawie, czy na wycieczce szkolnej? — zapytał Queelo z niezadowoleniem.

Powiedział to pod nosem, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego, ale Nassie chyba i tak go usłyszał, bo odwrócił się z lekkim zdziwieniem wymalowanym na twarzy.

— Każdy taki widok może być naszym ostatnim, więc fajnie cieszyć się z ładnych rzeczy — odpowiedział z uśmiechem.

Jego słowa brzmiały bardzo wesoło, ale Queelo i tak przeszedł dreszcz po plecach. To nie było coś, co mówiło się z taką radością! Śmierć nie była czymś radosnym! Jak można było tak w ogóle myśleć?! Ten człowiek był nie tylko nienormalny, ale i miał jakieś problemy psychiczne!

— Powinieneś się czasem trochę rozweselić — dodał Nassie, podchodząc bliżej, prawie podskakując. — Cały czas nosisz na twarzy tę grobową minę, jakby ktoś umarł, nawet jeśli wszystko jest w porządku. No dalej, powiedz, co cię bawi. Głupie miny?

Nie czekając na odpowiedź, zrobił jedną z głupich min. Queelo spojrzał na niego z politowaniem i przyspieszył kroku, żeby zostawić go w tyle, ale tego typa nie dało się tak łatwo pozbyć.

— Najwyraźniej nie. To może żarty? Nie wiem, czy umiem sobie żartować, ale…

— Nie próbuj — przerwała mu Ihoo, zanim dokończył zdanie. — Tylko zmarnujesz czas. On się nigdy nie uśmiecha. Jego twarz pewnie nawet nie jest do tego zdolna.

Queelo prychnął, ale w żaden sposób nie zaprotestował. Nassie spojrzał najpierw na Ihoo, a potem na niego, marszcząc przy tym brwi, jakby nie chciał w to uwierzyć, a uśmiech powoli schodził z jego twarzy.

— Ale jak to? — zapytał z niedowierzaniem. — Przecież to straszne! Byliście z tym u lekarza?

— Jaki jest twój problem? — zapytał Queelo, nie patrząc na wojownika. — Lepiej zajmij się czubkiem własnego nosa, zamiast wtykać go w sprawy innych.

— Tylko się o ciebie martwię. Wyglądasz na smutnego.

— A jak mam wyglądać?!

Przerwał im donośny skrzek, dochodzący gdzieś z daleka. Brzmiał jak wycie rannego zwierzęcia. Queelo nie był w stanie dokładnie określić, z której strony dochodził, ale był jedyną tak ograniczoną osobą w towarzystwie, bo pozostała trójka natychmiast odwróciła się w jednym i tym samym kierunku. No tak, oni mieli świetny słuch. Chwilę później jednak już nie potrzebował uszu, bo w powietrze wystrzeliły kolorowe iskry.

— Potrzebna pomoc! — krzyknął Nassie, natychmiast wyjmując miecz i biegnąc w stronę niebezpieczeństwa, nie czekając na nikogo innego.

Allois wyciągnął dłoń, żeby go powstrzymać, ale nie zdążył, więc z przekleństwem na ustach również sięgnął po broń i pobiegł. Ihoo złapała brata za rękę i, nie chcąc stracić reszty grupy z oczu, też ruszyli się z miejsca. Zabawne. Nassie sam tak gadał o tym całym nierozdzielaniu się, ale był pierwszy, żeby zostawić innych w tyle. Doprawdy świetny przywódca. Nawet dzieci można by nazwać bardziej ogarniętymi od niego.

Równiny niby były bardzo równe, jednak im dalej biegli, tym bardziej górzyste się robiły, aż w końcu zatrzymali się na niewielkim wzniesieniu. To znaczy Ihoo i Queelo przystanęli, ponieważ zarówno Nassie, jak i Allois rzucili się od razu do walki.

Chmara wściekłych koto-ważek kręciła się niczym tornado, otaczając jakąś osobę, w której Queelo po chwili poznał jedną z wiedźm. Rzucała czarami na wszystkie strony, wywołując małe, kolorowe wybuchy i odstraszając infery, ale chwilę później znów wracały do swojej formacji, zupełnie niezrażone. Nie było ich jakoś wyjątkowo wiele, ale sposób, w jaki walczyły, musiał stanowić niemały problem.

— Lecę im pomóc — oznajmiła Ihoo, puszczając brata i sięgając po bicz. — Zostań. I nie waż się robić nic głupiego. Nie próbuj atakować, jeśli nic cię nie zaatakuje. Jasne?

Spojrzała na niego ostro i patrzyła tak przez chwilę, po czym sama również pobiegła, żeby walczyć. Queelo skrzyżował ręce z niezadowoleniem, chociaż było ono bardziej skierowane w jego własną stronę, niż kogokolwiek innego. Bezużyteczny.

Usłyszał miauknięcie i Wąs pojawił się przy jego nodze. Queelo zupełnie zapomniał o tym małym inferze, najwyraźniej Nassie również. Ze swoimi małymi łapkami, musiał się sporo namęczyć, żeby za nimi nadążyć. Queelo nie wiedział, czy koty umieją dyszeć, ale ten zdecydowanie oddychał ze zbyt wielkim trudem. Sam nie był pewien, czemu to robi, ale schylił się i podniósł zwierzaka, ku jego wielkiemu zaskoczeniu. Wąs nie wyrywał się, tylko zwinął się w kulkę, mrucząc przy tym z zadowoleniem. Przynajmniej jednej osobie Queelo jakoś mógł pomóc. Odruchowo zaczął głaskać kota.

Niżej nadal toczyła się walka, ale można było powiedzieć, że w zasadzie chyliła się ku końcowi. Bardzo dobrze, że nie podszedł bliżej, bo otoczenie było całe zalane krwią i zasypane ciałami martwych inferów. Tylko kilka z tych dziwacznych stworów nadal latało w powietrzu, próbując wprowadzić zamieszanie, ale wojownicy radzili sobie z nimi całkiem łatwo, a przynajmniej tak to wyglądało. Ihoo strącała je z nieba, a Allois i Nassie wesoło biegali i je dobijali, chociaż może Allois nie był aż tak wesoły. Najdziwniejsze było to, że zatrzymywali się nad już martwymi ciałami i jeszcze po kilka razy je dźgali mieczami. Queelo zmarszczył brwi. To była jakaś normalna technika walki, że żadne z nich nie wyglądało na zdziwione? Na pewno normalnie nie wyglądała.

Wiedźma nagle zupełnie zniknęła, pozostawiając po sobie tylko świecący krąg na ziemi, a Wąs syknął ze złością. Queelo odskoczył, widząc, że kobieta pojawiła się zaraz za nim. Feiily wyglądała, jakby dopiero co wyszła z jakiegoś spa i w ogóle nie było po niej widać śladów walki, może poza tym, że dyszała ciężko. Stała przez chwilę, wyprostowana jak słup soli, ale dość szybko dała sobie spokój z tą pozą i przyklęknęła na jedno kolano.

— Em… — Queelo nie wiedział, czy powinien cokolwiek mówić. — Wszystko w porządku?

Pokiwała głową, ale nadal klęczała. Musiała być wyczerpana po takiej walce, Queelo słyszał, że podobno czarowanie jest wymagające. Jeden z wielu powodów, dla których nie lubił magii. Zastanawiał się, czy powinien jakoś pomóc wiedźmie, ale zanim wykonał jakikolwiek ruch, usłyszał za sobą bzyczenie. Najwyraźniej kobieta nie teleportowała się całkowicie sama.

Obrócił się i zobaczył latającego w powietrzu infera, który kręcił się, jakby czegoś szukał i nie mógł znaleźć. Był zdecydowanie mniejszy od tych wszystkich, jakie wcześniej się kręciły w dole. Wąs uwolnił się z rąk Queelo, wylądował na ziemi i natychmiast zaczął syczeć w stronę intruza, jeżąc swoją sierść. Niewielka koto-ważka wylądowała naprzeciw niego, w bezpiecznej odległości i wydała jakiś dziwny dźwięk w stronę zwykłego kota. Odpowiedział jej wściekłym miauknięciem. Niesamowite. Wyglądało to tak, jakby ze sobą rozmawiały i najwyraźniej też tak właśnie było. Queelo przyglądał się im z największym zainteresowaniem.

Wąs jeszcze parę razy zasyczał na intruza, ale chyba powoli spuszczał z tonu i stawał się bardziej przyjazny. Obcy infer zwinął wielkie ważkowate skrzydła, owijając je dziwnie wokół swojego tułowia, przez co zaczął przypominać normalnego kota. Jedyne co w tym przeszkadzało, to jego wyraźnie owadzie oczy. Jeszcze kilka razy wydał z siebie swoje dziwne dźwięki, cały czas się przy tym nieco kuląc.

A potem, ku zdziwieniu Queelo, Wąs podszedł do infera i zaczął się do niego przymilać! Może gdyby to były zwykłe koty, nie byłoby to tak dziwne, ale one oba były inferami. Jeszcze nigdy nie widział, żeby te stwory zachowywały się przyjaźnie w stosunku do kogokolwiek. Nawet gdy atakowały miasto, potrafiły walczyć między sobą o zdobycz i nigdy nie działały razem. Myślał, że Wąs to po prostu jakaś abominacja, niezdarzająca się często w naturze. Najwyraźniej nie był aż takim wyjątkowym wyjątkiem.

— Wszystko w porządku? — zapytała Ihoo, przybiegając do niego, ale była mądrą osobą i trzymała się w bezpiecznej odległości, nie brudząc go krwią. Zauważyła obcego infera i ścisnęła mocniej bicz. — Odsuń się. Ja się tym zajmę.

— Wąs! — Nassie pojawił się tuż obok. — Wąsiku, odsuń się od tej Zajadajki. To niebezpieczne.

A więc te infery to były Zajadajki! To wszystko wyjaśniało. Queelo pamiętał, jak wojownicy narzekali na ten konkretny typ stworów. Bywały one małe i wydawały się niegroźne, ale niesamowicie szybko się regenerowały i dosłownie trzeba było je zabić trzy razy z rzędu, przebijając serce, zanim na dobre umarły.

Wąs nie zamierzał się odsunąć, a wręcz przeciwnie. Zasłonił swoim małym ciałkiem infera i zasyczał w stronę Nassiego. Nie zaatakował ani nic podobnego, po prostu wyrażał swoje niezadowolenie. Koto-ważka skuliła się za nim, starając się zajmować jak najmniej przestrzeni i wyglądać niegroźnie, a przynajmniej takie właśnie wrażenie odniósł Queelo. Zaskakujące, że nawet będąc inferami, zachowały się jak normalne zwierzęta.

— Chyba znalazł sobie przyjaciela — skomentował to sucho, wzruszając ramionami. Wszyscy zwrócili na niego swoje spojrzenia. — No co? Jak już targamy ze sobą jednego kota, to drugi nie zrobi różnicy. Albo najlepiej zostawmy oba.

Nassie chyba nie usłyszał ostatniego zdania, tylko wydał z siebie ciche „och”, chowając broń i schylając się do zwierzaka. Wąs jeszcze trochę syczał, ale zdecydowanie słabiej, zwłaszcza kiedy wojownik spojrzał mu w oczy. I uśmiechnął się.

— Znalazłeś sobie kolegę, tak? — zapytał radośnie, wyciągając dłoń, żeby pogłaskać kota po głowie. — To fajnie! Możesz go sobie zatrzymać, dopóki będziesz go pilnował, dobrze?

Wyglądało na to, że Wąs w jakiś sposób zrozumiał jego słowa, a w każdym razie miał bardzo mądry wyraz twarzy. Jeszcze przez chwilę dał się głaskać, po czym odgonił łapą rękę Nassiego i miauknął na niego. Kiedy ten nie zrozumiał, o co chodzi, kot podszedł bliżej i trącił jego kieszeń.

— Och, jasne! — wyciągnął ze środka złotą monetę. — Twój kolega jest głodny. Masz, możesz mu ją dać.

Wąs złapał zdobycz w pyszczek i dumnie zaniósł obcemu inferowi. Ten powąchał go podejrzliwie, spojrzał najpierw na Nassiego, na resztę, wpatrującą się nieufnie w scenę, a na samym końcu na samego Wąsa. Przyjął podarunek, choć zrobił to z wyraźnym oporem. W przeciwieństwie do swojego kolegi nie połknął monety od razu w całości, a zaczął odgryzać niewielkie kawałki i posilał się nimi powoli.

— Fascynujące — powiedział Nassie, obserwując uważnie każdy ruch infera. — Nigdy nic takiego nie widziałem.

— Nie widziałeś infera jedzącego złoto? — zakpił sobie z niego Queelo.

— W taki sposób? Nigdy! — Nassie zupełnie zignorował kpinę. Wyprostował się i odwrócił do wiedźmy. — Całe szczęście, że wysłałaś sygnał ostrzegawczy, inaczej nigdy byśmy cię nie znaleźli. Nie wiesz może, gdzie jest reszta?

Wiedźma wypluła trochę krwi z ust. Nadal klęczała z opuszczoną głową i raczej nie zamierzała wstawać.

— Bladego pojęcia nie mam — odpowiedziała chrapliwie. — Zgubiłam wszystkich w tej mgle. — Podniosła głowę. — Mieliście się kontaktować!

— Nawet cię nie wyczuwam — odparł Allois, wyglądając na lekko obrażonego. — Ta mgła jakby zablokowała was wszystkich. Jestem w stanie po dłuższym skupieniu zobaczyć osoby, ale tylko te, które są naprawdę blisko.

— Magiczna mgła — zaśmiała się gorzko Feiily, w końcu wstając z kolan. Odgarnęła niesforne włosy z twarzy. — Przeklęta, magiczna mgła! Do tej pory moja magia jest jakaś zbyt słaba! Mgła odbierająca magię, to jakiś żart?!

— Właściwie tę mgłę wytworzył infer — poprawił ją Nassie. — Myślę, że przebywanie w jej obszarze mogło czasowo przytłumić nasze zmysły, jednak im dłużej i więcej będziemy ich używać, tym bardziej będą wracać do normy.

— Łatwo ci mówić. — Wiedźma nie wyglądała na zadowoloną. — Tobie nie wyprało mózgu.

— Debilom się nie da wyprać mózgów — mruknął Queelo pod nosem. Na całe szczęście nikt go nie usłyszał, a nawet jeśli, wszyscy zignorowali tę wypowiedź.

— Mogliśmy wziąć jakiegoś lekarza na tę podróż — zauważył Nassie — ale zorganizowaliśmy to tak szybko, że nikt nie miał czasu. Musicie to przeboleć. Zresztą sama chciałaś iść.

Feiily prychnęła z niechęcią pod nosem i odwróciła się do niego plecami, jednak nie powiedziała nic więcej. Chyba nie zamierzała się kłócić. Queelo wcale się jej nie dziwił. Najpierw musiała się męczyć z całą chmarą inferów, a teraz jeszcze miałaby dyskutować ze złotym kretynem? No chyba nie.

— Powinniśmy ruszać dalej — oznajmił Nassie. — W okolicy nie ma dobrych miejsc na odpoczynek, jesteśmy tu jak na widelcu. Dasz radę iść sama czy…

— Poradzę sobie — syknęła wiedźma, zanim dokończył zdanie. — Nie musisz bawić się w niańkę. Ruszajmy dalej, zanim zleci się ich więcej.

Jednak, zamiast iść, wyjęła z włosów kamyk i trzymała go przez chwilę w dłoni, kiedy ten świecił raz mocniej, a raz słabiej. Wszyscy wpatrywali się w to, jakby wiedzieli, co robi, więc najwyraźniej tylko Queelo był na tyle głupi, by tego nie rozumieć.

— Nie czuję nikogo — oznajmiła, ukrywając znów kamyk we włosach. — Ale powinniśmy wciąż zmierzać na północ. Cel jest tam cały czas.

Wąs wdrapał się po nodze Nassiego na sam czubek jego głowy i, jak zwykle, zwinął się tam w kłębek. Koto-ważka niepewnie spojrzała na swojego nowego kolegę. Przysunęła się do buta Nassiego i trąciła go łapą, sprawdzając, czy aby na pewno jest to bezpieczne, ale zanim choćby spróbowała wspinaczki, wojownik schylił się i wziął ją ostrożnie na ręce. Zamarła w przerażeniu. Wąs spojrzał na nią ze swojego miejsca na czubku głowy i miauknął. Koto-ważka chyba nieco się uspokoiła.

— Zaraz załatwisz sobie cały zwierzyniec — zauważył Queelo kpiąco, wciskając dłonie do kieszeni spodni. — Otwierasz jakieś schronisko dla inferów czy co?

— Zawsze chciałem mieć zwierzaka w domu — odpowiedział wojownik całkiem szczerze, zaczynając delikatnie głaskać kota w ramionach. — Ale się nie da. W mieście praktycznie nie ma żadnych zwierząt, a poza barierą spotyka się tylko infery. Więc skoro te są przyjazne, to czemu miałbym ich adoptować?

— Zeżrą cię we śnie.

— Jak już sobie założę schronisko — ciągnął dalej — to możesz mnie odwiedzić, wiesz? Ty i Mikky. Infery będą się do was tulić i was witać, i wtedy będziecie musieli mi przyznać rację.

Queelo prychnął.

— Nie prychaj mi tu! Zobacz, jaki jest przyjazny!

Wyciągnął koto-ważkę w stronę twarzy Queelo, a ta znów wydała z siebie ten dziwny dźwięk, wpatrując się uważnie w jego nos. Queelo odruchowo się odsunął, ale infer faktycznie nie zamierzał atakować. Tylko patrzył.

— Teraz nie jest głodny — zauważył.

— Powinieneś go nazwać! — nie przestawał Nassie, podchodząc bliżej, żeby praktycznie wcisnąć zwierzę koledze w twarz. — Patrz, jaki słodziak! Chce się z tobą zaprzyjaźnić!

Infer faktycznie zaczął trącać swoją łapką Queelo, jakby chciał mu coś powiedzieć. To było irytujące. Chciał się odsunąć, ale wtedy Nassie znowu wcisnąłby mu zwierzę, ten typ bywał nieznośnie uparty. Poza tym, gdyby odszedł za daleko, mógłby zacząć przypadkiem iść w zupełnie innym kierunku niż reszta grupy, a tym wolał nie ryzykować. Już i tak szli nieco z boku.

— Naazwij go — nalegał Nassie, nie milknąc ani na chwilę.

— Dobra, już! — nie wytrzymał w końcu Queelo. — Ale weź go z mojej twarzy!

Wojownik natychmiast to zrobił, choć ku wyraźnemu niezadowoleniu samego zwierzaka. Tak jakby przyciskanie do twarzy było tym, czego potrzebował. Dziwaczne.

— Noo więc?

— Muszę się zastanowić — warknął Queelo, krzyżując ramiona. — Nie każdy bierze pierwsze lepsze imię, jakie mu wpadnie do głowy. Potem twoje zwierzaki nazywają się głupio.

— Wąs nie jest głupim imieniem — obraził się Nassie. — Jest świetne!

— To tak, jakbym nazwał swoje dziecko „Rzęsa”. Idiotyczne.

— Uszek.

— Co Uszek?

— Tak można go nazwać — powiedział z uśmiechem Nassie, drapiąc zwierzę za uchem. — Uszek. Uszek okruszek. Urocze imię.

— Beznadziejne. Nie umiesz wymyślać imion.

— Dlatego to ty masz go nazwać!

— Poza tym to jest samica.

Nassie spojrzał na zwierzaka ze zdziwieniem. Widać było, że chwilę zajęło mu przetworzenie tej informacji w mózgu, ale w końcu mu się udało.

— No tak, przecież samce Zajadajek są malutkie. Zupełnie o tym zapomniałem! Jakim cudem ty takie rzeczy pamiętasz?

— Mam dobrą pamięć.

— No to tym bardziej ty musisz JĄ nazwać — zauważył entuzjastycznie, dla odmiany zaczynając kołysać zwierzątkiem, jakby to było małym dzieckiem. — Gdyby nie ty, nosiłaby męskie imię. To mogłoby być dla niej przykre.

Queelo darował sobie kolejne złośliwe komentarze. Jeśli przeciągałby jeszcze dłużej wybieranie tego idiotycznego imienia, usłyszałby więcej głupich odpowiedzi i tekstów, od których rozbolałaby go głowa. Problem polegał na tym, że miał ani jednego pomysłu. Nie robił sobie w głowie spisów imion dobrych dla zwierzaków, bo nigdy nie zamierzał żadnego mieć. Chciał żyć w spokoju i samotności do końca swoich krótkich dni, dokładnie tak, jak na to zasługiwał.

— Tokka — wypalił, wybierając pierwsze lepsze imię z pamięci.

Ihoo kaszlnęła gdzieś w pobliżu. Nassie za to spojrzał na niego krzywo.

— To ludzkie imię. A to jest mała inferka.

— Więc nie może mieć ludzkiego imienia?

— To by było nawet zabawne. Infer mający imię, które ma rzekomo odstraszać potwory.

— Że co?

— Nieważne. Wybierz inne. Takie, jakie byś wybrał dla kotki.

— Kot.

— A tak serio?

— Pojęcia nie mam! — zirytował się Queelo. — Skąd mam wiedzieć, jak się nazywa koty? Nazwij ją Echo czy jakkolwiek inaczej głupio zamierzasz wybierać imiona dla zwierzaków!

Przyspieszył kroku i opuścił w końcu bok Nassiego, który był wyraźnie zaskoczony. Na całe szczęście nie męczył już dalej nikogo swoim nowym zwierzakiem, tylko szedł w ciszy, wciąż go tuląc, niczym małe dziecko. Queelo, żeby się odstresować, wyjął swój nowy notatnik i sprawdził, czy ktokolwiek się na ten temat odezwie, ale wszyscy siedzieli cicho. Nikt nie stwierdził, że to jego i że potrzebuje. Czyli Queelo przejmował to na własność. Idealnie.

Wyjął długopis z torby. Czas coś zapisać w tym pustym zeszycie. Bycie pustym musiało być bardzo smutne.


Rozdział XII

Noc strachu

Data: 21/22 września 31r.

Zwłoki należy bezzwłocznie spalić, a prochy rozsypać, najlepiej w różnych, oddalonych od siebie miejscach. Inaczej dusza nie zazna spokoju i może zostać przejęta przez siły nieczyste.
Chybabym wolał umrzeć pocięty na kawałki niż spalony.


Gdzieś w połowie ich drogi przez równinę, Feiily w końcu odczytała jakoś informację, że powinni skręcić w stronę mniej kamienistego terenu i zacząć kierować się bardziej na wschód, niźli północ. Po drodze widzieli kilka dziwnych inferów, ale wszystkie obserwowały ich grupę z daleka i nie zamierzały podchodzić bliżej, więc i grupa się do nich nie zbliżała. Nie potrzebowali więcej zamieszania. Wojownicy udawali, że absolutnie nic im nie jest, choć wyraźnie było widać, iż są zmęczeni. Queelo i Feiily nie mieli takich problemów i bardzo głośno wyrażali swoje niezadowolenie.

Tym razem nikt nie był w stanie znaleźć przytulnej jaskini, w której wszyscy byliby bezpieczni, więc rozbili małe obozowisko między dwoma nieco wyższymi pagórkami. Queelo wydało się to dziwne, ale nie kwestionował tych wyborów. W końcu to nie on miał pilnować tego wszystkiego. Rozpalili niewielkie ognisko pośrodku i próbowali zmajstrować jakieś porządne jedzenie z dziwacznych składników, które im jeszcze zostały. Dwa koty usiadły w bezpiecznej odległości od ognia i przyglądały się mu świecącymi oczami, nie zwracając uwagi na nic innego.

Allois i Ihoo kłócili się o dobór jedzenia.

— Może jeszcze kamieni tam nasyp! — wkurzyła się Ihoo, wskazując na garnek, w którym gotowała się zupa. To zawsze była zupa. Tylko na to mieli składniki. — Jak tak bardzo brakuje ci wykwintnych obiadków, to sobie wracaj do Twierdzy!

— Wystarczy tylko listek mięty…

— Mięty! Do zupy! Ty nienormalny jesteś! Sam się tym truj!

— Mięta nie jest trująca. Dodaje smaku.

— Chyba smaku pasty do zębów. Trzymaj się z tym z daleka od garnka!

— Ta zupa będzie bez smaku.

— A zatem nie dajesz mi wyboru — powiedziała Ihoo, nakładając na twarz grobową minę.

— Nie zrobisz tego! Nawet nie próbuj…

— To jest rozkaz.

Allois wyraźnie nie był zadowolony z takiego przebiegu wydarzeń, ale nie powiedział nic więcej, tylko odwrócił się napięcie i odszedł. Ihoo patrzyła za nim chwilę, po czym wróciła do przygotowywania zupy. Queelo siedział z boku, starając się nie wdychać zapachu potrawy. Najadł się całkiem niedawno, nie potrzebował tego jedzenia. Nie potrzebował tego jedzenia, nie potrzebował go wąchać. W ogóle. Mógł się bez niego obejść. Mógł się obejść.

— Trzeba rozdzielić warty — stwierdził Nassie, podchodząc do ogniska. — Okolica wydaje się w miarę bezpieczna, ale nie wiadomo, co tu może się w nocy pojawić. Moim zdaniem, powinniśmy pełnić wartę we dwie osoby, żeby…

— Nic nas tu nie zaatakuje — przerwała mu Feiily, nalewając sobie zupy. — Te ziemie są skażone krwią przodków. Nikt nie ośmieli się przelać kolejnej.

Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Wyglądała o wiele bardziej złowieszczo, oddalona nieco od ogniska, ze światłem padającym na nią z dołu. Trochę jak zjawa z jakiegoś horroru. Błyszczące niepokojąco kamienie w jej włosach jeszcze bardziej nadawały takiego wrażenia. Jakby uwięziono w nich jakieś duchy. Wrzeszczące w agonii dusze, niemogące się wydostać. Queelo potrząsnął głową. Nie mógł myśleć w taki sposób.

— Możesz wytłumaczyć? — zapytał Nassie, widząc, że nikt inny nie zamierza zadać tego pytania na głos.

Wiedźma nie podniosła wzroku.

— Miejsca splamione krwią przodków odpędzają wszystkie istoty o zamiarach krwiożerczych. Jeśli ktoś spróbuje przelać kolejną krew w tym miejscu, zostanie obłożony straszliwą klątwą. Więc trzymają się z daleka.

Nassie spojrzał na dwa koty, skulone niedaleko ogniska.

— One jakoś nie uciekają — zauważył.

— Bo nie mają krwiożerczych zamiarów, głuchy jesteś?

— Nie rozumiem — przyznał, siadając obok wiedźmy. Spojrzała na niego złowieszczo, ale się nie odsunął. Człowiek o wielkiej odwadze i jeszcze większej głupocie. Jakim cudem on jeszcze nie leżał martwy w jakimś rowie? — Niby jak przelanie jakiejkolwiek krwi miałoby odstraszać potwory? Krew je przecież przyciąga. Są jak rekiny, czują ją z daleka.

— Unosi się ponad ziemią — powiedziała, zupełnie nie odpowiadając na pytanie. — Zapach krwi przelanej setki lat temu. Musiała się tu wydarzyć wielka tragedia. Powiedziałabym, że bitwa, one najbardziej naznaczają miejsca klątwami. Toczona o coś bezsensownego w tamtym czasie.

— Nie wiedziałem, że dzisiaj mamy wieczór opowiadania strasznych opowieści — mruknął Allois, siadając po drugiej stronie ogniska z miską zupy, do której dorzucił sobie liść mięty. Spojrzał kątem oka na Ihoo, ale ta nie zareagowała, zajmując miejsce nieco dalej.

Dwa koty ostrożnie zbliżyły się i wcisnęły się na kolana Nassiego. Widząc, że wszyscy gromadzą się wokół ogniska, Queelo niechętnie też przysunął się bliżej. Nie chciał jeszcze bardziej odstawać od grupy. Już i tak był wśród nich zbyt wielkim dziwakiem. Mimo że przysiadł się bliżej, owinął się szczelniej swoim kocem, jakby zrobiło mu się zimniej. Ktoś zaproponował mu miskę, ale odmówił, kręcąc głową.

Feiily wyjęła kamyk z włosów i zaczęła się mu przyglądać, jakby chciała dodać większego dramatyzmu sytuacji. Najwyraźniej już doskonale wczuła się w rolę.

— Ludziom wydaje się, że magia nie ma nic wspólnego z ich zwykłym, codziennym życiem — zaczęła ponuro. — Tak też było i kiedyś. Ludzie toczyli między sobą walki o zupełnie bezsensowne rzeczy. Pieniądze, gdy mieli ich pod dostatkiem. Władzę, gdy sami posiadali już ogromną w rękach. Ziemię, kiedy mieli więcej terenu, niż potrzebowali. Zbierali ogromne wojska i ścierali się ze sobą w miejscach takich jak to, przelewając tony krwi niewinnych, by skończyć z niczym. Latami ziemia nasiąkała ofiarami, naznaczona ich duchami, aż przejęła na siebie ich cierpienie. Nad każdym z takich miejsc krążą duchy umarłych, gotowe potępić każdego, kto naruszy ich spokój kolejnym rozlewem krwi. Powiada się nawet, że wieczorami, gdy jest wystarczająco cicho, można usłyszeć ich głosy, wypowiadające zdania w starodawnym języku, brzmiące niczym szum wiatru.

Wszyscy się w nią wpatrywali, ale wiedźma siedziała cicho, chyba już zakończywszy swoją historię. Słychać było tylko trzask ogniska. A potem Nassie prychnął.

— To ma być straszna historia? — zapytał z drwiną.

— To fakty — odpowiedziała mu spokojnie Feiily, ukrywając kamień w kieszeni. — Te miejsca są przeklęte. To także.

— Mogę opowiedzieć lepszą straszną historię! — powiedział, dumnie wypinając pierś. — Pytanie tylko, czy chcecie. Nie będziecie mogli po niej spać.

Miał na twarzy wredny uśmieszek zwiastujący kłopoty. Ihoo westchnęła i wstała.

— Opowiadajcie sobie historie, ja nie mam na to czasu — oznajmiła bez emocji. — Idę pilnować, czy nic się do nas nie zbliża. Klątwy, nie klątwy, trzeba mieć się na baczności.

Odeszła, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek jej odpowiedzieć. Nassie tylko wzruszył ramionami.

— No nic, opowiem jej kiedy indziej. Ktoś jeszcze nie chce słuchać?

Spojrzał po wszystkich, ale nikt się nie odsunął. Queelo miał ochotę, ale znając życie, nawet gdyby się położył i próbował zasnąć, to i tak słyszałby ten irytujący głos, opowiadający jakąś historię. Nie zabrał ze sobą zatyczek do uszu, nie myślał, że mu się przydadzą do czegokolwiek na takiej wyprawie. Musiał o tym pamiętać na następny raz.

— Historia, którą wam opowiem, jest w stu procentach prawdziwa — powiedział Nassie tajemniczym tonem, udając, że trzyma latarkę w dłoni. — Dawno, dawno temu, kiedy miałem jeszcze jakieś dziesięć lat, lubiłem błąkać się po Twierdzy.

Allois przewrócił oczami i wymamrotał coś pod nosem, słysząc ten początek. Najwyraźniej już słyszał tę historię, bo położył się na boku, jakby zamierzał iść spać.

— Ej, nie zasypiaj, jeszcze porządnie nie zacząłem!

— Znów będziesz opowiadał o tym duchu — mruknął Allois, przewracając się na drugi bok, tak że było widać jego plecy. — Wszyscy wiemy, że to ty wtedy straszyłeś po nocach. Daruj sobie.

— Wcale nie!

Nassie wbił w kolegę wściekłe spojrzenie, ale ten nijak nie zareagował i po prostu zasnął. Wojownik siedział tak jeszcze chwilę w ciszy, krzywiąc się przy tym, po czym odchrząknął i wrócił do swojej opowieści.

— No więc, jak mówiłem, miałem dziesięć lat i byłem bardzo ciekawski i bardzo głupi.

— Nie za wiele się zmieniło — zauważyła Feiily pod nosem, a Queelo parsknął cicho.

— Twierdza jest wielka — kontynuował, udając, że tego nie usłyszał, choć usłyszeć musiał — a kiedy jest się małym, to wydaje się jeszcze większa. Ma pełno ukrytych pokoi, do których nikt nie ma wstępu, pełno takich, o których wszyscy już zapomnieli, a jeszcze więcej tajemnych korytarzy, pokrytych kurzem i pajęczynami, w które nikt nie śmie się zapuszczać. A przynajmniej nikt o całkowicie zdrowych zmysłach. Będąc ciekawskim, kiedyś udało mi się znaleźć przejście do jednego z takich korytarzy w bibliotece. Tak bardzo mnie to ucieszyło, że zacząłem tam chodzić często i odkrywać kolejne przejścia. Zrobiłem sobie nawet małą mapkę. Mikky, Aiiry i Allois oczywiście próbowali mnie powstrzymywać, ale kto w moim wieku słuchałby się jakichś głupich starszych.

Przerwał na chwilę, żeby rzucić spojrzenie plecom Alloisa. Ten mruknął coś pod nosem, ale najwyraźniej nie chciało mu się rozmawiać, bo nie powiedział absolutnie nic.

— No więc — Nassie poprawił rękawy swojej marynarki — uzależniłem się od chodzenia po korytarzach, zwłaszcza w nocy. Zawsze panowała cisza i spokój i jedyne, na kogo trzeba było uważać, to sprzątacze, którzy pilnowali porządku. Czasem się trafił jakiś wojownik, ale mało kiedy, wszyscy normalni wtedy raczej spali. Uwielbiałem chodzić do biblioteki i wyszukiwać jakieś książki… cóż… na pewno niezbyt odpowiednie dla dzieciaka, jakim byłem. Za dnia bibliotekarze nigdy mi nie pozwalali ich tykać, ale nocą nikogo nie było, więc nie miał mnie kto powstrzymać. No to zacząłem sobie robić takie nocne wycieczki.

Zamilkł na chwilę i wydał z siebie coś, co brzmiało jak wymruczane pod nosem „tururu”. Jakby w ten sposób próbował budować nastrój. Queelo przewrócił oczami.

— Pewnej takiej nocy — nagle Nassie obniżył głos i mówił zdecydowanie ciszej — kiedy wichura biła w okna, a deszcz bębnił o dachy, nie mogłem spać. Wyślizgnąłem się więc z sypialni i znów poszedłem na swoje zwiady. Na korytarzach panowała kompletna cisza, nawet sprzątacze gdzieś poznikali, a więc byłem zupełnie sam. Przechodząc tymi wielkimi halami, miałem wrażenie, że wszystkie posągi i portrety śledzą mnie wzrokiem, ale wmawiałem sobie, że to tylko przeczucie. Mimo to szedłem najciszej, jak się dało, starając się nie wydać z siebie dźwięku. Nie musiałem nawet zapuszczać się w tajemne przejścia, ponieważ droga była całkowicie pusta. Powoli, ale w końcu dotarłem do ogromnych wrót biblioteki i myślałem, że wtedy będę musiał uciekać się do szukania sekretnego przejścia. Ale. Drzwi biblioteki były otwarte na oścież.

Dał wszystkim chwilę, na przyswojenie sobie tego faktu, a w głowie Queelo uformowała się nowa myśl. Najwyraźniej Nassie nie miał bladego pojęcia, jak się faktycznie opowiada historie i robił cały czas te idiotyczne przerywniki, myśląc, że w ten sposób nada jakiegoś strasznego klimatu, ale to w ogóle nie działało.

— Już wtedy powinienem był się zorientować, że coś jest nie tak — powiedział Nassie zbolałym tonem. — Ale nie zwróciłem na to w ogóle uwagi, tylko jak gdyby nigdy nic wszedłem do środka, oczywiście wciąż zachowując maksymalną ciszę. Rozejrzałem się, ale absolutnie nikogo nie było, schowałem się więc między półkami, żeby poszukać czegoś ciekawego. Już sięgałem po książkę, kiedy nagle rozległ się zgrzyt. Cichutki, prawie niesłyszalne skrzypnięcie podłogi, którego na pewno nie zrobiłem ja. Ktoś tam był razem ze mną. Obróciłem się gwałtownie, ale nikogo nie zauważyłem, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Zza pobliskiej szafki dochodził taki lekki, tańczący blask, jakby ktoś przyniósł ze sobą świeczkę. Pomyślałem sobie więc, że to po prostu jakiś idiota, który nie umie się zakradać i że dam mu nauczkę. Tak więc po cichu podkradłem się do szafki i wyjrzałem zza niej, żeby zobaczyć, który kretyn był tak nieostrożny. Ale to w ogóle nie był człowiek.

I znów przerwa. To nie było straszne, to było irytujące.

— Stała tam spokojnie. Najbardziej przerażająca istota, jaką kiedykolwiek widziałem. I spoglądała prosto na mnie, jakby od samego początku wiedziała, że tam jestem. Miała całkowicie białą skórę, złote oczy, blond włosy i absolutnie zero życia. Nie miała przy sobie żadnego światła, cały ten dziwny blask dochodził prosto z niej. Unosiła się kilka centymetrów nad ziemią. Zamarłem w miejscu na ten widok. A ona wciąż patrzyła prosto na mnie i zaczęła się uśmiechać. Zamiast zębów miała kły.

Wziął głęboki oddech i zrobił minę, jakby opowiadanie tej historii sprawiało mu dużo bólu. To po co w takim razie w ogóle ją wyciągał?!

— Wtedy się przestraszyłem i uciekłem — dokończył Nassie, wzruszając po prostu ramionami. — Rano oczywiście nikt mi nie uwierzył. Znaczy niby były osoby, które też widziały jakąś blond postać, ale kiedy zaczynałem o tym opowiadać, wszyscy stwierdzili, że to byłem ja. Uwierzycie?

Rozejrzał się po towarzystwie, żeby zobaczyć, że Feiily zdążyła zasnąć w trakcie jego opowieści. Queelo też był tego bliski, ale na jego nieszczęście nie umiał spać, kiedy ktoś nawijał mu nad uchem. To byłaby przydatna umiejętność.

— Beznadzieja — stwierdził. — Po prostu miałeś jakieś przewidzenia.

— No właśnie nie! — zezłościł się Nassie, aż Wąs siedzący na jego kolanach podskoczył. Najwyraźniej kot też już spał. — Ona serio tam była!

— Nie ma żadnych blondynów poza tobą.

— Ale byli! — odpowiedział gwałtownie i zrobił ruch, jakby chciał wyciągnąć jakąś książkę, ale zorientował się, że niczego nie ma przy sobie. — Sprawdziłem wszystkie książki historyczne i mój przypadek wcale nie jest pierwszym, po prostu poprzednie były dość dawno temu i ludzie zdążyli o tym zapomnieć. Jakieś trzysta lat temu żyła kobieta, której włosy według opisu były „koloru słońca”. Uważali ją za boginię. Wcześniej też były takie przypadki, ale tylko ten tak dobrze ktokolwiek opisał.

— Kogo to obchodzi? — mruknął Queelo, opierając głowę o dłoń. — Sam mówiłeś, że duchy zmarłych nie mogą straszyć.

— Nie kłamię! Jak jesteś taki mądry, to sam opowiedz straszną historię — odparł Nassie, obrażonym tonem, krzyżując ramiona.

— Nie znam żadnych. Poza tym mi się nie chce.

— Na pewno coś znasz. No dalej.

— Co jest z tobą nie tak?

— Jestem osobą, która umie odczytywać, co ludzie sobie myślą, ale i tak to ignoruję i robię rzeczy, które ich irytują, dla swojej własnej satysfakcji.

— To było pytanie retoryczne, poza tym zdążyłem to zauważyć.

— Opowiedz coś. No dalej.

— Wiesz, czemu w trakcie choroby ścina się włosy? — zapytał więc, odruchowo sięgając, żeby pokazać swoje włosy, tak jakby Nassie miał nie wiedzieć, o co może chodzić.

Wojownik uniósł brwi ze zdziwienia.

— W sumie nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale miałeś opowiadać historię, a nie podawać mi ciekawostki. Nie wykręcaj się!

— Nie wykręcam. Był kiedyś mężczyzna, młody lekarz, który pluł na higienę pracy i uważał ją za niepotrzebną, za to bardzo lubił się chwalić swoimi pięknymi, długimi włosami. Już wtedy znali dziwną, białą bakterię, którą potem nazwali czepiaczem. Nie wiedzieli, co dokładnie robi, ale nie chcieli tego sprawdzać i jak tylko pojawiła się u kogoś na włosach, od razu golili go na łyso i zamykali do kwarantanny na kilka dni, tak dla pewności. To zapewniało spokój zarówno lekarzom, jak i pacjentom. Ale naszemu lekarzykowi to nie wystarczyło i postanowił sprawdzić, co robi bakteria na własnej skórze, mimo tego, że wszyscy mu to odradzali. Tak więc zaraził się tym paskudztwem i jego włosy powoli zaczęły robić się białe.

Queelo zrobił celową przerwę, żeby zirytować Nassiego, ale ten w ogóle nie wyglądał na zdenerwowanego. Siedział tylko i wpatrywał się w usta Queelo, czekając na każde słowo, jakie z nich wyjdzie.

— Przez kilkanaście dni nic się nie działo, mężczyzna stracił tylko trochę siły, ale było to dla niego jak zwykłe zmęczenie. Gdy została mu już tylko jedna, mała plamka na włosach, z zadowoleniem zapisał swoje spostrzeżenia w dzienniku, kpiąc sobie z wszystkich innych lekarzy, którzy uważali tę bakterię za wyjątkowo groźną. Odłożył dzienniczek na półkę i z uśmiechem na ustach poszedł spać.

— I koniec — dokończył za niego Nassie, przeciągając się. — Faktycznie nie umiesz w stra…

— Nie skończyłem — syknął ze złością Queelo, strasząc oba koty. Wąs i Echo przytuliły się bardziej do Nassiego. — Nie przerywaj mi z łaski swojej, ja ci nie przerywałem. No więc — odchrząknął. — Lekarz położył się z uśmiechem na twarzy, w swoim łóżeczku, wygodnie i przytulnie i poszedł spać. Rano też się tam obudził, ale coś było nie tak. Obok niego leżała jakaś osoba, której nie poznawał, a w powietrzu unosił się niepokojący zapach. Poza tym pościel, w której leżał, była dziwnie mokra. Wstał i zobaczył, że jego łóżko jest całe we krwi, a on, będąc w nim, także się nią ubrudził. Jednak nie miał żadnej rany na swoim ciele. Za to kobieta obok niego była martwa. To zdecydowanie była jej krew. Chciał wybiec z domu i powiadomić o tym kogoś, ale w holu znalazł kolejne nieznane mu ciała martwych osób. Wszystkie one były w jego domu i leżały w kałużach krwi.

— Któryś lekarz się zezłościł? — spróbował zgadnąć Nassie, zupełnie zapominając o tym, że miał nie przerywać.

Queelo pokręcił głową.

— Bakteria wżarła się w jego mózg i w bólu wymordował wszystkich tych ludzi, po czym zeżarła jego wspomnienia. I o tym wydarzeniu i o tym, że byli jego rodziną i mieszkali razem z nim. Policja go zgarnęła i zamknęli go w najciemniejszym, najbardziej odizolowanym lochu, jaki wtedy mieli, żeby nikt inny nie był narażony na niebezpieczeństwo. Z dnia na dzień zapominał coraz więcej i coraz bardziej tracił rozum, aż w końcu umarł w samotności, próbując przegryźć pręty celi swoimi zębami, tak bardzo mu odbiło.

Nassie nie wyglądał na zadowolonego tym zakończeniem.

— Wymyśliłeś to — oskarżył go ze złością, ale sięgnął odruchowo do swoich włosów.

— Może wymyśliłem — prychnął Queelo, wzruszając ramionami, po czym rzucił wojownikowi chytre spojrzenie. — A może nie. W końcu z jakiegoś powodu się obcina włosy, no nie? Na twoich blond włosach chyba trudno by było zauważyć jakieś białe plamy — dodał z fałszywą troską, przechylając nieco głowę. — Powinieneś uważać. Nigdy nie wiadomo, kiedy zapomnisz całe swoje życie. To dopiero byłoby nieszczęście. Kolorowych snów.

Złapał za kocyk i położył się na ziemi, zupełnie ignorując dziwaczny wyraz twarzy Nassiego. Poczuł jakąś dziwną satysfakcję, wiedząc, że w jakiś sposób wystraszył wojownika. W końcu sam się o to prosił, tak? Miał za swoje.


Rozdział XIII

Krwawe ścieżki

Dnia: 22 września 31r.

Ciekawe, czy umieranie mocno boli.
Oby nie.


Queelo spał doskonale i nie miał żadnych przerażających snów, wywołanych strasznymi opowieściami. Tak samo, jak i reszta grupy. Jedyną osobą, na którą poprzedni wieczór jakkolwiek wpłynął, był sam pomysłodawca zabawy. Nassie wyglądał, jakby umarł, ale przypomniał sobie, że jednak ma niewypełnione obowiązki, więc wykopał się sam z grobu, żeby je wypełnić. Oczy miał podkrążone, jego skóra była jeszcze bledsza niż wcześniej, a włosów po raz kolejny nie chciało mu się związywać, więc kosmyki latały na wszystkie strony. Wąs próbował wypełniać swoje obowiązki czapki, ale nawet on nie mógł sobie poradzić z taką ilością. Echo uznała, że najlepszym miejscem będzie ramię wojownika i tam się usadziła, chowając się prawie całkowicie za czupryną.

Szli chwilę przez pagórkowaty teren, żeby powoli zacząć trafiać do niepokojącego wąwozu. Ściany może nie były jakieś wyjątkowo wysokie, ale od samego miejsca biła dziwna energia, każąca mu natychmiast zawrócić i uciec. Queelo rozejrzał się po grupie, żeby zobaczyć, jak reszta też to robi. Czyli nie tylko on to wyczuwał.

— Splamione krwią — powtórzyła Feiily, jakby umiała czytać w myślach. — Aura tu jest wyjątkowo mocna. Decydująca bitwa, to najbardziej możliwe. Nie powinniśmy tu wszczynać walk. Każdy akt agresji zostanie surowo ukarany.

Nawet Nassie, który poprzedniego wieczora kpił sobie z jej wyjaśnień, skulił ramiona i puścił rękojeść miecza. Może to przez niewyspanie się, a może przez słowa wiedźmy, ale chyba nie zamierzał ryzykować. Ihoo przysunęła się bliżej brata, jednak też nie tknęła swojej broni.

— Nie podoba mi się tu — powiedziała do niego cicho. — Nie sądzę, żeby babcia szła kiedykolwiek tą drogą.

— Mogła nie iść — odpowiedziała jej wiedźma, zwalniając kroku i zrównując się z nią. W dłoni trzymała swój kamień. — Zaklęcia pokazują najprostszą drogę, którą można dotrzeć do celu, nie drogę, którą cel się poruszał.

— Magia jest beznadziejna — podsumował Queelo, odsuwając się od Feiily, ale ta nie zamierzała na tym zakończyć.

— Magia to tylko narzędzie — prychnęła i sięgnęła wolną ręką po inny kamień. — Poza tym zaklęcia tropiące są najniższym i najprostszym poziomem magii. Każdy głupi mógłby się tego nauczyć. Wyższym poziomem magii jest wróżenie.

— Nie wróż nam — odezwał się natychmiast Nassie. — Nienawidzę wróżenia.

— Oho? — zdziwił się Queelo, patrząc na niego. — A ja myślałem, że uwielbiasz magię.

— Wróżenie jest bez sensu. Nie dość, że nie mówi nic przydatnego, to jeszcze wszyscy zawsze to ubierają w takie tajemnicze słowa, które można zrozumieć na tysiąc sposobów. Poza tym wróżbici odczytują tylko jedną ścieżkę przyszłości, a ta może się potoczyć zupełnie inaczej.

— No i Nassie ma traumę z dzieciństwa — dodał Allois z rozbawieniem.

— Nie mam żadnej traumy!

— Traumę? — zdziwiła się Feiily. Najwyraźniej i ona słyszała o tym po raz pierwszy. — Wspaniały, nieskazitelny wojownik ma jakąś traumę?

— Daruj sobie ten sarkazm — warknął Nassie. — Poza tym mówię, nie mam żadnej traumy, po prostu uważam wróżenie za głupie. Nikt nie umie odczytać przyszłości. To bez sensu.

— Jak byliśmy młodsi — zaczął Allois, zupełnie ignorując kolegę — to w mieście zrobili jakiś kolorowy targ, nie pamiętam nawet, z jakiej okazji i postanowiliśmy się przejść, tak z ciekawości. Było tam pełno oszustów, podających się za wróżbitów. Może prawdziwi też byli, ale kto by ich tam odróżniał.

— Nie istnieją prawdziwi wróżbici — sprostowała to Feiily. — Nikt ci w stu procentach idealnie nie odczyta przyszłości.

— Mniejsza o to. I była taka jedna, strasznie miła i strasznie stara babcia na jednym ze stanowisk, a wyglądała jak stereotyp wróżki, więc poszliśmy do niej. Nassie się uparł, że chce być pierwszy i nie dawał nam spokoju, więc mu pozwoliliśmy. Ledwo jeszcze sięgał blatu stołu, był taki malutki.

— Teraz to ty jesteś malutki — zauważył z niechęcią Nassie, idąc na samym przodzie, obrażony, że ktoś ośmiela się go obgadywać. To tylko sprawiało, że chciało się go obgadywać jeszcze bardziej.

— Wróżka chyba była bardzo zadowolona z jego widoku, nie wiem czemu, może wyglądał na uroczego dzieciaka i chciała go pocieszyć czy coś. Więc powiedziała mu, że znajdzie sobie piękną żonę, która będzie go kochała i będą mieli razem szóstkę dzieci. Żebyście widzieli jego twarz, jak to usłyszał! Rozpłakał się i uciekł do pokoju, schować się pod kołdrą. Ze trzy godziny musieliśmy go uspokajać, aż w końcu odważył się wyjść!

— I nadal nie mam żony! — odezwał się Nassie ze złością, w końcu się do nich odwracając i zaczynając iść tyłem. — I nie zamierzam mieć. Nigdy. Wróżenie to jedna wielka ściema. Mówią ci to, co według nich chcesz usłyszeć. Tak to ja też umiem.

— To może zaczniesz — prychnął Queelo. — To byłaby miła odmiana od twojego wkurzania wszystkich.

Reszta grupy zaśmiała się, jakby powiedział coś śmiesznego. Queelo spojrzał po nich, zupełnie nie rozumiejąc. Wcale sobie nie żartował. Nassie zmrużył oczy, po czym dumnie się obrócił, zamiatając powietrze włosami. Najwyraźniej niezbyt mu się to spodobało. Queelo wpatrywał się chwilę w Wąsa, siedzącego na jego głowie, po czym stwierdził, że w sumie wszystko mu jedno. Wzruszył ramionami i zajął się swoimi myślami.

Rozglądając się dookoła, był w stanie zauważyć kilka ciekawskich spojrzeń, skierowanych na ich grupę. Malutkie infery zbliżały się do krawędzi i patrzyły na nich z góry, w ciszy i skupieniu, jednak żaden nie ośmielił się bardziej zbliżyć.

— Twoja aura jest jakaś ponura — odezwała się Feiily tuż obok niego. Wzdrygnął się. Nie zdawał sobie sprawy, że wiedźma znajduje się tak blisko. — Nie masz zbyt wesołej przyszłości.

— Próbujesz mi wróżyć? — zdziwił się Queelo. — Nie przepadam za magią, więc gdybyś…

— Powinieneś uważnie stawiać kroki — powiedziała, w ogóle go nie słuchając. Jakby była w jakimś transie. — Wyczuwam zbliżający się nieunikniony koniec, na każdej ścieżce, którą chcesz pójść. Nie ma ucieczki. Spisałeś już testament?

Wszyscy zatrzymali się i spojrzeli na niego. Allois ze zdziwieniem, Nassie z przerażeniem, a Ihoo ze współczuciem. Koty także wyglądały, jakby było im smutno z jakiegoś powodu. Przecież nie mogły zrozumieć ludzkiej mowy, prawda. Wszystkie te spojrzenia wkurzyły Queelo. Zacisnął dłonie w pięści.

— Tak, jakbym miał cokolwiek po sobie pozostawić — odpowiedział z drwiną, piorunując wiedźmę spojrzeniem. — Nie prosiłem się o wróżbę, więc z łaski swojej mi nie wróż. Zwłaszcza mojej śmierci, rozumiemy się?

— To poważna sprawa — odezwał się Allois z pewnym niepokojem. — Też wiem, że wróżby rzadko kiedy się sprawdzają, ale nie możesz tego aż tak lekceważyć, skoro jakaś szansa na to jest.

— Oczywiście, że mogę. I zrobię to.

Feiily przechyliła głowę.

— Wiedziałeś o tym wcześniej. — To nie było pytanie. Wpatrywała się w niego z dziwnymi emocjami, których nie był w stanie odczytać z jej twarzy, więc nawet nie zamierzał spróbować.

Queelo warknął i wcisnął dłonie do kieszeni. Coraz mniej podobało mu się, w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa. Nie znosił rozmawiać o sobie. Nie był ciekawą osobą, poza tym nie zamierzał się dzielić własnym życiem z nikim innym, to były jego prywatne sprawy!

— Daj mi spokój — odpowiedział tylko i ruszył z miejsca, omijając ich wszystkich. — Marnujemy tylko czas.

— Ale to ważne! — Nassie natychmiast doskoczył do jego boku. Nie próbował go zatrzymywać, ale odpuścić też raczej nie zamierzał. — Co to znaczy? Czy ty umierasz?

— To nic nie znaczy! Sam mówiłeś, że wróżenie to ściema, więc się tego trzymaj.

— Tak, bo zwykle wróżbiarze mówią miłe rzeczy, żeby wyciągnąć pieniądze. To zdecydowanie nie była przyjacielska ściema.

— To może się zdecyduj, jakie masz zdanie, zanim zaczniesz się wypowiadać — syknął Queelo. — Idź i znajdź sobie żonę, zamiast martwić się mną. Skoro ja mam umrzeć przez wróżbę, to ty się ożenisz przez wróżbę.

— Nie zamierzam się żenić.

— A ja nie zamierzam umierać, miło, że sobie to wyjaśniliśmy.

Nassie wyraźnie jeszcze chciał coś powiedzieć, ale nie miał pojęcia co, więc zamknął usta. Allois też chyba zamierzał się odezwać, ale wściekłe spojrzenie Ihoo go powstrzymało. Cokolwiek myślała sobie siostra Queelo, nie podzieliła się tym z nim. Całe szczęście. Przynajmniej ona wiedziała, jak bardzo nie lubił rozmawiać o takich rzeczach i siedziała cicho. Tak po prostu. Był jej za to wdzięczny.

— Powinniśmy skręcić — zatrzymała ich po raz kolejny Feiily.

Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem.

— Niby jak skręcić? — zdziwił się Nassie. — Jesteśmy w wąwozie. Mamy się wspinać po ścianach? Poza tym sama mówiłaś, że musimy iść tędy.

— Skręcić. Natychmiast!

Nie wyglądała, jakby sobie żartowała, na jej twarzy nawet odmalowało się coś, w rodzaju strachu, więc nikt nie zadawał więcej pytań. Szybko się rozejrzeli i udało im się znaleźć niedaleko korzenie drzewa, po których dało się jakoś wspiąć. Nie wiedzieli wciąż, przed czym uciekają, ale uciekali zdumiewająco szybko. Feiily jako pierwsza dopadła korzeni i jako pierwsza znalazła się na samej górze. Ihoo była zaraz za nią, ale, w przeciwieństwie do wiedźmy, natychmiast rzuciła się, żeby wciągnąć innych. Chwilę później wszyscy już stali i patrzyli z góry na wąwóz, powoli wypełniający się mgłą.

— Wróciło — powiedziała Feiily, przyklękając na jedno kolano. — Zdążyliśmy na czas. Powinniśmy się oddalić.

— To ten sam infer? — zainteresował się Nassie, przyglądając się mgle, jakby mógł w niej cokolwiek zobaczyć. — Ciekawe, w jaki sposób działa. Myślicie, że dałoby się…

— Nie próbuj — warknął Allois, nie dając mu dokończyć. — Nie mamy czasu na bawienie się w badania naukowe.

— No ale…

— Nie!

— Pójdzie za nami — wtrąciła się Feiily, znów zwracając ich uwagę. — Któreś z nas zostało naznaczone. Ktoś się z nim bił?

Odwrócili się w stronę Queelo po raz kolejny, znów go irytując.

— Macie jakiś problem?

— Za bardzo pakujesz się w kłopoty — powiedział Nassie, zaskakująco poważnie. — Powinieneś przestać. Da się z niego jakoś ściągnąć to naznaczenie?

— To zajęłoby za dużo czasu — odpowiedziała mu wiedźma.

— Poza tym — warknął Queelo — nie będziecie mnie traktować swoją głupią magią.

Jak na razie mgła wypełniała wąwóz, ale powoli wspinała się coraz wyżej po ścianach, jakby próbowała dosięgnąć intruzów. Ihoo odsunęła się od krawędzi.

— Koniec dyskusji. Powinniśmy jak najszybciej się oddalić — oznajmiła ostro. — W którą stronę?

— Wciąż w tę samą — odpowiedziała Feiily. — Powinniśmy iść wzdłuż wąwozu, aż do jego końca. Cały czas prosto.

— Nie zaatakuje nas? — zapytał Queelo, wpatrując się w mgłę, ale wszyscy złoci wojownicy wokół niego pokręcili zgodnie głowami.

— Jeśli atakuje we mgle — odezwał się Nassie — to dopóki w nią nie wejdziemy, nic nam nie zrobi. Poza tym, z tego, co pamiętam, ten infer nie miał skrzydeł, a jeśli miał, to jakieś mocno dobrze schowane. Może poruszać się szybko, ale wygląda na to, że ta jego mgła jest wolniejsza niż on sam. Szanse na atak są małe, dopóki trzymamy się w bezpiecznej odległości od tej chmury.

Z tymi słowami ruszyli dalej. Z mgły kłębiącej się w wąwozie dochodziły dziwne, niepokojące odgłosy, coś jakby echo odbijające się gdzieś w dali, ale poza tym nic się nie działo. Powoli też zaczęli zostawiać mgłę w tyle, nawet się specjalnie przy tym nie spiesząc. Wyglądało na to, że chmura nie tylko była wolniejsza od poruszającego się w niej infera, co nawet od idącego człowieka.

Queelo zastanawiał się, jak to działało. Czy infer nie mógł po prostu wyjść poza tą chmurę? Ograniczała go jakoś? Może po prostu nie chciał? Może w niej czuł się pewniej. Ciekawe, czy sam ją wytwarzał, a jeśli nie, to skąd by się wzięła. Może mgła była jakimś osobnym bytem? Ale jak to by w takim razie działało? Tyle pytań, na które nigdy nie będzie miał okazji poznać odpowiedzi. Infer raczej nie zdradzi swoich sekretów zaraz przed tym, jak kogoś zabije.

— Chwila moment — odezwał się Nassie nagle, przerywając dotychczasową piękną ciszę swoim irytującym głosem. Odwrócił się do Feiily. — Przecież mówiłaś, że ta ścieżka jest przeklęta i ktokolwiek zaatakuje kogokolwiek innego na niej, to będzie miał klątwę czy coś takiego.

— No i? Chciałbyś zostać zabity, tylko po to, żeby infer został naznaczony klątwą? Jeśli tak, to droga wolna, nikt cię nie będzie zatrzymywał.

— Właściwie to będzie — postanowił wtrącić się Queelo. — Przypominam, że wciąż szukamy babci i jakkolwiek nie lubię tego typa, to jeszcze nam się przyda żywy.

— Aw, to takie słodkie! — Nassie uśmiechnął się promiennie.

— Możemy go zrzucić z klifu, jak już będziemy wracać.

— To już jest mniej słodkie. Ale nadal!

— Co niby jest w tym słodkiego? — zirytował się Queelo.

— Przeszedłeś z „nienawidzę cię” do „nie lubię cię”! Jesteśmy na dobrej ścieżce!

Queelo zaklął pod nosem. Tego nie przewidział. Musiał się jak najszybciej wykręcić.

— Przejęzyczyłem się.

— Akurat.

— Wciąż mam cię dość.

— Oczywiście.

Warknął, ale na Nassiego to nie działało i ten wciąż uśmiechał się jak idiota. Najwyraźniej tego kretyna trudno było zniechęcić do czegokolwiek. Irytujące. Najlepiej byłoby w ogóle nie zwracać na niego uwagi i czekać, aż sobie pójdzie, ale słysząc ten jego wkurzający głos, nie dało się nie odpowiedzieć czymś złośliwym. Po prostu się nie dało, to było silniejsze od niego.

W końcu mgła zupełnie zniknęła im z oczu, ale nikt nie był na tyle pewny, żeby zejść z powrotem do wąwozu. Allois zaczął nasłuchiwać po okolicy, co jakiś czas irytując każdego po kolei dziwnym dzwonieniem w głowie, ale poza tym raczej nic się nie działo. Feiily co jakiś czas wyjmowała kamyk z włosów, trzymała go przez chwilę w dłoni, mamrocząc coś pod nosem, po czym chowała go z powrotem. Prawdopodobnie upewniała się w ten sposób, czy wciąż idą w dobrą stronę, ale kto by tam ją wiedział.

Otoczenie było zdumiewająco kolorowe i żywe jak na jakieś przeklęte miejsce. Trawa pod ich stopami była niezwykle zielona, drzewa rozrastały się w najlepsze, próbując sięgnąć swoimi koronami jasnego nieba, a zwierzaki przemykały szybko, próbując uciec z pola widzenia, więc nawet nie dało się zauważyć, czy były inferami, czy jednak zwyczajnymi istotami. Przynajmniej nie atakowały.

Wąs w końcu postanowił opuścić stanowisko na głowie Nassiego i rozciągnąć trochę swoje nogi. Trzymał się w pobliżu grupy, ale łaził po kamieniach i drzewach, wypatrując czegoś. Może szukał złóż złota, a może po prostu zachwycał się otoczeniem. Echo przez chwilę się wahała, wciąż nieco przestraszona, ale wkrótce dołączyła do swojego kociego przyjaciela i razem zwiedzali okolicę z zaciekawieniem.

Skoro w przeklętych miejscach infery nie atakowały, żeby nie zostać obłożonymi klątwą, to dlaczego ktoś nie pomyślał, żeby zbudować miasto w takim miejscu? Z drugiej jednak strony, znając ludzi, rozwaliliby całą tę piękną naturę na rzecz postawienia ponurych, kwadratowych budynków bez żadnej zieleni. To byłaby szkoda.

Poza tym na drzewach kurz aż tak się nie odkładał, jak w budynkach. Spanie na drzewie pewnie nie byłoby równie wygodne co w łóżku, ale zdecydowanie bardziej higieniczne. Chociaż z jego szczęściem to spadłby w trakcie snu i się zabił, więc może to nie był aż tak dobry pomysł. Z łóżka przynajmniej spadał na podłogę, która nie była aż tak daleko, jak ziemia. Po przemyśleniu to jednak był fatalny pomysł.

Poczuł jakiś ciężar na głowie i odruchowo ją podniósł. Echo pisnęła cicho i natychmiast poderwała się w powietrze, uciekając z powrotem do Nassiego. Nie chciał jej wystraszyć, ale niezbyt był przyzwyczajony do siadających mu na głowie zwierząt. Odruchowo przejechał palcami po włosach. Idący przy jego nodze Wąs miauknął z dezaprobatą, ale kiedy tylko Queelo przeniósł na niego spojrzenie, kot natychmiast opuścił jego bok i zwiał do właściciela. Małe, tchórzliwe inferki.

Nagle, po jakichś dwóch godzinach marszu, Allois zatrzymał się gwałtownie, zwracając uwagę wszystkich. Ihoo i Nassie natychmiast sięgnęli po bronie, Feiily wyszarpnęła kilkanaście kamieni z włosów, a Queelo po prostu stanął i wpatrzył się w wojownika. Ten trzymał się za głowę, więc pewnie coś wyczuł tym swoim magicznym zmysłem. Spojrzał na wiedźmę.

— Dasz radę później znaleźć kolejny raz ścieżkę? — zapytał szybko. Feiily tylko mu skinęła głową. — Wyczuwam kogoś po drugiej stronie. Nie mogę się z nim wystarczająco wyraźnie skontaktować, ale wydaje mi się, że to Aiiry.

— No to idziemy! — rzucił natychmiast Nassie, ale zanim ruszył się z miejsca, Queelo zatrzymał go, łapiąc za kołnierz.

— I niby jak zamierzasz się przedostać, kretynie? — zakpił sobie z niego. — Przeskoczyć?

O ile, gdy wkraczali do wąwozu, to był on dość wąski i niski, o tyle z dystansem zaczynał się zwiększać. Przy obecnej przerwie między zboczami nie było możliwości, żeby któremukolwiek z nich udało się przeskoczyć. Musieliby umieć latać, ale jedyna umiejąca latać osoba z ich grupy była wciąż zaginiona. Echo za to raczej nie byłaby na tyle silna, żeby kogokolwiek podnieść. Może tylko Wąsa, jeśli by spróbowała. Nie żeby jej się chciało to robić.

— Dobre spostrzeżenie — przyznał Nassie, spoglądając w przepaść. Może z takiej wysokości by się nie zabił, ale potłukł z całą pewnością. Chyba że złoci ludzie byli jacyś nadzwyczajnie odporni. Może byli. Queelo na tym etapie mógł się spodziewać wszystkiego.

Wojownik zaczął coś mamrotać pod nosem i rozglądać się uważnie dookoła. Ach tak, jego głupia zdolność. Widząc, że nie chce się rzucić ku śmierci, Queelo puścił go i zostawił samemu sobie. Nassie zaczął zataczać koła, wciąż mamrocząc. Przez chwilę można by pomyśleć, że prowadzi jakąś debatę, ale wszystkie biorące w niej udział osoby są tylko i wyłącznie nim. Od tego aż kręciło się w głowie.

— Nie myśl o tym — powiedział do niego cicho Allois. — Im więcej o tym będziesz myśleć, tym bardziej nienormalne to będzie.

— On tak zawsze? — zapytał Queelo, nachylając się do wojownika.

— Mało kiedy. Zwykle robi to w myślach.

— Czytasz mu w myślach?

— Wolę tego nie robić, od tego boli głowa. To jest jak normalny on, ale razy dziesięć. Nikt nie byłby w stanie tego wytrzymać.

— Ale umiesz czytać w myślach?

— Tylko powierzchownie — mruknął Allois, wzruszając ramionami. — Poza tym nie mogę tego robić bez dawania o tym znać, więc nie przejmuj się, twoje myśli są bezpieczne. No i jesteś chyba jedną osobą, którą znam, która jest tak do bólu szczera. Nie sądzę, żeby ktokolwiek musiał czytać twoje myśli, żeby wiedzieć, o czym myślisz.

Queelo mruknął pod nosem. Doskonale o tym wiedział i nie potrzebował potwierdzenia, ale cieszył się, że jego myśli nie dało się po prostu zobaczyć. Wtedy to dopiero mógłby mieć kłopoty. Może i często mówił to, co myślał, ale i tak prawie zawsze powstrzymywał swój język od powiedzenia za dużo. Miał jeszcze jakieś resztki godności.

— Mam! — wykrzyknął Nassie, zatrzymując się w końcu i odwracając do reszty grupy. — Dobra, oto plan. Idę tam sam. Poradzę sobie sam! — dodał natychmiast, kiedy wszyscy zaczęli protestować. — Dajcie mi dokończyć! Feiily umie stawiać znaki teleportacji, przeniesie mnie na drugą stronę. Allois ustanowi ze mną połączenie myślowe, a ja pobiegnę i znajdę Aiiry’ego.

— I niby jak wrócicie? — prychnęła Ihoo.

— Będziemy iść po drugiej stronie, aż wąwóz się skończy — odpowiedział po prostu Nassie, wzruszając ramionami.

— I to był ten genialny plan, nad którym tak długo myślałeś? — zakpił Queelo. — Jesteś pewien, że twoją zdolnością jest myślenie?

— Musiałem rozważyć wszystkie możliwości — prychnął Nassie, lekko obrażony. — To nie jest takie proste. Moglibyśmy na przykład użyć bicza jak liany, ale gałęzie są cienkie i mogłyby się połamać. Feiily mogłaby nas wszystkich przenieść, ale wtedy byłaby wykończona. Można by też zejść, przejść dołem i się wspiąć z powrotem, ale nie wiadomo czy znaleźlibyśmy odpowiednią do wspinaczki ścianę, poza tym mógłby nas dogonić tamten infer. Widzisz, dużo możliwości. Każdą trzeba przemyśleć.

— Bicz nie służy jako liana — warknęła na niego Ihoo. — To nie jest broń, która jest po prostu liną! Nie możesz sobie nią po prostu machać i liczyć, że zachowa się tak, jak ty tego chcesz, bez żadnego ćwiczenia.

— Ten tekst też musiałem przewidzieć. To był drugi powód, dla którego ten plan był do kitu. Feiily, dasz radę mnie przenieść?

Wiedźma nie odpowiedziała, ale sięgnęła po kamień. Zawsze sięgała po kamienie. Queelo nie rozumiał, o co z tym chodziło. Nakreśliła butem na ziemi okrąg i wyraźnie dała Nassiemu do zrozumienia, że powinien wewnątrz niego stanąć. Wojownik zrobił to bez żadnych protestów.

— I tak po prostu się na to godzimy? — zdziwił się Queelo, rozglądając się po obecnych.

— I tak to zrobi — zauważył Allois. — Więc co za różnica się z nim kłócić.

— To podejście mi się podoba! — Nassie uśmiechnął się do nich i zasalutował, akurat w momencie, kiedy Feiily rzuciła kamieniem pod jego nogi. Zniknął w rozbłysku światła.

Dwa infery, które dotąd podążały za nim, wydały z siebie przerażone okrzyki i rzuciły się w stronę drugiej osoby, przy której czuły się bezpieczne. Czyli oba wspięły się po nogach Queelo i skuliły na jego głowie. Nie zaprotestował, ale ciężar dwóch zwierzaków nie był najprzyjemniejszym uczuciem. W każdym razie nie był przyzwyczajony. Czuł się, jakby ktoś położył mu książki na głowie.

Po drugiej stronie szczeliny niewielka postać im pomachała. To zdecydowanie był Nassie. Upewnił się, że go zobaczyli, po czym pobiegł w przeciwnym kierunku. I tyle po nim zostało. Wąs miauknął żałośnie na głowie Queelo. Chyba był smutny.

— Wróci — powiedział w stronę kota. — Głupi zawsze mają szczęście.

Chciał odruchowo pogłaskać zwierzę, ale zatrzymał rękę w połowie drogi. Jeszcze kocisko znów by mu ukradło rękawiczkę, a tym wolał nie ryzykować.

— Mamy tu tak po prostu czekać? — zdziwiła się Ihoo. — I tyle?

— Nie jest daleko — mruknął Allois, trzymając się za głowę. — Powinno mu pójść szybko, o ile nie będzie żadnych przeszkód… Nassie, nie!

— Co się dzieje?!

— Ty debilu, klątwa! Nie przelewaj krwi! Co za idiota! Po prostu zabierz Aiiry’ego i stamtąd uciekajcie.

— Hej! Co się dzieje?!

— Ten kretyn chciał walczyć — odpowiedział Allois, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Ale mu nie… jak to nie Aiiry? Przestań mówić zagadkami, świrze, tylko mi odpowiedz! Ej! Przerwał! — zezłościł się wojownik, opuszczając rękę. — Ten przeklęty…

— Co jest? — zdziwił się Queelo. — Nie rozumiem. Co się stało?

— Nassie kogoś znalazł, ale to nie był Aiiry. Nie powiedział mi kogo, ale powiedział, że „zaraz sam się przekonam”. Cokolwiek to miało znaczyć jego zdaniem. Nie mogę z nim znów nawiązać połączenia, niech to szlag.

Echo wydała z siebie żałosny dźwięk. Stali przez chwilę w ciszy, nie mając bladego pojęcia, co powiedzieć. Niby co mieli teraz robić, czekać na kolejny genialny pomysł tego kretyna? Iść dalej? Cała ta wyprawa była jednym wielkim żartem. Queelo miał ochotę krzyczeć ze złości. Co oni najlepszego robili?!

Coś błysnęło jasno niedaleko nich, wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Nassie podskoczył do nich, wyłaniając się ze światła.

— Patrzcie, kogo znalazłem!

Queelo zmrużył oczy. Faktycznie w tym blasku stała jeszcze jedna osoba. Machnęła ręką i całe to światło zniknęło w jednej sekundzie. Był to wysoki, ciemny mężczyzna, ubrany w zniszczony złoty mundur, a skoro miał taki mundur, to i jego oczy były złote. Tylko tego im brakowało, kolejnego złotego kretyna. Ten jeden wyglądał jednak, jakby naprawdę dawno nie było go w domu. Ubrudzony był ziemią i krwią, a jego twarz wyrażała jakąś dziwną pustkę. Włosy miał ścięte na krótko. Queelo zmrużył oczy. Było w tym gościu coś dziwnie niepokojącego…

— To Tzziro — przedstawił nowego towarzysza Nassie. — Zaginął za barierą jakieś trzy lata temu i wszyscy myśleli, że już dawno nie żyje. Umie rozrywać przestrzeń, co znaczy, że tworzy takie jakby magiczne portale.

— Przeżył trzy lata? — zdziwił się Allois, łapiąc za broń. — To podejrzane.

— Poza tym skoro potrafi tworzyć portale — dodała Ihoo, również przyjmując obronną postawę — to czemu nie wrócił jakimś do miasta?

— Jesteś za bardzo ufny — skończył za nich Queelo, sięgając po pistolet.

— Nie bądźcie śmieszni — prychnął Nassie, zasłaniając Tzziro. — To jeden z naszych! Poza tym, gdyby był nieszczery, poznałbym to!

— Przepraszam bardzo — odezwał się w końcu sam Tzziro. Brzmiał na chorego, ledwo co wyduszał z siebie słowa. — Jeśli moja obecność jest państwu nie na rękę, zawsze mogę odejść. Świat jest wielki, małe prawdopodobieństwo, że znów na siebie trafimy.

— Nie! — krzyknął Nassie, po czym szybko się poprawił: — To znaczy, oczywiście niczego nie zabraniam, możesz robić, co chcesz, jesteś wolnym człowiekiem. Ale to nie zmienia faktu, że ktoś taki jak ty by nam się przydał, przynajmniej dopóki nie znajdziemy reszty.

— Ale… — zaczął Allois, jednak Nassie nie zamierzał dać mu dokończyć.

— Poza tym Tzziro jest samowystarczalny, po tym, jak odrzucił niszczycielską naturę miasta i przeniósł się do dziczy. Nie wrócił do miasta z własnego wyboru. Zbudował sobie nawet schronienie niedaleko i może nas zaprosić, o ile obiecacie niczego nie zepsuć.

— Niszczycielską naturę miasta — zakpił Allois. — Co, nagle stał się ekologiem?

— Owszem.

Na taką odpowiedź Allois nie umiał już znaleźć słów. Stali chwilę w ciszy, którą w końcu postanowiła przerwać Feiily.

— Nie wyczuwam od niego żadnych złych zamiarów — oznajmiła spokojnym, kojącym tonem. — Myślę, że krótkie odwiedziny nikomu nie zaszkodzą. Będziemy zaszczyceni, mogąc złożyć panu wizytę.

Tzziro uśmiechnął się, nieznacznie unosząc kącik ust.

— A więc z wielką przyjemnością zaproszę państwa do siebie. Tylko proszę schować broń.

Spojrzał na Alloisa ostro i przytrzymał to spojrzenie, aż wojownik w końcu odpuścił i schował miecz. W ogóle nie przejął się tym, że Queelo wciąż ma w ręce bardzo dobrze widoczny pistolet. To dopiero było podejrzane. Policjant również opuścił broń, ale od teraz zamierzał bardzo dokładnie śledzić każdy ruch Tzziro. Bardzo, bardzo dokładnie.


Rozdział XIV

Tzziro

Dnia: 22 września 31r.

Porusza się, jakby nie był przyzwyczajony do używania nóg. Nie ma przy sobie żadnej broni, ani złotej, ani normalnej. Jest strasznie chudy, jakby od dawna niczego nie jadł, ale nie zachowuje się jak osoba głodna.


— Lubisz notować, co?

Queelo natychmiast zamknął notatnik i spiorunował spojrzeniem Nassiego, który, jak zwykle, uśmiechał się idiotycznie. Koty już wróciły do siedzenia na jego głowie i próbowały udawać czapkę, nawet jeśli niezbyt im to wychodziło. Nikt nie szył czapek z tak różnych materiałów. Ciekawe, jakim cudem Nassie nie miał jeszcze całkowicie brudnych włosów, skoro te zwierze ciągle mu po nich chodziły.

— Nie podglądam — dodał szybko, widząc niezadowoloną minę Queelo. — Tak tylko zauważyłem, że ciągle coś piszesz. Myślałem, że masz dobrą pamięć. Po co to?

— Dla uporządkowania myśli — odpowiedział sucho Queelo, chowając notatnik do torby.

— I robienia naszych karykatur — zauważył Nassie.

— A podobno nie podglądasz.

— Zgaduję po prostu. Zawsze, jak mi dawałeś jakieś swoje notatki, to były na nich jakieś bazgroły. Moja ulubiona to ta, kiedy miałeś zapisać mój wykład i napisałeś tylko „bla bla bla” na całej kartce i jeszcze w rogu narysowałeś moją karykaturę. To piękna kartka.

— Czego ty właściwie chcesz?

— Pogadać tylko — powiedział wesoło Nassie, splatając dłonie za plecami. Obrócił się i zaczął iść tyłem, a wtedy jego mina stała się bardziej poważna. — Powiedz mi szczerze, dopóki jeszcze idziemy. Co sądzisz?

Queelo spojrzał na Tzziro, który szedł na przodzie, powoli i spokojnie, omijając wszelkie przeszkody. Utykał nieco i chwiał się, ale, o dziwo, na nic nie wpadał. Dzikie infery zbliżały się do niego na odległość kilku kroków, po czym uciekały. Siedzące na głowie Nassiego koty spoglądały nieufnie na nieznajomego wojownika. Jakby im coś zrobił.

— Jest jakiś dziwny.

— Żyje od trzech lat samotnie — zauważył Nassie. — Po takim czasie chyba każdy zachowywałby się nieco dziwnie.

— Nie o to mi chodziło. Zachowuje się… zachowuje…

— Jesteśmy — przerwał mu Tzziro, zatrzymując się.

Nassie obrócił się, przywracając na twarz swój promienny uśmiech. A to wstrętny gad. Sam wyraźnie nie ufał temu gościowi, ale i tak zamierzał udawać, że jest inaczej.

Zeszli do jakiejś niewielkiej dolinki, w której rozstawiony był swego rodzaju szałas z gałęzi i liści. Nie był zbyt wielki, ale dla jednej osoby zdecydowanie by wystarczył. Tyle że ich było trochę więcej. Tzziro wszedł do środka, pokazując im, żeby poczekali na zewnątrz, po czym wyniósł coś, co wyglądało jak prowizoryczne krzesła. Nassie przyjrzał się jednemu z nich, przekrzywiając głowę. Chyba nie był pewien czy się nie rozpadną. Inspekcja jednak musiała przejść pomyślnie, bo przysunął sobie jedno i usiadł na nim. Tyłem na przód, bo był kretynem. Położył ręce na oparciu.

— Siadajcie, potrzebujemy trochę odpocząć — powiedział wesoło. — Bez obrazy, ale wyglądacie tragicznie.

— To nie ja sobie sprawdzałem włosy całą noc — prychnął Allois, ale też wziął jedno z krzeseł. — Tylko ja mam wrażenie, że to do niczego nie zmierza?

Cała reszta zaczęła mruczeć coś pod nosem, chyba zgadzając się z nim. Wzięli sobie krzesełka i usiedli w niewielkim kółeczku. Tzziro znów poszedł do swojego szałasu i wrócił z niewielkim pudełkiem, które najwyraźniej też zrobił sam. Było nierówne i miało kilka dziur. Otworzył je, żeby pokazać, że w środku trzyma martwe robaki. Na ich oczach wyjął jednego i zjadł, po czym przysunął pierwszej osobie, która była w pobliżu.

— Dobre dla zdrowia — zachęcił, kiedy Queelo pokręcił szybko głową. — Wzmacnia zęby.

— Nie potrzebuję wzmocnienia zębów — wydusił z siebie Queelo z obrzydzeniem.

— Ja chcę! — zgłosił się natychmiast Nassie i natychmiast wepchnął sobie jednego robaka do ust. Wszyscy spojrzeli na niego z niedowierzaniem, ale on się tym w ogóle nie przejął, tylko przełknął go. — Całkiem smaczne, chociaż dodałbym do tego jakieś zioła. — Rozejrzał się i dopiero wtedy zauważył, że cała reszta skupiła na nim spojrzenia. — Co? Lubię egzotyczną kuchnię. Poza tym w końcu skończą nam się zapasy, trzeba być przygotowanym. Gdzie je łapiesz?

— Jesteś obrzydliwy — podsumował Queelo.

— Prawdopodobnie masz rację. Hej, Tzziro! Nie widziałeś w okolicy może innych złotych wojowników? Trochę nam się ich zgubiło, jeśli mam być szczery. Albo wiedźmy. Wiedźmy nam też brakuje jednej.

Gdy wspomniał o wiedźmie, Tzziro jakby nieznacznie się skrzywił. Jakby mu coś nie pasowało. Queelo zmrużył oczy, wpatrując się w jego twarz, ale ten nie powtórzył już tego ruchu.

— Nie było tu żadnych ludzi od dawna — odpowiedział, chowając pudełko ze swoim jedzeniem, jakby obawiał się, że Nassie zje mu wszystko. — Jesteście pierwszymi, których widzę od lat. Nie przypuszczałem, że ktokolwiek jeszcze wypuszcza się tak daleko poza miasto.

— Jak prowadzimy poszukiwania, to i owszem, zdarzy się — mruknął Nassie. — To mam rozumieć, że ostatnio nie widziałeś też żadnej starszej kobiety w okolicy?

Znowu! Przez sekundę na twarzy Tzziro pojawiło się dziwne zawahanie, które natychmiast zniknęło, ale Queelo bardzo wyraźnie je zobaczył. Ten podejrzany typ coś wiedział i zdecydowanie nie chciał się posiadanymi informacjami dzielić, bo w odpowiedzi tylko pokręcił głową. Queelo spojrzał kątem oka na Nassiego, ale wojownik nie wyglądał, jakby to zauważył i nadal się uśmiechał. Co z nim było nie tak?! Przecież bardzo wyraźnie Tzziro nie był kimś, komu powinno się ufać!

— Nikt się tu nie zapuszcza — powtórzył się. — Za blisko terenów królewskich. Nawet infery starają się omijać to miejsce szerokim łukiem. — Spojrzał na dwa koty, siedzące wciąż na głowie Nassiego. — Dlaczego macie jakieś ze sobą?

— To moi przyjaciele — odparł wesoło Nassie.

— Infery?

— To źle?

Tzziro spojrzał na Nassiego dokładnie w taki sam sposób, jak każdy inny, to usłyszał jego pomysły. Oznaczało to tyle, że uznał go za idiotę. Nassie w ogóle nie zwrócił na to uwagi.

— Jeśli nie byłby to dla ciebie problem, chcielibyśmy trochę odpocząć — kontynuował swoje gadanie. — Nie będziemy ci się oczywiście wszyscy wciskać do domu, ale zanim wyruszymy znów w drogę, dobrze byłoby rozbić jakiś mały obóz, prawda? Nie obrazisz się, jeśli zrobimy to w twoim ogródku?

Tzziro po prostu pokręcił głową, tym razem chyba nie mając żadnych ukrytych intencji. Naprawdę nie miał nic przeciwko.

— To świetnie! — Nassie uśmiechnął się jeszcze promienniej, podnosząc się z miejsca i biorąc się za wyjmowanie rzeczy ze swojej torby. Widząc to, inni poszli za jego przykładem. — A swoją drogą mówiłeś coś o terenach królewskich. Myślałem, że w tych czasach nie ma żadnych królów, a już na pewno nie poza cywilizacją ludzką. Mógłbyś rozwinąć tę myśl? Interesują mnie ciekawostki ze świata.

Ten przeklęty, cwany wojownik! Zrobił to specjalnie! Zamierzał wdać się w rozmowę w taki sposób, żeby nikt nie zwracał na niego uwagi. Queelo rozejrzał się i faktycznie. Allois, Feiily i Ihoo zajęli się rozstawianiem swojego namiotu i chyba w ogóle nie interesowała ich rozmowa. Pewnie uznali, że to po prostu kolejna głupia zachcianka tego złotego buca, dowiedzieć się czegoś nowego, bo w końcu tak uwielbiał słuchać ciekawostek, które nigdy mu się w życiu nie przydadzą. Queelo wyjął koc z torby, wyjął notatnik i zaczął udawać, że wcale nie podsłuchuje.

— Na północy leżą królestwa — powiedział Tzziro bezbarwnym głosem. — Jest ich chyba pięć albo sześć, nie liczyłem nigdy. Nikt, kto przekracza granicę, już stamtąd nie wraca. Infery, które pilnują przejść, cały czas wykrzykują coś o królewskiej woli.

— Wykrzykują? — powtórzył Nassie z zaciekawieniem. — Więc umieją mówić? Istnieją infery, które umieją mówić jak ludzie? Naprawdę?

Może jednak Nassie nie był aż takim debilem, za jakiego Queelo go uważał. Ewentualnie miał naprawdę słabą pamięć.

— Dużo — odpowiedział mu po prostu Tzziro. — Udają ludzkie głosy jak papugi.

— A królowie?

— Nigdy żadnego nie widziałem, ale skoro tyle inferów o nich mówi, to pewnie jacyś istnieją. To chyba jakieś potężne istoty.

— Potężne infery — mruknął Nassie pod nosem. — TO dopiero jest zaskakujące! Powinniśmy na ten temat zrobić badania, nie uważacie?

Odwrócił się do reszty, żeby zobaczyć, że absolutnie nikt nie zwraca na niego uwagi. Queelo prychnął pod nosem. Nie, Nassie był po prostu idiotą, lubiącym zbierać ciekawostki. Pokręcił głową. Nie miał pojęcia, jak do głowy mogłoby mu przyjść, że ten kretyn miał faktycznie jakiś plan. Totalna głupota. Przecież Nassie zawsze o wszystkim musiał myśleć na szybko, bo nie umiał pomyśleć wcześniej.

— O, rozstawiliście namiot! — ucieszył się Nassie, zupełnie zapominając o tym, jak wszyscy zignorowali jego pytanie. — Świetnie! Nie wiem jak wy, ale ja w sumie przygotowałbym jakiś obiad, czuję, jak burczy mi w brzuchu. Powinniśmy nazbierać gałęzi na ognisko! Kto chce mi pomóc? — Zrobił sekundę przerwy. — Queelo, świetnie, że się zgłosiłeś! Idziemy!

— Co? — Queelo podniósł głowę i spojrzał na stojącego nad nim Nassiego. — Nie zgła…

Wojownik nie czekał, aż Queelo dokończy zdanie, tylko złapał go za ramię, zmusił do wstania i pociągnął za sobą, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować. W pobliżu nie było zbyt wiele drzew, a jeszcze mniej gałęzi na ziemi. Z czego niby mieli zrobić to ognisko?

Nassie nie zatrzymał się jednak przy drzewach, tylko szedł dalej.

— O co ci chodzi? — zapytał Queelo, próbując uwolnić rękę. — Nie chcesz rozpalić tego ogniska?

— Chcę, jak najbardziej chcę. Chyba już jesteśmy poza zasięgiem słuchu — dodał, zatrzymując się i rozglądając. Nagle cała radość z niego uleciała i stał się poważny jak nigdy. Jakby ktoś go podmienił. — Słuchaj, potrzebuję twojej pomocy.

— Co za nowość.

— Nie atakuj mnie teraz swoim sarkazmem! Sam zauważyłeś, że z tym gościem jest coś nie tak, prawda?

— Dlatego zostawiliśmy go z całą resztą? — zdziwił się Queelo. — Ty wiesz, że tam jest moja siostra? Jak przez ciebie coś jej się stanie…

— Daj spokój, Ihoo jest w stanie poradzić sobie sama z zagrożeniem — prychnął Nassie. — Straszna kobieta. Poza tym nie chodziło mi o to, że jest niebezpieczny. Jak powiedziała Feiily, on nie ma złych zamiarów. Wiedźmy umieją wyczuwać takie rzeczy naprawdę dobrze, szansa, że się pomyliła w tym osądzie, jest niemal zerowa. Ale jakieś zamiary ten typ zdecydowanie ma i na dodatek wie więcej, niż chce powiedzieć. Potrzebuję, żeby ktoś wyciągnął z niego informacje.

— I uważasz, że ja jestem dobrą osobą do tego? — Queelo uniósł brwi. — Drwisz sobie ze mnie? Ja nie umiem wyciągać informacji!

— On wyraźnie nie ufa swoim — kontynuował Nassie, pokazując na swój złoty mundur. — Wiedźmie też raczej nic nie powie, widziałeś, jak się skrzywił, kiedy wspomniałem, że jedną gdzieś zgubiliśmy. Więc z nas wszystkich zostajesz tylko ty. Poza tym nie jesteś aż tak zły w rozmowach, jak ci się wydaje. Po prostu zmuś go, żeby gadał na ten temat, o którym ty chcesz gadać i zostaw gadanie jemu. Jak zawsze robisz.

— Co? Niby co zawsze robię?

— Rozmawiasz, prawie nie rozmawiając. To zadanie idealne dla ciebie! — Na jego twarz w końcu wrócił ten irytujący uśmiech. — Ale mimo wszystko i tak powinniśmy spróbować pozbierać gałęzie. To będzie podejrzane, jak wrócimy bez nich. Kawałek dalej widziałem jakiś mały lasek, tam powinniśmy coś znaleźć.

Queelo nie powiedział nic, ale poszedł za wojownikiem. Lasek istotnie był naprawdę mały i to tak bardzo, że chyba nawet nie dało się go określić tym mianem. Było to po prostu zbiorowisko kilku niewielkich drzew, które chyba po prostu wyrosły tam losowo. Nie zamierzały zbierać się w grupę, ale tak wyszło. Kilka inferów uciekło z koron, widząc zbliżających się ludzi. Wąs miauknął coś przez sen.

— Co w ogóle byś chciał wiedzieć? — zapytał Queelo, schylając się, żeby podnieść gałęzie. O dziwo było ich tam pełno. Wszystkie były też suche. Na tych terenach od dawna musiało nie padać.

— Najbardziej przydałyby się informacje na temat tych królewskich terenów — odpowiedział Nassie spokojnie, zbierając gałęzie na jakąś kupkę, zamiast je po prostu trzymać. — Wszystko wskazuje na to, że to tam musimy się dostać. Możesz też dopytać o Króla Kirrho, może będzie coś wiedział. Oczywiście subtelnie. Jak od razu o tym wypalisz, to raczej nic nie powie. Ogólnie możesz pytać o te rzeczy, o które ja pytałem. Podsłuchiwałeś naszą rozmowę, no nie?

— Gadałeś tak głośno, że trudno było nie słyszeć.

— Powinniśmy ruszyć przed zapadnięciem zmroku — dodał Nassie, opierając się o drzewo. — Znaleźć inne miejsce na obóz albo w ogóle nie zatrzymywać się nigdzie na noc, tylko iść przed siebie. Spanie w pobliżu chatki Tzziro, jakkolwiek rozłożone mielibyśmy warty, byłoby zbyt niebezpieczne. Poza tym istnieje też szansa, że mgła nas dogoni.

— To po co w ogóle do niego poszliśmy? Mogłeś go zostawić samemu sobie.

— Bo potrzebujemy informacji! Im więcej ich mamy, tym lepiej jesteśmy przygotowani na niebezpieczeństwa! Informacje są lepszą bronią niż jakieś złote miecze.

— Informacją nie przebijesz potworowi serca.

— Ale dzięki niej wiesz, gdzie ma serce! — Nassie uśmiechnął się, pokazując wszystkie zęby. Ta jasność to było za dużo dla Queelo. Przeniósł spojrzenie na stos gałązek.

— Zamierzasz to wszystko zabrać sam?

— A co, nie ufasz, że dam radę podnieść aż tyle? Może na to nie wyglądam, ale jestem silny!

— Nie o to mi…

— Naprawdę jestem bardzo silny! Byłbym w stanie podnieść ciebie bez problemu! Ciebie i te wszystkie gałęzie naraz!

— Gałęzie są lekkie — warknął Queelo z irytacją. — Chodziło mi o to, że jest ich dużo, debilu. Mogą ci wypadać z rąk.

— Och. — Nassie szybko się uspokoił. — W sumie to jest fakt, powinienem to czymś związać. Chyba mam gdzieś jakieś sznurki — mruknął do siebie, zaczynając przeczesywać wszystkie kieszenie swojego munduru. — Na pewno miałem sznurki, zawsze jakieś przy sobie noszę, nie mogły się nagle skończyć… aha! — Wyjął cieniutki, krótki sznureczek z tylnej kieszeni spodni. — Wiedziałem, że jeszcze jakieś się znajdą.

Usiadł na ziemi po turecku i zaczął zbierać swoje gałązki, żeby je ładnie związać. Miał zadziwiająco zwinne ręce, zbierał patyki i związywał supełki, zupełnie jakby robił to tysiące razy. Pewnie tak też było, w końcu często wychodził poza barierę. Queelo za to zaczęło zastanawiać coś innego.

— Po co trzymasz sznurki po kieszeniach?

— Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą — odpowiedział tajemniczo Nassie, podnosząc swój pęk gałązek i wstając na równe nogi. — Zawsze jest coś, do czego można je wykorzystać. Mam też pełno klamerek, guzików, nici do szycia chyba też jakieś miałem, o ile jeszcze mi się nie skończyły. Próbowałem nosić też igły, ale strasznie kłują, więc powrzucałem je do torby.

— Umiesz szyć?

— A to jakieś mocno trudne, że tak się dziwisz?

Na to Queelo nie miał odpowiedzi. Poprawił trzymane gałęzie i skierowali się z powrotem w stronę szałasu.

— Nigdy nie rozumiem, czemu ludzi dziwią proste rzeczy — kontynuował rozmowę Nassie. — Bo co, jak jestem wojownikiem, to powinienem umieć się tylko bić i nic więcej? A może jestem świetnym malarzem, co? Może jestem mistrzem krawiectwa!

— Po prostu nie wyglądasz jak osoba, która umie szyć — mruknął Queelo. — Nie sądzę, żeby to miało jakikolwiek związek z twoją pracą.

— Umiem też gotować, sprzątać, prać… jestem samowystarczalny. Byłbym doskonałą kurą domową.

— Ale nie zamierzasz się żenić.

— Nie. Co to ma do rzeczy? Zresztą i tak nie mam czasu na życie domowe przez swoją pracę. Zabijanie potworów nie jest zbyt dobrą pozycją w CV, kiedy szuka się drugiej połówki. Może powinienem przejść na emeryturę?

— W wieku dwudziestu lat?

— Narobiłem się za czterdzieści.

— To nadal za mało na emeryturę.

— Poza tym nie mam dwudziestu lat.

— Więc jednak piętnaście?

— Mam dwadzieścia pięć! — oburzył się Nassie, po czym zawahał się. — Chyba. Tak bym obstawiał.

— Chyba? — zdziwił się Queelo.

— Nie mam pojęcia. Urodziłem się jakoś zimą, ale kto by pamiętał takie rzeczy jak dokładny rok czy dzień.

Nagle dziwnie posmutniał, a Queelo w ostatniej chwili ugryzł się w język. Każdy normalny człowiek pamięta przecież przynajmniej rok, żeby umieć policzyć, ile ma lat! Jak można było czegoś takiego nie pamiętać albo przynajmniej nie zapisać? Jakim cudem ktoś mógł tego nie zapamiętać? A może raczej, dlaczego nie mógł tego zapamiętać?

W obozie panował spokój. Allois i Feiily siedzieli przed namiotem z kubkami w rękach i pili jakiś napój, skądkolwiek go mieli. Ihoo krążyła dookoła, rozglądając się po otoczeniu spojrzeniem drapieżnika. Gdyby Queelo jej nie znał, naprawdę bałby się do niej zbliżać. Całe szczęście, że najstraszniejsze osoby z miasta były jego rodziną.

— Gdzie gospodarz? — zapytał Nassie, rzucając swoją zbitkę gałązek na ziemię i zdejmując z nich swój sznurek, tylko po to, żeby schować go z powrotem do kieszeni.

— Uciekł do swojego szałasu — odpowiedział mu po prostu Allois, nawet na niego nie patrząc. — Chyba nie jesteśmy dla niego zbyt dobrymi rozmówcami.

Queelo dorzucił swoje gałązki na stos, po czym odsunął się i pozwolił Nassiemu na rozpalenie ogniska. Na tym najwyraźniej też się znał. Wspaniały pan idealny, wielki mędrzec od siedmiu boleści, znający się zawsze na wszystkim. Queelo wcisnął dłonie do kieszeni. Nie mógł dłużej na to patrzeć. Korzystając z okazji, że nikt nie zwracał na niego uwagi, przemknął się i wślizgnął do środka szałasu.

Sam Tzziro był niemal tak wysoki jak Queelo, ale mimo to sufit był zaskakująco nisko i trzeba było się kulić. Nie było tam zbyt wiele mebli, jedynie kilka krzesełek, które wcześniej powynosił na zewnątrz, dziwna kostka, która miała chyba służyć za stolik i jakaś marnej jakości szafeczka, prawdopodobnie ręcznie robiona. Na samym tyle pomieszczenia było coś, co chyba można było uznać za posłanie. Podłoga wyłożona trawą i jakimiś liśćmi, przykryta nieco kawałkiem materiału. To zdecydowanie wyglądało jak prowizoryczne łóżko.

Sam Tzziro siedział na jakimś krześle w kącie, plecami do wejścia i mamrotał coś do siebie. Natychmiast podniósł głowę, kiedy tylko usłyszał kroki i odwrócił się, chowając coś do kieszeni. Queelo był bardzo ciekaw, co to było, ale wolał nie pytać. Zobaczył tylko jakiś złoty błysk. Oczywiście. Przeklęci wojownicy i ich fetysz złotych rzeczy. A podobno to infery były uzależnione od złota.

— Tak? — zapytał nieco nieprzytomnie Tzziro, próbując skupić spojrzenie na Queelo. Jego oczy jednak latały dziwnie na boki, jakby coś z nim było nie tak.

Teraz, kiedy miał opuszczoną gardę, powinien powiedzieć więcej. Może jednak ten plan miał jakąś szansę powodzenia. Może nie był aż tak idiotyczny, jak Queelo się z początku wydawało. Wziął jedno z krzesełek i usiadł niedaleko wojownika.

— Chciałem zobaczyć, co słychać — powiedział zgodnie z prawdą. Zawsze starał się być szczery, nawet jeśli szczerość niekoniecznie była wskazana. W przeszłości często nie dostawał przez to pracy. — Chowasz się przed kimś w tej chacie? Nie podoba ci się ich towarzystwo, co?

Nie musiał nawet mówić, o kogo mu chodzi. O dziwo Tzziro pokiwał głową. Czyli mieli coś ze sobą wspólnego. Świetnie! Zaczęcie rozmowy nagle wydało się jakby prostsze.

— Chociaż ja nigdy bym nie pomyślał, żeby uciec od nich poza miasto — kontynuował Queelo. — Nie za niebezpiecznie tutaj aby?

— Bardzo — podchwycił temat Tzziro. Wprost idealnie. — Nawet pomimo tego, że jest tutaj naznaczona ziemia, i tak czasem ktoś atakuje i rozwala mój dom. Kradną całe zapasy. Infery z okolicy nie są zbyt miłe. Poza tym jest blisko królewskich ziem. Podwładni króla to nie są miłe istoty. Rozkazują wszystkim, jakby sami byli władcami. Poza tym są potężni. Trudno uciec.

— A nie myślałeś o przeniesieniu się?

— Nie ma gdzie. — Tzziro okazał się wyjątkowo gadatliwą osobą, kiedy w pobliżu nie było nikogo, kto by go irytował. Queelo nawet nie musiał go specjalnie zmuszać do mówienia. — To miejsce otoczone ze wszystkich stron. Na północy tereny królewskie, na południe miasto. Zachód przeklęte po wieczność groby. Ze wschodu nikt nie wraca, mówią tylko, że boginie tam zabijają każdego. Dźwięk dzwonków niesie się po wzgórzach piaszczystych, zwiastując śmierć dusz nieczystych, a każdy, kto przekroczy niebios granice, przed potrójnej bogini stanie licem. Nikt tam nie chodzi. Już bezpieczniej jest na terenach królów.

— To dziwne — przyznał Queelo z pewną niechęcią. — Poza miastem macie jakichś królów, boginie, Bóg wie co jeszcze, a my mamy tylko najwyższego generała za jakiegoś władcę. Beznadzieja, wojsko nami rządzi. Poza barierą rządzą królowie?

Tzziro gwałtownie pokręcił głową. To musiało się bardzo mocno nie zgadzać z jego doświadczeniami.

— Królowie tylko na królewskich ziemiach. Rządzą tylko tymi, których stworzyli. Poza granicami jest bezpiecznie. Jak nie jesteś z nimi, to jesteś wrogiem. Nie powinno się przekraczać granic. Nigdy! Złe dla zdrowia.

Ta myśl wyraźnie go zdenerwowała, bo sięgnął do jakiegoś pudełka w pobliżu. Queelo zorientował się, że to to samo pudełko, które im wcześniej przyniósł, dopiero gdy wojownik wyjął z niego robaka i wpakował sobie do ust, po czym zaczął żuć. Queelo drgnęła powieka. To było obrzydliwe, nawet jeśli musiał tylko na to patrzeć. Jedzenie robaków… już wolał zacząć jeść ziemię. Ohyda.

— Królowie okropni — kontynuował myśl Tzziro, kiedy tylko przełknął swoje jedzenie. — Nigdy żadnego nie spotkałem, pewnie bym nie żył, ale mówią o nich dużo. Że straszni. Że na ogromnych skrzydłach przemierzają niebo, pilnując swoich królestw. Że ich siła przekracza wszelkie pojęcie i nawet jak pomyśli się o najpotężniejszej osobie, jaką możesz wymyślić, będzie to za mało. Że umieją myślami kogoś zabić. Poza tym trzecie oko… — przełknął ślinę i podniósł rękę, żeby pokazać przestrzeń nad nosem, gdzieś w okolicy czoła. — Mówią, że otwiera inny wymiar. Że dzięki temu są nieśmiertelni. Nikt zdrowy tutaj — popukał się w głowę — nie zbliża się do królów.

— No ale nie znasz żadnego, nie? — dopytywał Queelo. — A skoro nie, to może to tylko pogło…

— Ależ królowie są znani! — zaprotestował natychmiast Tzziro. Zwykle Queelo nie lubił, gdy ktoś wcinał mu się w zdanie, ale tym razem nie miał nic przeciwko. Im dłużej rozmawiał, tym mniej miał na to ochotę. — Wszyscy znają! Dwóch przynajmniej, podobno więcej ich, ale każdy o dwóch wie. Najgorsi, bezczelni, wszystko zmieniają w swoich podwładnych. Biją się między sobą strasznie, ale gdyby się nie bili, pewnie zagarnęliby i te ziemie, więc bezpiecznie, że robią to u siebie, oby bili się jak najdłużej. Iriin to największa królowa, podobno niczym anioł wygląda, ale tylko śmierć niesie. Wszystko za nią sługi robią i roznoszą jej imię, niemal całą północą włada, a jej armia ponoć płonie i pali wszystko, co spotka na drodze. Mówi się, że wszystkie ogniste to jej dzieło, tak bardzo ogniem włada. Ale bliżej tutaj granice należą do Kirrho, chociaż on podobno gorszy i od niej. Mówią, że cały czas trzecie oko trzyma otwarte, chociaż to katorga dla wszystkich jego gatunku i że nie pokonał przeciwnika, tylko dlatego, że go to nie obchodzi. Czasem na polach bitwy widać ślady, które prawdopodobnie należały do niego, ale nikt po tych bitwach nigdy nie przeżył, więc nie potwierdzi. Ale o jego sługach słychać często, prawe ręce jego dwie. Tropicieli mistrz, co umie się wtapiać w tło i wywęszy każdego, a drugi mglak, zwodzący wszystkich w chmury i mącący im zmysły. Najbardziej zaufani. Prawie tak potężni, jak sam ich król.

Gdyby nie część o mglaku, Queelo prawdopodobnie nie uwierzyłby w ani jedno słowo. Niestety miał okazję spotkać się z tym stworem twarzą w twarz. A więc to coś było sługą jakiegoś króla. Króla Kirrho. Czemu wszystko kręciło się wokół niego? Czy naprawdę wszystkie ścieżki prowadziły właśnie tam? Czy to nie było zbyt podejrzane, że kierowały się właśnie tam? Trochę jakby cały świat pokazywał palcem w jedną stronę.

Tzziro zawahał się przez chwilę, jakby nagle zdał sobie sprawę, że właśnie wygadał za dużo. Sięgnął szybko po pudełko z robakami i podsunął w stronę Queelo, który natychmiast odchylił się do tyłu.

— Dobre dla zdrowia — powtórzył chyba swój ulubiony tekst. Potrząsnął pudełkiem. — Zdrowe zęby po tym. I mocne.

— E… dziękuję, ale nie! — Queelo podniósł się ze swojego miejsca, zapominając, jak niski jest tam sufit i prawie uderzając w niego głową. — Pójdę już… sprawdzę, co robi reszta. Nie będę ci dłużej przeszkadzał, w końcu coś robiłeś, zanim ci przerwałem! To… e… cześć.

Jak najszybciej się wycofał, odprowadzany zdumionym spojrzeniem Tzziro. Najwyraźniej i on uznał, że Queelo zupełnie nie umie się żegnać i nie byłby pierwszy, a już zdecydowanie nie ostatni. Całe szczęście, że nie trzeba było się użerać z nim dłużej! Queelo wydostał się na zewnątrz i natychmiast wpadł na Nassiego, który, w dość oczywisty sposób, musiał podsłuchiwać przy wejściu. Natychmiast się wyprostował i przywołał na twarz swój irytujący uśmieszek. Nawet nie próbował udawać.

— Widzisz? Umiesz rozmawiać — ucieszył się, obejmując go ramieniem. — Jak tak dalej pójdzie, to może nawet zaczniesz sobie znajdować prawdziwych przyjaciół, zamiast przesiadywać całymi dniami samotnie.

— Masz jakiś problem z moim życiem?

— Po prostu wydajesz się jakiś taki samotny czasami — zauważył Nassie. — Jakbyś chciał rozmawiać z ludźmi, ale nie umiał tego robić. Ale nie przejmuj się, można się tego nauczyć. To nawet nie jest takie trudne.

Queelo spoglądał na niego przez chwilę, po czym ze złością odepchnął go, uwalniając się z uścisku.

— A może ja po prostu nie chcę się z nikim zadawać, co? — zapytał, wkurzony. — Nie pomyślałeś czasem może o tym w swoim małym móżdżku, że jeśli się z nikim nie zadaję, to po prostu chcę być sam? Nie każdy jest tobą i chce się przyjaźnić z każdą napotkaną osobą! Może ja po prostu nie lubię ludzi! Wszyscy jesteście wkurzający, z tobą na czele!

— Ale…

— Jestem zmęczony — skłamał Queelo, odwracając się. Nie zamierzał dłużej prowadzić ani tej, ani żadnej innej rozmowy. — Muszę się przespać. Obudźcie mnie, jak będziecie chcieli coś ważnego. Jak to nie będzie wystarczająco ważne, to was postrzelę.

Usiadł na ziemi i podniósł swój kocyk, który wcześniej tam rzucił. Nikt nie ruszył ani jednej jego rzeczy, całe szczęście. Owinął się niczym naleśnik i zamknął oczy, próbując zapaść w sen. Wciąż słyszał jakieś rozmowy, ale usilnie starał się je zignorować. Tylko sen. Tylko jeśli zaśnie, nikt nie będzie mu zawracał głowy rozmawianiem. Nie chciał rozmawiać o sobie. Dlaczego miałby chcieć?


Rozdział XV

Królewska wola

Dnia: 22 Września 31r.

Król Kirrho – rządzący ziemiami na północy, z tropicielem i mglakiem jako pomocnikami. To jeszcze infery, czy już coś gorszego?


Queelo otworzył oczy, żeby zobaczyć ciemność. Musiał spać zdecydowanie dłużej, niż zamierzał. Zmarszczył brwi, powoli dochodząc do świadomości. Czy Nassie nie mówił, że powinni wyruszyć przed zapadnięciem zmroku? Że tak będzie bezpieczniej? Czyżby zmienił zdanie w trakcie? W sumie to było do niego podobne.

Coś dziwnego unosiło się w powietrzu, coś, czego nie potrafił określić. Podniósł się ostrożnie i rozejrzał dookoła. Ledwo cokolwiek widział. Rozstawiony namiot stał kilka kroków od niego, a wokół leżały cztery osoby i smacznie chrapały w swoich śpiworach. Tzziro nigdzie nie było widać. W zasadzie prawie nic nie było widać.

Stanął gwałtownie na równe nogi, zrzucając z siebie koc. To nie była wina jego oczu, tylko naprawdę otoczenie było zamglone. Poza tym nikt nie trzymał warty! Jeszcze się tak nie zdarzyło, żeby wszyscy poszli spać! Przecież to był ich obowiązek pilnować bezpieczeństwa, nie mogli sobie tak po prostu ucinać drzemek! Nieodpowiedzialne!

Ktoś złapał go za ramię. Queelo obrócił się gwałtownie, cofając się kilka kroków do tyłu. Złote oczy Tzziro lśniły w otaczającej go ciemności.

— Powinieneś spać — powiedział wypranym z emocji głosem.

Queelo cofnął się jeszcze bardziej.

— To twoja sprawka? — zapytał, zastanawiając się, czy da radę dopaść do Ihoo i ją obudzić na czas. Jakkolwiek tego nie rozważał w swojej głowie, za każdym razem wychodziło mu, że nie zdąży.

— Powinieneś spać — powtórzył nieco ostrzej.

Queelo cofnął się jeszcze o krok, a twarz Tzziro wykrzywiła się złością. Nie było dobrze. Queelo odruchowo sięgnął w bok i wtedy sobie przypomniał, że przecież przez cały czas ma przy sobie pistolet! Biorąc pod uwagę, jak rzadko go używał, musiały tam być jeszcze jakieś naboje. Powinien jednak działać naprawdę szybko.

— Nie jestem śpiący — odpowiedział, starając się nie brzmieć na tak bardzo wystraszonego, jak był. — Chciałem się trochę przejść, rozprostować nogi…

— Spać.

Wyjął broń i zdążył odbezpieczyć, ale Tzziro złapał go za rękę i sprowadził ją w dół, tuż przed wystrzałem. Huk poniósł się po okolicy, jednak, zamiast trafić w cokolwiek, pocisk wystrzelił w ziemię. Uścisk na jego nadgarstku zacieśnił się i Queelo mimowolnie obluźnił palce, a pistolet wypadł mu z dłoni. Podniósł wzrok na twarz Tzziro. Wojownik był wkurzony.

— Głupi ludzie — wysyczał. — Nikt nie ma prawa sprzeciwiać się królewskiej woli…

Natychmiast cofnął rękę, a dosłownie sekundę później, w tym samym miejscu, błysnęło ostrze miecza. Queelo wycofał się, potykając się o własne nogi i przewracając na ziemię. Czyli jednak się udało i wystrzałem obudził wszystkich. Całe szczęście! Feiily natychmiast stanęła obok niego i butem nakreśliła szybko jakiś znak, stawiając tuż przed nimi barierę.

— Chyba trochę zaspaliśmy — zażartował sobie Nassie. — To bardzo nieładnie wykluczać z walki osoby, które faktycznie umieją się bić! — Odwrócił głowę w stronę Queelo, wciąż jednak trzymając miecz wyciągnięty w stronę wroga. — Wszystko okej?

Wciąż bolał go nadgarstek, ale poza tym raczej nie miał żadnych szkód na ciele. Nie mógł z siebie wydusić jednak żadnego słowa, więc po prostu pokiwał głową. To wystarczyło. Nassie odwrócił się z powrotem do Tzziro, który syczał teraz ze złością jakieś słowa pod nosem. Jego twarz była tak wykrzywiona, że przestawał przypominać człowieka.

Dziwne dzwonienie rozległo się gdzieś na granicy myśli Queelo.

„Dzięki, że nas obudziłeś”, odezwał się głos Alloisa w jego głowie. Queelo odruchowo sięgnął i podrapał się w ucho. To nie było przyjemne uczucie.

„Połączenie myślowe?”, pomyślał, zastanawiając się, czy ktokolwiek to usłyszy.

„Najlepsze do bitwy!”. Tym razem był to głos Nassiego. Nawet w myślach brzmiał irytująco i głośno. Głowa mogła od tego rozboleć. „Za żadną cenę nie wychylajcie się poza barierę. My się wszystkim zajmiemy. Allois, zajdź go od prawej, a Ihoo od lewej. Mruży nieco lewe oko, gorzej na nie widzi”.

Wykonali jego polecenia bez żadnych dyskusji. Jakim cudem Nassie zauważył w ogóle coś takiego jak mrużenie oka?

„Mgła się podnosi!”, pomyślał Queelo, rozglądając się z niepokojem. „Ten drugi infer może się tu zaraz pojawić. Za długo tu zostaliśmy!”.

Tzziro jakby też to usłyszał, bo rzucił się na pierwszą osobę, która stała mu na drodze. Nassie odskoczył szybko na bok i ciął w jego plecy, ale tym razem nie trafił na ślamazarnego przeciwnika, bo Tzziro bez problemu uchylił się przed tym ciosem, po czym uskoczył, wymijając też Alloisa. Ihoo za to udało się trafić, raniąc go w ramię i rozrywając materiał marynarki. Tzziro przystanął, sycząc ze złością. Spod rozcięcia bardzo wyraźnie dało się zauważyć, że na ciemniej skórze rysuje się niewielka, biała błyskawica.

„Czyli to faktycznie jest infer!”. Queelo nie mógł powstrzymać tej myśli. Allois odwrócił się w jego stronę.

„Wiedziałeś o tym?! I nie powiedziałeś?!”. Nawet w jego myślach dało się usłyszeć wyrzut.

„Domyślałem się tylko! Poza tym nie wiedziałem, że wy też możecie zostać inferami!”.

„Ludzkie infery to rzadkość”, zauważył Nassie, zaczynając wesoło skakać wokół Tzziro, chyba tylko po to, żeby go bardziej rozzłościć. „A już na pewno nigdy nie widziałem żadnego ze złotymi oczami. Ja go zajmę, a wy mu celujcie w nogi. Jak nie będzie mógł się poruszać, nie będzie stanowił takiego zagro… PADNIJ!”.

Dziwny blask wydobył się z dłoni Tzziro, po czym pomknął przez powietrze, niczym ostrze. Nassie ledwo się przed tym zjawiskiem uchylił. Smuga trafiła w jedno z krzeseł, a to zniknęło w niewielkim wybuchu światła. Queelo przełknął ślinę. To na pewno nie wyglądało bezpiecznie.

— Czego ty w ogóle chcesz? — zapytał Nassie, wciąż tańcząc wokół infera i próbując go atakować, jednak z marnym skutkiem, bo nie mógł się do niego na tyle zbliżyć, żeby choć go drasnąć.

— Królewska wola musi zostać wypełniona — odpowiedział Tzziro bez emocji, wydobywając ze swoich rąk kolejną świetlistą smugę. Tym razem posłał ją w stronę bariery, ale Feiily ruchem ręki odprawiła ją w stronę ziemi.

— Ale jaka jest królewska wola? — nie przestawał gadać Nassie.

Uskoczył tak, że zaraz za jego plecami znalazł się szałas i stał tam o kilka sekund dłużej, niż gdziekolwiek indziej. Najwyraźniej Tzziro uznał, że to idealna okazja do pozbycia się go, i ukształtował kolejny portal, po czym posłał go w stronę wojownika. Nassie chyba tylko na to czekał. Uskoczył w ostatniej chwili, a zaklęcie zamiast niego, porwało cały dom infera. Zasyczał ze złością, na chwilę tracąc zainteresowanie czymkolwiek innym, co natychmiast wykorzystali Ihoo i Allois. Dziewczyna zarzuciła biczem, by ten owinął się wokół kostki Tzziro, po czym pociągnęła, przewracając go na ziemię. Allois podbiegł i przeciął mu mięśnie w nogach, po czym wbił swój miecz w jedną z nich. To musiało boleć. Tzziro syknął jeszcze bardziej wkurzony, a Queelo odwrócił wzrok. Nie mógł na to po prostu patrzeć.

— To co z tą królewską wolą? — zapytał znów Nassie, opierając ostrze miecza o szyję infera. Ten ani drgnął. — Jak niby mamy ją wypełnić, jak jej nie znamy? Możesz powiedzieć po dobroci albo ręka mi się trochę omsknie.

„Poświęcona ziemia”, odezwała się ze złością Feiily w jego myślach. To zadziwiające, że umiała syczeć nawet w cudzej głowie.

„W takim razie Allois już jest przeklęty”, zauważył Nassie.

„Co?!”, Allois spojrzał na wiedźmę z przerażeniem.

„Samoobrona to jedno”. Głos Feiily odbijał się jakby echem. „Nie miał złych zamiarów, chciał tylko bronić drużyny. Taką klątwę łatwo zdjąć. Ty chcesz go zamordować. I po stu latach coś takiego nie zejdzie, o ile w ogóle pożyjesz choćby rok więcej”.

„Wcześniej o tym nie wspominałaś”, oburzył się Nassie.

„Najlepiej by było, jakby żaden z was nie nosił klątw. One utrudniają życie, niezależnie od ich złożoności”.

Tzziro raczej nie słyszał ich telepatycznej rozmowy, ale z pewnością usłyszał przerwę w rozmowie normalnej. Wydał z siebie dziwny, trzeszczący dźwięk, zwracając uwagę wszystkich. Marynarka dziwnie zafalowała na jego plecach, jakby coś się tam ukrywało. A potem, zanim ktokolwiek zdążył jakkolwiek zareagować, znikąd wyrosły ogromne skrzydła, rozdzierając materiał. Infer machnął nimi, odrzucając całą trójkę wojowników gdzieś w dal. Musnęły też barierę Feiily, a wiedźma zadrżała. Chyba z trudem utrzymywała zaklęcie.

Spod ubrania Tzziro wychynął też długi ogon, zakończony postrzępioną strzałką. Owinął się wokół rękojeści miecza i wyszarpnął go z nogi, po czym wyrzucił. W miejscach, gdzie dotykał złotej broni, biała skóra była poparzona, ale natychmiast zaczęła się goić. To samo zresztą działo się z nogami. Już po chwili mężczyzna podniósł się, na powrót całkowicie sprawy, już w swojej prawdziwej formie. Oprócz ogromnych skrzydeł i ogona posiadał też niewielkie rogi na głowie, a jego palce, dotąd zwyczajne, zmieniły się w szpony.

„Co to do cholery jest?!”, przeraziła się Feiily, odruchowo cofając się o krok.

Queelo doskonale ją rozumiał. Sam również wpatrywał się w to z przerażeniem. Jasne, widywał w życiu wiele inferów, małych i dużych, uroczych i przerażających, ale pierwszy raz w życiu zobaczył coś takiego. I nie chodziło tylko o to, jak błyskawicznie zmienił się ze zwykłego człowieka w stwora, ani o błyskawiczną regenerację. Była jeszcze ta niepokojąca, potężna aura bijąca od Tzziro, która sprawiała, że miał ochotę uciec jak najdalej i nigdy nie wracać.

Infer odwrócił głowę w stronę wiedźmy. Widocznie nie był zadowolony z jej obecności. Jego szpony zaświeciły, dając jasno do zrozumienia, że zamierza rzucić kolejnym z tych swoich portali. Widząc to, Feiily natychmiast postawiła kolejną barierę, a Queelo w końcu podniósł się na równe nogi, chociaż nie miał zielonego pojęcia, co mógłby zrobić w takiej sytuacji.

Tym razem błyszcząca smuga nie ześlizgnęła się po barierze, a rozbiła ją, jakby ta była zrobiona ze szkła. To samo zresztą stało się z drugą. Wiedźma natychmiast uchyliła się, cudem ratując się przed zostaniem wciągniętą w portal.

„Powinniśmy chyba zacząć uciekać”, pomyślał sobie Queelo, widząc, że teraz Tzziro odwraca się w jego stronę. Problem jednak był taki, że wokół nich mgła stawała się coraz gęstsza i trudno było określić, w którym w ogóle kierunku uciekać.

Infer zrobił krok w stronę Queelo, a jego pazury znów zaczęły lśnić. Wtedy nagle z ciemności wystrzeliły dwa złote sztylety, celujące w twarz Tzziro. Szybko się przed nimi uchylił, ale te zawróciły i przebiły się przez jego skrzydła. Infer zaskrzeczał z bólu, nawet jeśli dwie rany natychmiast zaczęły się zasklepiać.

Mikky zleciała z nieba i wylądowała tuż obok Queelo, trzymając w dłoniach kolejne sztylety.

— Ciężko was znaleźć — powiedziała, natychmiast przyjmując postawę obronną. — To nieładnie chodzić na bossa samemu. Teraz musicie się użerać z konsekwencjami. Hej, ty! — wskazała ostrzem noża w stronę Tzziro. — Masz ładne skrzydła! Potrzebuję ich do badań!

— Przeklęta… — zaczął nerwowo Queelo, ale Mikky nie zamierzała dać dojść mu do słowa.

— Jesteśmy kilka metrów od przeklętych ścieżek. Przekaż Alloisowi, żeby mnie z wami połączył, o ile ten kretyn jeszcze żyje.

„Um, Allois? Żyjesz?”, pomyślał Queelo. Rozmawianie w myślach było dziwne. To było trochę jak myślenie, tylko takie głośniejsze, żeby każdy na pewno usłyszał. Jakkolwiek było nieco szybsze, niż faktyczna rozmowa, zdecydowanie było bardziej niekomfortowe.

„Boli”, odezwał się gdzieś z drugiej strony Allois. „Nie widziałem, co mnie uderzyło. Co mnie uderzyło? Boli”.

„Skrzydło”, odpowiedział mu Queelo bezwiednie. „Mikky tu jest, mówi, żebyś się z nią też połączył”.

Allois wydał z siebie kilka niezidentyfikowanych dźwięków. Queelo nie był pewien, czy to zgadzanie się, czy niezgadzanie, a może żadne z nich, ale wolał nie dopytywać.

Mikky nie czekała, aż infer ją zaatakuje, tylko sama zaczęła to robić. Przejechała dłonią po rękojeściach kilku sztyletów, które wciąż trzymała przy pasie, a te natychmiast, jakby z własnej woli, wydostały się na zewnątrz. Poleciały w stronę stwora, otaczając go i zaczynając ciachać, gdzie tylko się dało. Zadawały wyłącznie powierzchowne rany, które szybko się goiły, ale Tzziro i tak wydawał się tym wkurzony. Próbował odganiać od siebie tę broń, żeby jakoś przedostać się do Mikky i Queelo, ale sztylety skutecznie go przed tym powstrzymywały. Kobieta miała wymalowane skupienie na twarzy, a dłoń, którą trzymała rozłożoną przed sobą, drżała lekko.

„Ruszcie swoje leniwe tyłki”, odezwała się ostro w myślach, tak, że aż Queelo się skrzywił. „Nie będę odwalać całej roboty za was! Wiecie, ile musiałam się namęczyć, żeby was tutaj znaleźć, a wam wystarczyło jedno uderzenie, żeby stracić wszystkie siły?!”.

Ihoo w końcu się podniosła. Wyglądała na obolałą, ale i tak stanęła na równych nogach, trzymając swój bicz. Przyjrzała się klatce wirujących ostrzy, mrużąc przy tym oczy i wyraźnie czekała na jakiś specjalny moment. Nie skontaktowała się nijak z Mikky, ale ta jakby doskonale wiedziała, co się szykuje. Uniosła nieco dłoń, a sztylety odpowiedziały na ten znak, i wirujące tornado uniosło się ponad głowę infera. Jednak zanim ten wykonał jakikolwiek ruch, Ihoo po raz kolejny użyła bicza, żeby go przewrócić. Mikky zacisnęła dłoń w pięść, a sztylety skierowały się w stronę ziemi i powbijały się w skrzydła. Żaden nie chybił. Mikky i Ihoo natychmiast się rzuciły, żeby przygwoździć stwora, na wypadek, gdyby próbował się znów wyrywać.

„Zaklęcie!”, krzyknęła Mikky w myślach.

Feiily poruszała się z trudem i zdecydowanie nie była w stanie doskoczyć do nich, ale wtedy pojawiła się Ooya. Z błyskawiczną szybkością nakreśliła wokół ogromnego cielska okrąg, rysując obcasem buta w piasku, po czym rzuciła jednym z kolorowych kamyków w sam środek. Mikky i Ihoo odskoczyły w momencie, gdy kamień uderzył w ciało. Z kręgu podniosła się kolorowa bariera, więżąc stwora w środku. Ooya natychmiast zaczęła tworzyć kolejny, większy krąg, wokół tego, który dopiero co zrobiła.

— Zrób trzy warstwy — powiedziała Mikky. — I wszyscy się stąd wynosimy.

„Dacie radę się ruszać, lenie?”, dodała w myślach.

„Jeszcze umiem chodzić”, odezwał się Nassie, ale jego głos był jakiś przytłumiony.

„Chyba złamał mi rękę”. Głos Alloisa przepełniony był bólem. „Ale jestem w stanie biec”.

„Nie macie Aiiry’ego?”, zdziwiła się Mikky.

„Nie umiemy go znaleźć”.

Ooya wykorzystała trzeci kamyk i wyglądała na wykończoną, jednak nadal potrafiła poruszać się szybko. Inaczej było z Feiily, która chyba utykała na jedną nogę. Mikky natychmiast do niej podbiegła i wzięła ją na ręce. Wiedźma chyba nawet nie miała siły protestować.

— Prowadź — odezwała się w stronę Ooyi.

Ta skinęła głową i sięgnęła po kamień. Lśniący pasek pojawił się w powietrzu, prowadząc chyba poza mgłę. Wiedźma natychmiast ruszyła jego światem, więc i reszta szybko zrobiła to samo. Najwyraźniej Allois i Nassie również go zauważyli, bo szybko dołączyli do grupki. Ich miny były niechętne, ale oprócz brudu, chyba nikt nie był poważnie ranny, a przynajmniej na to nie wyglądało .

Nawet poza mgłą panował mrok, chociaż nie był aż tak intensywny, jak wcześniej. Gwiazdy migały tajemniczo, księżyc schował się za chmurami, ale nadal delikatnie błyszczał, przebijając się przez nie i nieco ukazując ścieżkę. Ooya nadal utrzymywała lśniący pasek w powietrzu, ale ten powoli przygasał. Trzymanie tego musiało kosztować ją dużo siły. Poza tym postawiła aż trzy bariery, a Queelo widywał, jak Feiily się słaniała już po stworzeniu jednej.

— Nie dogonią nas? — zapytał Allois, oglądając się za siebie, jakby spodziewał się tam zobaczyć kolejnego infera, ale była ta tylko pustka.

— Regeneracja jest męcząca — odpowiedział mu Nassie. — Po tylu ranach, jakie zadała mu Mikky, sam będzie równie wykończony, co my.

— Straciłam przez was większość moich noży — zauważyła Mikky lodowato, wskazując na kilka ostatnich sztyletów. — Jak wrócimy, to macie mi je odkupić. Wszystkie. Całą trzydziestkę.

— Przecież jesteś bogata! — oburzył się Allois, ale ona obdarzyła go tak morderczym spojrzeniem, że zająknął się i zamilkł.

— Więc uważasz, że to ja mam płacić za waszą niekompetencję? — Gdyby słowa mogły zabijać, Allois byłby już trupem. — Uratowałam ci dupę. Mógłbyś przynajmniej podziękować. Kilka noży chyba nie jest aż taką wielką ceną za twoje życie, co?

Queelo poczuł jakieś ukłucie, słuchając tych słów. Otworzył usta, żeby się odezwać, ale najwyraźniej Allois nie był jedyną osobą, która umiała czytać w myślach, bo Mikky odwróciła się od razu do niego.

— Ty nie dziękuj — powiedziała. — Ty masz to wypisane na twarzy. Poza tym nie potrzebuję podziękowań od nikogo, oprócz tych dwóch niewdzięczników. Uważają się za lepszych, a trzeba ich ciągle ratować.

— Czemu dwóch? — Nassie udał oburzenie. — Ja zawsze jestem ci wdzięczny! Ciągle powtarzam, że powinni w końcu ciebie wybrać na najlepszego wojownika twierdzy, zamiast mnie, tak, jak na to zasługujesz! Mistrzyni Mikky! Najwspanialsza i najlepsza. Mogę ci kupić nawet pięć razy więcej noży, za to, że cały czas mnie ratujesz!

— Uznam to za „dziękuję” — mruknęła Mikky. Wyglądała na zadowoloną z tych słów, jednak wszystko to zostało zastąpione przez złość, kiedy przeniosła spojrzenie znów na Alloisa. — A ty?

Allois wymamrotał coś pod nosem, jednak nawet jeśli było to „dziękuję”, nie zadowoliło to Mikky.

— A może tak głośniej?

— Co ci tak zależy? — warknął nagle Allois. — Słowa to tylko słowa, a twoją pracą jest ratowanie innych! Niby dlaczego miałbym za to dziękować?

— Moją pracą jest ratowanie normalnych ludzi. Nie wojowników od siedmiu boleści, którzy uważają, że są lepsi od wszystkich. Jak jesteś taki dobry, to na przyszłość broń się sam, zamiast jęczeć w agonii.

— Powinniśmy poszukać miejsca na obóz! — wciął się Nassie, wyraźnie czując, że zaczyna się kłótnia. — Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Powinniśmy odpocząć i wyleczyć rany.

— Ciekawe jak mamy rozbić obóz — mruknęła Ihoo — skoro bagaże zostawiliśmy za sobą.

Wszyscy rozejrzeli się po sobie, dopiero teraz się orientując, że faktycznie tak jest. Queelo złapał za pasek swojej torby. To, że zawsze miał ją przy sobie, uratowało go od straty jego rzeczy, ale nikt poza nim nie miał takiego szczęścia. Mikky też wciąż miała swoją torbę, ale nie sądził, by miała tam zbyt wiele rzeczy. Chyba tylko ten mały szałasik i ewentualnie swój koc.

W okolicy i nie było żadnego dobrego miejsca na obóz, ale mało kto miał siłę, żeby chodzić dalej, więc rozbili się po prostu na otwartym terenie. Mikky rozstawiła szałas tak, że był częściowo otwarty i wszyscy mogli się za nim ukryć przed wiatrem. Usiedli sobie wesoło w kółeczku, a Ooya i Feiila, ostatkiem sił, ułożyły pośrodku kamyki i stworzyły coś w rodzaju alternatywy dla ogniska. Nawet Queelo, który nie znosił magii, nie protestował. Ciepło było całkiem przyjemne.

Jedynie Allois usiadł gdzieś dalej, wciąż obrażony. Queelo zupełnie go nie rozumiał. Może i Mikky faktycznie nie zakomunikowała tego w jakiś mocno miły sposób, ale miała rację, mogła domagać się podziękowań. Gdyby nie ona, prawdopodobnie wszyscy skończyliby martwi.

— Nie przejmuj się nim — odezwała się Mikky, widząc, na co patrzy się Queelo. — Pieprzony seksista. Ma pamięć złotej rybki, jutro o wszystkim zapomni.

Queelo zamrugał.

— Jeśli zastanawiasz się, dlaczego go trzymamy — wtrącił się Nassie, po raz kolejny jakby odczytując jego myśli — to odpowiedź brzmi: potrzebuję kogoś od telepatycznej komunikacji. Poza tym — ściszył nieco głos — staramy się go po cichu naprawić. Kiedyś był o wiele gorszy, więc chyba nam wychodzi. Odebrał złe wychowanie od rodziców, że tak powiem.

— Jakbyśmy wszyscy takiego nie odebrali — prychnęła Mikky. — Mój ojciec też mi ciągle powtarzał, że miejsce kobiety jest w kuchni i se powinnam znaleźć bogatego, wpływowego męża, żeby nasza rodzina w końcu zajęła należne miejsce w elicie. — Splunęła w bok. — Jakbym go słuchała, to skończyłabym u boku jakiegoś bogatego pryka. Dziękuję bardzo za takie życie.

— To byłaby wielka szkoda — przytaknął jej Nassie. — Już dawno pewnie bym nie żył.

— Możesz już przestać z tym zachwalaniem.

— Ale to prawda! Gdyby nie ty, to już dawno połowa Twierdzy zmówiłaby się przeciw mnie i zabiliby mnie we śnie. A tak to nie lubi mnie tylko ćwierć. Ćwierć to za mało, żeby mogli się zmówić.

— Muszę zatem poszukać tej ćwierci — mruknął Queelo pod nosem.

Nassie zaśmiał się, słysząc to i objął go ramieniem.

— Jesteś zabawny!

— Nie żartuję — warknął Queelo, próbując się uwolnić. — Zabieraj tę łapę.

— Patrzcie, teraz powie o naruszaniu przestrzeni osobistej.

Wzmocnił tylko uścisk, jakby go to bawiło. Queelo spojrzał na niego ze złością. Skoro słowa nie działały, trzeba było spróbować inaczej. Dłoń Nassiego akurat była gdzieś w pobliżu jego twarzy. Cóż za szkoda. Nie zastanawiając się długo, zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy i ugryzł. Nassie krzyknął i natychmiast zabrał rękę, uwalniając się od zębów. Wykorzystując okazję, Queelo natychmiast się od niego odsunął.

— Ugryzłeś mnie! — powiedział Nassie z niedowierzaniem, chowając dłoń w drugiej, po czym zaczął dmuchać na ranę. — Nic dziwnego, że nie chciałeś tych robaków. Twoje zęby już są mocne jak cholera. To boli!

— Bo miało boleć! Odwal się w końcu ode mnie!

Przesunął się i usiadł tak, by między nim a Nassiem znajdowała Ihoo. Siostra w ogóle nie zaprotestowała, a nawet specjalnie ustawiła się tak, żeby schować brata. Nassie spojrzał na nią i natychmiast odwrócił wzrok.

— Powinniśmy pogadać o czymś innym! — rzucił natychmiast, najwyraźniej nie chcąc siedzieć w niezręcznej ciszy. — Jak myślicie, o co mogło chodzić z tą królewską wolą? Jakoś się naraziliśmy jego wysokości?

— Królowi? — zdziwiła się Mikky. — Dowiedzieliście się czegoś o jakiejś monarchii?

— Z tego, co zrozumiałem, to królowie to infery, tylko że takie wiele potężniejsze niż zwykłe. No i rządzą terenami, do których zmierzamy.

— Więc pewnie wkurzyliśmy ich obecnością — prychnęła kobieta, opierając się o ramię Feiily. — My się wkurzamy, że infery nam włażą na nasze ziemie, to one pewnie też mogą się wkurzać, kiedy my im włazimy na ich tereny.

— Nic nas jeszcze nie zaatakowało — odezwała się nagle Ooya cicho, zwracając uwagę wszystkich. — Wyszliśmy już z przeklętych ziem. Tu powinno się roić od inferów. Czemu nic nas nie atakuje?

— Może wszystkie śpią — prychnął Nassie. — Infery też potrzebują snu.

— Nie powinniśmy tu zostawać zbyt długo — dodała wiedźma, rozglądając się z niepokojem. — Coś jest nie tak w tym miejscu. Powinniśmy odpocząć chwilę, wyleczyć się i ruszać dalej.

Nikt nie zaprotestował. Feiily podniosła się i razem z Ooyą zaczęły rysować jakieś znaczki na ziemi. Queelo zrobił szybki przegląd, ale jego nadgarstek nie był w żaden specjalny sposób uszkodzony, a i z resztą ciała było podobnie. Odsunął się więc na bok, nie zamierzając korzystać z leczniczych zaklęć. Nie żeby zamierzał to robić, w razie jakby coś mu się stało. Po prostu znalazł sobie wymówkę. Mikky usiadła obok niego, z daleka od kręgu osób, które ustawiły się w kolejce po lekarstwo.

Oczywiście Nassie ustawił się pierwszy i natychmiast zaczął coś wyjaśniać wiedźmom. Wciąż trzymał się za zranioną dłoń. Mikky prychnęła z rozbawieniem.

— Ciekawy ruch — przyznała, trącając Queelo ramieniem. — Ale wiesz, że teraz będzie cię jeszcze bardziej prześladował, nie?

— Co? — Queelo odwrócił się do niej. — Jak to? Przecież…

— Miałeś nadzieję, że go zniechęcisz — dokończyła za niego Mikky. — To tak nie działa. On jest dziwny, jak już zdążyłeś zauważyć. Nie lubi się zadawać ze „zwykłymi” ludźmi. Dziwne rzeczy działają na niego jak magnes.

— Dzięki za ostrzeżenie.

— Ale jeśli myślisz, że teraz normalnym zachowaniem go zniechęcisz, to to też nie zadziała.

— To co mam niby zrobić?!

— Hm, to ciekawe pytanie — mruknęła Mikky, drapiąc się po brodzie. — Myślę, że na tym etapie, w grę wchodzi jedynie zabójstwo. Nie żebym coś takiego pochwalała.

Queelo jęknął i ukrył twarz w dłoniach.

— To piekło nigdy się nie skończy!

— Jak chcesz, to mogę mu nagadać — zaproponowała Mikky, uśmiechając się przy tym. — Na dłuższą metę pewnie nie za wiele pomoże, ale przynajmniej jeden albo dwa dni spokoju się znajdą. Potem możemy pomyśleć nad innym rozwiązaniem.

— Naprawdę? — Uniósł wzrok, żeby na nią spojrzeć. — Dzięki. To… doprowadza mnie do szału! Mam już dość.

— Nie ma sprawy. Ale żebyś sobie nie myślał, że to za darmo! Chcę coś w zamian.

Queelo spojrzał na nią z lekkim strachem.

— Tak?

— Masz dobrą pamięć. Opiszesz mi ze szczegółami tego stwora, z którym walczyliście. Tego z mgły też podobno widziałeś. Jego też.

Odetchnął z ulgą. To nie było nic trudnego, więc mógł to zrobić. Przywołał w głowie obraz i zaczął opowiadać. Mikky czasem tylko przerywała mu, żeby o coś zapytać, ale przez większość czasu po prostu siedziała, zasłuchana w jego słowa i przytakiwała. Kiedy kończył swój monolog, słońce już powoli wyłaniało się zza horyzontu, zaczynając nowy dzień.


Rozdział XVI

Przepaść

Dnia: 23 Września 31r.

Wszyscy wyglądamy jak trupy. Inferów brak. Czemu żadnych nie ma w pobliżu?


Queelo w ogóle nie spał tamtej nocy, ale wcale nie czuł się zmęczony. Zebrali się szybko, chociaż biorąc pod uwagę, jak niewiele mieli bagażu, nie był to jakiś wielki wyczyn. Mikky poczęstowała resztę jakimiś resztkami jedzenia. Nie zostało tego wiele. Powinni powoli zacząć przygotowywać się do polowania. A przez „oni”, Queelo myślał o całej reszcie. Gdyby to on zaczął, pewnie myliłby każde zwierzę i koniec końców ktoś by się przez niego otruł.

Pogoda w końcu się popsuła, jakby i ona była na nich zła za ucieczkę poprzedniego dnia. Słońce schowało się za ciemnymi chmurami, temperatura spadła i zapowiadało się na deszcz. Queelo nawet nie schował swojego koca, tylko pozostał nim owinięty i w ten sposób szedł. Ihoo przez chwilę udawała, że nie jest jej aż tak zimno, ale w końcu też wcisnęła się pod jego ramię. Na szczęście koc był dość duży. W sumie i trzy osoby mogłyby się pod nim zmieścić.

Mikky przez chwilę szła obok Nassiego, rozmawiając z nim o czymś cicho, po czym zwolniła i zrównała się z Queelo.

— Mogę się wcisnąć? — zapytała. — Oddałam swoje koce Feiily i Ooyi.

Queelo odruchowo spojrzał w stronę wiedźm. Faktycznie szły owinięte w wielobarwne materiały, ale że ich stroje były podobne, nie zauważył tego wcześniej. Skinął głową, a kobieta wcisnęła się w wolne miejsce i szli tak, krok za krokiem, próbując nie przewrócić się nawzajem. To było trudniejsze, niż się spodziewał. Ihoo zawsze szła obok niego, więc w miarę już dostosowała się do jego kroku, ale Mikky chodziła zdecydowanie szybciej i wyrównanie rytmu z nimi trochę jej zajęło.

— W ogóle — powiedziała, kiedy w końcu jej się udało — porozmawiałam z tym bucem, zgodnie z obietnicą. Dzisiaj powinieneś mieć spokój.

— Co mu powiedziałaś?

Uśmiechnęła się chytrze.

— To tajemnica. Sztuczki starszej siostry. Ihoo pewnie wie, o czym mówię.

Wymieniły między sobą dziwne uśmiechy. Queelo zmarszczył brwi, ale im dłużej o tym myślał, tym mniej chciał na ten temat wiedzieć. Skoro Ihoo potrafiła mu czasem nagadać tak, że nie chciało mu się wychodzić przez tydzień z domu, to co musiała umieć Mikky. Przeniósł spojrzenie na Nassiego. Na pierwszy rzut oka zachowywał się normalnie, ale jak przyjrzeć się bliżej, szedł jakoś mniej skocznie niż zwykle, a i głowę miał dziwnie spuszczoną. Przez chwilę Queelo zrobiło się go szkoda, ale potem przypomniał sobie, jak cudownie jest nie słyszeć tego irytującego głosu, i uczucie od razu minęło.

Wiedźmy zatrzymywały co jakiś czas ich pochód, sprawdzając, czy kierunek się nie zmienił. Próbowały też w jakiś sposób znaleźć ostatniego zaginionego ich wyprawy, ale gdziekolwiek był Aiiry, nie umiały go zlokalizować. Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Nassie próbował wszystkich pocieszać, mówiąc, że będzie dobrze, ale chyba sam w te słowa nie wierzył.

Okolica była zadziwiająco pusta. Oczywiście było tam pełno roślin i drzew, które wyginały się niepokojąco we wszystkie strony, ale oprócz nich nie widać było żadnej oznaki życia. Żadnych zwierząt, żadnych inferów, po prostu nic. Wąs i Echo skuliły się na ramionach Nassiego, jakby wyczuwały coś, czego nie wyczuwał nikt inny. Queelo powąchał powietrze, wytężył słuch, ale niczego nie wykrył. Wojownicy też nie dawali żadnych alarmujących sygnałów.

— Wydaje mi się — odezwał się Nassie po dłuższej chwili przerwy — że zbliżamy się do tej mitycznej granicy.

Jakby na jego zawołanie, nagle powietrze wypełniło się skrzekiem. Wszyscy szybko pochowali się w cieniach drzew. Po niebie przemknęło kilkanaście kruko-podobnych inferów, zbitych w stado i wyraźnie patrolujących okolicę. Na początku Queelo myślał, że po prostu kraczą, jak to robiły też normalne kruki, ale dopiero gdy już odlatywały, zdał sobie sprawę, że w tym hałasie dało się dosłyszeć jakieś słowa.

— Wola króla, wola króla — powtarzały w kółko i w kółko, jak jakąś mantrę.

Queelo spojrzał za nimi z przerażeniem. Nagle ta wyprawa stała się najgorszym pomysłem na świecie. Powinien był zostać w domu. W co on się najlepszego wpakował.

Na odwrót jednak było już za późno. Zebrał całą odwagę, jaka mu pozostała i ruszył za resztą. Potrzebowali przejść jeszcze dobrych kilkadziesiąt metrów, zanim trafili w miejsce, gdzie musiała być granica. Łatwo było domyślić się, iż to właśnie to miejsce, bo teren urywał się gwałtownie, prowadząc w głęboką przepaść. W dole brakowało roślinności, a niemal cały teren pokryty był pękającą od suszy ziemią. Nijak to nie przypominało zielonych terenów w górze. Jakby patrzyli na portal do innego świata.

Poniżej już były infery i to wcale nie w małych ilościach. Stwory najróżniejszych kształtów i kolorów krążyły na obrzeżach doliny, wydając z siebie dźwięki. Queelo mógłby się założyć, że powtarzały dokładnie te same słowa, co wcześniej kruki, i wcale mu się to nie spodobało. Chęć ucieczki stała się jeszcze silniejsza. Nie chciał wchodzić na tereny królewskie, na te przerażające ziemie pełne potworów. Poza tym tam gdzieś czyhało coś potężniejszego. Czy to było rozsądne pakować się w coś takiego?

„Może babcia miała rację”, pomyślał, przełykając ślinę. „Może nie powinniśmy jej szukać”.

A potem natychmiast sam pokręcił głową na te myśli. Jak w ogóle tak mógł?! Oczywiście, że powinni jej szukać i pomóc! Wychowała go i pomagała całe życie, a on miał teraz tak po prostu stchórzyć? To by dopiero było niewdzięczne!

— Podejrzewam, że nikt nie przyniósł sprzętu do wspinaczki — mruknęła Mikky, spoglądając w dół.

— Umiesz latać — zauważył z drwiną Allois.

— A co, ty też umiesz? — odpowiedziała mu lodowato. — W przeciwieństwie do ciebie, ja myślę też o innych. Mogłabym was znosić jednego po drugim, ale wtedy byłaby naprawdę wysoka szansa, że coś nas zauważy i zaatakuje w locie. Więcej niż jednej osoby nie podniosę. Jeśli usłyszę kolejną uwagę — dodała, widząc, że Allois otwiera usta, żeby coś wtrącić — o tym, że jestem słaba, to cię tam zepchnę. Latanie samemu jest wystarczająco trudne. Z jedną osobą to tragedia. Z dwiema już się nie da. Ważna jest równowaga.

— Nie mamy lin — przyznał Nassie. — Znaczy nie mieliśmy ich jeszcze zanim straciliśmy bagaże, wiele się nie zmieniło. Hm. — Trącił stopą ziemię. — Moglibyśmy po prostu spróbować zejść po tej ścianie. Nie jest aż taka stroma.

— Nie każdy z nas jest kozicą górską — prychnął Queelo. — Powinniśmy najpierw poszukać miejsca, w którym nie będzie tyle inferów, a potem myśleć o zejściu. Może gdzieś będzie jakaś ścieżka, przecież nie wszystkie infery mają skrzydła, a jakoś wychodzić chyba muszą, nie?

Reszta nie wyglądała na przekonanych tym wyjaśnieniem, ale ruszyli powoli wzdłuż przepaści, chowając się starannie przed wzrokiem stworów w dole. Co jakiś czas sprawdzali i faktycznie, im dalej się wybierali, tym mniej ich było. W końcu udało im się znaleźć miejsce, w którym nie było ani jednego patrolu. Nie było tam co prawda ścieżki, ale tam Mikky już mogła ich powoli przenosić, bez ryzyka narażenia się na atak.

Na nieszczęście Mikky, pierwszym ochotnikiem okazał się Allois. Queelo spodziewał się, że weźmie go na ręce i powoli zacznie się opuszczać na dno, ale zdecydowanie się pomylił. Mikky złapała wojownika za kołnierz i zanim zdążył zaprotestować, pociągnęła go na krawędź i rzuciła się w nią. Oboje zniknęli, a krzyk Alloisa poniósł się echem po okolicy. To chyba nie był najmądrzejszy ruch, mogli kogoś tym przecież zwabić. Chwilę później Mikky wychynęła zza krawędzi.

— Kto następny?

Queelo bał się, jeśli to miało właśnie tak wyglądać. Feiily podeszła bez żadnego strachu w oczach. Tym razem Mikky po prostu wzięła ją w ramiona i faktycznie zaczęła powoli opadać, tak, jak spodziewał się tego Queelo. Odetchnął nieco. Może po prostu pierwszy sposób zarezerwowała dla osób, których nie lubiła. Oby nie był jedną z nich.

— Cykasz się? — zapytał Nassie, nagle odzyskując swój irytujący głos i przysuwając się bliżej. — Wiesz, gdybyś…

Mikky pojawiła się znów i obdarzyła go takim spojrzeniem, że natychmiast zamilkł i cofnął się o krok. To było zdumiewające! Co takiego musiała mu nagadać, że zaczął się tak zachowywać? Dało się to powtórzyć? Albo pociągnąć dłużej? Queelo bardzo chętnie by się czegoś takiego nauczył. Nie tylko po to, żeby odganiać od siebie Nassiego, ale i wszystkich innych ludzi.

Nikt nie zgłaszał się jako kolejny, więc Ihoo wypchnęła do przodu brata, nie dając mu wyboru. Spodziewał się potraktowania podobnego do Alloisa, ale Mikky najwyraźniej nie uważała go za tak okropnego. Podniosła go, jakby nic nie ważył i powoli zaczęli opadać. Spojrzał w dół i natychmiast tego pożałował, widząc, jak daleko jest ziemia. Szybko podniósł wzrok na niebo.

— Boisz się wysokości, co? — zapytała Mikky, ale jej ton był zdecydowanie bardziej przyjazny niż Nassiego.

— Raczej upadku — mruknął Queelo, wciąż z uniesioną głową.

— Upadek jest szybszy. Jak spadasz, to przynajmniej wiesz, że wrócisz na ziemię!

To chyba miało być pocieszające, ale Queelo wcale nie poczuł się lepiej. Na jego szczęście ten lot zakończył się szybko i znów mógł postawić stopy na ziemi. Zastanawiał się, czy na nią nie paść, ale uznał, że to by była przesada. Zwłaszcza że musiała być szorstka od suszy. Jakim cudem tam było sucho, kiedy w górze roślinność sobie kwitła w najlepsze?

— Inferza magia — odpowiedziała Feiily. Queelo odwrócił się do niej, myśląc, że kobieta mówi do niego, ale ona stała nad kręgiem, który wyrysowała. — Bardzo potężna. Zasysa wszystko. Trudno cokolwiek wyczuć. Ale wszystko nadal wskazuje północ.

Mikky po kolei przyniosła Ooyę, Ihoo i na samym końcu Nassiego, który nie wyglądał na zadowolonego. Chwilę później także jego koty zleciały z góry, Wąs trzymany w łapkach Echo. Zajadajka o dziwo była w stanie go utrzymać, mimo że była mniejsza. Infery bywały przerażająco silne. Zrobiły kilka kółek wokół grupki, po czym wylądowały na swoim ulubionym miejscu, czyli głowie Nassiego. Pomimo tej przejażdżki, wyglądały na przerażone.

— Rozumiem, że musimy iść w stronę szefa wszystkich szefów? — zapytała Mikky, wyciągając jeden ze swoich sztyletów. — Powinniśmy obgadać strategię.

— Nie wiedząc, kim jest nasz wróg? — prychnął Nassie. — Powodzenia z takim planowaniem. Wszystko może pójść do piachu tylko dlatego, że nie przemyślałaś jednej rzeczy.

— Bo najlepiej układa się plany na bieżąco?

— Zależy. Gdybyśmy wiedzieli, z kim walczymy, moglibyśmy załatwić sobie plan od razu, ale nie wiedząc tego, możemy wymyślić tysiące scenariuszy, a i tak wszystkie mogą pójść do kosza. Powinniśmy po prostu zrobić ogólne założenia, nic więcej, bo zmarnujemy tylko czas.

— Więc jakie założenia byś zrobił, szefie?

— Na pewno nie atakujemy pierwsi.

— Zawsze to powtarzasz? — zapytał Queelo. — W bibliotece gadałeś to samo.

— To moje motto życiowe. Nie atakuj, dopóki nie wiesz, że twój przeciwnik to na pewno przeciwnik. W ten sposób można stracić zaskakująco dużo potencjalnych przyjaciół! Dobrze, najpierw to powinniśmy poszukać pani major i unikać walki, na ile to będzie możliwe. Jeśli do takowej jednak dojdzie, wtedy po prostu nie dajcie się zabić, dopóki czegoś nie wymyślicie.

To nie brzmiało jak dobry plan, ale, o dziwo, nikt nie zaprotestował. Queelo miał ochotę to zrobić, ale nie był mistrzem w tworzeniu planów, więc dał sobie spokój. Poowijali się znów swoimi kocami i ruszyli ostrożnie za Feiily, rozglądając się uważnie dookoła. Wszyscy powyciągali broń, żeby czuć się bezpieczniej i dopiero wtedy Queelo boleśnie odczuł brak pistoletu. To nie było tak, że do czegokolwiek go potrzebował. Na infery zwykłe pociski i tak niezbyt działały, ale bez niego czuł się dziwnie bezbronny. Co oczywiście było idiotyczne, bo w końcu umiał się bić, jednak nie mógł się pozbyć tego dziwnego odczucia. Jakby ktoś odciął mu rękę.

W okolicy w ogóle nie było inferów. Wyglądało to tak, jakby nagle wszystkie zniknęły. Wąs i Echo co jakiś czas wydawały z siebie przestraszone dźwięki, ale nie było wiadomo, czego się tak bały. Queelo rozglądał się bardzo uważnie, jednak nie widział niczego, co ten strach mogło wywoływać. Może chodziło o tę dziwną aurę w powietrzu? Wywoływała u niego ciarki na plecach, ale nie był pewien dlaczego. Co ją w ogóle wytwarzało? Albo kto?

— Też czujecie — odezwała się nagle Ooya, po dłuższej chwili milczenia — że coś jest z tym miejscem nie tak?

— Jak z każdym miejscem, które dotąd odwiedzaliśmy — zauważył Nassie. — Nie mamy szczęścia. Co drugie miejsce poza barierą jest w jakiś sposób nienormalne. Przeklęte, zajęte, już przez kogoś rządzone, dziwne, kiedyś napromieniowane, zniszczone… Nie bez powodu ludzie nie chcą żyć poza barierą. Infery nie są jedynym powodem.

— Nie o to mi chodziło — syknęła na niego wiedźma. — Jego balans jest nieprawidłowy i to nie w sposób magiczny.

— Balans? Mogłabyś nie mówić zagadkami?

— Jakby niszczyło się samo z siebie, a nie z powodu wrogich sił zewnętrznych. To rzadko spotykane w tym świecie. — Przystanęła nagle i klęknęła, żeby zebrać trochę ziemi w dłoń, po czym powąchała ją. — Byłoby przepełnione siłą, gdyby coś jej nie wysysało. Prawdziwy cud natury.

— Cud cudem, ale musimy iść dalej. Nie chcę zostawać w tym miejscu dłużej niż to faktycznie potrzebne. Mam co do niego dziwne odczucia.

Czyli nie tylko Queelo wyczuwał coś dziwnego. Całe szczęście. Już się bał, że coś z nim jest nie tak, a po prostu to miejsce było nienormalne. Kolejne nienormalne miejsce na liście nienormalnych miejsc. Faktycznie odwiedzali ich ostatnio zbyt wiele.

Echo jakby wyczuła, o czym myślał sobie Queelo, bo spojrzała na niego swoimi wielkimi, czarnymi oczami i wpatrywała się tak przez chwilę. Rozwinęła swoje ważkowate skrzydełka, po czym przeniosła się z głowy Nassiego na ramię Queelo, owijając swój ogon wokół jego szyi. Był tak krótki, że ledwo obejmował jej połowę, ale infer zdawał się tym nie przejmować. Queelo nawet nie miał siły, żeby ją wyganiać. W sumie to poczuł się nawet trochę pewniej, mając kogoś u boku.

Dziwne skrzeczenie odezwało się na obrzeżu jego myśli. To znowu Allois przeczesywał okolicę. Queelo podrapał się w ucho, co zresztą zrobiła też odruchowo cała reszta. Nikt nie lubił tego uczucia, ale też i nikt w takiej sytuacji nie zamierzał na Alloisa krzyczeć. Przynajmniej tym razem użycie jego zdolności było logiczne, nawet jeśli irytujące.

— Żadnych oznak życia w pobliżu — oznajmił po dłuższej chwili. — Ale nieco dalej cos wyczuwam. Jakby przytłumione. Zmierzamy się cały czas w tamtym kierunku, więc powinniśmy uważać.

— To znaczy? — zapytała Mikky. — Nie możesz ustalić, co to jest?

— Jest za daleko. Poza tym jest jakieś dziwne…

— Dość — przerwał mu Queelo. — Jeszcze raz ktoś użyje słowa „dziwne”, to oberwie.

— Wcale nie powtarzaliśmy tego tyle razy…

— Irytuje mnie to słowo, okej?

— Ja mogę to sprawdzić — odezwała się dotąd siedząca cicho Ihoo. — Dajcie mi tylko chwilę.

Zamknęła oczy, skupiając się. Wszyscy zatrzymali się, żeby na nią poczekać. Stała tak chwilę, zaciskając powieki, a kiedy je otworzyła, jej oczy były niemal białe. Obróciła się powoli, jakby nie widziała reszty grupy, a coś, co było o wiele dalej. Okręciła się, po czym spojrzała w tę stronę, w którą dotąd zmierzali. Zmrużyła nieco oczy, jakby próbując się czemuś dokładniej przyjrzeć. Mrugnęła, a jej oczy znów wróciły do normalności, o ile kolor złoty można było tak nazwać.

— Co widziałaś? — zapytał natychmiast Nassie.

Ihoo nie odpowiedziała od razu. Zachwiała się nieco, a Queelo natychmiast stanął tuż obok niej, gotów ją złapać, na wypadek, gdyby miała się przewrócić. Złapała go za rękę, żeby nie stracić równowagi.

— Kilkadziesiąt metrów na północ — odezwała się po chwili ciszy — jest coś w rodzaju… cmentarza drzew. Wiele przewalonych pni drzew leży bez życia, a szczeliny między nimi tworzą swego rodzaju labirynt. Ktoś się tam ukrywa. To człowiek.

— Człowiek? — powtórzył Allois. — Ale jesteś pewna, że człowiek, a nie tylko coś do niego podobnego?

Jego ton był podejrzanie ostry. To zdecydowanie nie spodobało się Queelo.

— Kiedy mówi, że to człowiek, to właśnie to ma na myśli — odpowiedział niewiele milszym tonem. — Jasnym spojrzeniem można zobaczyć takie rzeczy.

— Tylko jakoś wcześniej ich nie zauważyła — rzekł z kpiną Allois.

— Gdybym używała zdolności bez przerwy — odezwała się Ihoo, również wyraźnie wkurzona — to przepaliłabym sobie mózg. Nie każdy może sobie pstryknięciem odpalić czytanie myśli.

— Uważam tylko, że gdybyś używała tej mocy rozważniej, nie mielibyśmy takich problemów.

— Rozważniej? Coś mi sugerujesz?

— Cóż, gdybyś się tak nie oszczędzała, zapewne przez leni…

— Hej, hej! — Nassie natychmiast stanął między nimi, rozkładając ramiona. — To nie jest najlepszy czas na kłótnie. Jesteśmy na otwartym terenie, wszystko może nas tutaj zaatakować. Może poczekacie z tym, aż znajdziemy bezpieczne miejsce?

— Nie będzie żadnej kłótni — oznajmiła Ihoo lodowato, a Nassie aż skulił ramiona. — Ani teraz, ani nigdy. Alloisie Viccy, jeśli jeszcze raz odezwiesz się do mnie z takim brakiem szacunku, zostaniesz zdegradowany z powrotem do rangi zwykłego szeregowego i będziesz czyścił podłogi w koszarach po kres swoich marnych dni.

— Ty… — Allois wyglądał na zszokowanego tą groźbą.

— Nie jestem twoją przyjaciółką — przerwała mu Ihoo. — Nie jestem twoją znajomą. Nie jestem kimś, z kogo możesz sobie żartować i kpić, bez ponoszenia konsekwencji. Jeszcze raz podważysz moje kompetencje albo spróbujesz nazwać leniwą, postaram się, żeby nie było dla ciebie miejsca w naszych szeregach. Nie potrzebujemy osób, które uważają się za pępek świata i nie doceniają dokonań innych. Rozumiemy się?

Jej twarz była zupełnie poważna. Nassie szybko usunął się z pola widzenia, wyraźnie uznając, że jednak nie chce stać się celem Ihoo, ale ona w ogóle nie zwróciła na niego uwagi, ciągle wpatrując się prosto w Alloisa. Mężczyzna chyba nagle pożałował wszystkich swoich słów. Wyglądał, jakby zamierzał się gdzieś schować, ale nie było gdzie.

— Czy się rozumiemy? — powtórzyła Ihoo nieco ostrzej.

Allois szybko pokiwał głową.

— Pomoc ludziom to nasz obowiązek — odezwała się znów Ihoo, tym razem już bardziej przyjaznym tonem. — Dlatego idziemy pomóc.

Ruszyli więc dalej. Allois, dotąd idący gdzieś na przedzie pochodu, zniknął gdzieś na tyle, najwyraźniej nie chcąc się bardziej narażać. Nassie też się jakoś dziwnie schował w pobliżu wiedźm, jakby bojąc się o swoje stanowisko. Queelo nie sądził, by kiedykolwiek mu to groziło, ale taka sytuacja oznaczała, że nie trzeba było słuchać tego irytującego głosu, więc nie narzekał jakoś bardzo. Feiily nadal ich prowadziła we wskazanym kierunku.

— Dobrze powiedziane. — Mikky podeszła do Ihoo z drugiej strony. — Też mnie denerwuje, jak te słabiaki uważają, że nad super potężną mocą jest łatwo zapanować. Zupełny brak zrozumienia tematu. Hej, dobrze się czujesz?

Queelo nadal podtrzymywał Ihoo, a ona coraz bardziej opierała się na jego ciężarze. Wyraźnie próbowała z całych sił iść prosto, ale jej to nie wychodziło. Użycie wzroku tak dokładnie musiało ją wyczerpać, nawet jeśli nie chciała dać tego po sobie poznać.

— Wszystko dobrze — odpowiedziała, mrugając przy tym trochę zbyt szybko. — To tylko chwilowe. Zaraz mi przejdzie.

Mikky i Queelo wymienili spojrzenia. Wcale nie wyglądało na to, by wszystko było dobrze. Mikky rozejrzała się i jednym spojrzeniem przywołała do siebie Ooyę. Wiedźma podeszła spokojnie i wyglądało na to, że nawet bez tłumaczenia wiedziała, o co chodzi. Nawet nie zdejmowała kamyków z głowy. Idąc tyłem, przodem do Ihoo, nakreśliła palcem na jej czole jakiś znak. Ihoo nie zaprotestowała. Nagle wyprostowała się i jakby wróciły jej siły.

— To nie będzie trwać długo — powiedziała Ooya. — Będzie potrzebowała odpoczynku. Przeciążyłaś organizm złotem — zwróciła się już do samej Ihoo. — Jest osłabiony. Nie powinnaś się nadwyrężać przez najbliższe godziny i przynajmniej przez jeden dzień nie używać zdolności, jeśli nie chcesz się potem długo leczyć. To niebezpieczne.

— I tak nie używam jej za dużo — mruknęła Ihoo. — Radzę sobie bez niej. Po prostu to miejsce…

— …jest niepokojące — dokończył za nią Queelo.

Wszyscy mu przytaknęli i dalej szli w zupełnej ciszy. Nawet wiatr nie wył jakoś szczególnie mocno. Wkrótce zobaczyli na horyzoncie coś, co wyglądało jak wspomniane przez Ihoo cmentarzysko, a im bliżej podchodzili, tym wyraźniej widać było, iż faktycznie są to martwe drzewa. Pnie poukładane były tak, jakby ktoś bawił się klockami i przypadkowo rozwalił swoją budowlę. Widać było jeszcze jej resztki, ale cała reszta zdecydowanie była w chaosie. Między nimi faktycznie było coś, co można było uznać za ścieżkę.

— Musimy tam wchodzić? — zapytał Queelo, przełykając ślinę.

Wielkość pni i ich ilość go przytłaczała. Czuł, że to wszystko mogło się zawalić w chwili, kiedy tylko się zbliżą, a wtedy umrą w męczarniach, przygnieceni przez martwe drzewa. Nie miał ochoty zostać zgniecionym na placek. Wolał zdecydowanie bardziej humanitarną śmierć. Przede wszystkim szybką.

— Nawet jeśli nikogo tam nie ma, w co wątpię — odezwała się Feiily — to dokładnie tutaj nas prowadzi zaklęcie. To jest prawidłowa droga, którą powinniśmy przejść. Nie ma żadnego alternatywnego przejścia. To jest jedyne.

Coś zatrzeszczało delikatnie. Gdyby wiał wiatr, pewnie nikt by tego nie usłyszał, tak cichy to był dźwięk. Queelo gwałtownie odwrócił głowę w stronę dźwięku, ale udało mu się tylko zarejestrować ruch kątem oka. Gdy jego oczy skupiły się na tamtym miejscu, niczego już tam nie było. Nie poruszała się tam ani jedna gałązka.

— To na pewno człowiek? — powtórzył Allois, jakby zapominając, że jeszcze chwilę wcześniej Ihoo mu groziła. Sięgnął po miecz. Tylko on jeden, reszta po prostu stała i uważnie przyglądała się drzewom.

Nassie jako pierwszy odważył się zrobić krok i wkroczyć w dziwne przejście. Rozległ się świst i coś przecięło powietrze. Uchylił się szybko, ale owo coś najwyraźniej trafiło go w ramię, bo złapał się za nie i syknął cicho.

— To my! — krzyknął głośno. — Możesz wyjść!

I znów jakiś cichutki trzask między drzewami. Queelo zmrużył oczy i dopiero wtedy zauważył, że ktoś wychyla się zza jednego z drzew, żeby ostrożnie spojrzeć na dróżkę. Ten ktoś równie szybko się z powrotem schował, ale Queelo był w stanie dojrzeć tyle szczegółów, że bez problemu mógł stwierdzić, z kim mają do czynienia.

— Zobacz, nie mam rany postrzałowej — gadał dalej Nassie, odsłaniając ramię, w które trafił go pocisk. — Nie jestem inferem ani iluzją. Wąs jest inferem, ale jego chyba już znasz. Możesz wyjść, naprawdę.

Przez chwilę panowała cisza, po czym, w końcu mężczyzna wyszedł ze swojej kryjówki i stanął naprzeciw Nassiego. Wyglądał jak kłębek nieszczęść, niemal cały był umazany błotem, jego mundur był praktycznie w strzępach, a broń złoty pistolet ściskał w dłoni tak słabo, jakby miał go zaraz wypuścić. Bardzo powoli zrobił krok bliżej.

— To wy? — zapytał dla pewności Aiiry, jakby dopiero co zobaczył ducha.

Nassie nie odpowiedział na głos, tylko skinął mu głową. Wtedy na twarzy Aiiry’ego pojawił się uśmiech szaleńca. Jego oczy były zdecydowanie zbyt szeroko otwarte jak na zdrowego człowieka.

— Całe szczęście — powiedział łamiącym się głosem. — Nie spałem od czterech nocy. Dobranoc.

Padł przed siebie, nawet nie czekając na jakąkolwiek reakcję. Nassie zdążył go złapać, zanim ten wylądował twarzą na twardej ziemi. Spojrzał porozumiewawczo na resztę. To był czas, żeby rozbić kolejny obóz i zrobić sobie zdecydowanie dłuższą przerwę, niż wcześniej.


Rozdział XVII

Cmentarzysko

Dnia: 23 września 31r.

Infery, na pierwszy rzut oka przypominające ludzi, jednak nimi niebędące. O niepokojącej aurze i sile większej niż ludzka.

Ich jest więcej.


Zaszyli się nieco głębiej w niepokojącym labiryncie i na pierwszej wolnej przestrzeni rozłożyli resztki swojego obozu. Tym znalezienie drewna na opał razem nie byłoby problemem, ale w pobliżu takich ilości drzew nikt nie odważył się rozpalać prawdziwego ogniska. Wiedźmy więc postawiły swoje magiczne, po czym zajęły się leczeniem. Zadziwiające, że wciąż miały na to siły. Ihoo potrzebowała głównie odpoczynku, więc nad nią nie stały zbyt długo, ale Aiiry był w zdecydowanie gorszej sytuacji. Będąc tak długo samemu, zebrał trochę ran, poza tym był wycieńczony i prawdopodobnie głodny. Potrzebował szerszej opieki.

Queelo zdecydowanie sam powinien zrobić sobie przerwę na odpoczynek, skoro i tak musieli zostać tam dłużej. W końcu też był zmęczony, choć nie tyle fizycznie, ile psychicznie. To wszystko było nie na jego nerwy. Usiadł gdzieś pośrodku małego obozu i wyjął dziennik. Nie chciał tam za wiele pisać, ale zamiast tego zaczął bazgrać. Po prostu cokolwiek rysować, byle zająć myśli. Ponure konary drzew, szczeliny w suchej ziemi, magiczne ognisko czy nawet po prostu pozostałych członków wyprawy. Nie był artystą, ale coś takiego zwyczajnie go odprężało i pozwalało zająć czymś myśli.

Mikky wzięła na siebie największą część warty i chodziła wokół obozu, monitorując wszystko i wszystkich swoim złowrogim spojrzeniem. Nawet jeśli w pobliżu faktycznie byłyby jakieś infery, mogłyby się wystraszyć już na sam jej widok. Ta kobieta najwyraźniej była niezniszczalna. Queelo przypomniał sobie, że poprzedniej nocy także nie spała i zmarszczył brwi. Ale chyba nie zamierzała znów zarwać nocy, prawda? Wciąż trwał dzień, ale z jej charakterem taki scenariusz mógł być możliwy.

W zasadzie przez większość czasu nic się nie działo. Wyglądało na to, że czymkolwiek by nie był ten dziwaczny las, panowała tam niezmierna cisza przez cały czas. Nassie rozmawiał przez chwilę o czymś z Alloisem, ale ten drugi najwyraźniej nie był zainteresowany rozmową i gdzieś odszedł. Nassie rozejrzał się. Mikky była zajęta. Wiedźmy były zajęte. Queelo schował się za notatnikiem, również udając, że robi coś niezmiernie ważnego, ale najwyraźniej jego zdolności aktorskie były zerowe, bo Nassie natychmiast się dosiadł. Wciąż trzymał się za ramię i Queelo po prostu nie mógł się powstrzymać od złośliwego komentarza.

— Myślałem, że złota broń nie robi krzywdy ludziom — wypalił, zanim zdążył ugryźć się w język. — Jesteś aż taki kruchy?

— Zależy, co masz na myśli, mówiąc o „krzywdzie” — mruknął Nassie, pocierając ramię. — Złoto jest za słabe, żeby przebić się przez ludzką skórę, nawet to zaczarowane. Ale to nie znaczy, że jak uderzysz wystarczająco mocno, to nie zaboli. Pociski lecą dość szybko, wiesz.

— Złoto jest słabe, ale jakoś zabijacie nim infery — zauważył Queelo. — Jak to w ogóle działa?

— A co, zostajesz naukowcem? — zapytał zamiast tego Nassie, po czym zaśmiał się, widząc minę kolegi. — Żartuję! Weź czasem trochę wyluzuj, to ci dobrze zrobi, naprawdę. A co do tego — wzruszył ramionami — to kiedyś próbowano infery zabijać wszystkimi różnymi metalami i broniami, ale nie działało. Magią też, tylko je trochę otępiała. Więc jakiś naukowiec spróbował połączyć obie te rzeczy i wyszło na to, że wzmocnione magią złoto to jedyna rzecz, która na nie tak skutecznie działa. Chyba było też coś o tym, że czasem, jak się nie ma pod ręką złota, to zaczarowana miedź też może zadziałać, tylko że jest nią zdecydowanie trudniej. Ale głowy nie dam. Dawno o tym czytałem.

Queelo skinął głową na znak, że zrozumiał i uznał to za koniec rozmowy. Wrócił do swojego rysowania. Spojrzał na jeden ze szkiców, po czym ze złością go skreślił. Był paskudny. Może jednak to zajęcie nie było aż tak odprężające, jak mu się wydawało.

— Też mnie kiedyś zastanawiało, dlaczego akurat złoto — odezwał się znów Nassie. Najwyraźniej dla niego rozmowa wcale nie była zakończona. — W końcu istnieje tysiące różnych metali, które, wydawałoby się, lepiej się nadają do czegokolwiek. Ale mam teorię na ten temat!

— Co mnie to obchodzi? — mruknął Queelo pod nosem, nawet się nie odwracając, ale Nassie udawał, że tego nie usłyszał.

— Myślę, że złoto w jakiś sposób może być fizyczną manifestacją magii, a zaczarowanie złota tak naprawdę nie jest żadnym zaczarowaniem, tylko uwolnieniem jego magicznego potencjału! Inne metale zadziwiająco ciężko zaczarować, bo magia się ich nie ima, więc to ma jakiś sens! To by też wyjaśniało, dlaczego osoby ze złotymi oczami mają zdolności, które można uznać za magię. Interesują mnie za to infery. Jeśli normalny człowiek spróbuje zjeść złoto, to dostaje choroby, bo jego organizm nie jest w stanie przyswoić więcej, niż już aktualnie ma w organizmie, i tak też powinien reagować każdy normalny organizm. To jest logiczne. Czytałem nawet, że kiedyś robili jakieś eksperymenty ze zwierzęciem jedzącym kamienie, że dali mu trochę złota, bo myślano, że ludzie go nie przyswajają przez formę. No i zwierzak chorował kilka dni potem i stwierdzili, że to nie wina formy, tylko samego złota. Próbowano to powtórzyć, ale w tamtym czasie zwierzęta zaczęły masowo znikać i nie było okazji.

— Co mnie to obchodzi? — powtórzył Queelo, tym razem głośniej, i odwrócił się, żeby spiorunować Nassiego spojrzeniem. — Wyglądam jak osoba, która chce rozmawiać o jakichś eksperymentach sprzed stu lat?

— No ale… to nauka!

— I co w związku z tym?

— Im więcej wiesz na jakiś temat, tym lepiej możesz sobie z tym poradzić! Nie chciałbyś wiedzieć, czym naprawdę są infery? Jak działają? Dlaczego robią to, co robią?

— A wyglądam, jakbym chciał? — zapytał Queelo, prezentując mu swoją najbardziej znudzoną minę. — Jak sam zauważyłeś, nie jestem naukowcem. Ani tym bardziej wojownikiem. Co ma mnie to obchodzić?

— No bo… bo… to nauka?

— Której nie potrzebuję.

— Ale infery…

— Infery! — Aiiry obudził się i usiadł gwałtownie. Obie wiedźmy natychmiast zaprotestowały i próbowały go położyć z powrotem, ale on się nie dał. — Pełno inferów! Wyglądały jak ludzie, ale nie były ludźmi… nie jesteś inferem?! — zapytał, wskazując oskarżycielsko palcem na Feiily i próbując cofać się przed nią.

— Nie, nie jestem — odpowiedziała mu spokojnie, próbując wrócić do czynności lekarskich, ale teraz Aiiry odwrócił się do Ooyi. Zanim jednak cokolwiek powiedział, kobieta odezwała się pierwsza:

— Żadne z nas nie jest. Infery nie są w stanie przeprowadzać rytuałów leczniczych. Uszkodzisz jeszcze bardziej swój organizm, jeśli nie odpoczniesz.

Aiiry nie słuchał, tylko teraz odwrócił się w stronę Nassiego i Queelo, siedzących na uboczu. Spojrzał na dwa koty, które ciągle trzymały się u boku wojownika.

— Infery! Ty… — wskazał teraz na Nassiego. — Też jesteś jednym z nich!

— Nie? — Nassie uniósł brwi. — Strzeliłeś do mnie ze złotej broni, idioto. Jakbym był inferem, to miałbym dziurę w ręce.

— Ty! — teraz Aiiry postanowił odwrócić się do Queelo, który odwdzięczył mu się martwym spojrzeniem. — Ty jesteś inferem!

— Chybabym o tym wiedział pierwszy — odparł bez żadnych emocji.

— Uspokój się. — Nassie podniósł się ze swojego miejsca i podszedł do Aiiry’ego. — Jesteś bezpieczny. Powinieneś się położyć i odpocząć.

— Nic nie rozumiecie! — wykrzyknął Aiiry, ale, o dziwo, położył się posłusznie. Zaczął wymachiwać rękoma w stronę nieba. — One tu były. Wszystkie wyglądały jak ludzie, ale nie zachowywały się jak ludzie. Białe błyskawice na ich ciałach, szaleństwo w oczach i ostre zęby, którymi rozrywały się nawzajem. Nie chcę już żyć w takim świecie.

Nassie spojrzał pytająco na wiedźmy, jakby one mogły wiedzieć, o czym ten typ plecie.

— Musiał widzieć straszne rzeczy, kiedy nas nie było — odpowiedziała Feiily. — Uszykujemy mu zioła uspokajające, ale może potrzebować terapii po powrocie. Są rzeczy, z których nie da się tak łatwo wyleczyć.

Queelo zmarszczył brwi, po czym dodał krótką notatkę. Nassie natychmiast nachylił się, żeby ją sprawdzić, ale Queelo gwałtownie zamknął notatnik, uniemożliwiając mu to. Rzucił mu drwiące spojrzenie.

— Nie podglądasz, co?

— Moich słów nie chciałeś zapisywać — powiedział Nassie żałosnym tonem, próbując udawać smutnego. — A więc tak się mają sprawy? Ode mnie nie chcesz słuchać o inferach, ale kiedy zaczyna o nich mówić ktoś inny, to od razu zapisujesz?

— Jego słowa wydały mi się ciekawe do zapisania — rzekł chłodno Queelo, chowając notatnik do torby. — Twoje nie.

Nassie złapał się za klatkę piersiową, jakby te słowa autentycznie sprawiły mu ból.

— Łamiesz mi serce!

— Świetnie. To mnie zostaw.

Nassie zrobił minę, jakby to nie była ta odpowiedź, której oczekiwał, ale faktycznie się wycofał. W końcu! Queelo obserwował go chwilę, żeby się upewnić, że wojownik na pewno nie będzie go dłużej nękał. Spojrzał na Ihoo, ale jego siostra wciąż spała w najlepsze. Przysnął się i odruchowo sprawdził jej czoło. Wciąż miała gorączkę, ale zdecydowanie niższą, co chyba oznaczało, że miała się lepiej. Nie miał siły na robienie cokolwiek więcej. Zawinął się w kocyk i położył obok siostry.

Noc była niesłychanie cicha, zdecydowanie najcichsza ze wszystkich dotychczasowych. Queelo podejrzewał, iż działo się tak dlatego, że on nie mógł spać, a tym samym i nie chrapał. Nassie w końcu zmusił Mikky, żeby się położyła i teraz krążył bezszelestnie dookoła obozu, przeczesując teren. Wąs i Echo najwyraźniej same były zmęczone i niezbyt chciały mu towarzyszyć, więc, zamiast siedzieć na jego głowie albo ramionach, znalazły sobie miejsce gdzieś pomiędzy wiedźmami, zwinęły się w kłębki i tam też spały. Wszystko wydawało się w najlepszym porządku.

Więc dlaczego wciąż miał gdzieś z tyłu głowy przeczucie, że nic nie jest w porządku? Leżał od kilku godzin, próbując zająć myśli czymś innym, ale to uczucie wracało, za każdym razem coraz silniejsze. Może to nie z tym miejscem było coś nie tak. Może to był problem z nim samym?

Podniósł się po cichu, wciąż owinięty w swój koc. Sam nie wiedział, co właściwie chciał zrobić, po prostu stanął i spojrzał w niebo, przysłonięte niemal całkowicie przez drzewa. Jakby nie mógł tego zrobić na leżąco. Ostrożnie ominął wciąż śpiącą siostrę, a wtedy nagle do jego nogi podbiegł Wąs. Wyglądał na zdenerwowanego. Najpierw zaczął miauczeć, po czym złapał za nogawkę i zaczął ciągnąć.

— Co jest? — zapytał Queelo, próbując wyrwać nogę. — Rozerwiesz mi spodnie!

Nassie natychmiast podbiegł, zaalarmowany sytuacją. Schylił się, żeby zabrać swojego kota, ale ten nijak nie zareagował, a nawet wręcz przeciwnie, tylko zacisnął mocniej zęby na nogawce, nie zamierzając puścić. Na dodatek Echo też postanowiła wstać i pomóc koledze, bo zaczęła latać wokół głowy Nassiego, wydając z siebie jakieś żałosne dźwięki.

— O co ci chodzi? — warknął Nassie, próbując jakoś odgonić od siebie Zajadajkę. — Przestań!

Te hałasy w końcu obudziły i wszystkich innych. Popodnosili się, żeby rzucić kilka nienawistnych spojrzeń. Jednak zanim zrobili cokolwiek więcej, przerwał im wstrząs. Pnie zadygotały i zatrzeszczały. Queelo najpierw podniósł wzrok, ale gdy nadszedł kolejny wstrząs, zorientował się, że powinien skierować spojrzenie na ziemię. Wąs miauknął kolejny raz, po czym wspiął się po nogawce Queelo i skulił się wokół jego szyi.

— Trzęsienie ziemi! — krzyknął Nassie, na wypadek, jakby nie wszyscy jeszcze byli świadomi, co się dzieje. — Powinniśmy stąd uciekać!

Złapał Echo w ramiona i natychmiast rzucił się w stronę, z której przyszli, jednak wtedy nadszedł kolejny potężny wstrząs, a drzewa, dotąd ułożone w zgrabne przejście, zwaliły się i je zasypały. Nassie zatrzymał się gwałtownie.

— Nie tą drogą — powiedział, próbując zachować spokój. — Na pewno da się znaleźć jakieś szybkie wyjście…

Queelo obrócił się, żeby sprawdzić pozostałe ścieżki, gdy ziemia znów się zatrzęsła. Cudem udało mu się utrzymać równowagę, ale z drzewami było gorzej. Jedno z nich zatrzeszczało zdecydowanie głośniej niż poprzednio, ześlizgnęło się z tego, na którym wcześniej się opierało i runęło w dół, kilka kroków od niego.

— Uważaj!

Queelo zdecydowanie zbyt późno zorientował się, że nie tylko jedno drzewo upadło, a zaczęło ich spadać o wiele więcej. Wszystko zaczęło się walić, jakby to był jakiś domek z kart. Nassie skoczył na Queelo, w ostatniej chwili ratując go od bycia zgniecionym. Wylądowali na ziemi, ale zanim zdążyli się z niej podnieść, ta znów się zatrzęsła. I zaczęła pękać. Jakkolwiek wcześniej była wcześniej spękana od suszy, tak nagle zaczęły się w niej pojawiać coraz większe i większe szczeliny, jakby pod nią znajdowała się jakaś wolna przestrzeń.

Nassie zdążył wydusić z siebie tylko krótkie „O nie”, kiedy ziemia pod nimi zaczęła się sypać i spadli. Queelo odruchowo złapał się Nassiego, jakby ten umiał latać i mógł ich jakoś wyciągnąć z tej sytuacji, ale tak się nie stało. Spadali razem coraz szybciej i prawdopodobnie też obaj krzyczeli, ale świst wiatru zagłuszał wszystko. Wąs nadal był uczepiony jego szyi. Wczepił swoje pazury głęboko w bluzę Queelo i prawdopodobnie też w ciało. Echo szybko gdzieś odleciała przed upadkiem.

W pewnym momencie, Queelo nawet się nie zorientował kiedy, Nassie złapał go mocniej i jakimś cudem obrócił w powietrzu tak, że teraz to on był u dołu. Wpadli w jakieś gałęzie, poobijali się o nie wiele razy, aż w końcu wylądowali na ziemi. Dla Queelo był to wyjątkowo lekki upadek jak na taką wysokość. Dla Nassiego już mniej, biorąc pod uwagę, że nie tylko uderzył o grunt plecami, co jeszcze ktoś walnął w niego. Wojownik wydał z siebie jęk bólu, a Queelo natychmiast się podniósł.

— O Boże, przepraszam! — wydusił z siebie, klękając przy nim. — Żyjesz jeszcze?

Nassie kaszlnął kilka razy, więc chyba żył. Powoli otworzył oczy i podniósł się do pozycji siedzącej. Jego twarz wyglądała, jakby zamierzał się uśmiechnąć w ten swój irytujący sposób, ale nie miał na to siły, więc tylko lekko uniósł jeden kącik ust.

— Dobrze, że są tu te drzewa — powiedział słabo. — Inaczej faktycznie mógłbym nie żyć… Plecy mnie bolą, ale chyba… chyba nic nie złamałem. — Zmrużył oczy i skupił spojrzenie na Queelo. — Tobie nic nie jest?

— Zadrapania.

— Dobrze. Wąs chyba… gdzie jest Echo?

Queelo i Nassie rozejrzeli się po okolicy, ale małej Zajadajki nigdzie nie było widać. Queelo spojrzał w górę, ale ledwo widział szczelinę, przez którą spadli. Była tak wysoko! Na dodatek już w większości została przysypana przez drzewa. Jak to się stało, że i one nie spadły? Zmarszczył brwi. Chociaż może to lepiej, że nie spadły. Gdyby zostali nimi przygnieceni, to dopiero byliby martwi. Tyle wagi z takiej wysokości. Te pnie przynajmniej z tonę musiały ważyć.

— Tylko część ziemi się skruszyła — zauważył Queelo. — Jak to możliwe?

Poszukał wzrokiem małej kropki, jaką mogła być Echo, ale nigdzie jej nie zauważył.

— Twój kot chyba został na górze z całą resztą.

— A ledwo co się znaleźliśmy wszyscy. — Nassie wydał z siebie dźwięk, który był chyba czymś między śmiechem a czkawką. — Ależ mamy szczęście.

Spróbował wstać, ale chyba jednak sobie coś zrobił, bo nie był w stanie podnieść się sam. Queelo przewrócił oczami i mu pomógł. Nassie oparł się na nim, tak, że aż Queelo musiał się schylić. Nie zwracał jakoś wcześniej uwagi na wzrost i dopiero teraz zorientował się, jaki Nassie jest niski. Nie powiedział tego jednak na głos, doskonale pamiętając, jak wojownik złościł się za każdym razem, gdy ktoś mu przypominał o tym, jak niski był kiedyś.

— Co… co powinniśmy zrobić? — zapytał Queelo, nie bardzo wiedząc, co dalej. Raczej nie było żadnej możliwości, żeby jakkolwiek wspięli się z powrotem na górę.

Znaleźli się w jakimś ponurym lesie, który najwyraźniej wyrósł w czymś na kształt jaskini. O ile można było takie podziemne pomieszczenie jaskinią nazwać. Było ogromne. Rozglądając się, Queelo nie był w stanie zobaczyć jego ścian, choć to mogła być też wina drzew. Aczkolwiek, jeśli przyjrzał się bliżej, to i las, w który wlecieli, nie był jakiś wielki. Mieli szczęście, że spadli akurat tam.

— Czekać na kontakt Alloisa, tak myślę — odpowiedział mu spokojnie Nassie. Jego głos nadal był słaby. — Mam nadzieję… że reszcie nic nie jest… te pnie…

Queelo zmartwił się jeszcze bardziej. No tak, przecież tam była jego siostra! Co, jeśli została przygnieciona, a jego nie było tam, żeby jej pomóc? W normalnych okolicznościach pewnie nie musiałby się o to martwić, w końcu była na tyle zwinna i silna, żeby poradzić sobie ze wszystkim sama, ale przecież to nie były normalne okoliczności. Miał ochotę natychmiast jakoś dostać się na górę i zobaczyć, czy wszystko z nią w porządku. Jedyny problem polegał na tym, że nie było jak.

Ziemia znów się zatrzęsła, choć zdecydowanie słabiej. Kilka grudek ziemi odłamało się z sufitu. Cokolwiek wywoływało te wstrząsy, już najwyraźniej powoli znikało. Queelo jakoś nie sądził, by przyczyny tego były naturalne. W okolicach miasta nigdy wcześniej nie było trzęsień ziemi.

— Mamy tak po prostu tu stać? — zapytał Queelo po chwili, ale wtedy przerwał mu Wąs. Kot nagle podniósł się i zeskoczył na ziemię, po czym pomknął między drzewa. Niewiele myśląc, Nassie ruszył za nim, co znaczyło, że Queelo nie miał wyboru i też musiał iść.

Przeszli zaledwie kilkanaście kroków, zanim zobaczyli znów Wąsa. Stał przy jakiejś kłodzie, która najwyraźniej też musiała spaść z powierzchni i miauczał w ich stronę. Queelo nie od razu zrozumiał, o co chodziło kotu, ale Nassie miał szybszy umysł. Wydał z siebie jakiś zduszony dźwięk i natychmiast puścił Queelo, żeby klęknąć na ziemi. Właściwie to w zasadzie na nią upadł, nie mogąc ustać, ale wyglądało na to, że to też chciał zrobić. Podniósł owo drewno i dopiero wtedy Queelo zorientował się, co się stało.

Echo nie została na górze. Kiedy próbowała odlecieć, najwyraźniej jeden z kawałków musiał ją uderzyć i ściągnąć na dół. Nassie uwolnił kotkę, ale trudno było powiedzieć, żeby była w dobrym stanie. Cała tylna część jej ciała oraz jedno ze skrzydeł były zgniecione. Poza tym w ogóle się nie ruszała. Nassie zrobił ruch, jakby chciał wziąć ją w ramiona, ale się rozmyślił.

— Niee — załkał żałośnie. — Moja biedna Echo! Nie możesz teraz umierać! Ty nie umierasz, otwórz oczy, proszę!

Queelo przewrócił oczami.

— Uspokój się.

— Jak możesz być taki bez serca! — wykrzyknął płaczliwie Nassie, odwracając się do niego i obdarzając go wściekłym spojrzeniem. Miał łzy w oczach. — To była moja przyjaciółka, a ty… ty…

— To infer.

Queelo otworzył swoją torbę, ale okazało się, że oprócz dziennika nie zostało w niej absolutnie nic innego. Najwyraźniej wszystko musiało mu wypaść gdzieś po drodze. Szlag.

— No i co z tego, że infer?! — zezłościł się jeszcze bardziej Nassie. — To co, to znaczy, że nie mogę przeżywać, bo tobie się to nie…

— Nie masz może jakichś monet?

— Ty jesteś jakiś nienormalny! Dlaczego niby w takim momencie…

— Jakbyś się na chwilę zamknął i pomyślał — warknął Queelo, mając dość tego krzyku — tobyś sobie przypomniał, że infery mogą się regenerować, jeśli zjedzą wystarczająco dużo złota. Więc, zamiast się mazać bez sensu, to przeszukaj kieszenie i jej do cholery pomóż.

Nassie otworzył szerzej oczy, jakby dopiero teraz to do niego dotarło i natychmiast zaczął przeczesywać wszystkie możliwe kieszenie w swoim mundurze, a trochę ich miał. Wyglądało jednak na to, że, tak samo, jak i Queelo, był całkowicie spłukany. Rozejrzał się rozpaczliwie dookoła, jakby w ten sposób mógł znaleźć złoto, ale nawet jeśli jakieś tam było, to musiało być naprawdę dobrze schowane.

— Nie… nie mam żadnego…

Wyglądało na to, że znów zamierzał się załamać. Queelo patrzył na niego przez chwilę, samemu zastanawiając się, co powinien zrobić w tej sytuacji.

— Zdejmuj marynarkę — powiedział nagle.

Nassie spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Co?

— Zdejmuj.

Wojownik wyraźnie nie rozumiał, ale nie zamierzał protestować i posłusznie wykonał polecenie. Queelo klęknął obok niego, biorąc ubranie w ręce. Och, to będzie wielka szkoda. Nie zastanawiając się zbyt długo, pociągnął za rękaw i oderwał go od reszty, po czym zaczął rozdzierać na mniejsze kawałki. Nassie wyglądał na jeszcze bardziej skonfundowanego i przyglądał się w milczeniu, jak jego marynarka zmienia się w kupkę strzępków. Queelo oderwał też drugi rękaw, po czym zabrał się za kołnierz. Kiedy w końcu uznał, że ma wystarczająco dużo kawałków, odrzucił resztę materiału gdzieś na bok. Niewiele go zostało.

Wziął jeden ze strzępków i podsunął go pod nos Echo. Przez chwilę nic się nie działo, ale potem kotka delikatnie się ruszyła, otwierając pyszczek. Queelo pozwolił jej zjeść trzymany kawałek i podał kolejny. Dopiero wtedy na twarzy Nassiego pojawiło się zrozumienie.

— No jasne — powiedział cicho pod nosem. — Złoto w materiale. Zapomniałem.

— To nie będzie najsmaczniejszy posiłek w jej życiu — zauważył Queelo z pewną kpiną. — Wiedziałem, że któryś z was, złotych idiotów, musiał wymyślić coś takiego. Wplatanie złota w materiał, jakby wam nie wystarczyła złota broń. Myślę, że możecie mieć jakieś problemy z głowami.

— Ale to specjalnie…

— Doskonale wiem czemu. Co nie zmienia faktu, że to idiotyzm. Powinno być z nią dobrze — dodał, częstując kotkę ostatnim kawałkiem materiału. Spojrzała na niego z czymś, co chyba można było nazwać wdzięcznością i ostrożnie zwinęła się w kłębek, żeby zregenerować siły.

Queelo odwrócił się do Nassiego i zobaczył, że ten również patrzy się na niego dziwnie. Podejrzanie uważnie.

— Coś ci nie pasuje w mojej twarzy? — zapytał, odsuwając się nieco. Nie mógł znieść tak skoncentrowanego spojrzenia z tak bliska.

Nassie uśmiechnął się nieznacznie.

— Dziękuję.

Sięgnął po swoją marynarkę, a raczej to, co z niej zostało. Spojrzał żałośnie na resztki materiału.

— Cóż, tego już raczej nie będę mógł nosić. Chyba że jako pasek. Hej, Wąs — odwrócił się do kota, który wciąż siedział z boku — nie jesteś może głodny? M-m-masz, zjedz sobie.

Podetknął kotu materiał pod nos. Ten co prawda złapał go w zęby, ale nie wyglądało na to, by faktycznie zamierzał zabrać się do jedzenia. Zrobił kilka kroków i podał resztki Queelo, który prychnął i wcisnął je do torby.

— Jak mówiłem, to nie jest dla nich jakieś mocno smaczne jedzenie. Dopóki nie będą umierać, to tego nie tkną.

— Dz-dz-dziękuję — powtórzył Nassie, szczękając zębami. Queelo spojrzał na niego. Wojownik powoli zaczynał się trząść. — I prze-e-epraszam, że na ciebie na-a-akrzyczałem.

— Coś ci jest?

— T-tylko trochę mi zi-zi-zimno. — Objął się rękoma i zaczął pocierać ramiona. — Albo m-m-może bar-r-r-r-rdziej niż trochę. T-t-ty nie czujesz t-t-t-tego zim-mna?

Queelo wciąż był owinięty swoim ciepłym kocem, który jakiś cudem nie odleciał w trakcie upadku, więc oczywiście, że nie czuł aż takiego zimna. Zawahał się chwilę. Sam wolałby nie marznąć, to nie było przyjemne uczucie, ale pozwolić, żeby ten idiota umarł z zimna też przecież nie mógł. Ile musiałby się tłumaczyć po powrocie do miasta! Na pewno wyrzuciliby go z pracy, nawet jeśli to nie byłaby jego wina.

Przysunął się więc bliżej, ku zdziwieniu Nassiego i niechętnie oddał mu część swojego koca. Wojownik chyba się tego nie spodziewał, ale przyjął go i przysunął się jeszcze bliżej. To już było zbyt blisko. Queelo odwrócił się szybko i usiadł do niego plecami. Nassie wydał z siebie jakiś nieokreślony dźwięk.

— Myślałem, że chcesz się podzielić ciepłem.

— Nawet o tym nie myśl — syknął Queelo. — I tak już jesteś za blisko.

— Naprawdę nie myślałeś, żeby z tymi problemami iść do psychologa? — zapytał Nassie dziwnie poważnym tonem. — Wiesz, to nie jest całkowicie normalne…

— Po prostu nie lubię, jak ktoś mi się wpycha w przestrzeń osobistą — zezłościł się Queelo, odwracając do niego głowę na tyle, na ile mógł. — To takie dziwne, że chcę być sam? Może po prostu nie lubię ludzi! Zachowujecie się, jakbyście nie umieli myśleć, a jednocześnie uważacie się za najmądrzejszych na świecie! To irytujące!

— No ale…

— Co „ale”?!

— Też się cały trzęsiesz z zimna.

Doprawdy? Queelo spojrzał odruchowo na swoje dłonie i faktycznie drżały. Ale przecież sam jakoś nie czuł tego zimna, więc niby jak to było możliwe? Ba, w ogóle sobie nie zdawał sprawy, że się trząsł. Zanim jednak zdążył się nad tym bardziej zastanowić, Nassie już wysunął własne wnioski i postanowił działać. Obrócił się i zamknął go w uścisku tak mocnym, że Queelo uciekło wszelkie powietrze z płuc.

— Co… robisz…? — wydusił z siebie, próbując brzmieć na wściekłego, ale ledwo mógł choćby mówić. Zawsze wiedział, że Nassie ma trochę siły, ale nie że aż tyle!

— Ogrzewam cię — odpowiedział spokojnie wojownik. — Nie chcę, żebyś zamarzł. Albo, żebym ja zamarzł, zanim nas znajdą. Też masz wrażenie, że robi się coraz zimniej?

Chciał zaprotestować, ale faktycznie temperatura wokół jakby zaczęła spadać, a ich oddechy powoli zmieniały się w parę. Queelo odruchowo objął Nassiego ręką i natychmiast się za to skarcił w myślach, jednak na odwrót było już za późno. Przynajmniej wojownik nieco poluźnił uścisk, tak że Queelo mógł znowu oddychać. Wciągnął głęboko powietrze i natychmiast tego pożałował, bo było lodowate. Jakim cudem coś mogło tak szybko zmienić temperaturę?

Wąs wspiął się po nich i znów owinął niczym szalik wokół szyi Queelo, jakby sam również chciał się ogrzać. Echo też się podniosła i niezdarnie zbliżyła się do nich, żeby wspiąć się na szyję Nassiego. Siedzieli tak przez chwilę w ciszy, próbując nie umrzeć, zamienieni w lodowe sople.

— Może powinniśmy się ruszyć? — zaproponował w końcu Queelo. — Nie wygląda na to, żeby ktokolwiek zamierzał się skontaktować. Powinniśmy poszukać wyjścia…

— Ćśśś — uciszył go nagle Nassie, zakrywając mu usta dłonią. Queelo spojrzał na niego ze złością. — Coś tu idzie.

Queelo nastawił uszy i faktycznie usłyszał jakieś bardzo cichutkie kroki. Razem z Nassiem niezdarnie się podnieśli, ale wojownik nie zamierzał go puścić, więc wciąż tkwili w uścisku. Queelo zaczął się zastanawiać, czy by go nie odepchnąć, ale wokół wciąż było lodowato i pozbawienie się jednego ze źródeł ciepła raczej nie było najrozsądniejszym krokiem.

W dali pojawiła się jakaś sylwetka, która zdecydowanie zmierzała w ich stronę. Szła spokojnym, zrelaksowanym krokiem. Kimkolwiek nie była ta osoba, raczej nie chciała ich zaatakować, ale Nassie i tak uwolnił jedną rękę i sięgnął po miecz, tak na wszelki wypadek. Nie podnosił go, jednak z całą pewnością był przygotowany do walki.

Im bliżej była, tym więcej szczegółów Queelo dostrzegał. Była to średniego wzrostu kobieta, ubrana w jakiś gruby płaszcz i z czapką na głowie, spod której wytykały krótkie, rude włosy. Jej skóra była zaskakująco blada. Poruszała się, jakby ważyła tyle, co piórko. Uśmiechała się nieznacznie, kierując się w ich stronę. Zatrzymała się kilka kroków od nich.

— Co tu robicie? — zapytała, lekko zdziwiona. — Nikt tu nigdy nie przychodzi. Ojej, chyba wam zimno! — zauważyła, zakrywając usta dłonią. Nosiła futrzane czarne rękawiczki. Skąd wytrzasnęła jakiekolwiek futro w tej okolicy? — Ojoj, chodźcie lepiej, niedaleko są jaskinie, można się w nich ogrzać!

Queelo i Nassie spojrzeli po sobie. Już mieli do czynienia z kimś, kto próbował udawać człowieka, a potem prawie ich pozabijał.

— Przepr-r-raszam bardzo, że zapytam — odezwał się Nassie, próbując nie szczękać zębami. — Ale czy aby… jesteś człowiekiem?

— Człowiekiem? — Zaśmiała się cicho. — Ludzie nie byliby w stanie przeżyć w tym miejscu, nie wygłupiaj się. Żadnego nie było tu od lat. Chodźcie, chodźcie, zanim zamarzniecie na dobre. Aloziee by nie chciała ogarniać kolejnych trupów na tym cmentarzu. To dla niej takie przykre.

Powiedziała to spokojnie, ale przekaz był jasny. Queelo nie wahał się dłużej. Już wolał się narazić na atak kolejnego infero-człowieka, niż zamarznąć na śmierć. Nassie chyba myślał podobnie, bo ruszył szybko przed siebie, prawie zaczynając ciągnąć kolegę. Kobieta uśmiechnęła się do nich, a Queelo dopiero wtedy zobaczył, że zamiast zwyczajnych zębów, miała setki malutkich kłów. Jak mógł tego wcześniej nie dostrzec?

Świat z dnia na dzień stawał się coraz straszniejszy.


Rozdział XVIII

Między nami, inferami

Dnia: 23/24 Września 31r.

Królowie są straszni.


Inferza kobieta ich nie okłamała i faktycznie niecały kawałek dalej zaczęli znajdować jaskinie biegnące pod ziemię, wyraźnie niezamieszkane. Minęli kilka z nich, a ta, do której w końcu wkroczyli, chyba była największa i prowadziły do niej ładnie wyrzeźbione schodki. Kobieta zbiegła po nich z gracją i rzuciła się na stojące tuż przy wejściu łóżko. Albo gniazdo. Jakkolwiek by to nazwać, musiało być wygodne. Nassie i Queelo zatrzymali się niepewnie.

— Wchodźcie, wchodźcie! — zawołała ich radośnie. — Tutaj jest ciepło! Możecie przesiedzieć ze mną zamieć, jeśli nic nie zniszczycie! Bardzo lubię swoje artefakty!

Queelo odepchnął od siebie Nassiego, który nadal się do niego tulił i jako pierwszy wkroczył do tego dziwnego domu. Nie wiedział czemu, ale faktycznie było tam zdecydowanie cieplej i poczuł to od razu. Nassie wszedł zaraz za nim, trzymając dłoń na rękojeści miecza, ale nie wyglądało na to, żeby musiał go używać.

— Chcecie obiad? — zapytała kobieta, podnosząc się gwałtownie. — Trochę zapasy mi się kończą, odkąd ten dupek z góry zaczął wysyłać więcej patroli, ale jeszcze coś powinno się znaleźć. Pachniecie jak osoby umierające z głodu!

Queelo uniósł brwi, słysząc o zapachu. Czyżby ona niedowidziała? Nie zdążył się o to zapytać, bo inferka pobiegła do drugiego pomieszczenia i równie szybko z niego wróciła, przynosząc tacę wypełnioną grudkami złota. Faktycznie nie było tego wiele.

— Częstujcie się!

— Ja podziękuję — powiedział szybko Nassie. — Nie jestem głodny — skłamał.

Siedząca na jego szyi Echo zeskoczyła na stół i powąchała podejrzliwie złoto. Nadal nie wyglądała najlepiej. Spojrzała na Wąsa, potem na Queelo, a na końcu na Nassiego, i nie widząc, żeby ktokolwiek protestował, powoli zaczęła jeść.

— To, co robicie na tych pustkowiach? — zapytała kobieta, znów siadając na swoim łóżku. Wpatrywała się nie w nich, ale gdzieś w ścianę. Czyli naprawdę musiała być ślepa. — Od dawna nie widziałam tu nikogo poza nami. Wszyscy raczej omijają to miejsce.

— Wpadliśmy tu przypadkiem — odpowiedział jej spokojnie Nassie, siadając po prostu na podłodze. Queelo stanął i oparł się o jakąś ścianę. — Całkiem dosłownie. Na górze było takie wielkie skupisko drzew, no i się zawaliło w trakcie wstrząsów.

— Wstrząsów? — powtórzyła ze zdziwieniem kobieta. — To pewnie znowu wina tych głupich służków. Nie mają co robić na tej górze, tylko tłuką się między sobą, a my na tym cierpimy. Nie jesteście od żadnego z tych buców, no nie? — zapytała nagle, nieco ostrzej.

Queelo skrzywił się.

— Jesteśmy z daleka — powiedział wesoło Nassie. — Przyszliśmy tutaj, bo kogoś szukamy.

— Och, macie nielotnych w grupie! — przerwała mu kobieta, a w jej głosie dało się wyczuć nutkę smutku. — Ale to urocze, że pomimo tego, że niektórzy z was mają skrzydła, i tak wolicie chodzić, żeby być razem! Mnie Aloziee zawsze zostawia tutaj, kiedy wybiera się na poszukiwania. Mówi, że są niebezpieczne. O, właśnie, zapomniałam się przedstawić! Przepraszam, przepraszam, taka ze mnie niezdara. Jestem Arrasha, a wy?

— Jestem Nassie! Ten duży ponury to Queelo, a małe to Wąs i Echo.

— Nowoczesne imiona! — ucieszyła się Arrasha. — Jesteście młodzi! Ojej, zawsze to miło poznać nową krew. Myślałam, że ci głupi królowie już nie wypuszczą żadnych ze swoich sideł, a tu taka niespodzianka! Ale na waszym miejscu bym nie wracała na górę — dodała nieco smutniejszym tonem. — Jeśli ten dziad Kirrho zorientuje się, że ktoś bez jego nadzoru chodzi po jego ziemiach, może spróbować przejąć nad wami władzę. Nie odpuści nikomu. Tutaj nie śmie przychodzić, wie, że nie ma szans z Aloziee, ale tereny na górze są całe jego.

— Wiesz coś o nim? — zaciekawił się Nassie. — Bo wygląda na to, że…

Jej mina powoli zaczęła się zmieniać z wesołej na złowrogą, więc Queelo postanowił natychmiast interweniować i zadać inne pytanie.

— Nazywasz się jak te równiny, przez które przechodziliśmy — powiedział szybko, przerywając koledze. — Masz z nimi jakiś związek?

— Równiny? — Kobieta uniosła dłoń i zaczęła pocierać nią podbródek. — Chyba biłam się kiedyś na jakichś równinach, ale to stare dzieje, jeszcze zanim wycięli mi ogony.

— Ogony?!

— Został mi tylko jeden.

W końcu postanowiła zdjąć swój płaszcz, jakby dopiero teraz uznała, że jest jej w nim za gorąco. Miała na sobie zwykłe, wyblakłe ubranie, w stylu, w jakim ludzie ubierali się kilka stuleci wcześniej, ale nie to było tą dziwną częścią. Queelo wcześniej uznał, że nosiła rękawiczki, ale nie, to jej skóra pokryta była sierścią, a zza pleców wystawał ogromny lisi ogon.

— Jestem z gatunku lisów — oznajmiła, jakby to nie było oczywiste. — A wy?

Nassie wyraźnie nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Queelo spojrzał żałośnie na jego plecy. Wyglądało na to, że to jednak on musiał jakoś poprowadzić tę rozmowę. Nienawidził prowadzić rozmów.

— Gadziego.

— Uuu, to dopiero rzadkość! Jakiegoś konkretnego?

— Nie, mieszanka.

— Interesujące! — Arrasha podniosła się i podeszła do niego, jakby chciała na niego spojrzeć z bliska.

Queelo skrzywił się i odsunął najbardziej jak mógł, a nie mógł zbyt daleko, biorąc pod uwagę, że zaraz za nim była ściana. Z bliska zauważył, że jej twarz, choć też nieco pokryta futrem, nie miała go aż tak wiele. Za to jej oczy, oczywiście, były złote. W tym chorym świecie nikt nie mógł mieć normalnych oczu.

— Wybacz, słabo widzę — powiedziała radośnie, cofając się o krok. — Dawno nie widziałam żadnej mieszanki. To raczej dość niespotykane. Zwykle tworzą raczej dwóch gatunków, a nie kilku różnych. A koledzy… — Pociągnęła nosem. — Czuję dwa koty.

— Y… tak. Trzeci to… e… wodny — wymyślił na szybko Queelo i zobaczył jak za plecami Arrashy Nassie rzuca mu zdziwione spojrzenie. Chyba nie bardzo rozumiał, co się dzieje. — Wąż znaczy. Dlatego źle go czuć.

— Węże są nudne — przyznała Arrasha. — Bez obrazy oczywiście, ale gatunki wężowe nawet nie potrafią pluć jadem jak prawdziwe węże. Tworzenie jest dla was naprawdę niesprawiedliwe, ale taka natura, nic z tym nie zrobisz. Ale mieszanka… — Odwróciła się z powrotem do Queelo, który już zdążył pożałować swoich słów. — Co umiesz? Kiedy jeszcze miałam dziewięć ogonów, mogłam biegać szybko! Bardzo, bardzo szybko! Podróże są świetne! Ale mi je ucięli i został tylko jeden — dodała ze smutkiem, biorąc w dłonie swój lisi ogon i zaczęła go gładzić. — Tęsknię za nimi.

— E… — Queelo szybko odwrócił wzrok i zaczął przeszukiwać pamięć. — Umiem latać — wypalił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.

— O, latający!

— Znaczy, umiałbym — poprawił się szybko — a-a-ale mam lęk wysokości.

— Aloziee może cię nauczyć! — ucieszyła się Arrasha.

Queelo zaczął się pocić. Nie w takim kierunku miała się potoczyć ta rozmowa. Nie powinien w ogóle otwierać ust! Co też on najlepszego narobił?

— N-n-nie trzeba…

— Aloziee jest super — nie słuchała go Arrasha. — Umie latać i pływać i podobno ziać ogniem też, ale nigdy mi tego nie pokazała! Mówi, że bogowie stworzyli ją tysiące lat temu z wodnego smoka. Nie wierzę, że jest taka stara, pewnie kłamie, ale i tak jest super.

Tysiące lat temu. To nie brzmiało dobrze. Wręcz przeciwnie, to brzmiało bardzo, ale to bardzo źle. Zadawanie się z szaloną lisią inferką, która nie była do końca w pełni sił to jedno, a spotkanie twarzą w twarz z taką, która prawdopodobnie miała tysiące lat… Queelo przełknął ślinę.

— A kiedy wraca? — zapytał Nassie, odwracając się i próbując włączyć do rozmowy.

Arrasha wydała z siebie krótkie „och”.

— Nie bardzo pamiętam — przyznała, drapiąc się po głowie. Wtedy też zorientowała się, że wciąż nosi czapkę, więc i ją zdjęła, odsłaniając lisie uszy. Jakby tego wszystkiego było za mało! — Mówiła, że wróci za kilka dni, powiedziała ile, ale nie pamiętam…

— Nie wiem, czy będziemy mieli czas zostać na dłużej — odrzekł Nassie, całkiem sprawnie udając smutek. — Naprawdę z chęcią byśmy tu zagościli, masz piękny dom, jednakże musimy ruszać dalej, na poszukiwania naszego zaginionego towarzysza. Bardzo nam na nim zależy.

Przynajmniej w tym ostatnim nie musiał kłamać. Queelo podrapał się po karku. Im dłużej czasu spędzali na niepotrzebnych rzeczach, tym mniejsza była szansa, że faktycznie uda im się znaleźć babcię, zanim będzie za późno. A jeśli coś jej się stało? A jeśli, mimo swoich zdolności, nie dała sobie rady z inferami i te ją zjadły?

— Ale nie idziecie w stronę króla, prawda? — zapytała Arrasha, zupełnie poważniejąc.

— Um… cóż…

— Nie możecie tam iść! — wykrzyknęła, wyrzucając ręce w powietrze. — To niebezpieczne! Nie możecie, nie, nie, nie! Królowie są potężni i mają trzecie oko! Mało kto może sobie pozwolić na trzecie oko! Umieją się wślizgiwać do mózgów i zatruwać myśli, zmuszać wszystkich do spełniania ich woli. Nawet jak nie chcesz, to będziesz robił to, co on chce! Zabijesz rodzinę dla woli króla, zabijesz znajomych dla woli króla, wydasz wszystkie sekrety dla woli króla. Nie, nie, nie! Towarzysz wasz nie miał szans, uciekajcie jak najszybciej!

— Nie zamierzam! — zezłościł się Queelo, zaciskając dłonie w pięści. — Mam to wszystko gdzieś! Nie poddam się!

— Głupi, głupi, głupi! — Arrasha również nie zamierzała odpuścić. — Nikt nie ma szans przeciwko królowi! Królowie są wszechpotężni, żyją naprawdę dużo lat, więcej, niż możesz pomyśleć!

— Gdyby byli tacy wszechpotężni, to zajęliby sobie więcej ziemi — zauważył z kpiną Queelo. — Poza tym jeszcze nas nie wykryli.

— Głupi, głupi, głupi! Czułeś zimno na zewnątrz? — zapytała, wskazując na wyjście. Nie zamierzała jednak czekać na odpowiedź. — Lodowego infera nawet tu nie ma, biega gdzieś po górze, ale jego siła sięga aż tutaj. Nie jest nawet prawą ręką króla, tylko niższym podwładnym! Już od tego prawie umarliście. Myślicie, że z królem dacie sobie radę?

— Tak.

— Głupi!

— Pewnie tak. Co z tego?

Arrasha zrobiła wściekłą minę, ale chyba nie umiała znaleźć kolejnych argumentów.

— Nawet nie umiesz latać! — wypaliła, jakby licząc, że w jakiś sposób urazi tym jego ego, ale Queelo przybrał swoją zwyczajową twarz, niewyrażającą żadnych emocji. W ogóle nie poczuł się ukłuty. Dlaczego niby miałby?

Na chwilę zapanowała cisza. Arrasha wyglądała, jakby czekała na jakąś odpowiedź, ale Queelo nie zamierzał żadnej udzielić. Skrzyżował ręce na piersi i odwrócił wzrok. Lisica jeszcze chwilę próbowała wściekle się w niego wpatrywać, patrząc na ścianę, po czym obróciła się dumnie i wymaszerowała do innego pomieszczenia, wyraźnie obrażona. Nassie nachylił się lekko w stronę wyjścia i chwilę nasłuchiwał. Wypuścił oddech dopiero gdy uznał, że jest bezpieczny.

— Myśli, że jesteśmy inferami — powiedział szeptem w stronę Queelo, a ten odpowiedział mu spojrzeniem w stylu „no co ty nie powiesz?”. — Całe szczęście, że tak szybko jej nakłamałeś. Nie wiedziałem, że jesteś taki w tym dobry. Ja nie byłem w stanie wymyślić niczego, co brzmiałoby wiarygodnie.

— Najmądrzejsza osoba w Twierdzy — prychnął z kpiną Queelo. Osunął się po ścianie i też w końcu usiadł na podłodze. Była niesłychanie ciepła.

— Nigdy nie myślałem, że będę musiał udawać infera — odpowiedział Nassie z pewnym oburzeniem. — Nie byłem na to przygotowany.

— Normalnego człowieka też nie umiesz udawać.

— Ale tobie udawanie innych rzeczy idzie trochę gorzej — dodał dziwnie tajemniczo Nassie, zupełnie ignorując słowa Queelo. Uśmiechnął się złośliwie. — Chcesz się jeszcze trochę poprzytulać na ziemi?

— Wal się! Chwila… — Queelo zamrugał, nagle coś sobie uświadamiając. Nassie przysunął się bliżej, błędnie to interpretując. Queelo natychmiast go odepchnął. — Nie to, kretynie! Ona powiedziała „lodowego infera tu nie ma, biega gdzieś po górze”.

— No?

— Cała reszta została na górze, idioto!

Podniósł się natychmiast, ale Nassie złapał go za nogawkę spodni i powstrzymał.

— I co niby zamierzasz zrobić? — zapytał. — Jak sam zauważyłeś, nie umiesz latać. Co, staniesz pod dziurą i zaczniesz krzyczeć, żeby im nic nie robił, bo jak nie, to się zdenerwujesz?

— Ale trzeba coś zrobić!

— Zachowujesz się, jakby tam zostali jacyś zwykli ludzie — ton Nassiego nagle stał się dziwnie ostrzejszy. Queelo spojrzał na niego ze zdziwieniem. — To wyszkoleni do walki wojownicy, nie pamiętasz? Nawet wiedźmy mają większe doświadczenie bojowe niż ty. Nawet gdybyś jakimś cudem znalazł drogę na górę, bardziej byś im przeszkadzał niż pomagał.

— Ale…

— Ale co?

— A ty?! — zapytał nagle Queelo. — Ty też jesteś częścią drużyny, no nie? Jesteś mózgiem przecież.

Nassie zaśmiał się głośno, słysząc to. Queelo zmarszczył brwi. Niby co było w tym zabawnego? To była poważna sprawa.

— Ja jestem od tego, żeby myśleć szybko — powiedział Nassie, wciąż chichocząc pod nosem. — To wcale nie oznacza, że beze mnie w ogóle nie umieją myśleć. Po prostu zrobią to trochę wolniej. Nie biorę do swojej drużyny osób słabych. Każdy z nich mógłby sobie doskonale poradzić sam. Zwłaszcza Mikky i twoja siostra. Kobiety są straszne.

— Masz jakiś lęk przed kobietami?

— Nie? Po prostu uważam, że ludzie za mało boją się kobiet. Na przykład Allois zachowuje się, jakby nic mu nie mogły zrobić. Pewnego dnia włamią mu się do domu i go po prostu zamordują, jak będzie tak dalej postępował. Może usiądziesz? Naprawdę, nic nie zdziałasz, wychodząc teraz.

Queelo jeszcze chwilę stał, próbując znaleźć jakiś argument, ale jego głowa była zupełnie pusta. Usiadł więc z powrotem na podłodze, robiąc przy tym niezadowoloną minę, ale nic nie powiedział. Nassie odwrócił się do niego.

— Hej, nie zawsze da się wszystkim pomóc, ale to nie znaczy, że nie poradzą sobie sami. Naprawdę. Poza tym wyglądasz na zmęczonego.

— Nie jestem zmęczony! — zezłościł się Queelo. — Spałem, zanim się zaczęło to trzęsienie przecież.

— No właśnie nie spałeś — rzucił oskarżycielsko Nassie. — Zawsze jak śpisz, to strasznie chrapiesz, a w trakcie mojej warty panowała całkowita cisza, jak makiem zasiał. Nie próbuj mi tu kłamać!

— Skoro miałeś wartę, to też pewnie jesteś zmęczony — zauważył kąśliwie Queelo. — Musiałeś się tak bardzo męczyć z pilnowaniem naszego małego oboziku. Biedny Nassie. Ty idź spać, a nie wyganiasz mnie.

— Hm. — Nassie zrobił minę, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał. — W sumie to masz rację, przydałby mi się odpoczynek. Dawno się porządnie nie wyspałem. Masz, wymienimy się — dodał, odpinając pochwę miecza od pasa i rzucając Queelo na kolana, a zamiast tego zabrał mu kocyk z ramion. — Możesz mnie obudzić, jakby coś się działo. A, tylko potrafię mieć czasem kamienny sen, więc walnij mnie mocno w ramię, okej? Kolorowych snów.

Po czym położył się na podłodze w miejscu, gdzie siedział, okrywając się ukradzionym kocykiem i niemal natychmiast zasnął. Queelo spojrzał na niego z mieszanymi uczuciami. Jak można było tak po prostu zasnąć? Bez gapienia się w sufit, rozmyślania o życiu, tego dziwnego etapu udawania snu. Ten człowiek naprawdę był nienormalny.

Queelo rozejrzał się po chatce. Wąs zeskoczył z jego szyi i ułożył się wygodnie na głowie Nassiego, gdzie też poszedł spać. Echo nadal siedziała na stole. Zwinęła się w kłębek obok tacy wypełnionej złotem i również drzemała. Wyglądało na to, że Queelo został jedyną rozbudzoną osobą w tym dziwnym domu. Oczywiście była jeszcze ta dziwna inferka, ale ona chyba poważnie się na niego obraziła.

Odłożył z odrazą miecz, który Nassie mu rzucił, uważając, by nie dotykać niczego poza pochwą, po czym po cichu się podniósł. Nadstawił uszy. Na zewnątrz chyba rozpętała się potężniejsza zamieć, więc teraz wychodzenie miało jeszcze mniej sensu. Słyszał, jak lisica spaceruje, chyba w kółko, i mamrocze coś pod nosem, ale nie miał na tyle dobrego słuchu, by zrozumieć słowa. Lepiej, jeśli nie będzie jej przeszkadzał.

Podszedł do stołu i spojrzał na leżące na tacy złoto. Podniósł jedną grudkę i przyjrzał jej się uważnie z bliska, mrużąc przy tym oczy. Wydawało się w porządku. Powąchał i też nie wyczuł niczego niezwykłego. Zwyczajne złoto, może nie najlepszej jakości, ale zawsze jakieś. Wziął więc małą garść i wrzucił do torby. Może kiedyś mu się przyda, tak na wszelki wypadek. Nie zamierzał jednak zabrać zbyt wiele. Przecież nie mógł nadużywać gościnności.

Wyminął powoli stolik i zbliżył się do czegoś, co chyba faktycznie było łóżkiem. Było to coś w rodzaju ptasiego gniazda, ale zdecydowanie większego, zrobionego z setek tysięcy malutkich gałązek i niewielkiej ilości strzępków różnych materiałów, które służyły chyba za coś w rodzaju materaca. Z daleka posłanie wyglądało na wygodne, ale z bliska było już gorzej. Gdyby miał wybór, raczej wolałby spać na twardej podłodze, niż na czymś takim.

Poza tymi dwoma rzeczami niewiele więcej było w tym pomieszczeniu. Coś, co przypominało sklecone na szybko szafki, w których były tylko jakieś dziwne kamyki i dziwny mebel nieokreślonego pochodzenia. Queelo przechylił głowę najpierw na jedną, potem na drugą stronę. Chyba najbardziej przypominało mu to coś w rodzaju sztalugi malarskiej, tylko nieco zniszczonej i bez żadnego płótna. Do czego coś takiego mogło być potrzebne inferom? Może po prostu jako dekoracja?

Miał ochotę zajrzeć do kolejnego pomieszczenia, ale nie chciał się nikomu narażać. Przecież takie oglądanie mogło nie być mile widziane. Jeszcze by go posądzili o szpiegowanie albo coś w tym rodzaju. Lepiej było nie ryzykować.

Nassie zaczął chrapać. Queelo spojrzał w jego stronę. Nie robił tego jakoś mocno głośno, ale z jego ust wydobywały się ciche, świszczące dźwięki. Brzmiały nawet całkiem zabawnie, coś jakby wojownik próbował gwizdać przez sen. Queelo prychnął cicho, zasłaniając usta dłonią. Może nie wszystko w tym idiocie było aż tak irytujące, jak wcześniej mu się wydawało.

Nie mając nic więcej do roboty, z powrotem usiadł i odruchowo zaczął sprawdzać dłonią podłogę. Była nie tylko zadziwiająco ciepła, ale też całkowicie gładka, a taka raczej nie powinna być w jaskini. Ktoś musiał ją idealnie wyrównać. Ale w jaki sposób? Infery chyba nie miały odpowiednich do tego maszyn, a ręcznie ciężko by to było zrobić, nawet będąc tak silnym. W każdym razie tak podejrzewał, nigdy czegoś takiego nie próbował i nie zamierzał.

— Wiesz co? — Arrasha gwałtownie weszła do pomieszczenia, strasząc go. Od razu zerwał się na równe nogi, zaciskając pięści, gotów do walki. — Idźcie sobie do tego głupiego króla. Ale! Najpierw wam o nim opowiem! Co robisz ze swoimi rękami? To jakiś język?

Wzięła jedną z pięści Queelo w dłonie i zaczęła się jej przyglądać, jakby było to jakieś nadzwyczajne zjawisko. Queelo natychmiast ją wyrwał i odruchowo odwrócił się do niej bokiem.

— Czemu nosisz jakiś dziwny materiał na rękach? — zaciekawiła się jeszcze Arrasha. — Nie boisz się, że się podrze w trakcie walki?

— Miałaś chyba opowiadać o królu? — zmienił szybko temat Queelo. — W sumie to przydadzą nam się każde możliwe informacje.

— Wam? — Arrasha zmrużyła oczy i spojrzała na śpiącego Nassiego. Prawdopodobnie widziała tam coś w rodzaju kolorowej plamy, ale i tak musiała się zorientować po dźwiękach, co się dzieje. — Twój partner chyba śpi. Może trzeba poczekać, aż się obudzi?

— I tak by tylko przeszkadzał — mruknął Queelo. — Zapamiętam i potem mu powtórzę.

— I nie będzie o to zły?

— A kogo to obchodzi?

— Nie ciebie?

— Nie. Możesz opowiadać.

Wyglądała na zdziwioną, ale nie pytała dalej. Usiadła spokojnie na swoim łóżku, a Queelo z powrotem usadził się na podłodze, krzyżując nogi. Mimo swojej gładkości podłoga nadal była twarda. Żałował trochę, że nie miał ogona jak Arrasha, żeby móc usiąść na czymś miękkim. Nawet jeśli siedzenie na ogonie byłoby uważane za coś dziwnego.

— No więc król — zaczęła Arrasha. Chyba nie mogła usiedzieć w miejscu, bo zaczęła się wiercić i co chwila zmieniać pozycję. — Król Kirrho. Do niego chyba idziecie, nie? Do innych się chodzi innymi drogami, chociaż może gdybyście poszli do Ovvina, on by was nie zabił. Ovvin jest całkiem spoko, o ile nikt mu nie zalezie za skórę. Podobno ma piękne, słomiaste włosy i udaje, że jest ludzkim rolnikiem na jakimś odludziu, to takie urocze. Ale ja nie o nim chyba miałam.

Podrapała się po głowie, jakby próbowała sobie przypomnieć, o czym mówiła, a Queelo westchnął bezgłośnie. Dlaczego, och dlaczego, wszystkie osoby, które spotykał, musiały być właśnie takie? Czemu nie mógł spotkać jednej osoby, która powiedziałaby wszystko od razu, bez owijania w barwne słówka ani krążenia wokół tematu?

— Król Kirrho jest jednym z najpotężniejszych — powiedziała w końcu Arrasha. Queelo przewrócił oczami. Tę część już słyszał. — Mówi się, że został skrzyżowany ze starego, starego króla, żyjącego dawno temu i jego wiernego smoka. Nie wiem, czemu królowie zwykle są zrobieni z gadów, to jakieś utrapienie. Mogliby być zmiennocieplni i zapadać w sen zimowy tak jak one, ale niee. W każdym razie król ma wielkie, wielkie skrzydła, takie czarne, ale za bardzo na nich nie lata, używa ich raczej do straszenia. Może też ma lęk wysokości? Ma takie wielkie rogi na głowie, no i długi, długi ogon, jak każdy latający. Używacie ich do sterowania, no nie?

Uśmiechnęła się do niego, pokazując swoje kły w całej okazałości. Queelo mruknął tylko coś niezrozumiałego w odpowiedzi.

— Ale najważniejsze ma tutaj — dodała mniej wesoło, pokazując na czoło nad nosem. — Trzecie oko. Mówi się, że ma zasięg nawet kilku kilometrów, wyobrażasz sobie? To nawet królowa Irrin tak daleko nie sięga! Próbowałeś kiedyś otworzyć trzecie oko? Hm, chociaż. — Przechyliła głowę, a jedno z jej uszu poruszyło się, jakby próbowała czegoś nasłuchiwać z zewnątrz. — Jesteś w sumie jeszcze dzieckiem. Ile możesz mieć z lat, dwadzieścia? Oko zwykle się zaczyna rozwijać wokół trzydziestki, może trochę wcześniej jak się ma szczęście, więc jeszcze pewnie go nie masz.

Queelo zrobił zeza, żeby spojrzeć na swoje czoło, jakby chciał tam zobaczyć jakieś kolejne oko, a Arrasha zaśmiała się serdecznie i pokręciła głową nad jego głupotą.

— W ten sposób tego nie zobaczysz! Patrz, moje jest tu!

Wskazała znów na czoło, jednak tym razem miejsce nad prawym okiem. Odgarnęła stamtąd swoje rude włosy. Queelo zmrużył nieco oczy, jakby to miało mu w jakiś sposób pomóc w oglądaniu. Przez chwilę nie było tam nic. A potem znikąd pojawiło się kolejne oko, dokładnie w miejscu, na które patrzył. Było całe złote i wyglądało, jak zupełnie normalne oko, ale czuł od niego coś… nie do końca określonego. Trochę jakby jego spojrzenie zamroziło go w miejscu i zaczęło skanować, jakby chciało go zmusić do czegoś, ale nie wiedział czego…

Oko mrugnęło i zniknęło, a dziwne uczucie natychmiast go opuściło. Poczuł się niezwykle lekki i może faktycznie mógłby się nauczyć latać.

— To trzecie oko — powiedziała wesoło, ale położyła się nieco bardziej na swoim łóżku, zupełnie jakby ją to zmęczyło. — Każdy starszy infer je ma, a im starszy, tym jest mocniejsze. Moje jest trochę zepsute — dodała ze smutkiem. — Przez te ogony. Osłabiony organizm te sprawy. Ale! Oko jest wykorzystywane do kryzysowych sytuacji. To coś jak… e… no, jakbyś przez chwilę mógł się stać bogiem, coś takiego? Bardzo dużo się wtedy widzi, wiesz, gdzie kto jest i co robi, i co zaraz zrobi, i czasem można nawet komuś czytać myśli, ale to akurat zależy. To takie potężne! Ale! Od tego strasznie, strasznie boli głowa. Można nawet zachorować, jak się za długo ma je otwarte. Albo umrzeć! No więc król Kirrho jest tak potężny, że ma je cały czas otwarte!

Queelo przechylił głowę. Zupełnie tego nie rozumiał. To nie brzmiało jak coś tak bardzo strasznego, jakim to wszyscy opisywali. Spodziewał się raczej czegoś w rodzaju „to straszny potwór, który pożera wszystkich” albo „wysysa dusze”, a nie „widzi bardzo dużo”. Znał już osoby, które widziały dużo. Prawdę mówiąc, kiedy się nad tym zastanowił, brzmiało to trochę jak zdolności złotych wojowników. Ich się, co prawda, bał, ale nie aż tak, żeby zrezygnować z czegokolwiek.

Arrasha poczekała chwilę, chyba spodziewając się jakiejś reakcji. Zmarszczyła brwi.

— No i?

— Co no i? — zdziwił się Queelo.

— Powinieneś się przestraszyć! — zezłościła się, machając przy tym ogonem. — Nie poczułeś nic, kiedy otworzyłam trzecie oko?

— No poczułem — prychnął, wzruszając ramionami. — Co z tego?

— Co z tego?! CO Z TEGO?! Przecież to straszne uczucie!

— Czy ja wiem? Co jakiś czas czuję się podobnie. To trochę nieprzyjemne, fakt, ale raczej nie na tyle, żebym miał zrezygnować.

— Co… co jakiś czas — powtórzyła po nim Arrasha. Zeszła z łóżka i na czworakach podeszła do niego, żeby wziąć jego twarz w dłonie i zajrzeć mu w oczy. — Biedne stworzenie. Co takiego stało się w twoim życiu?

— Że co… nic mi nie jest! — zezłościł się Queelo, wyrywając się i cofając od niej. — Mieliśmy rozmawiać o królu, a nie o mnie! Zostawcie mnie wszyscy w spokoju!

Arrasha nie zamierzała jednak go słuchać.

— Czuć od ciebie wielki smutek — powiedziała, pociągając nosem. — Bardzo, bardzo wielki, jak na kogoś tak, tak młodego. Ten ból głęboko w sercu kiedyś może zeżreć ci duszę. Powinieneś z tym bardzo uważać.

— Nie przypominam sobie, żebym umawiał się do psychologa — warknął Queelo, podnosząc się na równe nogi.

— Do kogo?

— Nieważne! Dajcie mi wszyscy święty spokój! Jestem nudną, nieinteresującą osobą, odwalcie się!

— Nikt nie jest nudną osobą — oznajmiła nadzwyczaj poważnie Arrasha, a w jej oczach pojawił się jakiś dziwny błysk. — Niezliczona ilość dusz na świecie, niepoliczalna przez nikogo, a one krążą wszędzie, tańcząc spokojnie, niczym płatki śniegu na wietrze. Każda inna, każda wyjątkowa i ani jedna warta tego, by nazwać ją „nudną”.

Queelo spojrzał na nią bez zrozumienia. Im dłużej jej słuchał, tym bardziej był pewien, że inferka ma zupełnie nierówno pod sufitem. Gadanie o jakichś płatkach śniegu i wirujących duszach… co to w ogóle miało być? Stał tam, nie wiedząc, co powiedzieć, a Arrasha postanowiła to wykorzystać.

— Powinieneś jak najszybciej się tym zająć — ciągnęła dalej, kładąc sobie rękę na sercu. — Może i faktycznie przyzwyczajenie do takiego psychicznego zmęczenia może ci pomóc w starciu z wielkim trzecim okiem, ale to nie oznacza, że cię to nie zeżre od środka.

— To wszystko? — zapytał Queelo, wciskając dłonie w kieszenie i obdarzając ją najbardziej znudzonym ze swoich znudzonych spojrzeń. — Myślałem, że faktycznie powiesz mi coś ciekawego, ale w sumie dowiedziałem się od ciebie niewiele więcej, niż od tego typa, z którym musieliśmy bić się po drodze.

— Typa? — Arrasha nastawiła uszy i obróciła nimi w jego stronę. — Jakiego typa? Podejrzanego typa?

— A co, znasz podejrzanych typów z okolicy?

— Znam wszystkich z okolicy — odpowiedziała Arrasha spokojnie, a Queelo się skrzywił. Jak można było kojarzyć wszystkich swoich sąsiadów? Przerażające. — Nie ma ich za dużo. Jest Abbiro, ten lodowy świr, który nie umie się opanować. Priussa chyba niedawno się wyniosła. Jeszcze są Yluuy, oni nie lubią zbytnio ludzi, siedzą w ciemności i robią figurki, raczej na nich się nie natknęliście. Kto tam jeszcze, kto jeszcze… Piurtoo i Maffu. Irytujący. No i te beznadziejne sługusy, Moolys, Tzziro i Parvoola. Irytujące stwory — rzekła, spluwając gdzieś w bok. — Za grosz sumienia. Podobno ten śmieć Kirrho zabił sobie kilku złocistych, żeby se zrobić z nich podwładnych.

— Złocistych? — zdziwił się Queelo i odruchowo spojrzał w stronę Nassiego. Całe szczęście Arrasha tego nie zauważyła.

— Ludzi co zaadaptowali w sobie złoto — powiedziała z pewną kpiną. — Magiczne brednie. Nie wiem, jak to zrobili. W każdym razie podobno mają jakieś zdolności podobne do trzeciego oka.

Aha. Czyli Queelo faktycznie całkiem słusznie skojarzyło się jedno z drugim.

— Szkolą się za tą swoją barierą. A niech se tam siedzą, skoro im to pasuje. Ale czasem jakiś idiota stamtąd wychodzi i przychodzi się bić, jakbyśmy mu coś złego zrobili. To król sobie takich znalazł, pozabijał, bo go chyba zirytowali i na swoich poprzerabiał. Są jeszcze gorsi od jego poprzednich służków. Próbują udawać ludzi, bo nie chce im się przemęczać i faktycznie polować. Pozerzy. O czym to ja mówiłam?

— O królu — powiedział szybko Queelo. — Miałaś mi powiedzieć, którędy można do niego pójść. Najlepiej najkrótszą trasą.

— Naprawdę? — zdziwiła się Arrasha. — Nie wydaje mi się. O, wiem! Miałam pójść spać! Też chyba powinieneś. Pachniesz jak zmęczona osoba.

Niezdarnie, wciąż na czworakach, wróciła do swojego łóżka, okręciła się niczym pies i zwinęła w kulkę, owijając się częściowo swoim rudym ogonem. Queelo spojrzał najpierw na nią, potem na Nassiego, a potem na wyjście. Wszedł nieco po schodach i wyjrzał na zewnątrz. Nadal panowała tam zamieć, ale już powoli słabła. Do środka wpadał lekki chłód, ale natychmiast był niwelowany przez wylatujące z wnętrza jaskini ciepło. Ciekawe, skąd ono się brało?

Queelo wrócił do środka i usiadł znowu na podłodze. Mimo że wszyscy mu wmawiali, że był zmęczony, jemu naprawdę nie chciało się spać. A może raczej nie dałby rady spać, nawet gdyby spróbował. Coś w tym wszystkim nie dawało mu spokoju. I wcale nie był to dźwięk kroków, dochodzących gdzieś z oddali.


Rozdział XIX

Pani domu

Dnia: 24 Września 31r.

Nie.


Dźwięki dochodziły z oddali, ale Queelo jakimś cudem wciąż je słyszał, nawet pomimo wichury na zewnątrz. Jasne, miał całkiem dobry słuch, jednak nie na tyle, żeby móc słyszeć na taką odległość. Podrapał się w ucho, zastanawiając się, czy to nie tylko jakiś dziwny wymysł jego mózgu, jednak nic to nie dało. Wciąż słyszał kroki. Jak? Wstał i uderzył łokciem o stół, budząc przy tym Echo. Kotka podniosła się i spojrzała na niego ze złością.

— Przepraszam — mruknął, po czym zdał sobie sprawę, że mówi do zwierzęcia, które prawdopodobnie i tak nie rozumie jego słów. Nie żeby miał do rozmowy kogokolwiek innego. — Też to słyszysz, czy tylko ja mam coś z uszami?

Echo miauknęła. Niewiele mu to pomogło. Może jednak, jak już chciał gadać do kota, nie powinien mu zadawać pytań. Kotka się przeciągnęła, zamachała delikatnie skrzydełkami, po czym wspięła się po jego ręce na ramię. Nawet przestało mu to przeszkadzać. Zdecydowanie zbyt szybko przyzwyczaił się do tego, że koty lubiły po nim chodzić. Sam był sobą zdziwiony.

Świst wiatru nagle ustał. Nie osłabł ani nic, po prostu w jednej chwili było go słychać, a w następnej już nie. Queelo zmarszczył brwi i zbliżył się nieco do wyjścia.

— Przeklęte szczury! — krzyknął ktoś w oddali, prawdopodobnie ten sam ktoś, do kogo należały kroki. — Jeszcze raz zobaczę któregoś z was na moich terenach, to te zadrapania będą niczym, w porównaniu do tego, co wam zrobię! Wynosić się!

Włosy zjeżyły mu się na głowie. Wyglądało na to, że koleżanka Arrashy wracała wcześniej, niż lisica przewidziała. Queelo natychmiast dopadł do Nassiego, który wciąż spał, chrapiąc uroczo. Złapał go za ramiona i potrząsnął nim, ale to nic nie dało, więc zaczął potrząsać mocniej. Dopiero po chwili przypomniał sobie, co wojownik mówił o kamiennym śnie i przywalił mu pięścią w ramię. Jednak nawet to nie dało rady.

— Ty kretynie! — syknął Queelo, wracając do potrząsania kolegą. — To nie czas na spanie, wstawaj! No dalej!

Nassie tylko zachrapał głośniej. Queelo rozejrzał się szybko, zastanawiając się, czy byłby w stanie wynieść gdzieś tego idiotę albo przynajmniej go schować, ale w pobliżu nie było niczego, co mogłoby mu w tym pomóc. Jedyne co mógł zrobić, to pociągnąć kocyk i zakryć mu nim głowę. To też zrobił, ale nie sądził, by zadziałało to na dłuższą metę.

Kroki zatrzymały się przed wejściem. Queelo spojrzał w tamtą stronę i szybko przesunął się tak, żeby zasłonić Nassiego, po czym przywołał na swoją twarz najbardziej beznamiętny wyraz, na jaki było go stać w takiej sytuacji. Nie chciał wyglądać zbyt podejrzanie, w ogóle nie chciał wyglądać podejrzanie.

Arrasha o dziwo nie miała aż tak kamiennego snu i kiedy tylko usłyszała, że ktoś wchodzi do jej domu, natychmiast się podniosła. Skoczyła na równe nogi i rzuciła się na szyję wchodzącej do środka osobie.

— Al! — zaskrzeczała radośnie, praktycznie wskakując kobiecie w ramiona. — Tak długo cię nie było! Martwiłam się, martwiłam! Gdzie byłaś?!

Patrząc na nie obie, Queelo szybko zmienił słowa w swojej głowie. Zdecydowanie nie były koleżankami. Powinien się zorientować już po tym, w jaki sposób Arrasha o niej mówiła. Przechylił nieco głowę. Czasem potrafił być naprawdę ślepy. Jeśli kiedykolwiek wróci do miasta, powinien iść na jakieś szkolenie z odczytywania emocji. Nie był w tym aż tak dobry, jak tego chciał.

Arrasha i Aloziee — Queelo zakładał, że to była właśnie ona — stały jeszcze tak przez chwilę, po czym nowo przybyła uwolniła się z tego uścisku. Wtedy też mógł się jej bliżej przyjrzeć. Oczywiście miała złote oczy, o dziwo każdy oprócz niego musiał mieć złote oczy. Wyglądała niemal jak człowiek i właśnie za niego by ją wziął, gdyby nie nienaturalnie biała skóra. Nawet trupy nie bywały tak blade. Była szczupła i wysoka, tak, że prawie uderzała głową w sklepienie jaskini. Miała na sobie naprawdę dziwny zestaw ubrań: jednoczęściowy strój kąpielowy, a na nim stary, jesienny płaszcz. Nie miała żadnych butów, ale po jej gadzich stopach Queelo wnioskował, że żadnych nie potrzebowała. Na głowie nosiła kapelusz z szerokim rondem, dwiema wielkimi dziurami i przyczepionymi piórami, które chyba należały kiedyś do jakiegoś pawia. A spod niego wypadały długie, jasne pukle blond włosów, niemal tak jasne jak u Nassiego.

— Czuję obcych — odezwała się Aloziee i skupiła swoje spojrzenie na Queelo, który próbował udawać tak bardzo niewinnego, jak tylko mógł. — Kto to?

— Dzień dobry — wypalił Queelo, nie wiedząc, co innego mógłby powiedzieć.

— To nowi znajomi! — oznajmiła radośnie Arrasha, nie zamierzając się odkleić od Aloziee. — Marzli na mrozie, biedni, to ich zaprosiłam! Chyba się nie gniewasz, co? Zamarzliby tam na śmierć, a ty nie lubisz sprzątać na swoim terenie, nie? Trupy są smutne. Żywi nie są tak smutni.

Uśmiechnęła się, pokazując zęby i zaczęła się bawić włosami Aloziee, okręcając je sobie wokół palców. Queelo zaczął się zastanawiać, czy aby nie powinien wyjść i zostawić je same, ale wizja taszczenia Nassiego za sobą jak jakiegoś worka mu na to nie pozwalała. Spróbował trącić wojownika ręką, ale to wciąż nic nie dawało. Głupi kretyn i jego głupi, kamienny sen.

Aloziee spojrzała Queelo prosto w oczy, a on przełknął ślinę. Doskonale czuł aurę, jaką inferka roztaczała wokół siebie i wiedział, że jeśli doszłoby do walki, nie miałby żadnych szans. Nie żeby nie czuł się tak samo, stojąc twarzą twarz z jakimkolwiek inferem. Albo złotym wojownikiem. Naprawdę nie było między nimi aż tak wiele różnic i to było przerażające.

— J-jeśli przeszkadzamy — odezwał się, jakimś cudem wyduszając z siebie słowa — t-t-to możemy już sobie iść. N-n-nie będziemy prze-e-eszkadzać.

Spróbował się uśmiechnąć, ale to nie była jego mocna strona i tylko wykrzywił dziwnie usta. Za jego plecami Nassie znów zagwizdał, jakby sam chciał coś powiedzieć. Aloziee zmrużyła oczy i przechyliła głowę, jakby chciała sprawdzić co jest za Queelo. A potem, o zgrozo, zrobiła to, czego najbardziej się obawiał — bardzo głęboko wciągnęła powietrze.

Poważna mina natychmiast zmieniła się we wściekłą. Z jej dłoni wyskoczyły pazury, z pleców niewielkie skrzydła i długi, naprawdę długi ogon, a na głowie pojawiły się rogi, które przebiły sufit. Przynajmniej Queelo już wiedział, skąd te dziury w kapeluszu. Kilkanaście kamieni posypało się na inferkę, ale nie zwróciła na to uwagi. Queelo natychmiast zerwał się na równe nogi i rozłożył ręce na boki, jakby w ten sposób mógł kogokolwiek obronić.

— Al! — wykrzyknęła z przerażeniem Arrasha, stając przed Aloziee. — Co z tobą jest? Przestań! To nasi goście.

— Przyprowadziłaś tutaj jakiegoś złocistego! — odpowiedziała ze złością Aloziee, w ogóle nie zamierzając przestać. — I to człowieka!

Arrasha obróciła się i najpierw spojrzała w stronę Queelo, który stał i próbował robić za ścianę, a potem na świszczącą kulkę na podłodze. Nie wyglądała, jakby cokolwiek z tego rozumiała.

— Nie? — odpowiedziała niepewnie, odwracając się znowu do Aloziee. — W tym domu nie było żadnego człowieka, chybabym o tym wiedziała…

— No właśnie byś nie wiedziała — przerwała jej Aloziee. — Masz przytłumione zmysły. Coś mogło ci się stać! Dlatego miałaś nie przyprowadzać nikogo! Ja się tym zajmę!

— Nie! — krzyknął Queelo, zwracając na siebie uwagę. Natychmiast tego pożałował, kiedy złote spojrzenia znów skupiły się na nim, ale mimo to i tak ciągnął dalej: — Nie mamy złych zamiarów! Naprawdę! Nie ma potrzeby rozlewać krwi, możemy sobie po prostu pójść! Tylko nie bijmy się. Proszę. Bardzo proszę!

Spojrzenie Aloziee stało się jeszcze ostrzejsze, jakby to w ogóle było możliwe.

— Zejdź mi z drogi.

To nie była prośba, tylko rozkaz. Queelo przełknął ślinę. Nie chciał go wykonywać, ale jednocześnie z jakiegoś powodu nie był w stanie go nie wykonać, więc w efekcie cofnął się o krok. I, oczywiście, potknął się o leżącego tam Nassiego. Nie zdołał nijak utrzymać równowagi i przewrócił się do tyłu, lądując na wojowniku. Po raz kolejny. Przynajmniej to w końcu go obudziło. Wydał z siebie jęk bólu i zerwał się na równe nogi, zrzucając Queelo, żeby stanąć twarzą w twarz z rozwścieczoną Aloziee.

— Och — wydusił z siebie i zamrugał kilka razy. Zmrużył oczy. — Czy ja cię skądś nie znam?

Nie wyglądał w ogóle na przestraszonego, tylko na zdziwionego. Nawet nie podniósł swojej broni, ani nie przybrał bojowej postawy, po prostu stał i się gapił. To zdziwiło nawet samą Aloziee, która momentalnie schowała swoje pazury.

— O, wiem! — wykrzyknął po chwili Nassie, pstrykając palcami. — Przecież ty jesteś tym duchem, który straszył w bibliotece i wszyscy myśleli, że to ja się z nich nabijam! Nie wiedziałem, że infery mają jakiś sposób na przekraczanie bariery, myślałem, że żyjesz gdzieś w jakichś podziemiach twierdzy.

Im dłużej mówił, tym większa dezorientacja pojawiała się na twarzy inferki. Queelo jęknął i z trudem podniósł się na równe nogi. Nie wyglądało na to, żeby trzeba było powstrzymywać kogokolwiek od walki, przynajmniej na razie. Aloziee wróciła do całkowicie ludzkiej postaci, jeśli można było ją tak w ogóle nazwać z tą całkowicie białą skórą. Arrasha, stojąca z boku, zaczęła mrugać intensywnie. Chyba nie miała pojęcia, co się dzieje.

— Zawsze chciałem spotkać jakiegoś innego blondyna! — ciągnął dalej Nassie, zupełnie nieświadomy, jak wielką konfuzję u wszystkich wywołuje. — To takie irytujące być tym jednym jedynym. Wszyscy oczekują ode mnie, że będę najlepszy we wszystkim. Infery pewnie nie mają takich problemów, nie? A, w ogóle to przepraszam, chyba się nie przedstawiliśmy. Znaczy przedstawiliśmy się pani Arrashy, ale pani nie. Ja nazywam się Nassie. Podejrzewam, że pani Aloziee. Miło poznać.

Bez żadnych oporów podniósł dłoń wciąż zdumionej Aloziee i zaczął nią potrząsać na powitanie. Patrzyła na niego ze zdziwieniem, ale zanim zdążyła się wyrwać, Nassie już ją zostawił.

— Rozumiem jednak, że chyba przeszkadzamy — nie przestawał nawijać. — Nie chcielibyśmy paniom robić problemów, naprawdę, poza tym sami też musimy się spieszyć. — Nassie zgarnął Queelo, któremu nie udało się na czas uciec z zasięgu jego rąk. Skulił się pod ramieniem, próbując jakoś w ten sposób wydostać się niepostrzeżenie, ale nie był w stanie. — Jesteśmy w sumie na wyprawie poszukiwawczej i każda minuta się liczy. Więc powinniśmy się już pożegnać.

Przesunął się, żeby ominąć Aloziee i przedrzeć się do wyjścia, ale ten ruch jakby ją wybudził. Podniosła rękę i zagrodziła całkowicie drogę. Nassie cofnął się, a uśmiech powoli zaczął schodzić z jego twarzy.

— Nigdzie się nie wybieracie — oznajmiła spokojnie. Zdecydowanie zbyt spokojnie, w porównaniu do jej pierwszej reakcji.

— Naprawdę nie chcę się z nikim bić — odezwał się Nassie, w jednej chwili tracąc całkowicie swoją przyjazną pozę — ale jeśli będzie to konieczne, to się nie zawaham.

— Jeśli teraz wyjdziecie, i tak zginiecie marnie — zauważyła Aloziee, piorunując wojownika spojrzeniem. — Na zewnątrz roi się od dzikich. Kilka kroków z dala od domu i rzucą się na wszystko.

— To w sumie ma sens. Dzięki za ostrzeżenie.

— Ale… — Arrasha, wciąż stojąca z boku, w końcu wydusiła z siebie cokolwiek. — Ale jak to… człowiek? Przecież…

— Przepraszam. — Nassie miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby faktycznie zrobić smutną minę, a nie uśmiechać się cały czas. — Nie chcieliśmy cię wprowadzać w błąd. Po prostu od razu założyłaś, że jesteśmy inferami i jakoś tak głupio było mi cię poprawiać.

— Ale twój…

— Queelo jest stuprocentowym człowiekiem — oznajmił Nassie, od razu rozumiejąc, o co chce zapytać. Queelo tymczasem nadal próbował się uwolnić, z marnymi skutkami. — Nawet bardziej człowiekiem niż ja. Nie ma tych całych złotych oczu. Jak wy na to mówiłyście… złociści. Nie jest złocistym. Sto procent normalnego, niegroźnego człowieka. Prawda?

Potrząsnął kolegą. Queelo wymamrotał tylko jakieś niezrozumiałe słowa, kiedy Aloziee skupiła na nim swoje spojrzenie. Kącik jej ust drgnął nieznacznie, jakby zamierzała się uśmiechnąć, jednak powstrzymała się od tego.

— Ale ja… — Arrasha wciąż była w stanie ciężkiego szoku. Aloziee położyła jej dłoń na ramieniu.

— To trochę zbyt skomplikowane, żebyś teraz zrozumiała — powiedziała spokojnie. — Jesteś teraz zmęczona. Powinnaś odpocząć i wtedy porozmawiamy, zgoda?

Arrasha zmarszczyła brwi. Może, tak samo jak i Queelo, zastanawiała się, co niby takiego skomplikowanego jest w tej sytuacji. Jednak, o dziwo, nie zaprotestowała, tylko obróciła się i położyła z powrotem w swoim łóżku, zwijając się w puchatą kulkę. Aloziee chwilę spoglądała na nią, po czym rzuciła mordercze spojrzenie w stronę Nassiego i Queelo, chociaż bardziej skierowane do tego pierwszego, po czym gestem pokazała im, żeby poszli za nią. Żaden się nie spierał.

Drugim pomieszczeniem było coś w rodzaju spiżarni, z wieloma koślawymi półkami wypełnionymi… rzeczami. Leżały tam co prawda kawałki złota, ale stanowiły zdecydowaną mniejszość. Przeważały dziwne sztućce, jakieś pudełka, rzeźby, coś, co chyba było biżuterią i mnóstwo sznurków. Pod ścianami stały też puszki, wypełnione kolorowymi płynami niewiadomego pochodzenia. Nie pachniały zbyt ładnie. Na podłodze leżało kilka skrawków materiału, które chyba miały służyć za poduszki.

— Ładny domek — rzucił Nassie na rozluźnienie.

— Nie dyskutuj — warknęła na niego Aloziee. — To, że was nie zabiłam, nie oznacza jeszcze, że nagle stałam się waszą przyjaciółką.

— Nie?

— Nie! A teraz zamknąć się i mnie słuchać.

Obróciła się i obdarzyła ich morderczym spojrzeniem. Nassie nadal się uśmiechał. Queelo nijak nie zareagował. Chyba nie tego się spodziewała, ale jej twarz została całkowicie poważna.

— Osobiście guzik mnie obchodzicie — oznajmiła z brutalną szczerością. — Jednak, jak zauważyła Arrasha, faktycznie nie lubię trupów na moim terenie. Zaśmiecają okolicę, poza tym trzeba po nich umyć ręce. Obrzydliwość.

Queelo pokiwał głową, zgadzając się z nią milcząco, a Nassie spojrzał na ich dwójkę dziwnie. Tak jakby było coś złego w unikaniu brudu! Queelo spojrzał z wyższością na wojownika, jakby chciał mu powiedzieć „teraz to ty jesteś nienormalną mniejszością”. Nassie nie wyglądał na zadowolonego z tego podsumowania i zmrużył groźnie oczy.

— Obecnie dzikie infery migrują przez te zmiany klimatu — ciągnęła dalej Aloziee, zupełnie ignorując milczącą rozmowę. — Powinno im to zająć jakąś godzinę, zanim wszystkie znikną. Wtedy możecie sobie iść. Żadnych bójek na moich ziemiach. Jeśli jakąś zobaczę, to pozabijam wszystkich, nieważne kto zaczął. Bić się możecie wszędzie, tylko nie u mnie. Na moich ziemiach ma panować spokój.

— Martwisz się o nas! — ucieszył się Nassie. — To takie urocze.

— Nie martwię się o nikogo, a już na pewno nie o ludzi! Obchodzi mnie tylko spokój na moich ziemiach!

— Skoro to twoje ziemie… to znaczy, że też jesteś królową?

Nie odpowiedziała, ale po jej twarzy dało się odgadnąć, jaka jest prawidłowa odpowiedź. Queelo przełknął ślinę i odruchowo schował się nieco za Nassiem, jakby to mogło w jakiś sposób pomóc.

— Schowajcie się w jakimś kącie i nie wchodźcie mi w drogę — syknęła jeszcze, po czym dumnym krokiem wróciła do poprzedniego pomieszczenia.

— Rozpracowałem to — oznajmił nagle Nassie, ciągnąc Queelo na sam koniec pokoju i siadając na podłodze. — Wyciągaj notatnik. I tym razem nie pisz „bla bla bla”, to ważne informacje, potrzebuję je mieć zapisane.

— Mogę po prostu zapamiętać — mruknął Queelo, ale Nassie natychmiast pokręcił głową.

— Nie. Ja tego potrzebuję.

— To se sam napisz.

— Dobra, to daj mi notatnik i długopis.

— Nie! To moje!

— No to skoro nie dasz mi notatnika, a ja nie mam swojego, no to wychodzi na to, że to ty musisz wszystko zapisać — zauważył Nassie. Jego mina była niewinna, ale to nie przeszkodziło Queelo w spiorunowaniu go spojrzeniem. — No co? Nie mam w zwyczaju nosić zeszytów na wyprawy. Nigdy wcześniej nie były mi potrzebne! Nie patrz się tak na mnie, tylko pisz, zanim wszystko zapomnę! Może umiem rozwiązywać zagadki, ale to nie znaczy, że nagle mam dobrą pamięć!

Queelo jeszcze chwilę miał swoją groźną minę, ale sięgnął do torby i wyjął notatnik. Nie zamierzał dłużej dyskutować z tym idiotą. Otworzył na pierwszej pustej stronie i spojrzał pytająco na wojownika, czekając na informacje.

— No więc, po pierwsze — zaczął Nassie dumnym tonem — infery są martwe.

Patrzył wyczekująco na Queelo, który nie zanotował ani jednego słowa.

— Co?

— Znaczy się żyją — naprostował wojownik, zaczynając wymachiwać rękami. — Żyją w tym stanie, w którym są. Nie, to zdanie jest dziwne. Jak to wyjaśnić, jak wyjaśnić…? O, wiem! One były kiedyś normalne. Zwykłe zwierzęta, ludzie czy tam z czego one są zrobione. Ale! Umarły już raz, bo umiera każdy i potem w jakiś sposób stały się inferami. Czemu tak na mnie patrzysz? Mówię coś źle?

Queelo wyglądał, jakby właśnie trafił na psychopatę, ale zamiast uciekać, po prostu zrobił minę w stylu „jak ty tak możesz żyć”.

— Niby kiedy ci taki durny pomysł do głowy wpadł? — wypalił po chwili, zamykając notatnik. — To idiotyczne. Co… Nie istnieje coś takiego jak wskrzeszanie!

— Nie chodzi o wskrzeszanie! To nie to. To po prostu… e…

— Widzisz, sam nawet nie wiesz, jak to opisać!

— Właśnie wiem! Po prostu szukam mniej skomplikowanych słów, żeby wyjaśnić to w jakiś prosty sposób.

— Oczywiście, bo ja przecież jestem prostym, niewyedukowanym człowiekiem i nie zrozumiem skomplikowanych słów, więc trzeba mi tłumaczyć rzeczy jak dziecku.

— Nie to miałem na myśli… słuchaj…

— Nie zamierzam słuchać o jakichś szalonych teoriach na temat nekromancji — oznajmił chłodno Queelo. — Nawet nie chcę wiedzieć, jakim cudem coś tak durnego przyszło ci do głowy. Żywe trupy, dobre sobie! Jeśli to miał być jakiś głupi żart, to ci nie wyszedł.

— Ale to nie był…

— Tym gorzej dla ciebie.

— Ale…

Queelo nie czekał na resztę jego wyjaśnień, po prostu obrócił się i wyszedł. Aloziee siedziała przy stoliku, skądś wziąwszy krzesło, i podniosła na niego wzrok, gdy wchodził, ale zignorował ją zupełnie. Wziął swój kocyk z podłogi, strasząc przy tym Wąsa i usiadł sobie w rogu pomieszczenia, z którego było najbliżej do wyjścia. Kot przyglądał mu się przez chwilę, po czym wspiął się i ułożył na wolnym ramieniu, zwijając swój ogon ze śpiącą Echo. Oba zwierzątka wyglądały tak słodko! Uniósł dłoń i podrapał jednego po główce. Nie mogły być przecież żywymi trupami, nie było takiej opcji. Już nawet pomijając fakt, że nikt nigdy nie odkrył magii nekromancji, wyglądały zdecydowanie na zbyt żywe, by miał uwierzyć, iż kiedyś umarły.

Tak, to było głupie, niemal tak samo głupie, jak osoba, która to wymyśliła. Głupi Nassie. Skąd w ogóle coś takiego mogło mu przyjść do głowy? Po prostu idiota. Skończony idiota. Powinien iść i założyć sobie jakąś grupę spiskowców, a nie próbować podawać się za naukowca, w trakcie mówienia takich rzeczy.

Aloziee wciąż mu się przyglądała. Zerknęła w stronę przejścia między pokojami, jakby chciała sprawdzić, czy aby na pewno nagle nie wejdzie Nassie, ale wojownika nie było. Może się obraził za reakcję Queelo. A może po prostu uznał, że nie będzie rozmawiał z kimś, kto uważa jego teorie za durne. Tak czy siak, nie przychodził, co było zbawieniem.

Inferka obserwowała chwilę drzwi, po czym podniosła się i podeszła do Queelo. Ten nadal głaskał kota na swoim ramieniu i nie zwrócił na nią żadnej uwagi. Nie chciał zwracać na nikogo uwagi. Czemu wszyscy nie mogli mu po prostu dać spokoju? Jednak Aloziee nie powiedziała nic, po prostu usiadła obok niego i siedziała w ciszy. Nadal nie podobało mu się, jak blisko była, jednak nie chciał zacząć narzekania. Jeszcze musiałby się wdawać w jakąkolwiek dyskusję.

Z zewnątrz dobiegały odgłosy kroków, które można było uznać zarówno za ludzkie, jak i zwierzęce. Jak wiele na świecie było inferów, którzy wyglądali jak ludzie? Queelo dotąd podejrzewał, że było ich bardzo mało, ale jak na niewielką ilość, spotykał ich zbyt wiele. A potem do głowy przyszło mu coś innego i oblał go zimny pot. Co jeśli jeszcze jakieś ukrywały się wśród ludzi? Przecież skoro wyglądali jak oni i mogli tak łatwo ukryć swoje inferze cechy jak Tzziro czy Aloziee…

— Nikt nie wie, co? — odezwała się nagle Aloziee, aż Queelo podskoczył. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. — Nie przejmuj się, nic nie powiem.

— Nie wiem, o co ci chodzi — mruknął Queelo, odwracając głowę. Opuścił rękę, ale Echo miauknęła w proteście, więc znów zaczął ją głaskać.

— Co tutaj robicie? — zmieniła temat Aloziee. — W tych okolicach nie spotyka się prawdziwych, żywych ludzi. Każdy, kto chociaż spróbuje przekroczyć granicę na górze, dość szybko ginie, więc to chyba jakiś wyjątkowy zbieg okoliczności, że wy jeszcze żyjecie.

— Szukamy kogoś — odpowiedział po prostu Queelo. Nie wiedział, ile razy musiał to powtarzać, ale wydawało mu się, że wiele. — Hej, a może ty…

— Żadnych ludzi — przerwała mu, zanim dokończył pytanie. — Wy jesteście pierwszymi. Ale jeśli jakichś zgubiliście na tych ziemiach, to najprawdopodobniej są w pałacu, ewentualnie już nie żyją. Śmierć pewnie byłaby dla nich lepszym wyjściem, biorąc pod uwagę, jakim Kirrho jest popaprańcem. To musi być ktoś ważny, że aż tutaj przylecieliście.

— Przynajmniej ty nie mówisz, że to głupie.

— A to by coś zmieniło? — zapytała z lekką drwiną. — Osobiście radziłabym tam nie iść. Co prawda ostatnio widziałam tego debila kilkaset lat temu, może się zmienił, ale sądząc po jego świcie, to nic na to nie wskazuje. Może wam uda się go zabić i będziemy mieć jednego butnego dupka mniej w okolicy.

— Zabić?!

— No tak? — Teraz to Aloziee wyglądała na zdziwioną. — Niepostrzeżenie nikt nie dostanie się do pałacu, a Kirrho nie wypuści nikogo bez walki. Więc jedyne możliwe opcje to zabić go albo zostać zabitym. Nie sądzę, żeby miał was zaprosić na herbatkę i przedyskutować to wszystko.

— Infery mogą pić herbatę?

— I tak nie ma smaku — oznajmiła z żalem Aloziee, po czym skrzywiła się. — Nic nie ma smaku. Czyste złoto miało jakiś smak co prawda, ale nie próbowałam żadnego od wieków.

— A… e… ludzie?

Aloziee spojrzała na niego dziwnie, po czym wybuchnęła śmiechem. Nassie szybko wyjrzał z sąsiedniego pomieszczenia, żeby sprawdzić, co się dzieje. Nawet Arrasha się obudziła i zaspanym wzrokiem zmierzyła całe pomieszczenie. Inferka nie przestawała się śmiać, przewróciła się nawet na bok. Ten śmiech był tak serdeczny i szczery, w ogóle nie pasował do krwiożerczych istot, którymi przecież były infery. Powinny nimi być. Kącik ust Queelo drgnął nieznacznie. Może faktycznie nie były one takie złe.

A potem przypomniał sobie wszystkie rzeczy, które usłyszał o królu i pierwsze oznaki uśmiechu natychmiast zniknęły z jego twarzy. Co jeśli… co jeśli babcia faktycznie na niego trafiła? Co jeśli nawet go szukała? Przecież mogła już dawno nie żyć! Cała wyprawa okaże się na marne i to wszystko będzie jego winą! Po czymś takim nie będzie już nikomu mógł spojrzeć w oczy. Skulił się. O ile w ogóle będzie mógł jakkolwiek wrócić. Czemu babcia musiała się wybierać na kolejną swoją głupią wyprawę? Czemu wszystko nie mogło po prostu pozostać, jak było? Czemu nie mógł przeżyć swojego marnego życia do końca w spokoju?

Aloziee w końcu skończyła się śmiać, choć nadal chichotała pod nosem, podnosząc się z powrotem do pozycji siedzącej.

— Ludzie smakują, to fakt — powiedziała, kładąc mu dłoń na ramieniu, a drugą ocierając łzy z twarzy. — Ale są paskudni! Już wolę nie czuć niczego!

— Ale… przecież infery zjadają…

— Ale nie z powodu smaku! Dobry żart! Złoto z organizmów innych żywych istot najlepiej się wchłania, zwłaszcza jak wypijesz całą krew, ale potem i tak trzeba się pozbyć tego, co nie jest złotem z organizmu. To irytujące! Już łatwiej się je po prostu grudki metalu, nawet jeśli one tak szybko nie podnoszą siły!

Nassie spojrzał na Queelo, jakby chciał powiedzieć „Powinieneś to zapisać!”, ale Queelo zupełnie go zignorował. Nie zamierzał przy inferce wyciągać notatnika i notować rzeczy, którymi się z nim dzieliła. To dopiero byłoby podejrzane! Wolał się nie narażać nikomu. Poza tym jego pamięć była na tyle dobra, żeby zapamiętać tak ważne rzeczy. Dlaczego niby miałby potrzebować świstka papieru? Niedorzeczne!

— Młodzi są tacy niewinni — dodała jeszcze wesoło Aloziee, klepiąc Queelo po plecach. — Wiecie co? Jeśli mi obiecacie, że postaracie się nie zginąć, to w sumie mogę was nawet zaprowadzić pod same drzwi pałacu. Może przynajmniej wy chociaż trochę utrzecie nosa temu patałachowi.

— Coś się wydarzyło, jak mnie nie było? — zdziwił się Nassie, patrząc najpierw na Aloziee, a później na Queelo, ale żadne z nich mu nie odpowiedziało.

Aloziee podniosła się z gracją i złapała leżący wciąż na podłodze złoty miecz. Wyjęła go z pochwy i przyglądała mu się chwilę. Jemu, albo swojemu odbiciu w klindze. Przejechała po niej nawet palcem, jakby to miało jej coś powiedzieć o broni. Stała tak chwilę, po prostu się patrząc, po czym rzuciła miecz Nassiemu.

— Orientuj się, złoty.

Nassie oczywiście złapał broń bez żadnego problemu, ale jego mina wyrażała najwyższe zdziwienie i niezrozumienie. Tak jakby cokolwiek miało być dla niego zrozumiałe w tamtejszym dniu. Queelo podejrzewał, że ten idiota nie zorientował się w ani jednej z dziwnych rzeczy, które wydarzyły się wokół niego. Nie żeby Queelo zrozumiał wszystko dokładnie, ale z całą pewnością rozumiał więcej niż Nassie. To w pewien sposób go cieszyło, choć sam nie wiedział dlaczego.

— Jak… — wydukał Nassie, patrząc na miecz.

— To chyba jest twoja broń — zauważyła chłodno Aloziee.

— Ale… nic ci nie jest! Przecież zaczarowane złoto…

— Ach, no tak, przecież ludzie nie wiedzą takich rzeczy. — W jej oku pojawił się dziwny błysk. — Zaczarowane złoto parzy tylko młodych. Po setkach lat ciało przyzwyczaja się do magii i nie robi ona już takich szkód. Oczekiwałeś, że będzie łatwo, co? — zapytała nieco bardziej drwiącym tonem. — Króla tak łatwo nie zabijesz. My wszyscy przeżyliśmy tyle, żeby się nimi stać, jesteśmy odporni na wasze magiczne sztuczki. Aczkolwiek, jak się postarasz, to może się go pozbędziesz tym mieczykiem. To wciąż może wyrządzić krzywdę, tylko musisz uderzyć znacznie mocniej.

— Dzięki za ostrzeżenie — mruknął Nassie i teraz dla odmiany to on zaczął się przeglądać w ostrzu. — Aczkolwiek, osobiście, jestem przeciwko przemocy.

Cała pozostała trójka obecnych uniosła brwi w zdziwieniu. Nawet na twarzach kotów pojawiło się coś, co można było nazwać umiarkowanym zdumieniem.

— E, Nassie — postanowił odezwać się Queelo. — Jesteś wojownikiem.

— No wiem. I?

— Twoja praca to w zasadzie przemoc.

— O nie, nie, nie. Widzisz, moja praca to obrona. Jeśli ktoś mnie zaatakuje, to mu odpowiem atakiem. Jeśli ktoś zaatakuje miasto, to mu odpowiem atakiem. Jeśli ktoś zaatakuje moich przyjaciół, to mu odpowiem atakiem. Ale nigdy nie atakuję pierwszy. Jestem honorowy.

Nikt nie wyglądał na przekonanego, ale zanim ktokolwiek się odezwał, nagle dziwne świszczenie odezwało się w uchu Queelo. Odruchowo, jak zawsze, uniósł rękę i podrapał się w nie.

„Słyszycie mnie?!”. Krzyk Alloisa był tak głośny, że prawie zwalił go z nóg. Nassie też się skrzywił. Prawdopodobnie również w jego głowie odezwał się ten hałas.

„Na bogów, to bolało!”, myśli Nassiego zabrzmiały jak syknięcie węża. „Tak, słyszymy. I żyjemy. Coś się stało u was tam na górze?”.

„Coś się stało”, powtórzył drwiącym tonem. Jakim cudem umieli tak dobrze oddawać emocje przez myśli. To było dziwne. „Najpierw trzęsienie ziemi, tylko dzięki szczęściu uciekliśmy z tego zawaliska drzew, potem przylazło stado inferów, a was nie było! Ihoo i Mikky prawie mnie zabiły!”.

„Jesteś debilem”, odezwała się Mikky. Po tym tonie Queelo natychmiast wyobraził ją sobie, jak stoi, trzymając zakrwawione noże w dłoniach, bez ani jednej plamki krwi na niej samej. Nie wiedział nawet czemu, po prostu przyszedł mu taki obraz do głowy. „On nawet nie zauważył, że was nie ma, dopóki nie doszło do walki! Chciałam po was lecieć, ale dziurę, przez którą wpadliście, całkiem zasypało. Dobrze, że tam żyjecie! Nic wam nie jest?”.

„Wszystko w porządku. Jestem tylko trochę poobijany. Queelo się trochę pogniótł”.

„Sam jesteś pognieciony!”, zezłościł się Queelo, wlepiając przy tym wściekłe spojrzenie w wojownika. Gdzieś w jego myślach rozległ się śmiech.

„Czyli w porządku”, potwierdziła Mikky. „Ihoo by cię zabiła, jakby coś mu się stało, masz szczęście”.

„Gdyby jemu się coś stało, to prawdopodobnie sam i tak byłbym martwy”.

— O, właśnie — odezwał się na głos Nassie, odwracając się do Aloziee, która po prostu stała i patrzyła na nich bez zrozumienia. — W stronę pałacu trzeba wyjść na górę, nie? Bo mamy tam trochę większą drużynę i potrzebujemy ich pomocy.

— Drużynę — powtórzyła z kamienną twarzą.

— Nie myślałem, że zabicie króla będzie łatwe, więc wziąłem drużynę do pomocy.

— Drużyna? — zainteresowała się Arrasha, nastawiając uszy i w końcu podnosząc się ze swojego łóżka. — Chcę poznać drużynę! Nowe znajomości!

— Nigdzie nie idziesz! — Teraz to Aloziee była zła. — Pamiętasz, co stało się ostatnim razem? Zostajesz w domu.

— To było sto lat temu!

— Nie i koniec!

— Nie jesteś moją matką!

„Co tam się dzieje?”, zdziwiła się Mikky w głowie Queelo. „Czemu słyszę jakąś odległą kłótnię?”.

„Och, spotkaliśmy kogoś, kto nam pomógł”, odpowiedział jej Nassie. „I teraz kłóci się ze swoją drugą połówką. To nawet urocze”.

„Niby w jaki sposób kłótnia jest urocza?”. Queelo zmrużył oczy, patrząc na wojownika. „Na mózg ci padło?”.

„No bo troszczą się o siebie! To nie jest urocze?”.

„Nie”.

„W każdym razie”, Nassie natychmiast zmienił temat. „Będą nam w stanie pokazać drogę do miejsca, gdzie prawdopodobnie znajduje się major Ivero. Poza tym zdobyliśmy trochę przydatnych informacji. Zostańcie w kontakcie, zaraz się zorientuję, jak wyjść z tej dziury na górę i gdzie moglibyśmy się spotkać”.

— Nie powstrzymasz mnie! — upierała się Arrasha. — Siedzenie ciągle w domu jest nudne! Poza tym umiem się bronić!

— Dobra — dała w końcu za wygraną Aloziee. — Ale jeśli coś ci się stanie, to następnym razem będziesz się mnie słuchać! Bez żadnych dyskusji!

— Nic mi się nie stanie.

— A wy. — Spojrzała groźnie w stronę Nassiego. — Jeśli którykolwiek spróbuje cokolwiek jej zrobić, zabiję na miejscu, nie czekając na wyjaśnienia. Jasne?

„Słyszeliście?”, zapytał Nassie całą resztę. „Proszę trzymać się z daleka od naszych pomocników, bo was pozabijają”.

„Chwila”. Głos Alloisa dobiegał z dziwnej oddali, jakby chciał zacząć się wycofywać. „Nie mów mi, że to kolejne infery!”.

„No nie”. Nassie podrapał się po uchu. „To nie infery. To inferki”.

„Zwariowałeś?!”.

„Jeśli masz lepszy pomysł, to zawsze możesz go przedstawić. Poczekamy”.

Z drugiej strony dobiegły jakieś bliżej nieokreślone odgłosy złości. Wyglądało na to, że Allois nie miał żadnego pomysłu. Nassie poczekał chwilę, dając mu szansę na ewentualne wyjaśnienia, jednak żadne się nie pojawiły. Klasnął w dłonie.

— Świetnie! A więc możemy iść. Chyba. Infery przestały się już przemieszczać czy co tam robiły?

— Nie. — Twarz Aloziee nie wyrażała żadnych emocji. — W mojej obecności nie odważą się choćby zbliżyć na metr, a co dopiero mówić o atakowaniu. Im szybciej ruszymy, tym szybciej wrócimy.

— Dziękujemy za pomoc! — powiedział Nassie, uśmiechając się do niej promiennie.

Inferka nijak nie zareagowała. Po prostu obróciła się i ruszyła do wyjścia. Queelo i Nassie wymienili spojrzenia i szybko poszli za nią, bojąc się, że jeszcze przypadkiem gdzieś ją zgubią. Na zewnątrz zapanowała nagle całkowita cisza. Tylko głupcy dobrowolnie narażaliby się na złość przerażającej królowej.


Rozdział XX

Woda błyszcząca

Dnia: 25 września 31r.

Przepraszam.


Wyjście z powrotem na powierzchnię zajęło im zdecydowanie więcej czasu, niż się spodziewali. Przez całą drogę Nassie i Mikky trajkotali o czymś wesoło w myślach, a Queelo wręcz słyszał, jak cała reszta w tle jęczy z bólu. Jemu samemu jakimś cudem udało się to wszystko wyciszyć i słyszał tylko jakieś odległe echo rozmowy. To go jednak nie chroniło przed rozmowami rzeczywistymi.

O ile Aloziee od razu była gotowa do drogi, o tyle na Arrashę musieli chwilę poczekać. Ubrała swój gruby płaszcz, zakrywając ogon, założyła czapkę, chowając przy tym uszy i zabrała ze sobą podniszczoną torbę. Queelo podejrzewał, że była wypełniona resztkami złota. Kiedy sobie przypomniał, że i on trochę go zabrał, z jakiegoś powodu poczuł się winny.

Arrasha skakała wesoło wokół wszystkich i nie przestawała gadać.

— Ale świeże powietrze! O, co to jest? Uciekło! Nie lubi mnie! A to? Czemu drzewa nie mają liści? A to ma igiełki! Czemu drzewa nie mają liści, ale mają igiełki?

Aloziee z największą cierpliwością odpowiadała na każde jej pytanie. Musiała być już przyzwyczajona do takiego zachowania. Queelo ją podziwiał, sam nie byłby w stanie wytrzymać, gdyby ktoś aż tak mu zawracał głowę. Wycofał się nieco, chcąc się odciąć od wszystkiego, ale Nassie też to zauważył i zwolnił, zrównując z nim krok.

— No i czy to nie jest urocze? — zapytał, nachylając się w jego stronę. Queelo obdarzył go beznamiętnym spojrzeniem.

— Nie.

— Daj spokój! Czy ty w ogóle nie masz uczuć?

— Oczywiście, że mam. W tej chwili na przykład czuję chęć mordu.

— Skierowaną w jakąś konkretną osobę?

Nie odpowiedział, ale jego wyraz twarzy wystarczył za odpowiedź. Jednak Nassiego w żaden sposób to nie zniechęciło, wręcz przeciwnie, uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby to wszystko go bawiło.

— Powinieneś się trochę rozchmurzyć — powiedział Nassie, opierając się na ramieniu Queelo. — Cały czas jesteś ponury. I takie strasznie skryty. Jakbyś się czegoś bał. Czego się tak boisz, co? Przyznaj się. Obiecuję, że nikomu nie powiem.

— Ty w ogóle pamiętasz, dlaczego tu jesteśmy? — zapytał ze złością Queelo, odsuwając się od niego. — Pomyślmy, dlaczego mogę nie być szczęśliwy na takiej wyprawie. Tego chyba bardzo trudno się domyślić. Może jestem zmęczony. Może nie podoba mi się otoczenie. A może, to tylko taki losowy przykład, KTOŚ Z MOJEJ RODZINY ZAGINĄŁ I MOŻE BYĆ MARTWY?!

— To też. — Nassie w ogóle nie przejął się złością kolegi. — Ale ty zawsze zachowujesz się, jakbyś się czegoś bał, nawet jeszcze kiedy byliśmy po prostu w mieście.

— I uznałeś, że to twoja sprawa, żeby pytać?

— Uznałem, że w sytuacji, w której jesteśmy, to jak najbardziej moja sprawa. Gdyby to miałoby wpłynąć w jakikolwiek sposób na naszą misję, to muszę wiedzieć takie rzeczy.

Queelo patrzył na niego przez chwilę.

— A co jeśli to nie ma związku?

— I nijak nie wpłynie na naszą misję? — nie dawał spokoju Nassie.

Queelo odwrócił wzrok.

— Nie powinno.

Sam nie był pewien czy to kłamstwo, czy nie, choć bardziej by się skłaniał ku pierwszej opcji. Nassie patrzył na niego przez chwilę, po czym wzruszył ramionami, przyjmując to do wiadomości. On albo był naprawdę, naprawdę głupi i tylko zbiegiem okoliczności otrzymał tytuł najmądrzejszego, albo też… Queelo spojrzał na wojownika kątem oka, ale ten nie wykonywał żadnych podejrzanych ruchów, po prostu szedł wesoło jak zawsze. Nie, to przecież nie było możliwe, żeby tylko udawał debila, prawda?

— Dlaczego idziecie z tyłu?! — Arrasha podskoczyła do nich i wcisnęła się pomiędzy. — Nie chcecie podziwiać pięknych widoków? O, zobaczcie jaka piękna kałuża!

Wskazała na plamę rozlanej krwi. Queelo skrzywił się i odwrócił wzrok.

— Nie lubię podziwiać widoków.

Nassie prychnął.

— A to nie twój notatnik jest zawalony szkicami kwiatków, drzew, kałuż, ludzi…

— Pytał się ktoś ciebie o zdanie?

— …moimi karykaturami?

— Nikt nie pytał cię o zdanie! — odpowiedział sam sobie Queelo ze złością. — Mógłbyś się zamknąć kiedyś choćby na chwilę? Nie potrzebuję słuchać cały czas twojego irytującego głosu!

— Wiesz, jakbyś się odzywał częściej, to nie musiałbym prowadzić całej rozmowy za ciebie.

— Ojej! — odezwała się znów Arrasha. — Jakie to słodkie!

Queelo myślał, że znowu zobaczyła coś kompletnie niewartego uwagi, ale ona objęła jego i Nassiego, po czym przyciągnęła ich tak mocno, że aż zderzyli się głowami. Zacisnął zęby ze złości i bólu. Nassie wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk. Jego chyba też zabolało.

— Obaj jesteście tacy uroczy! — oznajmiła wesoło Arrasha, ściskając ich coraz mocniej. — Jeśli wszyscy ludzie tacy są, to może ten świat nie jest taki zły!

— Może nie jest — powiedział Nassie, ledwo łapiąc oddech. — Jakbyś mogła… trochę słabiej… potrzebuję… tlenu.

— Ojej! — Arrasha natychmiast ich puściła. Wyprostowali się natychmiast i wciągnęli powietrze. Queelo zakaszlał. — Przepraszam! Nie chciałam!

— Nic… nic się nie stało. — Nassie przywołał na twarz swój zwyczajowy uśmiech. — Po prostu na przyszłość nie ściskaj tak mocno. Ludzie są trochę bardziej krusi od inferów. Szybciej nam się łamią kości.

— Od uścisków? — Lisica wyglądała na autentycznie tym zmartwioną.

— Od mocnych uścisków — poprawił ją Nassie. — Zawsze możesz delikatnie, to coś jakbyś… e… robiła… no…

Wyraźnie chciał porównać to do czegoś, ale nie miał bladego pojęcia do czego. Zmarszczył brwi i zaczął się bawić kosmykiem swoich włosów, jak zawsze, kiedy myślał nad czymś intensywnie. Queelo przewrócił oczami.

— Jakbyś trzymała kruche złoto i nie chciała go rozwalić — powiedział.

— O! Właśnie to miałem na myśli! — powiedział Nassie, dumnie wypinając pierś. Queelo rzucił mu wkurzone spojrzenie.

— Nie, nie miałeś.

— Och! — Arrasha wyraźnie zrozumiała to porównanie. — Zapamiętam to sobie! Chociaż mam słabą pamięć… Hej, Al! — Pomachała ręką do idącej na przedzie Aloziee, tak jakby ta mogła to zobaczyć. — Każ mi to zapamiętać! Wtedy nie zapomnę!

— Nie jestem twoim szefem — odpowiedziała lodowato inferka, nawet się nie odwracając.

— Chwila! — Nassiemu wyraźnie przyszedł jakiś nowy pomysł do głowy. — Jak to „każ mi”? Co… jak to niby działa?

— Och, słabe infery muszą słuchać się królów. — Arrasha pokazała zęby w uśmiechu. — Jak taki coś rozkaże, to musisz go posłuchać, niezależnie od tego czy chcesz, czy nie. Jak rozkaże kogoś zabić, to zabijasz. Jak rozkaże zrobić fikołka, to zrobisz. Jak rozkaże zapamiętać, to będziesz pamiętał zawsze. To podobno bardzo poprawia pamięć, ale Al nie chce mi z tym pomóc!

— Rozkazy ryją psychikę — warknęła Aloziee, wyraźnie wkurzona. — Nie zamierzam ich używać, bo tobie się tak zachciało. Nie wiesz, jak to jest. Poza tym nie na każdego działają.

Obróciła się i spojrzała najpierw na Nassiego, a potem na Queelo. W jej wzroku było coś dziwnie niepokojącego, ale Queelo nie potrafił zrozumieć co. Chociaż, gdy o tym chwilę pomyślał, to mogła być po prostu wina złotych oczu. Oni wszyscy mieli złote oczy. Skulił ramiona. Oczywiście poza nim jednym. Zawsze wszędzie był odludkiem.

Żeby wyjść na powierzchnię, musieli wspiąć się po wyjątkowo stromej, kamiennej ścianie, którą zastali na samym końcu drogi. Arrasha po raz kolejny wesoło zaproponowała Queelo szybą naukę latania, zupełnie zapominając o tym, iż było powiedziane, że to kłamstwo. Aloziee spojrzała na niego ze złością, jakby to był jego pomysł.

— Też chciałbym nauczyć się latać! — odezwał się Nassie.

— Ludzie nie latają — powiedziała z rozbawieniem Arrasha.

— Powiedz to Mikky.

— Kim jest Mikky?

— Właśnie — postanowił wtrącić się Queelo. — Oni mają czekać na nas na górze, nie? Nie mógłbyś po prostu jej zawołać, żeby wzięła nas na górę? O ile oczywiście by się zgodziła.

— Mały Queelo boi się upadku? — zakpił sobie Nassie.

— Boję się połamać sobie kości! Poza tym przestań mnie nazywać małym, jestem większy od ciebie! I starszy!

— Mogę cię wnieść na górę, jak tak bardzo się boisz — zaproponował Nassie ze swoim zwyczajowym uśmieszkiem. — Obiecuję, że cię nie upuszczę. Chyba. Jak upuszczę, to złapię, zanim skręcisz sobie kark. Ale nie powinienem. W sumie nie wiem, dawno nikogo nie nosiłem na rękach.

— Odwal się!

Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, Mikky pojawiła się znikąd i wylądowała tuż obok niego, strasząc wszystkich. A przynajmniej wszystkich, którzy nie spodziewali się jej przybycia, bo Nassie wciąż stał, uśmiechając się durnie i nijak na to nie reagując.

— To jest Mikky — przedstawił ją teatralnie. Aloziee patrzyła na niego chłodno. Arrasha wbijała zachwycone spojrzenie w nowo przybyłą.

— Ojej! Latanie bez skrzydeł! — ucieszyła się. Jej oczy wręcz błyszczały z radości. Podskoczyła do wojowniczki, w ogóle nie przejmując się tym, że ta mogłaby stanowić dla niej jakieś zagrożenie. — Ale fajne! Da się tego nauczyć? Pewnie nie, a szkoda, chciałabym znowu umieć latać, kiedyś jak się mocno wybiłam, to umiałam przez chwilę lecieć, ale potem trzeba było wymierzyć dobrze lądowanie, żeby się nie połamać. Cześć, jestem Arrasha, a ty to Mikky, tak? Fajne imię, fajne imię, takie melodyjne!

Mikky wyglądała na wyraźnie skołowaną całą sytuacją. Raczej nie tego się spodziewała. Zanim jednak Arrasha zdążyła jej bardziej namącić w głowie, Aloziee złapała lisicę za kaptur i odciągnęła od wojowniczki.

— Im szybciej ruszymy, tym szybciej to skończymy — powiedziała beznamiętnie.

Tym razem nie pokazała całej swojej inferzej osoby, a jedynie wypuściła skrzydła z pleców. Queelo przechylił głowę. Dotąd myślał, że takie infery miały tylko dwie formy: tę, w której udają człowieka i tę, w której są w pełni sobą. Nie wiedział, że można być czymś pomiędzy.

Miał też okazję bliżej przyjrzeć się samym skrzydłom, aczkolwiek starał się to robić kątem oka. Nie były zbyt wielkie i w sumie średnio w ogóle przypominały skrzydła. Prawdę mówiąc, Queelo bardziej kojarzyły z dwiema wielkimi płetwami i średnio mógł uwierzyć w to, że da się w ogóle na czymś takim latać. Arrasha zapiszczała wesoło i od razu wskoczyła Aloziee w ramiona.

— Ej, chwila! — krzyknął Nassie, kiedy Mikky odsunęła się od niego i podeszła do Queelo. — A kto mnie podrzuci na górę?

Teraz to Queelo spojrzał na niego z kpiną.

— Skoro dałbyś radę wspinać się, jeszcze kogoś przy tym niosąc, to samemu też na pewno ci wyjdzie — zauważył drwiąco, pozwalając, żeby Mikky go podniosła. — Tylko się pospiesz, nie chciałbyś tu za długo zostać sam.

Aloziee poderwała się do lotu, wystrzeliwując w górę niczym rakieta. Mikky zrobiła to zdecydowanie wolniej. Queelo usłyszał jeszcze kilka wściekłych słów wymamrotanych przez Nassiego, zanim całkowicie zniknął we mgle unoszącej się przy suficie.

— To było dość wredne — powiedziała Mikky. Queelo spojrzał na nią ze zdziwieniem.

— To on zaczął.

— Dobra robota.

Spodziewał się, że dziewczyna go za to skrzyczy, więc nie był przygotowany na pochwały i nie miał pojęcia, co powiedzieć. Zanim jednak coś przyszło mu do głowy, wyłonili się już z mgły i wylądowali na ziemi. Miejsce, z którego wychynęli, było szeroką szczeliną, ledwo widoczną właśnie przez kłębiącą się w niej mgłę. Gdy stanął już na ziemi, cofnął się od kilka kroków, żeby na pewno nie spaść po raz kolejny. Uważnie stawiał każdy krok, ale wyglądało na to, że tylko w jednym miejscu była dziura w ziemi.

Rozejrzał się. Aiiry stał razem z wiedźmami z boku, wewnątrz dziwnego, błyszczącego kręgu wymalowanego na ziemi. Allois siedział gdzieś dalej, z ponurą miną, najwyraźniej niezbyt zadowolony z sytuacji. Aloziee nigdzie w pobliżu nie widział. Odruchowo uniósł głowę i zobaczył, że po niebie coś krąży. Do jego uszu dobiegały też jakieś ciche, radosne krzyki, mieszające się z wiatrem.

Chciał obrócić się do Mikky i zaproponować jej, że może jednak powinna wrócić i przynieść Nassiego, ale wtedy ten zaklął i wygrzebał się na powierzchnię. Rzucił wściekłe spojrzenie Queelo, tak jakby to była jego wina.

— Nienawidzę was — syknął, z trudem podnosząc się na równe nogi i łapiąc powietrze.

Queelo prychnął.

— Wreszcie.

— Ty jesteś nienormalny! — Allois porzucił swoją bezpieczną pozycję w dali i zbliżył się, gdy tylko zauważył wojownika. — Rozumiem, że trzymasz sobie te swoje koty, a miej se je, nikogo nie obchodzą, są małe, to se je możesz trzymać. Ale zadawanie się z wielkimi, niebezpiecznymi inferami? Na łeb ci padło?!

— Już dawno — odpowiedział mu Nassie bez żadnego zawahania. — Ja już mówiłem. Jak masz lepszy pomysł, to się nim podziel. Nie mam nic przeciwko waszym pomysłom. Bardzo chętnie wysłucham każdego.

— Jak już skończymy — odezwał się Queelo, podnosząc rękę jak w szkole — proponuję znaleźć wulkan i wrzucić do niego Nassiego.

— Jestem za — mruknął wściekle Allois.

— Em… — Nassie nie wyglądał na zadowolonego tym pomysłem. — Nie chcę wam niszczyć marzeń, ale jeśli wulkan akurat nie wybucha, to w nim nie ma lawy. Znaczy jej nie widać. Możecie mnie co najwyżej wrzucić na kamienną pokrywę.

— To znajdziemy taki wybuchający — oznajmił Queelo. — Mikky cię do niego wrzuci i ucieknie i będzie spokój.

— To wciąż tak nie dzia…

— Zamknij się!

Nassie wyraźnie dalej chciał dyskutować na ten temat, ale faktycznie zasznurował usta i nie odezwał się więcej. Chwilę później Aloziee w końcu wylądowała, z ponurą miną na twarzy. Zlustrowała wszystkich wzrokiem, jeszcze zanim postawiła Arrashę na ziemi. Lisica nie była aż tak nieufna jak ona, a raczej wręcz przeciwnie. Natychmiast podskoczyła do wiedźm.

— Ojej, światełka! To są czary, tak? Łaskoczą!

Zupełnie nie przejęła się kręgiem ochronnym, tylko przekroczyła go bez problemu i sięgnęła po rękę kompletnie zdębiałej Feilly, która akurat była najbliżej.

— Cześć, jestem Arrasha! Ojej, jak fajnie jest poznać jakichś ludzi! Jesteś czarownicą? Masz bardzo fajne kamyki we włosach, też bym takie chciała, ale w moich nic się nie chce trzymać i są krótkie, i Aloziee mówi, że nie mogę mieć dłuższych, bo są jakieś problemy ze zdrowiem i…

— Arrasha.

Ton Aloziee był ostry, ale lisica nie zwróciła na to żadnej uwagi i zamiast tego zajęła się Aiirym, który chyba nadal był zmęczony po tak długim braku odpoczynku. Wzięła jego twarz w ręce i zaczęła przyglądać się oczom.

— Ojej, dwa różne! Ale to ładne! Widziałam kiedyś osobę z takimi oczkami, ale to było dawno dawno i tylko przez chwilę. Jak to działa? To działa? Ojej, co ci się stało w policzek, co to za znaczek? To brud? Ludzie się nie leczą błyskawicznie? Tylko wolno wolno? Ale to nie wygląda jak nowe zadrapanie, nie powinno się już zagoić dawno? Ale to dziwne. Jesteś nawet uroczy…

— Arrasha!

Tym razem już zareagowała. Szybko puściła Aiiry’ego, który nadal był w szoku, i uciekła schować się za Aloziee. A przynajmniej próbowała, bo choć całe jej ciało może i dałoby radę się tam skulić, to na pewno nie kiedy miała na sobie ogromny płaszcz, a pod nim lisi ogon. Aloziee rozpostarła skrzydła, starając się ją jak najlepiej zakryć. Wzrok wszystkich skupił się teraz na niej. Allois odruchowo położył dłoń na rękojeści miecza, ale mordercze spojrzenie, którym obdarzyła go Aloziee, zamroziło go w miejscu.

— Świetnie — oznajmiła inferka, gdy wokół zapanowała zupełna cisza. — A więc wyjaśnijmy sobie teraz coś. Ktokolwiek spróbuje tknąć Arrashę, zginie boleśnie.

— A ciebie? — zapytał Allois i natychmiast tego pożałował, kiedy Aloziee uśmiechnęła się przerażająco, pokazując mu rzędy kłów.

— Nawet nie zdążysz mnie drasnąć. Ale możesz spróbować, jeśli się odważysz.

— Hej, hej! — Nassie natychmiast wparował między nich, zupełnie nieprzejęty powagą sytuacji. — Nie jesteśmy tutaj po to, żeby walczyć, tak? Po prostu nie róbmy sobie nawzajem krzywdy i będzie w porządku.

— W porządku? Z inferami?

— Przepraszam za niego, to idiota. Najlepiej go nie słuchać.

— Słowa od dawna mnie nie ranią — oznajmiła lodowato Aloziee, ruszając przed siebie. — Przeżyłam każdego, kto źle o mnie mówił. — Zmierzyła Alloisa jeszcze jednym spojrzeniem, zanim po prostu go minęła. — Nie będziesz wyjątkiem.

Allois wyglądał, jakby chciał ją natychmiast zaatakować i zabić na miejscu, ale cała reszta drużyny rzuciła się na niego, żeby nie był do tego zdolny, nawet Aiiry, wciąż ledwo trzymający się na nogach. Tylko Queelo stał z boku, zupełnie nic nie ogarniając. Jakiś złośliwy głosik znów odezwał się w jego głowie, ale odepchnął go gdzieś na tył umysłu. Nie potrzebował się teraz jeszcze bardziej dołować.

Ruszyli więc dalej. Nassie wypchnął Alloisa na sam koniec pochodu i dosłownie rozkazał mu, żeby nie zbliżał się na przód. Ihoo siedziała cicho przez praktycznie cały czas, jakby coś jej się stało, ale kiedy Queelo próbował dowiedzieć się co, nie odpowiadała. Szedł więc blisko niej, próbując jakoś zgadnąć, o co mogło chodzić. Wiedźmy szły pośrodku, co jakiś czas rzucając czary, żeby upewnić się, czy pani major na pewno znajduje się w miejscu, do którego zmierzają, i wszystko wskazywało na to, że się nie myliły. Mikky i Aiiry o dziwo zaczęli rozmowę z Arrashą, a szła im ona zaskakująco dobrze. Nassie za to szedł na samym przodzie i próbował zasypywać Aloziee pytaniami, na które ta uparcie nie odpowiadała.

Wesoły cyrk. Gdyby nie fakt, że szli do strasznego, ponurego zamczyska, w którym podobno mieszkała jeszcze gorsza kreatura, to można by pomyśleć, że wybierają się całą zgrają na jakąś wycieczkę szkolną.

Nie zatrzymywali się, choć było już ciemno i większość raczej była całkowicie wykończona. Dopiero kiedy Aiiry zachwiał się i w zasadzie upadł na Arrashę, ta zarządziła natychmiastową przerwę, wyraźnie przerażona całą sytuacją. Prawdopodobnie nie była świadoma, że ludzie w ogóle się tak szybko męczą. Mikky natychmiast zaczęła jej to nerwowo wyjaśniać. Rozłożyli się szybko w najbliższym wolnym miejscu, zupełnie na widoku.

— W zasadzie mamy tylko resztki zapasów — oznajmiła Mikky, wyjmując ze swojej torby marnej jakości pieczywo. — Powinno starczyć, jeśli rozdzielimy na małe porcje, ale za bardzo się tym nie najemy. Moglibyśmy spróbować zrobić zupę, ale nie wiem, czy w ogóle mamy jakąś wodę…

— O, o, w pobliżu jest jezioro! — wykrzyknęła radośnie Arrasha. — Tylko kilka minut drogi, pamiętam! Takie duże, błyszczące, wydaje mi się, że mogły w nim kiedyś mieszkać smo…

Zawahała się i nie dokończyła zdania. Podrapała się po brodzie, jakby czegoś nagle zapomniała i uporczywie próbowała sobie przypomnieć, ale cokolwiek to było, nie powróciło.

— W każdym razie jest jezioro! Mogę pójść po wodę.

Aloziee westchnęła, wyraźnie nie chcąc brać w tym udziału, ale jednocześnie nie chciała też znów się kłócić.

— Pójdę z tobą.

— Nie! — zaprotestowała natychmiast lisica, zaskakując partnerkę. — Jak pójdziesz ze mną, to wszystkie te wściekłe infery w okolicy ich zaatakują. Nie, nie, nie. Ja pójdę.

— Sama.

— Tak, sama! Umiem się bić! Poza tym to tylko kawałek, usłyszysz, jak się będzie coś działo. — Uśmiechnęła się radośnie, ale Aloziee nadal była niezadowolona. — No to mogę kogoś wziąć. E… o, jego! — Zgarnęła ręką Queelo, zanim ten zdążył zaprotestować. — Queelo jest fajny i umie się bić. Na pewno mnie obroni.

— E… — Queelo nie wiedział co powiedzieć. — Wiesz, nie sądzę, żeby…

— Wszyscy inni na pewno są mocno zmęczeni. Poza tym mówię, nic nam się nie stanie. Moja aura też odstrasza, chociaż nie tak bardzo, bardzo jak ta Aloziee. Chodźmy!

Aloziee wbijała w niego mordercze spojrzenie. Czuł też, że Ihoo i Nassie również gapią się niezbyt przychylnie. Cała reszta była chyba po prostu zbyt zmęczona, żeby zareagować. Ewentualnie niezbyt ich to obchodziło. Arrasha pociągnęła go, zanim zdążył bardziej zaprotestować. Mikky na odchodne wcisnęła mu tylko pustą, szklaną butelkę. Jakim cudem zdołała jej nie zbić przez całą wyprawę, to pozostawało tajemnicą.

Nieco dalej znajdował się lasek, a za nim faktycznie połyskiwało coś, co chyba było wodą. Tak Queelo przynajmniej uważał, nie dało się dokładnie tego powiedzieć, patrząc z takiej odległości. Jednak zanim zbliżyli się choćby do brzegu, Arrasha nagle zatrzymała się i odwróciła do niego.

— Przepraszam za to — powiedziała przepraszająco, próbując się uśmiechnąć bez pokazywania kłów, ale niezbyt jej to wyszło. — Po prostu wiem, że z nikim innym by mnie nie puściła. Czasem jest denerwująca! Jakbym była małym dzieckiem!

— W sumie to trochę się tak zachowujesz — przyznał Queelo, uwalniając się w końcu z jej uścisku. Arrasha zrobiła wściekłą minę.

— Ale to nie znaczy, że nim jestem! To, że mi wycięli ogony, jeszcze nie znaczy, że stałam się bezużyteczna! Wciąż umiem się bić i szybko biegać, i jestem silna! Denerwuje mnie, że Aloziee traktuje mnie, jakbym się miała rozpaść po jednym uderzeniu!

— To, czemu z nią o tym nie porozmawiasz? — mruknął Queelo. Nie miał bladego pojęcia, do czego ta cała sytuacja zmierzała. Mieli po prostu pójść po wodę i wrócić. Dlaczego musiał się w dać z kimś w dyskusję na temat życia? Nie umiał doradzać.

— Nigdy jej nie ma — zaczęła marudzić Arrasha, ale ruszyła się z miejsca. Przynajmniej tyle. Queelo natychmiast poszedł za nią. — Siedzi gdzieś całymi dniami na wyprawach i nie chce mnie zabierać, bo mówi, że to niebezpieczne, a potem przychodzi i w ogóle mnie nie słucha. Chciałabym, żeby przynajmniej mnie słuchała! Kiedyś to robiła, a teraz już nie! Niech robi to znowu! Jak zrobić, żeby mnie słuchała?

— Skąd niby ja miałbym to wiedzieć? — zapytał ze zdziwieniem Queelo.

Przystanęli na brzegu. Faktycznie było tam jezioro i z bliska jego tafla błyszczała jeszcze mocniej, niżeli z daleka, odbijając tysiące gwiazd i jakby dodając im więcej blasku, niźli faktycznie miały. Wydawało się, jakby sama woda była srebrna, choć gdy Queelo schylił się i nabrał jej w butelkę, ta już tak nie lśniła. Najwyraźniej to tylko jakieś złudzenie optyczne.

— No przecież ciebie Nassie słucha — zauważyła Arrasha. Queelo obrócił się do niej gwałtownie.

— Co...?! Co ma do tego ten kretyn?

Teraz to Arrasha wyglądała na zdziwioną.

— No a wy nie jesteście…?

— Nie! — przerwał jej Queelo, zanim zdążyła dokończyć zdanie. — Niby dlaczego byśmy mieli… ja go nawet nie lubię! Nie cierpię go, jest wkurzający i denerwujący, i… no nie! Nie, nie, nie!

Im dłużej mówił, tym bardziej plątał mu się język i tym czerwieńsza stawała się jego twarz, jednak mimo to nie przestawał nawijać.

— Nie wiem jak… głupota! Skąd w ogóle… do głowy… to… no nie. Po prostu nie! Skąd… Jak… Dlaczego…?

— No po prostu zachowujecie się, jakbyście byli razem — mruknęła Arrasha, drapiąc się po głowie — więc myślałam, że…

— Nie, nie jesteśmy!

— No ale i tak cię słucha! Co robisz, żeby cię słuchał?

— Nie wiem! To idiota, kto może wiedzieć, jak działa jego mózg?

— No ale co robisz? Jak rozmawiasz?

— Nie rozmawiam! Nie lubię rozmawiać! Po prostu narzekam na wszystko, bo wszystko mnie wkurza! Życie jest wkurzające, świat jest niesprawiedliwy, mam tego dość!

Arrasha wyglądała na przestraszoną jego słowami i zrobiło mu się przykro, że zaczął krzyczeć. Przecież to nie była jej wina, tylko jego, że miał tak skopane życie. Dlaczego wyżywał się na jakiejś miłej osobie? Wciągnął głęboko powietrze, starając się uspokoić.

— Przepraszam — powiedział już spokojniejszym tonem. — Nie chciałem się tak denerwować.

Lisica zamrugała.

— Nic się nie stało — odpowiedziała tonem, który faktycznie na to wskazywał. — Hej, wiesz co, tutaj nikogo nie ma, a tam nad wodą są takie fajne skały. Nauczymy cię latać!

— Nie umiem latać! — zaprotestował natychmiast Queelo.

— Dlatego właśnie cię nauczymy! Jakbyś umiał, to uczenie nie miałoby sensu!

— Ale ja o tym kłamałem!

— Wcale nie! — Arrasha zrobiła niezadowoloną minę. — Wiem, kiedy ktoś kłamie! Nie udawaj teraz!

— Ale ja nie…

Coś świsnęło obok nich i oboje gwałtownie obrócili głowy w tamtą stronę. Arrasha krzyknęła, złapała go i pociągnęła za sobą, gnając z taką prędkością, że praktycznie zaczęła go ciągnąć po ziemi, bo nie był w stanie nadążyć. Zanim jednak choćby sięgnęła drzew, zatrzymała się gwałtownie. Queelo podniósł się, jęcząc z bólu i spojrzał na to, co ich zatrzymało.

Rozpościerając złowrogo białe skrzydła, Tzziro blokował im dalszą drogę. Wciąż miał na sobie swój złoty mundur, a choć na pierwszy rzut oka wyglądał jak okaz zdrowia, po bliższym przyjrzeniu się, Queelo dostrzegł parę niezbyt wyraźnych blizn na jego skrzydłach. Cóż, przynajmniej teraz wiedział, że takim inferom da się zadać jakieś obrażenia. Gorzej, że tak szybko się zagoiły, nawet jeśli było ich aż tyle.

Rozejrzał się, zastanawiając, dlaczego nie skręcili. Wokół ich nóg zaczęła kłębić się mgła i powoli zza jednego z drzew wychynęła kolejna istota. Queelo rozpoznawał jej twarz, bo widział ją już z bliska, ale cała reszta pokryta była wtedy mgłą. Tak jak i Tzziro, miała na sobie złoty mundur, jednak jej oczy nie były złote. Cała jej skóra pokryta była futrem, które Queelo kojarzyło się z wilkiem. Uśmiechnęła się, po raz kolejny prezentując mu dwa rzędy groźnych kłów.

Chciał sprawdzić, czy mogliby pobiec w drugą stronę, ale i tam już ktoś stał. Wysoka, przerażająca inferka, z krwistoczerwonymi piórami zamiast włosów i ogromnymi, ptasimi skrzydłami w tym samym kolorze wyrastającymi z pleców. Choć jej oczy, jak niemal wszystkich wokół Queelo, były złote, błyszczały i nabierały dziwnego, pomarańczowego odcienia.

Jedyną drogą ucieczki została woda, ale Queelo nawet nie zdążył spojrzeć w tamtą stronę.

— Nie radziłbym — odezwał się Tzziro beznamiętnie. — Jeśli nie chcecie, żeby Abbiro was zmienił w kostki lodu, to zostaniecie tutaj.

— Cała królewska świta! — Arrasha nagle jakby stała się zupełnie inną osobą. Uśmiech gdzieś zniknął z jej twarzy, a z jej palców wysunęły się pazury. Niezbyt wielkie, ale z całą pewnością potwornie ostre. — Co takiego się stało, że całą grupą napadacie na innych? Czyżby wam zaczęło ubywać siły? A może waszemu królowi się nudzi?

— Nikt cię nie usłyszy — odezwała się inferka otoczona mgłą, a jej głos… udawała głos Aloziee. Zupełnie jakby wiedziała. — Powinnaś sobie darować, lisie. Straciłaś już osiem swoich ogonków. Pozbycie się ostatniego mogłoby cię zabić.

Arrasha warknęła wściekle, ale Queelo bardzo wyraźnie widział, jak zaczęła drżeć. Nawet jeśli faktycznie miała rację i wciąż umiała się bić, to wcale nie oznaczało, że potrafiła sobie poradzić z taką sytuacją. Przypomniał sobie, jak wspominała o sługusach króla i jak z przerażeniem mówiła o nim samym. Więc to musiały być potężne infery. I to na dodatek było ich trzech, a może nawet czterech.

— Czego chcecie? — próbowała nie dać poznać po sobie, jak bardzo się boi, wciąż stojąc w pozycji gotowej do walki. — Jeśli cokolwiek nam się stanie, nie ujdziecie stąd żywi.

— Dramatyczna jak zawsze — zakpiła sobie inferka z czerwonymi skrzydłami. Nawet jej głos brzmiał jak trzeszczący ogień, który właśnie miał zamiar strawić wszystko na swojej drodze. — Może gdybyś nie była zawsze taka spięta, teraz żyłoby ci się lepiej, ogonku.

— Ty…

— Jednakże — inferka nie skończyła — tym razem nie wszystko kręci się wokół ciebie, słonko. Ty. — Uniosła dłoń i wskazała na Queelo, który jakoś odruchowo schował się za Arrashą i nie miał bladego pojęcia, co robić. — Jesteś wnukiem Ivero Maato, prawda?

Queelo jeszcze bardziej się skulił.

— Może — odpowiedział drżącym głosem. — A-a co?

— Król żąda widzenia się z wnukiem.

— A kogo obchodzą jego żądania? — zapytała ze złością Arrasha. — Jak chciał się zobaczyć, to mógł wysłać zaproszenie, a nie nasyłać psy gończe! To nie jest zbyt uprzejme!

— Nikt nie sprzeciwia się rozkazom króla — oznajmił lodowato Tzziro. — Wykonacie jego rozkaz z własnej woli, albo was do tego zmusimy.

— Hej. — Queelo nachylił się do ucha Arrashy. — Nie jesteś w stanie poradzić sobie z nimi wszystkimi, nie?

Cały czas drżała, choć nie był pewien czy tylko ze strachu, czy też ze złości. Prawdopodobnie z obu powodów. Delikatnie, niemal niezauważalnie pokręciła głową. Może dałaby sobie radę z jednym, ale na pewno nie z całą trójką. Queelo przełknął ślinę. Nie żeby się tego nie spodziewał, ale to nijak nie ratowało sytuacji. Do głowy przychodziło mu właściwie tylko jedno rozwiązanie.

— Pójdę z nimi.

Arrasha natychmiast odwróciła się do niego, przestając udawać, że wcale nie rozmawiają.

— Mowy nie ma!

— Ale…

— Co to niby za rozwiązanie? Głupie!

— Jedyne możliwe — zauważył Queelo, odwracając spojrzenie. — Mogę się poddać, a ty pobiegniesz po pomoc.

— Dobrze wiesz, że nie zdążą — syknęła do niego, też ściszając głos. Infery nijak nie reagowały, po prostu stały, wpatrując się w nich martwym wzrokiem i czekając, aż skończą rozmowę. — To głupie. Możesz zginąć.

Wyglądała, jakby chciała go złapać za bluzę i nim potrząsnąć, ale wciąż miała wysunięte pazury i powstrzymywała się od tego. Queelo wykrzywił usta w dziwnym grymasie, który chyba miał być jakąś wersją uśmiechu, ale sam nie wiedział jaką.

— I tak nie zostało mi dużo tego życia. Nie zrobi to wielkiej różnicy światu.

Arrasha otworzyła usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale chyba po raz pierwszy, odkąd ją poznał, zabrakło jej słów. Queelo uznał, że w takim razie sprawa zakończona, jednak zanim się obrócił, Arrasha złapała go za rękę i zatrzymała. Tym razem odezwała się tak cicho, że nawet on to ledwo usłyszał, a stał tuż obok.

— Wypij wodę.

Spojrzał na nią pytająco.

— Oni nie wiedzą, jak działa — mruknęła jeszcze ciszej. — Pomoże ci. Naprawdę.

Nie wiedział, jak w takiej sytuacji woda mogłaby mu pomóc, chyba że była zatruta i zabiłaby go na miejscu. Mimo to podniósł butelkę i wypił całą zawartość jednym haustem. Jak się spodziewał, nie miała absolutnie żadnego smaku. Przynajmniej wiedział, że nie była brudna. Poczekał chwilę, ale nic się nie stało. Trochę zrobiło mu się smutno z tego powodu. Oddał pustą butelkę Arrashy, po czym odwrócił się. Wzrok Tzziro był zupełnie pusty.

— Zgoda, wypełnię tę całą „królewską wolę” — powiedział Queelo, najbardziej znudzonym tonem, na jaki było go stać. Może i był wystraszony, ale to nie znaczyło, że miał to pokazywać! — Tylko zostawcie ją w spokoju.

— Lisica nikogo nie interesuje — powiedziała ognista inferka, podchodząc bliżej i zupełnie omijając Arrashę.

Tak, zdecydowanie była istotą ognia. Gdy tylko podeszła bliżej, Queelo poczuł bijący od niej żar. Mimo to zrobiło mu się nagle chłodniej. Natychmiast pożałował swojej decyzji, zwłaszcza kiedy i mglista inferka się zbliżyła. Z bliska była jeszcze bardziej przerażająca, niż za pierwszym razem. Cała trójka otoczyła go, a mimo że żadne z nich nie było tak wysokie jak on, poczuł się wyjątkowo mały.

— Więc ruszamy — odezwał się Tzziro beznamiętnie, a jego palce zaświeciły.

Queelo chciał się wycofać i jednak spróbować ucieczki, ale na to było już zdecydowanie za późno. Zobaczył tylko przerażoną twarz Arrashy, zanim oślepił go blask portalu i został przez niego wciągnięty w kompletną ciemność.


Rozdział XXI

Zamczysko

Dnia: Ile dni minęło?


Magia była okropna. Zakręciło mu się w głowie, a przed oczami przebiegło tysiące kolorów, których wcale nie powinno tam być. Stracił zupełnie poczucie równowagi, ale zanim i świadomość uciekła, wylądował na lodowatej podłodze. Wszystko go bolało, jakby po raz kolejny spadł w jakąś przepaść, ale tym razem nie było nikogo, kto zamortyzowałby upadek. Podniósł się na rękach, tylko po to, żeby spojrzeć na swoją twarz, odbijającą się w posadzce.

Wyglądał koszmarnie. Włosy były w większym nieładzie niż zazwyczaj, miał nawet wśród nich jakieś gałązki, których w ogóle nie czuł, oczy miał podkrążone, a jego twarz była zdecydowanie bledsza niż zwykle. Może jednak ukrywanie emocji wcale nie szło mu tak dobrze, jak sobie wyobrażał. Zdecydowanie wyglądał na osobę przerażoną, jakkolwiek by nie próbował udawać wyluzowanego.

Usłyszał kroki. Chciał podnieść głowę, ale nie miał na to siły, więc jedyne co zobaczył, to dwie czarne gadzie łapy i ogon ciągnący się po podłodze. Nie wiedział, czy po tym chciał widzieć cokolwiek więcej.

— W końcu wam się zachciało wykonać robotę? — odezwał się nad jego głową głos, który zdecydowanie bardziej brzmiał jak damski niż męski. — Długo trzeba czekać, aż w końcu wygrzebiecie się ze swoich wygodnych gniazdek, co?

— Wasza wysokość… — odezwał się Tzziro, ale natychmiast mu przerwano.

— Nie, nie, nie, teraz ja mówię! Doskonale wiecie, że nie mamy dużo czasu, a wy i tak macie czelność spóźniać się z zadaniami. Mam nadzieję, że tym razem niczego nie popsuliście.

Istota złapała Queelo za brodę i zmusiła, żeby spojrzał wyżej, prosto w ponurą twarz. Troje złotych, przerażających oczu patrzyło prosto na niego, ale, jakkolwiek mocno by go to nie przeraziło, coś było nie tak. Pamiętał uczucie, kiedy to Arrasha otworzyła przy nim tajemnicze trzecie oko i zapewniała, że król ma zdecydowanie gorsze. Dlaczego więc nie czuł absolutnie niczego? Nawet jeśli coś źle zrozumiał i to wcale nie był ten wielki i zły król Kirrho, o którym wszyscy mówili, to chyba i tak powinien coś odczuwać, prawda?

Wpatrywał się w niego tak długo, że aż zrobiło mu się niedobrze. Mina króla, na początku spokojna i zadowolona, powoli zaczęła zmieniać się we wściekłą. Pazury zacisnęły się mocniej na twarzy Queelo. To już był koniec i nie było żadnej ucieczki. Może i sam wpakował się w taką sytuację, ale to nie oznaczało, że tego chciał!

Nie chciał umierać, nie w takim miejscu, na zimnej posadzce jakiegoś zamczyska, otoczony istotami, dla których znaczył nie więcej, niż jakaś mrówka buszująca w trawie. Było jeszcze tyle rzeczy, których nie zrobił i nie powiedział, tylko dlatego, że zżerał go strach. Jakie to było głupie! Tak wiele życia zmarnował tylko z tego powodu. Tak wiele rzeczy i to tylko dlatego, że wydawało mu się, iż to nie na miejscu. Teraz mógł już tylko płakać za tym wszystkim, a i to wyłącznie w myślach, bo jego ciało było zbyt zdrętwiałe, żeby robić cokolwiek.

Łzy? Co to w ogóle było za zjawisko? Przecież jedyne uczucia, jakie znała jego twarz, to obojętność i złość. Miejsce smutku było głęboko tam, gdzie nikt nie mógł go zobaczyć, gdzie nikt nie powinien zaglądać. Dlaczego kogokolwiek miałoby obchodzić, co go smuci, co przeraża, co wywołuje wszystkie inne uczucia? Dlaczego ktoś miałby się interesować tym kłębkiem nieszczęść? Był nieciekawą osobą, która tylko narzekała na wszystko i denerwowała każdego, kto znalazł się w pobliżu. Nikt nie powinien się interesować. Nikt nie powinien zwracać uwagi.

Nikt nie powinien pamiętać ani płakać. Tak byłoby najlepiej.

Złote oczy cały czas przeszywały go spojrzeniem, a choć sama chwila trwała zapewne tylko kilka sekund, dla niego stanowiła wieczność. Serce waliło mu jak oszalałe, cały trząsł się z przerażenia, a choć chciał odwrócić wzrok, nie był w stanie tego zrobić. Wpatrywał się tylko w te złote źrenice, błyszczące złością i brakiem jakiejkolwiek litości, czekając, aż wszystko się skończy raz na zawsze. Te złote oczy nie były czymś, co chciał kiedykolwiek oglądać. Brakowało tam czegoś, czegoś niezmiernie ważnego. Może promyka rozbawienia, uprzejmości, malutkiej złośliwości. Śmiesznie małego noska, którym nie wiadomo jak dało się oddychać. Może to dlatego zawsze tak dużo gadał…

Pazury puściły i Queelo upadł twarzą na podłogę, zbyt zdrętwiały, żeby ten upadek jakkolwiek powstrzymać. Co się stało? Czy to już koniec? Wciąż czuł się zbyt żywy jak na trupa, ale nie mógł się w ogóle ruszać. Czy tak wyglądała śmierć? Zawsze wydawało mu się, że będzie wyglądać inaczej.

— Kretyni! — zagrzmiał gdzieś nad jego głową król, przywracając jego świadomość do świata żywych. — Mieliście jedno zadanie! Jedno! Sprawdzić, które to z nich i przyprowadzić! Pięćdziesiąt procent szans, że traficie. A wy i tak wszystko zepsuliście!

— Ale… — Tzziro brzmiał jak osoba przerażona. — Ale wszystko wskazywało… jak to…?

— Tak to! To tylko jakiś zwykły człowiek, nawet nie złocisty! Co ja mam z nim niby zrobić? Zaprosić na herbatkę?! Żartujecie sobie ze mnie?! Macie natychmiast lecieć i przyprowadzić mi tego drugiego!

— Ale panie — odezwała się mglista inferka, dla odmiany nie mówiąc głosem nikogo, kogo Queelo by znał. Może to był jej własny głos? — Drużyna, w której jest, i tak będzie tu najwyżej za jeden dzień. Czy nie lepiej… p-p-poczekać?

Zapadła cisza, ale Queelo wręcz był w stanie wyczuć napięcie w powietrzu. Nie wiedział, co się dzieje i o co chodzi, jednak coś w tej sytuacji było mocno nie tak. Zdecydowanie w całej sprawie nie potrzebowali Ihoo, tego był bardziej niż pewien, więc dlaczego oni uważali inaczej? To jego siostra była tą normalną w rodzinie i nie ładowała się w żadne kłopoty. To on był tym, który powinien skończyć marnie.

— Możemy poczekać. — W głosie króla było słychać jad. — Ale jeśli przez to będziemy mieć problemy, to wy się zajmiecie wszystkim. Nie chcę żadnych bitew w moim pałacu, jasne?

Cała trójka wydała jakieś przytakujące dźwięki. Queelo w końcu dał radę się poruszyć i niezdarnie podniósł się do czegoś, co chyba można było nazwać pozycją siedzącą. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Król już odsunął się i usiadł na czymś, co chyba było kamiennym tronem. Wyglądał dokładnie tak samo, jak kilkadziesiąt lat wcześniej. Uosobienie mroku, z czarną jak noc skórą, w garniturze, z ogromnymi, ciemnymi skrzydłami, które zajmowały całą przestrzeń widzenia. Smok północy, z koroną niedbale zarzuconą na jego rogi, tak jakby to była bransoletka, siedział beztrosko, owinąwszy swój ogon wokół jednej z nóg. Może to był nawyk wszystkich inferów, które miały takie ogony? Wcale by go to nie zdziwiło.

Kirrho znów spojrzał na Queelo, a ten zamarł. Nie chciał umierać, nie chciał umierać, nie chciał…

— Wrzućcie go do jakiegoś pokoju.

Wrzucenie oznaczało wyprawę przez kolejny portal. Zakręciło mu się w głowie, ale tym razem przynajmniej nie wylądował na zimnej posadzce, a na czymś miękkim. Podniósł się niezdarnie na łokciach, żeby zorientować się, że faktycznie trafił do jakiegoś pokoju. Prawdę mówiąc, raczej spodziewał się lochów, więc było to zaskoczenie. Całkiem przyjemne. Wstał z dywanu, zmuszając swoje nogi do współpracy, a wtedy ktoś krzyknął. Queelo obrócił się i zauważył starszego mężczyznę, kulącego się w kącie. Miał na sobie jakieś podarte i brudne ubranie, oraz coś, co chyba było fartuchem laboratoryjnym. Całkiem wyraźna była też dłoń, za którą się trzymał, a na której ciągnęły się białe rozgałęzienia.

— Cz-czym jesteś?! — zapytał z przerażeniem, cofając się w sam róg pokoju. — Przysłali cię, żeby mnie przesłuchać, tak? Nic nie powiem, nic nie powiem! Nic ze mnie nie wyciągniecie, potwory!

Queelo sam nic nie powiedział. Po prostu przyglądał mu się chwilę, po czym stwierdził, że i tak nie ma sensu dyskutować. Pokoik nie był jakiś mocno wielki, ale małym też trudno było go nazwać. Zmieściło się tam dwuosobowe łóżko z baldachimem, jakaś mała toaletka i kilka puf. Na jednej ze ścian było nawet wyjście na mały balkonik, ale kiedy próbował przekręcić klamkę, ta się nie ruszyła. Spodziewał się takiego samego wyniku, gdy podszedł do drzwi, ale, ku jego zdumieniu, te ustąpiły bez problemu i wyszedł na hol.

Chciał i tam się rozejrzeć, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, drzwi naprzeciwko się otworzyły i wychynęła zza nich dziewczynka w wieku może nastoletnim. Spojrzała na niego, po czym uśmiechnęła się szeroko i praktycznie podbiegła przed jego nos. Sięgała mu ledwie do brody.

— Cześć nowy! Też cię wywalili z osady?

Queelo zamrugał.

— Osady?

Na korytarzu pojawiły się jeszcze dwie osoby. Kobieta, może w średnim wieku i mężczyzna, sądząc po wyglądzie raczej nie starszy od Queelo. Wszyscy oni mieli na sobie jakieś proste koszule, pod którymi widać było ich pobandażowane ręce. Co się tu działo?

— On zdecydowanie nie jest z osady — odezwała się kobieta, łapiąc dziewczynkę za ramiona i odciągając ją nieco do tyłu, jakby Queelo mógł jej coś zrobić. — Nie powinnaś podchodzić tak blisko nieznajomych. To niebezpieczne.

— Ale pan Kiri go tutaj przyniósł! — zauważyła dziewczynka, wyrywając się kobiecie. — Jakby był niebezpieczny, toby go tutaj nie było!

Pan Kiri? O kim ona mówiła? Przecież… nie mogło jej chodzić o króla, prawda?

— To nie oznacza, że masz przestać uważać — zezłościła się kobieta, po czym przeniosła spojrzenie na Queelo. — Nie jesteś z naszej osady, nigdy cię tam nie widziałam. Skąd jesteś? Od południowców? Wyglądasz jak oni.

— E… — Queelo nie wiedział, co powinien odpowiedzieć. — Nie wiem, o czym w ogóle mówicie…

— Zapomnij — odezwał się teraz mężczyzna. — To taki sam dziwak jak te dwa poprzednie. Nic nam nie powie.

— Jesteście niemili! — zauważyła dziewczynka. — To, że go nie kojarzycie z osady, nie znaczy, że jest zły! Cześć! — powiedziała teraz w stronę Queelo. — Jestem Illain, a te dwie marudy to Ollsha i Mattira. A ty?

Queelo był zbyt skonfundowany, żeby cokolwiek powiedzieć. W ogóle nie rozumiał sytuacji, nie rozumiał tych ludzi, nie rozumiał nic. Dlaczego w pałacu króla inferów w ogóle byli jacykolwiek ludzie? Czemu byli tacy mili? Dlaczego mieli jakieś bandaże na rękach? O jakich w ogóle osadach mówili? Jego mózg zaczął pracować na zwiększonych obrotach. Był tak skupiony na rozmyślaniu, że zupełnie zapomniał o rzeczywistym świecie.

— Mówiłem — odezwał się Mattira. — Dziwak. Pewnie jest jeszcze gorszy od tej nawiedzonej, starej kobiety ze szpilami.

To obudziło Queelo.

— Co? — zapytał nagle, aż Mattira się wzdrygnął. — Jakiej kobiety? Gdzie?

Coś w jego wzroku musiało powiedzieć tej dziwnej trójce, że to nie były żarty, bo zamiast dalej rozmawiać, wskazali mu po prostu drzwi. Queelo nawet nie zapukał, tylko złapał za klamkę i wszedł do środka, zapomniawszy o wszelkich środkach grzecznościowych. Pokój był dokładnie taki sam jak ten, w którym wylądował Queelo, jedyną różnicą był rezydent. Ktoś leżał w łóżku, przykryty kołdrą i udawał, że śpi. Zdecydowanie udawał, Queelo był tego bardziej niż pewien. Oddech był zbyt szybki jak na sen.

— N-n-nie — odezwała się Illain, kiedy Queelo przekroczył próg. — Ona nie lubi…

Zrobił kolejny krok, a wtedy osoba wyskoczyła z łóżka, natychmiast go atakując. Queelo nigdy nie był na tyle szybki, żeby jakoś powstrzymać taki atak, jednak zdecydowanie był w stanie okręcić się i zrobić unik, zanim złota szpila dosięgnęła jego twarzy. Mimo to przemknęła zdecydowanie zbyt blisko. Był za bardzo zmęczony jak na bicie się. Tak dawno nie odpoczywał, że to aż przerażające. Skończył obrót, ustawiając się z powrotem twarzą do przeciwnika, gotów na kolejny atak, jednak ten nie nastąpił. A przynajmniej nie taki, na jaki się przygotowywał. Zanim się zorientował, został zamknięty w uścisku tak mocnym, że mógłby połamać kości.

— Przepraszam.

Jeszcze zanim go puściła, poznał, kim jest.

— Co ty tu robisz? — zapytała, odsuwając się od niego i zaczynając go oglądać. — Nie powinno cię tu w ogóle być!

— Co ja tu robię? — oburzył się Queelo. — Co ty tu robisz?! Wszyscy cię szukają! Jak się w ogóle tu znalazłaś? Co sobie myślałaś?

Babcia nie odpowiedziała. Zamiast tego posłała złowrogie spojrzenie w stronę drzwi, gdzie nadal stała trójka ludzi. Ci szybko się wycofali z przerażonymi minami i więcej nie przeszkadzali. Cokolwiek im powiedziała, musiała ich naprawdę przerazić. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, jej groźna mina zniknęła i zmieniła się w troskliwą. Wzięła twarz Queelo w dłonie.

— Skarbie, wyglądasz okropnie — przyznała brutalnie. — Tak bardzo cię przepraszam, to wszystko moja wina. Ale mieliście mnie nie szukać!

— Bo ktokolwiek by cię posłuchał w takiej sprawie — mruknął Queelo, odwracając wzrok. — Babciu… czemu nie dałaś sobie spokoju? Przecież ci mówiłem…

— I ty to mówisz! — Zaśmiała się, ale na próżno było szukać w tym śmiechu rozbawienia. — Ojej, skarbie. Ten upór to chyba niestety odziedziczyłeś po mnie. Nawet twoja mama tak nie przesadzała. Ale nie powinno cię tu być. Dlaczego tutaj…?

— Nie mam pojęcia!

— Cóż… najwyraźniej miałeś szczęście. — Babcia w końcu go puściła i cofnęła się o krok. — Drugi raz niekoniecznie się uda. Powinieneś się stąd jak najszybciej wynieść.

— Stąd… co to w ogóle za miejsce? — zapytał Queelo, rozglądając się po pokoju. — Trochę za ładne jak na więzienie.

— To kwatery gościnne zamku — odpowiedziała mu babcia, a na jej twarz wrócił zwykły, pogardliwy wyraz, który nosiła niemal zawsze. — Ten świr przynosi tu swoich zwolenników i, najwyraźniej, nas. Chyba uznał, że nie jesteśmy zagrożeniem. — Kiedy wypowiedziała te słowa, jej oczy błysnęły groźnie. Nie była zadowolona, że ktokolwiek tak o niej pomyślał. — Jest tu pełno balkoników, ale wszystkie pozamykane. Można wejść do wszystkich wolnych pokoi w tym korytarzu. Z jednej strony kończy się ścianą, z drugiej jest kolejny korytarz. We wszystkich korytarzach są dokładnie identyczne pokoje, wszystkie niezamieszkane. Jedyne wyjście prowadzi schodami, prosto do sali tronowej, gdzie on ciągle przesiaduje. Więc albo trzeba poczekać, aż gdzieś zniknie, albo wybić któreś z okien i nimi uciec. Problem z tym drugim jest taki, że prawdopodobnie znajdujemy się dość wysoko, poza tym zamki budowało się zawsze na jakichś wzniesieniach. Myślę, że potrzebujemy najpierw liny. I czegoś na tyle ostrego, żeby przebiło szybę. Są potwornie grube.

— Mógłbym spróbować…

— Nawet nie ma takiej opcji!

— Ale skoro wiesz to wszystko, to czemu nie uciekłaś wcześniej?

— Obudziłam się wczoraj.

Queelo spojrzał na nią ze zdziwieniem i nawet lekkim strachem.

— Przeklęte portale mieszają w głowie — powiedziała, przeciągając się, żeby rozprostować kości. — Domyślam się, że spałam długo, bo wszystko mi trzeszczy, ale nie mam pojęcia jak długo. Jeszcze są tu te dziwaki. — Spojrzała w stronę drzwi, wyraźnie dając do zrozumienia, o kim mówi. — Traktują go jak jakiegoś boga i w ogóle nie zamierzają pomagać. Ba, gdybym im jakkolwiek dała znać, że coś planuję, pewnie by mu o tym donieśli natychmiast. Nie zamierzam ryzykować. Plan trzeba dokładnie dopracować.

Do Queelo nie dotarła połowa słów. Skoro jego babcia tak długo spała po przeniesieniu portalem, to co jeśli i on tak miał? Przecież nie mógł w stu procentach stwierdzić, że nie wpadł do tamtego pokoju i nie zdrzemnął się chwilę. Spojrzał za okno, ale tam widział tylko szarość. To wieczór czy już noc, czy po prostu w tej krainie zawsze była taka pogoda? Kiedy się nad tym zastanowił, nie pamiętał ostatniego razu, gdy widział słońce.

Zamrugał i wrócił do rzeczywistości.

— Reszta tu przyjdzie — powiedział, odpowiadając nie wiadomo na jakie pytanie. — Szliśmy w tę stronę, powinni…

— Reszta? Już wysłali drużynę?

Queelo tylko skinął głową. Z jakiegoś powodu nie mógł z siebie wydusić słów. Jednak, pomimo tej wiadomości, babcia nie zamierzała odpuścić.

— To niczego nie zmienia — oznajmiła sucho, schylając się i sięgając po szpile, które wcześniej upuściła. — Pomoc czy nie, na razie musimy sobie radzić na własną rękę. Nie mamy czasu na czekanie na kogokolwiek. Im szybciej się uwolnimy, tym lepiej.

Obróciła się i podeszła do drzwi balkonowych. Gwałtownie uniosła dłoń i z całej siły uderzyła złotą szpilą w szybę. Queelo skrzywił się, oczekując odgłosu tłuczonego szkła, ale jedyne, co usłyszał, to skrzypienie, kiedy ostry koniec przeorał okno. Mimo że babcia przyciskała wyraźnie mocno, po jej działaniu nie pozostała ani jedna rysa. Spróbowała jeszcze raz, jednak skutek był taki sam. Zakręciła szpilą i zręcznie wsunęła ją do rękawa, ukrywając przed wzrokiem wszystkich ciekawskich. To samo zrobiła z drugą.

— Może lepiej spróbować przekręcić klamkę? — zaproponował Queelo, ale babcia natychmiast pokręciła głową.

Nic nie powiedziała, ale złapała za rzeczoną klamkę i pociągnęła. Ani drgnęła. Trzymała tak przez chwilę, najwyraźniej ciągnąc najmocniej, jak umiała, jednak nic to nie dało.

— Wszystko jest tak zablokowane — oznajmiła ponuro.

— Więc trzeba poczekać, aż opuści salę tronową — podsumował Queelo.

— Nie! — zaprotestowała natychmiast babcia, znów wprawiając go w zdumienie. — Tego mogłabym spróbować tylko sama, nie kiedy ty tu jesteś! To zbyt niebezpieczne!

— Umiem być cicho — mruknął Queelo z niezadowoleniem, krzyżując ramiona. — Czasem mam wrażenie, że tylko wam wszystkim przeszkadzam…

— Dobrze wiesz, że nie o tym mówię.

— Możemy się przebić przez ścianę — zaproponował Queelo ponuro. — Nawet jak za nią jest inny korytarz, to tylko będziemy mieli więcej dróg ucieczki.

— Dobry plan, zapisz na później. Przyda się, jeśli nie uda nam się rozbić szyb. Powinniśmy sobie załatwić też liny. Prześcieradła są wystarczająco mocne, ale potrzebujemy ich dużo. Da radę zebrać je z pokoi, ale musimy to zrobić niepostrzeżenie. Najlepiej jak pójdą na obiad.

— Obiad? — zdziwił się Queelo. — Jaki obiad?

— Codziennie chodzą na obiady. Śniadania i kolacje dostają, ale na obiad trzeba iść do jadalni. Wychodzi wtedy cała trójka i zostaje tylko jakiś wariat, który cały czas krzyczy o jakichś sekretach. On nigdy nie je, z nikim nie rozmawia, nikt nawet nie wie, jak się nazywa i skąd się wziął. Cud, że jeszcze żyje. No więc w trakcie obiadu zostaniemy i zbierzemy prześcieradła, najlepiej w taki sposób, żeby się nie zorientowali.

— A skąd będziemy wiedzieli, że idą?

— Powiedzą nam. Już raz próbowali mnie zaciągnąć.

Queelo zamrugał.

— A w drodze do jadalni nie dałoby się uciec? Albo z samej jadalni?

— Jest zaraz przy sali tronowej. Król jada razem z nimi.

Skrzywił się, słysząc to, ale potem przyszło mu coś innego do głowy.

— Infer z ludźmi? Przecież… złoto i jedzenie… mają tu jakiegoś kucharza? Infery nie mają smaku…

— Nie mam pojęcia, nie pytałam ich.

— Skoro jedzą obiad, to sala tronowa będzie pusta?

— Można sprawdzić, ale to i tak zbyt blisko.

— Jaka jest pora dnia?

Babcia spojrzała za okno, gdzie wciąż panował mrok. Jej oczy błysnęły lekko.

— Jeszcze ranek, ale już dochodzi południe. Mamy trochę czasu. Powinieneś się przespać w tym czasie — oznajmiła natychmiast. — I nawet się nie waż protestować! Wyglądasz jak siedem nieszczęść. Naprawdę potrzebujesz odpoczynku.

— Nie wiem, czy w ogóle będę mógł spać — przyznał Queelo.

Babcia spojrzała na niego wilkiem. Złapała go za rękę i siłą wepchnęła do łóżka, zanim zdążył zaprotestować. Zarzuciła na niego kołdrę i jeszcze raz obdarzyła surowym spojrzeniem.

— Ja…

— Żadnego protestowania!

— Mam spać w butach?

— Zawsze śpisz w rękawiczkach, to jakaś wielka różnica?

— W zasadzie to ta…

— Po prostu idź spać — powiedziała nieco zbyt ostro. Westchnęła i usiadła na podłodze, opierając się o łóżko. Odwróciła głowę, żeby spojrzeć na niego. — I nie przejmuj się, będę cię pilnować. Nic ci nie grozi, nikt się nie przemknie obok mnie niespostrzeżenie.

Kącik ust Queelo drgnął.

— Nigdy w to nie wątpiłem.

Przewrócił się na bok, faktycznie próbując zasnąć, ale bardzo wyraźnie czuł, że jego organizm nie zamierzał mu na to pozwolić. Jakkolwiek zmęczony by nie był, zdecydowanie zbyt wiele się wydarzyło w ostatnich dniach, zbyt wiele rzeczy tułało się po jego głowie, domagając się przemyślenia. Złapał drugą poduszkę, która leżała obok niego i zaczął ją miąć w rękach, jakby to miało mu jakoś pomóc.

Nie tego się spodziewał. Myślał, że wpadną do zamku całą bandą, pokonają złego króla, uratują babcię i wrócą do miasta, gdzie wszystko będzie takie jak dawniej. Ewentualnie wszystko się skończy w tym miejscu i nie będzie się musiał martwić o nic. Ale był tam, znajdował się w tym przeklętym zamczysku i jakimś cudem jeszcze żył. Nie wiedział nawet dlaczego. Przecież to nie miało żadnego sensu. Ścisnął poduszkę mocniej. Czemu tak się stało?

Spróbował wrócić myślami do całej tej sytuacji, a może nawet jeszcze wcześniej. W końcu musiało być coś, co to wywołało. Jakiś szczegół, który mu umknął. Może któraś z mocy tych inferów? Ale to nie miało sensu, gdyby któryś z nich miał jakąś wadę, to powiedziałby o tym królowi czy by tego chciał, czy nie. Zdecydowanie nie mogła to być wina króla, istoty takie jak one nie pozwalały sobie na błędy. Więc co? Co to mogło być?

Jego oczy powoli się zamykały. Może jednak będzie w stanie zasnąć. Ale naprawdę nie dawało mu to spokoju. Ziewnął. Co takiego mu pomogło? Przecież musiało być coś, co zrobił, co ktoś zrobił. Pomogło… Otworzył gwałtownie oczy, kiedy przyszła mu do głowy odpowiedź. Miał ochotę usiąść, ale babcia wciąż go pilnowała i raczej nie byłaby z tego zadowolona, więc powstrzymał się. To było takie oczywiste, ale też takie głupie! Arrasha przecież powiedziała mu, że wypicie tej dziwnej, błyszczącej wody mu pomoże. To nie brzmiało jak coś prawdopodobnego, ale nie mógł sobie przypomnieć niczego innego, co mogłoby wywołać taki efekt.

Zmarszczył brwi. Znaczyło to też, że ona wiedziała. Skulił się, tuląc poduszkę tak mocno, że gdyby była człowiekiem, prawdopodobnie byłaby już martwa. Im więcej osób wiedziało, tym gorzej wyglądała jego sytuacja. Nikt nie powinien wiedzieć.

Zanim zdążył pomyśleć o tym dłużej, ktoś załomotał w drzwi, budząc go z tego udawanego snu. Babcia spojrzała złowrogo w stronę drzwi, a jej oczy błysnęły, stając się prawie białe. Drzwi nie otworzyły się, ale stukanie się powtórzyło.

— Czego? — warknęła babcia, biorąc w rękę jedną ze złotych szpili. — Czy wyrażenie „nie przeszkadzajcie mi” nie jest dla was wystarczająco jasne? Trzeba wam to bardziej dosłownie wbić w te puste łby?!

Queelo skrzywił się, słysząc te słowa.

— Prze-przepraszamy — odezwał się jakiś stłumiony głos z drugiej strony. — Nie chcie-e-eliśmy przeszkadzać, ale już prawie po-pora obiadu i pomyśleliśmy…

— Nie jesteśmy głodni — oznajmiła babcia z takim jadem, że gdyby to Queelo znajdował się po drugiej stronie, natychmiast by uciekł.

Tak się chyba też stało. Nadstawił uszu, ale nie było żadnej kolejnej odpowiedzi, a po chwili usłyszał kroki. Podniósł się do pozycji siedzącej, jednak kiedy chciał wstać, babcia znowu go powstrzymała.

— Poczekaj chwilę — mruknęła cicho. — Natychmiast nie pójdą, muszą się przygotować. Chwilę im to zajmie. Masz jeszcze czas się przespać.

— Ale mnie się nie chce spać — zaprotestował Queelo. — Jestem taki zmęczony… wszystko mnie tak boli, jakbym sobie połamał każdą kość, jeszcze czuję to przeklęte spojrzenie na sobie… ale naprawdę, nie chce mi się spać. Z tym nie da się spać.

— Och, skarbie…

— Musimy się stąd wydostać jak najszybciej.

Wyskoczył z łóżka i najciszej jak umiał, dostał się do drzwi. Przycisnął do nich ucho i zaczął nasłuchiwać bardzo uważnie. Ktoś krzątał się w pokoju obok, słyszał jakieś stukanie i klekotanie. Z naprzeciwka dochodziły dziwne jęki, zapewne pochodzące od tego niepokojącego gościa, którego tam spotkał. Cała reszta, zgadując po odgłosach, przebierała się. Czyli mieli nawet jakieś ubrania na zmianę? Zmrużył oczy. Przynieśli je ze sobą, czy też od kogoś dostali?

Zaczęli wychodzić z pokoi, więc szybko odsunął się i usiadł na łóżku, wpatrując się w okno, na wypadek, jakby ktoś wszedł. Ktoś zapukał delikatnie do drzwi, ale gdy nie uzyskał odpowiedzi, natychmiast sobie poszedł. Queelo podniósł się ostrożnie na równe nogi i to samo zrobiła jego babcia. Odczekali chwilę, aż kroki całkowicie ucichną, po czym ruszyli do drzwi.

Korytarz był pusty, a jedyne dźwięki, dochodzące z tej części budynku, pochodziły od tego dziwnego gościa. Queelo spojrzał na babcię, a ona na niego i w ciszy się zgodzili. Queelo ruszył w prawo, ona w lewo i powoli zaczęli sprawdzać pokoje.

Tak, jak się spodziewał, wszystkie pokoje faktycznie były identyczne. Wielkie, puchate kołdry ułatwiały sprawę. Queelo szybko wyjął prześcieradło i zasłał łóżko tak, iż nie było widać żadnego braku. Pociągnął nieco za materiał, sprawdzając, czy aby na pewno jest wytrzymały. Nie pękł, więc to chyba był dobry znak. Zarzucił je sobie na ramię i ruszył na dalsze poszukiwania.

W niektórych pokojach dało się znaleźć pojedyncze buty czy skrawki materiałów niewiadomego pochodzenia, a w jednym nawet znalazł, schowanego pod kołdrą, małego pluszaka. To było dziwne. Podniósł małego, białego króliczka i powąchał go. Ktokolwiek go posiadał, musiał zniknąć już dawno. Zapach niemal całkowicie wyparował, ale ta dziwna nuta, którą wyczuł, wydawała mu się jakaś dziwnie znajoma, choć nie miał bladego pojęcia skąd.

Zostawił pluszaka tam, gdzie go znalazł i na wszelki wypadek zostawił też prześcieradło. Dawno czy nie, ten pokój był zbyt podejrzany, by z niego cokolwiek zabierać. Wycofał się na korytarz i miał iść dalej, kiedy do jego uszu dotarł odgłos kroków. Nie mogli przecież tak szybko wrócić z obiadu! Obiadów nie je się przecież w tempie błyskawicznym! Rozejrzał się, po czym szybko pobiegł z powrotem do pokoju, w którym znalazł babcię. Prawie się z nią zderzył tuż pod drzwiami. Ona też miała stos prześcieradeł. Schowali się w środku i wepchnęli wszystkie swoje zdobycze pod kołdrę. Była na tyle puchata, że nie dało się zauważyć tej niewielkiej różnicy w jej grubości.

— Za szybko — mruknęła babcia.

Zamrugała kilka razy, potrząsnęła głową, a jej oczy znów się rozjarzyły. Queelo zmarszczył brwi i spojrzał na nią z niepokojem. Może i używanie tej zdolności wychodziło jej zdecydowanie lepiej niż Ihoo, ale to przecież nie oznaczało, że nie było męczące. Dodatkowo babcia pobladła. Queelo otworzył usta.

— Schowaj się za mną — powiedziała z najwyższą powagą babcia. — Już.

— Ale oni…

— To nie oni.

Potrzebował chwili, żeby zrozumieć te słowa, a wtedy i on zbladł. Nie zamierzał dłużej protestować. Może i był tchórzem, ale nie zamierzał być głupio odważny, kiedy nie było to przydatne, więc szybko skulił się za babcią. Ona sobie z tym poradzi, tak jak zawsze radziła sobie ze wszystkim. Nie ma potrzeby się bać. Zaśmiał się w duchu sam z siebie. Oczywiście, że nie ma się czego bać. Znalazł się tylko w jaskini lwa, prawdopodobnie najgorszym miejscu, w którym mógł się znaleźć. Nie ma się czego bać. Najwyżej spotka go śmierć. Albo coś gorszego.

Znów rozległo się pukanie do drzwi, tym razem zdecydowanie milsze, ale też i… dziwnie nalegające? Queelo skulił się jeszcze bardziej. Doskonale wiedział, kto jest za tymi drzwiami, ale to nie oznaczało, że czuł się z tego powodu lepiej, a wręcz przeciwnie. Queelo zaczął się trząść. Nie chciał tego widzieć. Nie chciał tego słuchać. Nie chciał w tym brać udziału.

Babcia nic nie odpowiedziała, więc pukanie rozległo się znowu, dokładnie takie samo.

— Nie pogryzę was — odezwał się głos z drugiej strony. Przyjazny i delikatny, zupełnie niepasujący do osoby, do której należał. — To, że mnie nie lubicie, nie oznacza, że powinniście pomijać posiłki. W końcu ludzie muszą dużo jeść, żeby nie umrzeć, prawda?

Odpowiedzią było kompletne milczenie. Queelo cały się trząsł, a po chwili zdał sobie sprawę, że jego babcia również. Tyle że w jej przypadku była to raczej złość. Zacisnęła palce tak mocno na złotych szpilach, że aż jej zbladły.

— Ty może i jesteś wyszkolona — kontynuował infer, nie dając za wygraną — ale twój wnuk to tylko zwykły człowiek. Powinien coś zjeść, już i tak wygląda mizernie.

Wciąż cisza. Infer westchnął przeciągle.

— Mogę przynajmniej wejść?

— A tylko spróbuj. — Babcia uniosła rękę, gotowa do rzucenia bronią.

— Niezbyt to miłe.

— Trzymasz nas jako zakładników — syknęła jadowicie — i oczekujesz od nas bycia miłymi?! Może następnym razem spróbuj kogoś zaprosić, zamiast porywać! Wtedy możesz się złościć, że twoi goście nie są przyjaźnie nastawieni!

Znów westchnięcie.

— Może i to niezbyt miłe — przyznał nieco ponuro infer — ale przyznaj sama, że gdybym po prostu was zaprosił, i tak nie przyjęłabyś zaproszenia. Pomijając już fakt, że najpierw musiałbym się przedostać jakoś przez waszą piękną barierę. To rozwiązanie jest prostsze.

— Ty…

— Poza tym nie chciał się ze mną widzieć, prawda? Nie przejmuj się. Kiedy tylko naprawię ten błąd, będziecie mogli iść, gdzie tylko chcecie. Nie potrzebuję tu ludzi.

Wyraźnie czekał na jakąkolwiek odpowiedź, jednak ta nie nadeszła. Stał tam jeszcze chwilę, po czym obrócił się i odszedł. Queelo nie miał nawet siły nasłuchiwać jego kroków. Szybko podszedł do łóżka i rzucił się na nie, zanim jego nogi odmówiły posłuszeństwa. Już sama ta obecność była wystarczająco przerażająca, ale te słowa…

— Nienawidzę tego świata — mruknął pod nosem, wpatrując się w sufit, po czym podniósł się na łokciach, żeby spojrzeć na babcię. — Wynośmy się stąd.


Rozdział XXII

Uroczysta kolacja

Z dedykacją dla Namy, Namki, Namicji

Dnia: Ostatniego


Tworzenie liny z prześcieradeł wcale nie było tak łatwe, jak mu się wcześniej wydawało, zwłaszcza że średnio chciały się związywać. Były dziwnie śliskie i za każdym razem trzeba było robić naprawdę solidne węzły, żeby się nie odwiązywały. Poza tym trzeba było jeszcze uważać na tamtą trójkę ludzi. Queelo cały czas nasłuchiwał, czy aby nie idą w stronę drzwi, ale najwyraźniej postanowili im dać spokój, nawet jeśli tylko na chwilę. Babcia przerwała na trochę pracę, żeby znów spróbować wybić szybę, ale wciąż bez skutku. Queelo westchnął.

— Przecież mogę…

Rzuciła mu tak ostre spojrzenie, że nie dokończył. Szybko wrócił do swojej pracy i nie odzywał się więcej. Siedzieli tak w ciszy, do momentu, kiedy po raz kolejny ktoś załomotał w drzwi. Queelo szybko zwinął linę i wrzucił ją pod kołdrę.

— Czego? — zapytała babcia, nawet nie próbując ukrywać swojej złości. — Znowu macie jakiś problem?

— Kolacja — odezwał się z drugiej strony Mattira.

— To ją zostaw pod drzwiami i wynoś się.

— Rządzisz się, jakbyś była u siebie — syknął mężczyzna, wyraźnie wściekły. — Może tak trochę szacunku? Nie jesteśmy twoimi służącymi!

Babcia mu nie odpowiedziała. Zamiast tego podniosła się ze swojego miejsca, przemierzyła pokój kilkoma wielkimi krokami i otworzyła drzwi. Mina Mattiry była wściekła, ale kiedy tylko spojrzał na osobę, która stanęła przed nim, natychmiast zaczęła zmieniać się w przerażoną.

— Skoro tak bardzo ci przeszkadza moja osoba — oznajmiła lodowato, przekrzywiając głowę — to może idź do tego waszego szefa i mu powiedz, żeby nas wywalił. Najlepiej teraz. Żadne z nas się nie obrazi, zaręczam ci.

— E… — Najwyraźniej nie takiej odpowiedzi się spodziewał, bo zawiesił się na chwilę i zaczął rozglądać, jakby gdzieś w powietrzu mógł znaleźć rozwiązanie. — Ja… Ten… Mówiłem o kolacji. No więc, w sprawie kolacji. Pan Kirrho byłby zaszczycony, mogąc…

— Nie — odpowiedziała babcia, zanim dokończył i sięgnęła do klamki, żeby zamknąć drzwi.

— Ale nie skończyłem! Będzie na mnie zły, jak nie przekażę wszystkiego.

— Cóż za wielka szkoda. Możesz mu przekazać, żeby… — urwała na chwilę i spojrzała przez ramię na Queelo, który nadal siedział na ziemi i po prostu się przysłuchiwał. — Żeby szedł do diabła.

— Co?! Nie mogę…

— Twój problem — oznajmiła bez litości babcia, po czym zatrzasnęła mu drzwi przed samym nosem. Odwróciła się i wróciła na swoje miejsce na podłodze.

— Ale proszę pani! — Mattira nie zamierzał dać za wygraną, ale nie miał też takiej odwagi, by otworzyć drzwi, więc po prostu postanowił przez nie pokrzyczeć. — Pan Kirrho nalega! Przygotował wielką, wspaniałą ucztę i zaprasza panią oraz pani wnuka. Chciałby porozmawiać.

Babcia rzuciła pogardliwe spojrzenie w stronę drzwi, nie mówiąc nic. Queelo poszedł za jej przykładem i też siedział cicho. Skulił ramiona. Ostatnie czego chciał, to przebywanie w pobliżu tego infera. Jego aura była zbyt przytłaczająca.

— Kazał też przekazać — kontynuował mężczyzna, zaczynając się nieco jąkać — ż-że jeśli nie chcecie schodzić, to wtedy przyjdzie do was.

— A więc powiedz temu śmiecio…

— Nie daje wam innych możliwości do wyboru.

Babcia zaklęła tak ostro, że Mattira jęknął i szybko uciekł. Queelo skulił się jeszcze bardziej, chociaż nie z powodu samego słowa. Słyszał już wiele gorszych w swoim życiu i nie ruszało go to. Zdecydowanie bardziej przerażało go samo zaproszenie. Nie chciał nigdzie iść. Babcia spojrzała na niego i jej wzrok złagodniał.

— Ja pójdę — powiedziała, przysuwając się do niego. — Ty lepiej zostań tutaj.

— Tak, i wtedy tu przyjdzie — mruknął Queelo, podnosząc się. — I zobaczy te liny. To nie jest dobry pomysł. — Wziął głęboki oddech. — Mogę iść. Nic mi nie będzie.

Spróbował się uśmiechnąć jakoś pocieszająco, ale niezbyt mu to wyszło. Nie chcąc przeciągać tej rozmowy, wyszedł szybko na korytarz. Mattira wciąż tam stał, choć w bezpiecznej odległości. Z wyraźnym niezadowoleniem zmierzył spojrzeniem strój Queelo, ale szybko odwrócił wzrok, kiedy zobaczył twarz. Queelo czasem zastanawiał się, czy źle wygląda, czy po prostu ma równie przerażający wyraz twarzy co jego siostra i babcia. Prędzej obstawiałby pierwszą opcję.

Mattira, pomimo wyraźnej niechęci, zaprowadził ich dwójkę do jadalni. Idąc korytarzami, a potem schodząc długimi, naprawdę długimi schodami, Queelo cały czas się rozglądał dookoła. Ściany wyglądały na solidne, a nigdzie nie było żadnych bocznych drzwi ani przejść. Prosta droga. Żadnej możliwości ucieczki. Kto budował zamki w taki sposób? Może gdzieś było jakieś tajne przejście? Zmrużył oczy, przyglądając się uważnie dekoracjom na ścianach, ale nie zauważył niczego wyjątkowego.

Wcześniej nie interesował się za bardzo wyglądem sali tronowej, był wtedy zbyt przerażony. Kiedy jednak trafił tam drugi raz, zobaczył, że nawet nie było tam za bardzo czego oglądać. Była to po prostu wielka, błyszcząca sala, w większości pusta. Na jej przodzie znajdowało się podium z kamiennym, czarnym tronem, przecinanym żyłkami złota. Było to po prostu kilka bloków, bez specjalnych zdobień, ale błyszczące kreski na powierzchni dodawały mu dziwnego majestatu. Z samej sali tronowej wychodziło kilkanaście drzwi, wszystkie szklane. Jedne, te naprzeciw tronu, wyraźnie prowadziły do wielkiego holu, reszta do jakichś korytarzy. Chętnie dostałby się do holu, ale Mattira poprowadził ich w inną stronę.

Jadalnia była równie wielka, co sala tronowa, o ile nie większa. Pod ścianami stało kilkanaście pustych stołów, prawdopodobnie od dawna nieużywanych. Tylko jeden, znajdujący się na samym środku jadalni, był bogato zastawiony. Przepełniały go najróżniejsze potrawy, które zdecydowanie wyglądały na ludzkie jedzenie. Queelo zaburczało w brzuchu. Dawno nic nie jadł. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok. Nie powinien myśleć o jedzeniu!

U szczytu stołu siedziała osoba, której Queelo w pierwszej chwili nie poznał. Bez ogromnych skrzydeł, rogów czy nawet korony, król Kirrho wyglądał zupełnie inaczej. Wciąż miał na sobie swój garnitur, którego kolor niemal zlewał się ze skórą, a Queelo odruchowo zaczął się zastanawiać, czy infer nosi taki z dziurami na plecach, czy też ma dwa różne, na wypadek, jakby chciał przybrać ludzką formę. Może na takie okazje zaszywał sobie marynarkę na plecach? Wyobrażenie sobie króla Kirrho z igłą, siedzącego gdzieś na krzesełku i zszywającego dziury w ubraniach, w jakiś sposób pomogło Queelo poradzić sobie ze strachem — ale tylko trochę.

Mattira zaprowadził ich prosto na miejsca w pobliżu szczytu stołu, bardzo wyraźnie dając do zrozumienia, gdzie powinni usiąść. Babcia rzuciła mu mordercze spojrzenie i mężczyzna szybko uciekł z sali, kłaniając się lekko królowi, kiedy wychodził. Usiadła kilka krzesełek od króla, a Queelo zajął miejsce tuż obok niej. Nie miał aż tyle pewności siebie, żeby usiąść gdzieś daleko i zwrócić tym na siebie uwagę.

— A więc postanowiliście przyjąć zaproszenie — przywitał ich król swoim jedwabistym głosem. — Bardzo mi z tego powodu miło. Możecie śmiało się częstować. Co prawda mało jest dań mięsnych, trudno w tych czasach znaleźć jakieś dobre mięso, zwłaszcza w tej okolicy, ale mam nadzieję, że i tak będzie wam smakowało.

— Ładnie utrzymujesz pozory — odpowiedziała mu lodowato babcia, nawet nie tykając sztućców. — Nudzi ci się, czy szantażowanie ludzi to twoja pasja?

— Po prostu się o was martwię. Szkolenie czy nie, przecież musicie jeść kilka razy dziennie, żeby być zdrowi, prawda? Ludzie są tacy delikatni. — Przekrzywił głowę, a jego czarne włosy zasłoniły prawie połowę twarzy. — W końcu potrzebujesz siły, żeby móc przeprowadzić swój wielki plan ucieczki.

— Nie wiem, o czym mówisz.

Król uśmiechnął się, ukazując zęby, a Queelo zamrugał ze zdziwienia. Był absolutnie pewien, że wcześniej jego zęby były kłami, a nie zwykłymi, ludzkimi zębami! Infery mogły coś takiego udawać? Miały dwa rodzaje zębów czy po prostu król Kirrho miał w jakiś sposób dwie pary? Może to była iluzja? Z jakiegoś powodu zaniepokoiło go to.

— Spodziewasz się więcej gości? — zapytała babcia, w końcu sięgając po sztućce. Złapała nóż, jakby chciała nim kogoś zabić. — Czy po prostu nie masz co robić z całą tą zastawą?

Jego mina stała się jeszcze bardziej przebiegła.

— Owszem, spodziewam się — odpowiedział spokojnie. — Powinni tu być lada moment. To ważne, żeby w odpowiedni sposób powitać swoich gości, prawda? Naprawdę możecie jeść. Niczego nie zatrułem, przysięgam na swoje trzecie oko.

Queelo spojrzał na całe to jedzenie, które stało przed nim i sięgnął po butelkę wina. Nie był w stanie znieść tego wszystkiego na trzeźwo. Nalał nieco babci, kiedy ta nie zaprotestowała, po czym napełnił swój kieliszek. Oczywiście najchętniej wypiłby wszystko od razu z butelki, ale zawsze starał się udawać cywilizowanego człowieka. Babcia, pomimo niechęci malującej się na jej twarzy, zaczęła sobie nakładać jedzenie. Mogła być dumna, ale była też głodna.

— Twój wnuk nie mówi za wiele — zauważył Kirrho, a Queelo zamarł. — Jest chory?

Queelo drgnęła powieka.

— Nie lubię rozmawiać — odpowiedział najbardziej beznamiętnym tonem, na jaki było go stać, ale sam wyraźnie usłyszał złość w swoim głosie. — Zwłaszcza z osobami, które chcą mnie porwać.

Podniósł kieliszek i wypił całość. Skrzywił się. Wino prawie wcale nie miało smaku. A liczył przynajmniej na to! Spojrzał smutno na puste naczynie. Nie było nawet sensu kolejny raz je napełniać. Co to było za beznadziejne wino? W jakimś podrzędnym sklepie, mógłby sobie kupić lepsze za kilka AeRów.

— Ludzie zawsze tak długo trzymają urazy? — zapytał król z pewnym zdziwieniem. To jeszcze bardziej wkurzyło Queelo.

— Długo? To było wczoraj! Albo nawet dzisiaj! Nie wiem, nie masz zegarów w tym swoim beznadziejnym zamku!

Zamilkł szybko, kiedy zdał sobie sprawę, że zaczął krzyczeć. Może jednak powinien wypić więcej wina. Król jednak nie wściekł się za te słowa, a wręcz przeciwnie, nawet zaczął się śmiać. Queelo pociągnął łyk beznadziejnego trunku, odwracając przy tym wzrok. Nie powinien był się odzywać, powinien siedzieć cicho przez cały czas. Zająć się czymś innym. Nie prowadzić rozmowy.

— Kiedy żyje się tysiące lat, czas przestaje mieć znaczenie — przyznał z rozbawieniem król Kirrho. — Dni zlewają się ze sobą. Lata zlewają się ze sobą. Po co więc liczyć czas, skoro wszystko tak szybko mija?

Queelo nic nie powiedział, chociaż miał już kąśliwą odpowiedź na końcu języka. Nie powinien rozmawiać z tą istotą. Nie zamierzał tego robić, nawet jeśli jakaś wewnętrzna siła tego chciała. Jakiś cichy głosik, gdzieś w środku, jakby popychał go w stronę rozmowy.

— Oboje nie jesteście zbyt rozmowni — zauważył król z pewnym smutkiem.

— W trakcie jedzenia się nie rozmawia — oznajmiła surowo babcia, biorąc kęs jakiegoś podejrzanie wyglądającego dania. — Chociaż nie wiem, czy infery też wyznają tę zasadę.

Kirrho chciał coś odpowiedzieć, ale wtedy drzwi do jadalni otworzyły się. Queelo odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Na początku i tego infera nie poznał. Bez wielkich ptasich skrzydeł i w miarę normalnymi, czerwonymi włosami, kobieta wyglądała zupełnie inaczej. Rzuciła szybkie spojrzenie w stronę Queelo i Maato, po czym skoncentrowała wzrok na królu.

— Panie, Tzziro raportuje, że mamy gości u wrót — powiedziała spokojnie.

— A więc ich zaproście do środka.

— Są uzbrojeni.

— A więc zaproście ich i przekażcie, że nie ma potrzeby uciekać się do przemocy. Jesteśmy jak najbardziej pokojowo nastawieni. Jeśli zaatakują bez powodu, to po prostu ich rozbrójcie.

Kobieta skinęła głową i szybko opuściła jadalnię, a Queelo dopiero wtedy zrozumiał, kim byli owi goście. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Faktycznie dotarli szybko. Musieli być naprawdę blisko już kiedy Queelo zniknął, bo raczej nie spieszyliby się jakoś mocno z jego powodu. Mimo to nie ucieszył się tak bardzo, jak się spodziewał. Raczej go to przeraziło. Dlaczego akurat teraz? Nie mogli przyjść trochę wcześniej? Albo później? Akurat w momencie, kiedy odbywała się ta durna kolacja? To był najgorszy możliwy moment!

Queelo nadstawił uszu, ale nie usłyszał niczego. Spodziewał się odgłosów walki czy coś w tym guście, ale nie, słyszał tylko ciszę. Dopiero po chwili rozległy się kroki. Ktoś zapukał do drzwi, co było bezsensowne, bo za nimi bardzo wyraźnie było widać Tzziro, zasłaniającego całą resztę swoimi wielkimi skrzydłami. Król machnął na niego ręką, a infer otworzył drzwi, jednak zamiast wejść, odsunął się i przepuścił resztę.

Pierwszy oczywiście wepchnął się Nassie, jak zawsze ityrująco wesoły i spokojny. Ten człowiek był taki wkurzający, uśmieszek po prostu nigdy nie schodził mu z twarzy, niezależnie od sytuacji. Jakby cały świat był dla niego zabawą. Zaraz za nim wkroczyła Ihoo z grobową miną, zaciskając dłoń na swojej broni. Kiedy tylko zobaczyła Queelo i babcię, ścisnęła ją mocniej.

— Hej, dzień dobry! — przywitał się natychmiast Nassie, zupełnie nie czekając na resztę. — A może dobry wieczór, bo przecież w końcu jest wieczór, prawda? Trochę nam się godziny pomyliły po drodze, a tu wszędzie w okolicy jest tak ciemno, że trudno to określić.

— Jest wieczór — odpowiedział mu król bez żadnych emocji.

— Dziękuję pani…

Queelo zakaszlał, natychmiast mu przerywając, zanim powiedział choćby słowo więcej.

— To król — powiedział, nadal udając kaszel.

Jakiś dziwny cień przemknął przez twarz Nassiego, ale był tam tak krótko, że Queelo nie był pewien, czy tylko mu się nie przewidziało.

— Panu — poprawił się błyskawicznie. — Wasza wysokość? Wasza królewska mość? Zwykle nie przebywam w towarzystwie szlachty, nie wiem, jaki jest odpowiedni sposób wyrażania się.

Miny reszty wojowników, którzy weszli do sali i stali przy wejściu, wyraźnie mówiły, że mają to gdzieś. Chcieli wykonać swoją robotę i się jak najszybciej wynosić. Spodziewali się walki, a nie zaproszenia na ucztę i rozmowy. Ihoo wpatrywała się w babcię, która po prostu siedziała przy stole. Powoli, tak że ledwo dało się to dostrzec, Maato pokręciła głową.

— „Pan” wystarczy. — Król nadal nie okazywał po sobie żadnych emocji. — Skoro już i tak postanowiliście odwiedzić mój zamek w trakcie uczty, może zechcecie do nas dołączyć? Droga tutaj nie jest łatwa, musicie być zmęczeni, a jedzenia mamy tu pod dostatkiem.

Machnął ręką, wskazując na zastawiony stół. Queelo zmrużył oczy. To nie był zbieg okoliczności, że wojownicy przyszli akurat teraz. Wszystko było zaplanowane. Oczywiście zawsze wszystko musiało być zaplanowane. Przeklęci stratedzy wokół Queelo. Każdy musiał spiskować. Każdy musiał być nadzwyczajnie mądry. Oczywiście każdy poza nim, on sam był najwyraźniej skończonym idiotą.

— To bardzo miłe, ale… — zaczął Nassie.

— Nalegam. Zwłaszcza że nie wyglądają państwo najlepiej. — Kirrho zmrużył nieco oczy, przyglądając się wojownikom uważniej. — Poza tym sam tego wszystkiego nie zjem. Ludzkie jedzenie niezbyt leży mi na żołądku.

— Cóż, skoro tak pan stawia sprawę, to chyba nie wypada odmawiać — mruknął Nassie, drapiąc się po głowie i łapiąc za krzesło.

— Nassie — syknęła Ihoo przez zęby, piorunując go spojrzeniem, kiedy zajął miejsce. Tuż obok króla. Jakby próbował mu rzucić jakieś wyzwanie.

— Co? Zaproszenie to zaproszenie, nie wypada odmawiać, tak? Poza tym nie codziennie ma się okazję porozmawiać z inferem. No i, bądźmy szczerzy, faktycznie wyglądacie tragicznie. Odpoczynek, choćby krótki, dobrze wam zrobi.

— Ale…

Babcia znowu pokręciła głową, dając Ihoo wyraźnie do zrozumienia, że nie powinna z tym dyskutować. Wyglądała na wkurzoną z tego powodu. Kilkoma krokami pokonała salę i usiadła tuż obok Queelo. Cała reszta chyba była już przyzwyczajona do dziwnych pomysłów Nassiego, bo nawet nie próbowali z tym dyskutować. Po prostu wybrali sobie miejsca, choć nikt nie usiadł aż tak blisko jak sam Nassie. Mikky usiadła kilka miejsc dalej, bardzo uważnie przyglądając się królowi.

— A więc to pan jest tym słynnym królem — odezwał się Nassie wesoło. — Miło w końcu pana poznać, choć przyznaję, że spodziewałem się czegoś innego. Jestem zaskoczony. Pozytywnie rzecz jasna.

— Nikt się nigdy nie spodziewa tego, co widzi. Ja na przykład nie spodziewałem się kiedykolwiek jeszcze zobaczyć nadzłocistego. Myślałem, że ostatniego zabili setki lat temu.

Nassie uśmiechnął się, pokazując zęby, udając, że doskonale wie, o co chodzi.

— Nie chciałbym być niegrzeczny — odezwał się po chwili ciszy, biorąc widelec w rękę, tylko po to, żeby się nim pobawić — ale to chyba pan uprowadził panią major Ivero.

— Owszem, można tak powiedzieć.

— I naszego kolegę — dodał Nassie, jakby nieco ostrzej.

— Dąży pan do czegoś, czy chce po prostu stwierdzać fakty na głos, czekając, aż przyznam im rację, nawet jeśli jest ona oczywista?

— Czego pan chcesz? — zapytał Nassie prosto z mostu, przestając udawać przyjaznego. — Najpierw porywasz ludzi, nasyłasz na nas swoich pomocników, potem zapraszasz nas na tę całą szopkę… Jaki masz pan problem?

— Problem — powtórzył król zamyślonym tonem. — Istotnie mam problem. Jednakże jest on związany wyłącznie z członkami rodziny Ivero. Nie sądzę, byśmy potrzebowali jakiejkolwiek trzeciej strony w naszym… małym sporze.

— Małym sporze — powtórzyła babcia, zwracając na siebie uwagę. — Ty to nazywasz małym sporem? Chcesz nam zniszczyć życie!

— Chcę pomóc.

— Ta twoja „pomoc” pomoże tylko tobie! Już wystarczająco wszystko zepsułeś!

— Dlatego właśnie chcę to naprawić!

Oboje podnieśli się ze swoich krzeseł, wpatrując się w siebie ze złością. Nassie skulił się nieco, jakby przerażony tym, co wywołał, bojąc się odezwać. Queelo wcale mu się nie dziwił. Sam nie miał najmniejszej ochoty wtrącać się w tę rozmowę.

— Nie potrzebujemy niczego od ciebie! — wykrzyknęła ze złością babcia. — Ani teraz, ani nigdy więcej!

— Wiem, że zepsułem, ale pozwól mi to naprawić!

— Żebyś mógł znowu sobie przeprowadzać eksperymenty?!

— Tym razem wiem, co robię! Naprawdę!

— Poprzednio też wiedziałeś!

— Przecież jak nic z tym nie zrobię, to będzie jeszcze gorzej!

Nassie odchrząknął.

— Może po prostu sobie stąd pójdziemy? — zwrócił się do pani major.

— Doskonały pomysł! — Rzuciła jeszcze jedno ostre spojrzenie w stronę króla. — Nikt tutaj nie chce twojej pomocy!

Obróciła się w stronę drzwi, a wszyscy podnieśli się z krzeseł, jakby to był jakiś znak. Jednak zanim którekolwiek zrobiło krok do wyjścia, pojawił się tam Tzziro, całkowicie je blokując. Jego mina nie wróżyła nic dobrego. Ihoo złapała Queelo za rękę, drugą ściskając broń i wysuwając się lekko przed niego. Przekaz, który chciała dać, był jasny.

Król przestał w końcu udawać, że jest człowiekiem. Ogromne skrzydła wyrosły z jego pleców, przy odgłosie drącego się materiału. Czyli jednak nie miał dziur na plecach. Zakręcone rogi wyrosły mu na jego głowie, a na podłodze wylądował olbrzymi ogon. Również jego uszy zrobiły się większe, bardziej spiczaste i mniej ludzkie. A przynajmniej jedno z nich. Queelo dopiero teraz zauważył, że prawe było poszarpane przy końcówce. Infery przecież mogły się regenerować, dlaczego więc nie zregenerował tego?

— Nikt nie opuści mojego zamku — oznajmił lodowato, a na jego twarzy pojawiło się znów złowieszcze trzecie oko. Queelo zadrżał i skulił się za siostrą jeszcze bardziej. — Możesz tego nie chcieć, ale to nie ma znaczenia. Tak naprawdę przecież to nawet nie jest twoja sprawa. To w ogóle nie jest sprawa żadnych ludzi.

Wszyscy zbili się w grupkę, wyciągając przy tym złotą broń. Queelo, razem z Feiily i Ooyą wylądowali wewnątrz ich kręgu, osłaniani przed inferami. Nie zmieniało to za bardzo faktu, że nadal czuł to przerażające spojrzenie.

— Nie chcecie ze mną walczyć — odezwał się król z pewnym uśmiechem. Jego zęby na powrót zmieniły się w kły. — Wy i wasze wesołe kółeczko. Ludzie są zabawni. Po prostu dajcie mi to, czego chcę, a wszyscy będziecie mogli pójść wolno. To problem?

— Nie wiem, czego chcesz — rzekł Nassie, który wciąż nie wyjął swojego miecza z jakiegoś powodu — ale zdaje się, że pani major się to nie podoba, a my raczej wolimy się słuchać swoich, a nie obcych, na dodatek inferów.

— Inferów — powtórzył po nim król. — Każdy powinien przebywać wśród swoich. A wśród was zdecydowanie nie wszyscy są ludźmi. — Jego oczy błysnęły. — Oddajcie mi infera, a będziecie mogli się rozejść.

Wszyscy wymienili zdezorientowane spojrzenia. Nie mieli bladego pojęcia, o co mogło chodzić. Nassie podrapał się po głowie, po czym sięgnął do szyi, gdzie leżały zwinięte Echo i Wąs, udając szalik.

— Nie sądzę, żeby chciały się z tobą zadawać — powiedział, wskazując na koty. — Poza tym to moi przyjaciele.

— To tylko koty — oburzył się Allois. — Na dodatek infery. Po prostu mu je oddaj i będziemy mieli spokój!

— Nie!

— Koty? — Król wyglądał na zdziwionego, po raz pierwszy odkąd Queelo go zobaczył. — Kogo obchodzą koty? Wystarczy tych żartów! Nie chcecie po dobroci, to nie!

Rozłożył swoje skrzydła na całą szerokość, wypełniając niemal całą salę i zamachał nimi. Nassie wyskoczył do przodu, ale nie zdążył przejść nawet dwóch kroków, kiedy powstrzymał go potworny wiatr. Wojownik spróbował jakoś zaprzeć się nogami, ale podłoga niezbyt mu w tym pomogła. Złapał się krzesła, ale i to się przewróciło, a on poleciał razem z nim. Reszta nie radziła sobie lepiej. Wyglądało to tak, jakby nagle weszli w potężny sztorm i żadne z nich nie było w stanie sobie z tym poradzić. Wszyscy wylądowali na podłodze, nieważne jak bardzo starali się ustać na własnych nogach.

Dziwne świszczenie pojawiło się gdzieś na granicy myśli Queelo.

„Czemu po prostu nie dasz mu tych kotów?”, zezłościł się Allois, wyrażając swoje myśli tak głośno, że Queelo aż rozbolała od tego głowa.

„Przecież nie chodzi mu o koty”, zezłościł się Nassie, wczołgując się pod stół, żeby jakoś uniknąć tego wiatru. Koty wciąż dzielnie trzymały się jego szyi, choć widać było, że przychodziło im to z trudem. „Nie słyszałeś go?”.

„To o co innego może mu chodzić?”.

„Co za różnica?”, odezwała się Mikky, wyraźnie zirytowana. „Może wymyślcie coś, żeby się pozbyć tego wiatru, bo inaczej nic nie zdziałamy!”.

„Fajnie”, mruknął Nassie. „Ile mieczy naraz jesteś w stanie kontrolować swoją mocą?”.

„Mieczy? Zwariowałeś?”.

„Po prostu mi odpowiedz”.

„Miecze są ciężkie, dam radę tylko jeden. Zwłaszcza z tym wiatrem”.

„Nie!”, odezwała się nagle Ihoo, przerywając im rozmowę. Ona i Queelo leżeli niemal pod samą ścianą, niedaleko drzwi, przy których wciąż stał Tzziro. Wiatr w ogóle go nie ruszał. „Nie przebijecie się niczym przez ten wiatr”.

„A ty skąd to wiesz?”.

„Ma rację”. Głos babci był surowy nawet w myślach. Queelo rozejrzał się i zobaczył, że wylądowała w jednym z rogów. Próbowała się podnieść, ale nie dawała rady. Jak i każdy inny. „Przeklęte infery wiatru. Trzeba go zajść od tyłu”.

„Nie bardzo jest jak”, zauważył Nassie. Spojrzał w stronę drzwi. „Hej, Ihoo. Ten przy drzwiach nie zwraca na ciebie uwagi. Myślisz, że dałabyś radę jakoś go zdjąć?”.

Ihoo zmierzyła Tzziro spojrzeniem. Faktycznie w ogóle na nich nie patrzył, tylko wlepiał swoje spojrzenie w króla. Odsunęła się nieco od Queelo. Podejrzewał, że sięgnie po broń i w ten sposób zaatakuje infera, ale zdecydowanie się pomylił.

„Na trzy wszyscy do drzwi”, oznajmiła, nawet nie dotykając bicza. „Ktoś uważa, że nie da rady?”.

„Mogę wszystkich zepchnąć zaklęciem”, odezwała się Ooya. „Wiatr załatwi resztę”.

„Świetnie. Raz”. Ihoo przesunęła się jeszcze bliżej, mając Tzziro w zasadzie na wyciągnięcie ręki. Infer wciąż jej nie zauważył. „Dwa”. Gdyby przesunęła się choćby centymetr bliżej, mogłaby praktycznie stanąć na jego miejscu. „Trzy!”.

Złapała za jego rękę i podciągnęła się do pozycji stojącej, rzucając zdumionego infera na podłogę. Żeby jeszcze jakoś go dobić, kopnęła go, przesuwając po podłodze. Nie musiała nawet specjalnie napierać na drzwi. Kiedy tylko nacisnęła klamkę, te otworzyły się z pomocą wiatru, tak bardzo, że aż trzasnęły. Ihoo wypadła na zewnątrz.

Queelo szybko wypadł zaraz za nią, zanim dosięgnął go jakikolwiek czar. Oparł się plecami o ścianę zaraz obok drzwi, gdzie wiatr nie mógł na niego aż tak wpłynąć. Ślizgając się, cała reszta zaczęła wypadać z jadalni. Wiatr osłabł, a ze środka dobiegł wściekły ryk, kiedy król zorientował się, że jego goście uciekają. Nassie wypadł jako ostatni i jakimś cudem zamknął za sobą drzwi.

— Spadamy — oznajmił natychmiast, ale wtedy jego wzrok spoczął na czymś znajdującym się pod sufitem.

Queelo odwrócił się, żeby również tam spojrzeć, a wtedy, jak czerwona strzała, inferka przemknęła obok niego, przewracając Ihoo. Rozłożyła skrzydła, odrzucając wszystkich w pobliżu.

— Nikt nie sprzeciwia się woli króla — wysyczała ze złością, przyciskając dziewczynę do podłogi.

Ihoo kopnęła ją w brzuch, ale niewiele to dało, bo inferka trzymała ją mocno. Mikky sięgnęła po noże, ale zanim cokolwiek z nimi zrobiła, wykonała błyskawiczny unik, uciekając pod sam tron. Zaraz przed nią pojawiła się, niemal całkowicie okryta mgłą, wilcza inferka, uśmiechając się przy tym jak psychopatka.

— Może chcecie pobawić się ze mną?

Nassie i Allois natychmiast się na nią rzucili, zanim zdążyła roztoczyć swoją mgłę, ale to Aiiry pierwszy ją trafił. Huk pistoletu ogłuszył wszystkich. Inferka cofnęła się błyskawicznie, jednak złoty nabój i tak ją drasnął, zostawiając tuż pod okiem czerwoną krechę. Z jej gardła wydobył się wściekły warkot. Momentalnie skoncentrowała swój wzrok na Aiirym, który już szykował się do oddania kolejnego strzału.

W całej sali rozpętał się chaos, kiedy każdy zaczął walczyć z każdym. Queelo cofnął się szybko pod jakąś ścianę, nie mając bladego pojęcia, co robić. Nie miał przy sobie pistoletu, a nawet gdyby miał, przecież mógłby zrobić komuś krzywdę. Ihoo w końcu strąciła z siebie inferkę, ale jeszcze zanim zdążyła wyciągnąć bicz, zaatakował ją ktoś inny i znów musiała się bronić.

Lodowa fala przeszła przez pomieszczenie. Jedne z drzwi otworzyły się, a do środka wpadł kolejny infer, sprowadzając razem ze sobą chłód. Wyglądał jak zupełnie przeciętny człowiek, może poza tym, że wokół jego ciała zbierała się chłodna mgiełka i tańczyły kryształki lodu, a jedna z jego rąk usłana była białymi znakami, jakby pękała mu skóra. Queelo domyślił się, że jest to Abbiro, jeszcze zanim infer jednym krokiem przemienił całą podłogę w lód, czyniąc ją jeszcze bardziej śliską.

Lód nie przesuwał się specjalnie szybko, więc Queelo zdążył stanąć na równe nogi, zanim go przymroziło, ale nie miał takiego wyczucia, żeby podskoczyć w odpowiednim momencie i jego buty utknęły. Nie on jeden miał taki problem. Ihoo udało się tylko z jedną nogą, druga została na ziemi i natychmiast do niej przymarzła. Mimo to udało jej się jeszcze kopnąć inferkę, z którą walczyła, i przewrócić na podłogę, tak, że tej przymarzły skrzydła. Nie męczyła się z tym jednak długo, bo, jak domyślił się Queelo, miała jakiś związek z ogniem. Lód wokół niej się stopił i stanęła z powrotem na równe nogi. Nagle wokół zapanował spokój.

Queelo rozejrzał się i z przerażeniem zauważył, że nie pozostał już chyba nikt, kto dałby radę walczyć. Feiily i Ooya stały wewnątrz magicznej tarczy i nawet jeśli ich stopy nie zostały zamrożone, to sama tarcza i owszem, więżąc je w środku. Próbowały się przez nią przebić, jednak wyraźnie brakowało im na to siły. Aiiry leżał nieprzytomny niedaleko nich, a nad nim stała wilcza inferka, nieco poturbowana, ale z mściwym wyrazem twarzy. Mgła wciąż niemrawo tańczyła wokół niej. Mikky i Maato zamarły ramię w ramię przy ścianie, gdzie, jak zauważył Queelo, również wspiął się lód. Obie miały po jednej wolnej ręce, jednak, nie mogąc się ruszyć, niewiele mogły zrobić. Jedna ze złotych szpil przeleciała po lodzie niemal całą szerokość pokoju i obiła się o but Queelo. Noże Mikky były porozrzucane wszędzie. Allois nie zdążył się podnieść na czas i teraz już w ogóle nie mógł tego zrobić. Całe jego nogi oraz ręce aż do ramion zostały zamrożone.

Wcale nie zaskakująco, jedyną osobą, która jakoś sobie dała radę, był Nassie. Nic mu się nie stało, tylko jakiś kawałek lodu przyczepił się do jego idiotycznego swetra. To, że nie umiał jeździć na lodzie, było już zupełnie inną kwestią. Przeszedł kilka kroków i natychmiast wywalił się na twarz. Najlepszy wojownik w całej twierdzy. Przynajmniej nadal trzymał swój miecz.

Drzwi jadalni otworzyły się.

— Przeklęci ludzie — syknął król, wkraczając do środka i jakimś cudem zwijając skrzydła tak, że dał radę przecisnąć się przez drzwi. Tzziro wszedł zaraz za nim. — Zawsze tylko wprowadzają zamieszanie! Więc? — Odwrócił się do swojego pomocnika. — Które z nich?

Tzziro nie podszedł do nikogo, tylko wskazał głową. Najwyraźniej on też nie umiał chodzić po lodzie, bo został na bezpiecznym terenie. Król, ze swoimi gadzimi łapami zamiast stóp nie miał jednak z tym żadnego problemu i szedł, jakby to był zwyczajny grunt. Ihoo próbowała wolną nogą sięgnąć jakiejkolwiek broni w pobliżu, więc dopiero w ostatniej chwili zorientowała się, że infer zmierza w jej stronę. Zrobiła zamach pięścią, ale Kirrho nie miał żadnego problemu z jej zatrzymaniem.

Ihoo wyraźnie chciała walczyć dalej, ale kiedy tylko spojrzała w oczy królowi, zamarła. Najwyraźniej trzecie oko było paraliżujące nawet dla złotookich. Przynajmniej w tym Queelo nie był od nich gorszy.

Spojrzał na swoje stopy. Buty co prawda były uwięzione w lodzie, ale to przecież nie oznaczało, że nie mógł zrobić niczego. Usiadł ciężko i, próbując ignorować mróz przechodzący przez jego ciało, rozpoczął uwalnianie się. To nie było aż takie łatwe, jak na początku mu się wydawało, ale nie było też niemożliwe i po chwili, z wielkim bólem, uwolnił pierwszą stopę. Jakimś cudem i skarpetka przymarzła. Nie uśmiechał mu się pomysł chodzenia na boso po lodzie, ale było to lepsze od niechodzenia w ogóle. Zabrał się za drugą nogę.

— A więc to ty — odezwał się król w stronę Ihoo, a jego oczy błysnęły. — Po tylu latach. W końcu będę mógł…

Urwał, a na jego twarzy nagle pojawiło się zdziwienie. To wyrwało Ihoo z transu i kopnęła go z całej siły prosto w brzuch. Nawet nie spróbował tego uniknąć! Najwyraźniej był zbyt zszokowany tym, co odkrył, że po prostu dał się trafić i przeleciał kilka metrów, zanim wyhamował skrzydłami. Wszystkie infery skierowały swoje wściekłe spojrzenia na Ihoo, gotowe się na nią rzucić, ale Kirrho uniósł dłoń, powstrzymując je od tego.

— Jesteś człowiekiem — powiedział z niedowierzaniem, wpatrując się w Ihoo.

— Pewnie, że jestem! — zezłościła się. Udało jej się przysunąć jeden z noży Mikky. Podbiła go stopą, złapała go i cisnęła nim w stronę infera. Tego już uniknął. — Czym niby innym miałabym być?! Ty przeklęty…

— Nie, nie, nie — przerwał jej natychmiast król. — To niemożliwe. Coś jest nie tak.

Queelo udało się wydostać drugą stopę. Spróbował jakoś się podnieść na równe nogi, ale nie było to aż takie łatwe. Prześlizgnął się więc pod jedne z drzwi i, łapiąc się klamki, udało mu się wstać. Drzwi nie otworzyły się. Wszystkie, za wyjątkiem tych prowadzących do jadalni, również zostały zamrożone. Ciekawe czy była to część planu, czy po prostu infer nie umiał aż tak dobrze panować nad lodem.

Nassie za to odkrył, że może się podtrzymywać na mieczu, więc zaczął go używać jak jakiejś laski do przesuwania się po lodzie. Wyglądało to komicznie, ale działało.

Król odwrócił swoje spojrzenie w stronę Queelo. Ten szybko złapał pierwszą broń z ziemi, jaką znalazł w pobliżu, a była to akurat złota szpila. Dłoń bolała go niemiłosiernie, odczuwał przeszywający chłód na bosych stopach, ale też i na plecach. Pomimo grubego swetra, jakimś cudem czuł lodowate drzwi, o które opierał się, żeby nie upaść z powrotem na ziemię. A do tego był jeszcze ten przerażający wzrok. Gdy tylko infer zaczął się do niego zbliżać, Queelo wyciągnął przed siebie marną broń, w którą się wyposażył, jakby taka igła była w stanie cokolwiek zrobić.

Po chwili jednak między ich dwójkę wjechał Nassie i nawet jakimś cudem udało mu się zatrzymać. Skądś wytrzasnął drugi miecz — po chwili Queelo zorientował się, że musiał ukraść go Alloisowi — i wycelował nim w stronę infera, wciąż podpierając się swoim.

— Hej, hej! Ale zwyczajnych ludzi to zostaw w spokoju! — odezwał się z oburzeniem. — Jak już chcesz kogoś nękać, to może kogoś na podobnym poziomie!

Król spojrzał na niego bez emocji.

— Zejdź mi z drogi.

— Moim zadaniem jest bronienie ludzi.

— A więc to nie twoja sprawa, bo to nie jest człowiek. Odsuń się.

Zapadła cisza, a wszyscy skierowali swoje spojrzenia w stronę Queelo, który nadal stał pod ścianą jak sparaliżowany i cały się trząsł. Dłoń paliła go coraz bardziej. Nassie spojrzał na niego przez ramię, marszcząc przy tym brwi, po czym, niespodziewanie, wybuchnął śmiechem.

— Do-dobry żart — powiedział, próbując powstrzymać rechot. — Hej, nie wiedziałem, że infery też mają poczucie humoru!

Nadal nie schodził z drogi. Tzziro syknął w jego stronę i zaatakował, najwyraźniej zirytowany. Nassie podniósł oba miecze, krzyżując je ze sobą i odpierając atak, po czym machnął na infera, zmuszając go do odwrotu. Przesunął się tylko kawałek po lodzie i nawet nie przewrócił.

— Nie wtrącaj nam się do rozmowy! — krzyknął w stronę Tzziro. — A ty — odwrócił się z powrotem do króla — zostaw moich przyjaciół w spokoju, albo powieszę sobie twoje skrzydła w salonie jako ozdobę.

— To nie jest twoja sprawa.

— Ani tym bardziej twoja!

— Zejdź. Mi. Z drogi.

Palce paliły go już tak, że nie był w stanie dłużej utrzymać niczego. Szpila wypadła mu z palców i zadzwoniła o podłogę. Queelo złapał się za nadgarstek i spojrzał na dłoń, ale przez rękawiczkę nie widział absolutnie niczego. Nie została ani trochę naruszona.

Król przestał udawać, że Nassiego nie da się po prostu ominąć. Zwinął swoje skrzydła i kilkoma krokami przemknął obok wojownika, tak, że ten nawet nie zdążył się na niego zamachnąć. Queelo chciał się odsunąć, ale nie było gdzie. Infer znalazł się tuż przed nim.

— Odwal się od niego! — krzyknęła Ihoo ze złością, próbując zrobić ten sam trik, co jej brat, ale najwyraźniej buty pasujące do złotych mundurów schodziły ze stóp trudniej, niż takie zupełnie zwykłe. — Przeklęty lód! Ty tchórzu…

Nagle jej głos przestał docierać do uszu Queelo, mimo że wyraźnie wciąż ruszała ustami. Mgła rozlała się po sali, co prawda przysłaniając tylko nogi, ale Queelo domyślił się, że to ona w jakiś sposób zagłuszyła wszystkich. Chciał się rozejrzeć w poszukiwaniu inferki, ale czarne skrzydło zasłoniło mu pomieszczenie. Król złapał go za rękę i przysunął sobie dłoń niemal pod samą twarz, przyglądając się jej, jakby była czymś niezwykłym.

— Biedne stworzenie — mruknął, wpatrując się w materiał, jakby mógł przez niego cokolwiek zobaczyć. — Chyba możemy to jakoś naprawić.

Zaczął ściągać rękawiczkę. Queelo ocknął się z tego dziwnego transu, przez który nie mógł się ruszyć, i wyrwał rękę. Ruch był tak gwałtowny, że stracił równowagę i przewrócił się na podłogę, lądując we mgle. Nie miał bladego pojęcia, gdzie co jest, ale i tak zaczął się czołgać w jakąkolwiek stronę, żeby uciec jak najdalej.

Ktoś złapał go za sweter i podciągnął do pozycji stojącej. Queelo już chciał zacząć się wyrywać, myśląc, że to kolejny infer, ale wtedy zobaczył ten idiotyczny biały sweter, który zawsze nosił Nassie.

— Nie przewróć się znowu — powiedział wojownik, puszczając go. — Doprawdy, same z tobą problemy. Powinieneś trochę uważać i…

Urwał, a jego wzrok spoczął na dłoni Queelo. Ten uniósł ją nieco wyżej, żeby sprawdzić, o co chodzi i sam zamarł z przerażenia. Jego rękawiczka gdzieś zniknęła. Król musiał ją ściągnąć w momencie, kiedy Queelo się wyszarpnął. Nawet tego nie poczuł! Na wewnętrznej stronie dłoni widniały czerwone poparzenia, ale to nie one były najgorsze. Od całkowicie białych palców, po całej dłoni, niczym błyskawice po niebie, rozchodziły się białe znaki.

Queelo szybko ukrył dłoń w drugiej, starając się jakoś to zasłonić, ale na to było już za późno. Nassie patrzył na niego dziwnie i trudno było odczytać cokolwiek z jego twarzy. Na chwilę nawet odebrało mu mowę. Queelo szybko cofnął się, jakimś cudem się nie przewracając. Serce waliło mu coraz szybciej, a wszystkie zmysły wręcz krzyczały, że powinien uciekać.

— Queelo… — Nassie zrobił krok w jego stronę, ale wtedy Queelo znów się cofnął.

Rozejrzał się szybko, w poszukiwaniu jakiejkolwiek drogi ucieczki. Wszystkie drzwi były zablokowane, nawet tych do jadalni ktoś pilnował. Ale za to, wysoko pod sufitem, gdzie lód już nie sięgnął, były jakieś okna. Nie wyglądały na mocno wielkie, jednak na tyle, że człowiek zdołałby się przecisnąć.

Król obrócił się w jego stronę. Z jego twarzy też niewiele dało się odczytać. A może to Queelo po prostu nie umiał odczytywać emocji.

— Nie… nie zbliżajcie się — wydusił z siebie, znów się cofając i ślizgając po lodzie. — Ja… nie… nie… nie podchodźcie bliżej!

Nassie posłuchał i wciąż stał w tym samym miejscu, z nieodgadnioną miną. Kirrho jednak, jako król, nie zamierzał słuchać się cudzych rozkazów i zaczął zmierzać w stronę Queelo. Ten szybko zaczął się wycofywać, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie w ten sposób uciec. Znalazł się w potrzasku.

Nie umiał latać. Naprawdę nie umiał latać, nigdy nie miał okazji się tego nauczyć. Nigdy nie chciał się tego uczyć. Zmiana swojej formy bolała, tak bardzo bolała, jakby ktoś rozrywał ciało na kawałeczki i nie chciał już nigdy więcej w swoim życiu tego doświadczać. Ale czy w takiej sytuacji miał jakikolwiek inny wybór?

Kątem oka spojrzał na Nassiego, wciąż stojącego w miejscu. W końcu udało mu się cokolwiek odczytać z jego twarzy, a była to złość.

Co za różnica? Jego życie i tak właśnie się kończyło.

Ból rozlał się po całym jego ciele, aż ugryzł się w język, żeby nie krzyknąć. Jego palce zamieniły się w przerażające, długie pazury, stopy stały się jakieś zdecydowanie stabilniejsze, a z pleców, rozrywając gruby sweter, wystrzeliły białe, poszarpane skrzydła. Nie były one tak ogromne jak te, które nosili Kirhho czy Tzziro, ale nadal zauważalne. Widząc zbliżające się niebezpieczeństwo, zamachał nimi rozpaczliwie, usiłując się unieść.

Jego nogi co prawda oderwały się od ziemi, ale zamiast polecieć prosto w górę, jak się spodziewał, wykonał jakiś dziwny piruet w powietrzu. Latanie nie było aż takie proste! Przynajmniej uciekł z zasięgu króla, który zatrzymał się, zdumiony. Machał skrzydłami, rozpaczliwie próbując cokolwiek zrobić. Ogon. Podobno ogona się używało do sterowania? Tylko jak?!

— Czekaj!

Coś złapało go za nogę i wyhamowało jego lot. Chciał przestać machać skrzydłami, ale szybko uzmysłowił sobie, że wtedy upadnie twarzą na ziemię. Spojrzał przez ramię. Nassie trzymał go za kostkę.

To go jeszcze bardziej przeraziło. Nie zamierzał wracać do miasta, do tego przerażającego laboratorium, w którym zapewne by wylądował, nie zmuszą go! Zamachał skrzydłami jeszcze mocniej, czując, jak płoną mu wszystkie mięśnie, ale jakimś cudem wyrwał się i wzniósł wyżej. Całe jego ciało było ciężkie, a on sam zmęczony i głodny, jednak znalazł jakąś siłę, żeby polecieć pod sam sufit.

Szkło w oknach może i było grube, jednak to nie stanowiło żadnego wyzwania dla jego pazurów. Wystarczyło jedno uderzenie, żeby rozpadło się na kawałki, dokładnie tak, jak się spodziewał. Przeleciał przez rozbitą szybę, słysząc za sobą wściekłe krzyki inferów, i wypadł na lodowaty wieczór. Chłodny wiatr smagał tysiące dachów przerażającego zamku pod nim.

Nie oglądał się za siebie. Pomknął w którąkolwiek stronę, po prostu chcąc uciec jak najdalej. Jego skrzydła były ciężkie, ba, całe jego ciało było ciężkie, jakby nie był tylko jedną osobą, a przynajmniej dwiema, może nawet trzema. Zamachał mocniej. Byle się znaleźć jak najdalej. Żeby tylko uciec.

Nie wiedział, jak daleko doleciał, kiedy jego powieki zaczęły robić się ciężkie. W dole widział tylko rzędy ponurych, bezlistnych drzew, które wyglądały jak martwe. Nigdzie żadnego miejsca do wylądowania. O ile w ogóle umiałby wylądować.

Nie miał na to siły. Na nic już nie miał siły. Był wykończony wszystkim. Przymknął oczy tylko na chwilę, tylko na krótką chwilę. Wśród świszczącego wiatru słyszał coś, co przypominało mu ludzki głos, ale nie chciał się w niego wsłuchiwać. Chciał spokoju.

Nie był w stanie dłużej wytrzymać. Wszystkie jego myśli odleciały, a on sam spadł, nie martwiąc się już o nic.


Rozdział XXIII

I ani dnia więcej

Był tak bardzo zmęczony, a każdy mięsień w jego ciele płonął bólem. Dlaczego to wszystko nie mogło się po prostu skończyć? Leżał skulony w ciemności, mając nadzieję, że w końcu nadejdzie koniec. Był przytomny, ale nie mógł się poruszyć ani tym bardziej otworzyć oczu. Mógł tylko leżeć i rozmyślać jak wszystko zepsuł. Nie mógł nawet płakać.

To nie tak wszystko miało się potoczyć! Nikt miał o tym nie wiedzieć. Tyle lat utrzymywania pozorów, zachowywania się jak normalny człowiek, tyle lat starań i wszystko poszło na marne! Chciał być po prostu normalny. Chciał po prostu żyć tak normalnie, jak się dało. Dlaczego zawsze wszystko musiał psuć? Dlaczego nic mu nigdy nie wychodziło?

Nie wiedział, gdzie ani jak długo w ogóle leżał. Pamiętał jedynie, że leciał, a potem zupełną pustkę, aż do momentu, kiedy obudził się w mroku, nie mogąc zrobić absolutnie nic. Nie wiedział, gdzie jest, nie miał pojęcia, która jest godzina ani co się wokół niego dzieje. Miał tylko nadzieję, że udało mu się odlecieć gdzieś bardzo daleko, gdzie nikt go nie znajdzie.

Powoli pozostałe zmysły zaczęły do niego powracać. Przytłumiony świst wiatru docierał do jego uszu, zupełnie jakby dochodził z zewnątrz, a on sam leżał w jakimś pomieszczeniu. Nie mógł sam tu wylądować, nie było takiej fizycznej możliwości. Coś było nie tak. Z bliższej odległości dochodził trzask ognia i coś jakby… przez chwilę nie umiał tego określić. Nucenie?

Otworzył oczy i podniósł się szybko do pozycji siedzącej. Całe jego ciało zapłonęło od tego ruchu i natychmiast tego pożałował.

— Nie! — krzyknął ktoś natychmiast. — Nie ruszaj się, tylko się bardziej pokaleczysz!

Queelo obrócił głowę, pomimo tego, że doskonale rozpoznał ten głos. Nassie przeskoczył przez całą długość jaskini i natychmiast znalazł się obok niego.

— Co…?

— Spadłeś i się połamałeś — wyjaśnił szybko Nassie, zmuszając go, żeby z powrotem się położył, po czym zaczął sprawdzać bandaże. — Strasznie trudno jest cię poskładać.

— Co ty tu robisz?

Nassie spojrzał na niego ze zdziwieniem, jakby nie zrozumiał pytania.

— Przyleciałem tu… razem z tobą? Wiesz, jak ciężko jest się trzymać kogoś za nogę, kiedy ten ktoś leci i nie spaść? Umieranie od upadku nie jest fajne.

Queelo zamrugał. A więc to dlatego czuł się, jakby niósł ciężar dwóch osób. Nie dlatego, że był zmęczony, po prostu faktycznie ciągnął ze sobą kogoś jeszcze. Jak mógł tego nie zauważyć? Jakim cudem w ogóle coś takiego mu się udało? Głowa zaczęła go boleć od tego myślenia. Znów chciał się podnieść, ale wtedy natrafił na wściekłe spojrzenie Nassiego, który przytrzymał go za ramię.

— Nie po to cię składałem — oznajmił ze złością — żebyś teraz znów się połamał. Trochę szacunku do mojej pracy!

Jego mina była poważna. Przytrzymał Queelo jeszcze przez chwilę, a kiedy już upewnił się, że ten nie ruszy się, dopiero wtedy go puścił. Queelo obserwował go uważnie, gdy Nassie usiadł przy ognisku i zaczął dźgać ogień patykiem. Zachowywał się tak… normalnie. Jakby nic wielkiego się nie stało.

— Dlaczego…? — wydusił Queelo. Nassie spojrzał na niego, unosząc brwi. Chyba nie zrozumiał pytania. Queelo więc zmusił się, żeby wypowiedzieć całe zdanie. — Dlaczego mi pomagasz?

Na twarzy Nassiego pojawiła się jeszcze większa konsternacja. Rozejrzał się, zupełnie jakby Queelo mógł kierować to pytanie do kogoś innego, a kiedy nie znalazł nikogo, spojrzał znów na niego.

— No… jesteśmy przyjaciółmi? — powiedział tonem, jakby sam nie był tego pewien. Podrapał się po głowie. — Jesteśmy, no nie? Przyjaciele sobie pomagają.

Uśmiechnął się nieśmiało, zupełnie jak nie on. Chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale przerwało mu miauczenie. W wejściu jaskini pojawił się Wąs, nie przestając hałasować. Nassie natychmiast wstał i podbiegł do niego. Kot wspiął się na jego ramię i miauknął mu prosto w ucho. Nassie podrapał go po głowie.

— Dobra robota — mruknął, podchodząc do wyjścia jaskini i wyglądając na zewnątrz. — Jeszcze tylko trzeba poczekać na Echo. Powinna zaraz być.

Wąs miauknął jeszcze raz i zeskoczył na ziemię. Podszedł do ogniska i trącił je łapą, jakby chciał sprawdzić, czy ogień jest wystarczająco gorący, po czym zwinął się w kulkę i poszedł spać. Nassie jeszcze chwilę stał w wejściu, obserwując uważnie otoczenie. Chyba nie znalazł niczego wyjątkowego, bo wrócił się i usiadł obok swojego zwierzaka.

— Okolica nie jest zbyt przyjazna — wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie Queelo. — Wysłałem je na zwiady, żeby sprawdziły, czy coś niebezpiecznego nie ma przypadkiem w pobliżu gniazda. Wtedy mielibyśmy pecha. Ale jak na razie nie ma się czym martwić. Nadal marnie wyglądasz — dodał, przechylając głowę. — Powinieneś coś zjeść.

— Nie jestem głodny — powiedział odruchowo Queelo, ale wtedy odezwał się jego żołądek. Nassie spojrzał na niego z politowaniem.

— Nie umiesz kłamać. Poza tym potrzebujesz się zregenerować, nie? To tym bardziej powinieneś coś zjeść. Czekaj, czekaj, nie wstawaj znów tak szybko, jeszcze coś sobie zrobisz! Pomogę ci!

Zanim Queelo zaprotestował, Nassie już znalazł się obok niego i powoli pomógł mu się podnieść do pozycji siedzącej. Tym razem nie zabolało to aż tak, co nie oznaczało, że nie zabolało w ogóle. Skrzywił się. Naprawdę dziwnie było mieć skrzydła. Nie mógł tego nazwać przyjemnym uczuciem, ale mocno koszmarnym także nie. Po prostu był to dodatkowy ciężar, który w tamtym momencie nie sprzyjał jego plecom. Poza tym jedno z jego skrzydeł było zdecydowanie cięższe niż powinno. Obrócił głowę i uniósł je lekko, żeby się mu przyjrzeć. Było owinięte nieco zakrwawionym bandażem.

— Wpadłeś w drzewo — wyjaśnił Nassie, masując się po karku. — Miałeś szczęście, nadziałeś się tylko skrzydłem, reszta to raczej małe zadrapania. Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, że infery można tak łatwo zranić.

Queelo wciąż przyglądał się skrzydłu.

— Ja też nie — przyznał po chwili milczenia. W końcu je opuścił i ułożył na ziemi.

Zapanowała niezręczna cisza. Queelo rozejrzał się szybko i niedaleko znalazł swoją torbę. Jej pasek był rozerwany, ale cała reszta wyglądała na nienaruszoną. Przysunął ją do siebie i sprawdził zawartość. Na całe szczęście nic z niej nie ubyło. Jego dziennik wciąż tam leżał. Spod niego wychynęły też resztki marynarki Nassiego. Ominął je wzrokiem i sięgnął po złoto. Nie miał go za wiele, ale powinno mu na jakiś czas wystarczyć.

Odgryzł kawałek, czując dziwne dzwonienie w zębach. Tak jak się spodziewał, nie miało absolutnie żadnego smaku. Sam nie wiedział, dlaczego oczekiwał czegokolwiek innego. Wziął kolejny gryz, zanim jeszcze połknął poprzedni, a wtedy jego wzrok trafił na Nassiego. Wojownik przyglądał mu się uważnie.

— Co? — zapytał, szybko przełknąwszy wszystko. — Czemu się tak patrzysz?

— Co? — Nassie dopiero po chwili wyrwał się z transu, po czym szybko odwrócił głowę. — Ja… nic. Nic! Po prostu się zamyśliłem! Nieważne!

Queelo uniósł brwi w zdziwieniu. Zupełnie tego nie rozumiał, ale nie chciało mu się nad tym jakoś dłużej zastanawiać. Wąs podniósł się i przysunął trochę bliżej. Najwyraźniej też był głodny. Queelo wcale mu się nie dziwił. Rzucił mu jedną z grudek, a kot zamiauczał w podzięce i również zabrał się za jedzenie. Przynajmniej jednemu z nich smakowało. Queelo czuł się, jakby zjadał kamienie, co w sumie nie było mocno dalekie od prawdy.

— Może chcesz do tego wody? — zapytał nagle Nassie, najwyraźniej widząc, jak jego kolega się krzywi. — Widziałem gdzieś w pobliżu jezioro. Mogę spróbować trochę przynieść.

Queelo spojrzał na niego dziwnie.

— Dlaczego taki jesteś?

— Co? — Nassie zamrugał ze zdziwieniem. — Jaki? Coś ze mną nie tak?

— Zawsze zachowujesz się, jakby się nic nie stało! Niezależnie od sytuacji!

— Ale… co się teraz takiego stało? — Nassie zmarszczył brwi, zupełnie nie rozumiejąc sytuacji. Rozejrzał się po jaskini. — Przecież nic się nie dzieje. Wszystko jest w porządku. Na pewno dobrze się czujesz?

— Nie, nie czuję się dobrze! Mam dziurę w skrzydle! Ba, mam w ogóle skrzydła, zauważyłeś? Bo jestem inferem! Na to powinieneś jakoś zareagować! Przecież mógłbym cię zabić!

— Hm. — Nassie przechylił głowę. — Nie, nie sądzę.

— Jak to nie?! Oczywiście, że bym mógł!

— Nie wątpię, że te twoje pazury są ostre — mruknął Nassie, nieco rozbawiony. — Absolutnie wierzę w to, że mógłbyś nimi komuś zrobić krzywdę. Ale nie sądzę, żebyś kiedykolwiek zamierzał.

— Uważasz mnie za tchórza?!

— Uważam, że jesteś dobrą osobą, która nigdy by nie chciała nikogo skrzywdzić — powiedział Nassie całkiem spokojnie. I chyba nawet całkiem szczerze.

Queelo nie miał pojęcia, co w ogóle mógłby odpowiedzieć na coś takiego. Czując, że jego twarz zaczyna robić się czerwona, szybko odwrócił głowę i spojrzał gdzieś w bok.

— Bo ty przecież się tak dobrze na wszystkim znasz — mruknął pod nosem. Podciągnął nogę pod brodę i objął ją rękoma. — Pan idealny. Ał!

Zapomniał, że jego palce zmieniły się w pazury i sam się jednym ukuł. Nie pozostał po tym żaden ślad, ale nadal go bolało. Nassie natychmiast przysunął się bliżej, tak blisko, że Queelo miał ochotę go odepchnąć. Bał się jednak, że mógłby go przypadkiem skaleczyć jednym z pazurów, skoro nawet siebie potrafił dźgnąć, nie zrobił więc nic. Nie oznaczało to jednak, że nagle zaczęło mu to pasować.

— Nic mi nie jest — burknął, kiedy Nassie zaczął sprawdzać najpierw jego nogę, a później rękę.

— Jakby ci nic nie było, to byłbyś bardziej ponury — zauważył spokojnie Nassie, teraz przyglądając się jego dłoni. Poparzenie wciąż na niej było i dopiero teraz Queelo zdał sobie sprawę, że w ogóle go nie czuje. — Zawsze im lepiej się czujesz, tym więcej narzekasz i tym bardziej starasz się nie okazywać emocji na twarzy. Teraz wyraźnie widać, że jesteś zły.

Queelo zamrugał. Naprawdę tak robił? Nikt mu nigdy o tym nie powiedział. Nie po to uczył się ukrywać swoje emocje, żeby teraz ktoś miał je tak po prostu odczytywać. Spróbował coś z tym zrobić, ale chyba nie za bardzo mu wyszło, bo kiedy tylko Nassie spojrzał na jego minę, wybuchnął śmiechem.

— Bardzo zabawne — mruknął, wyrywając rękę.

— A żebyś wiedział! Szkoda, że nie możesz się zobaczyć! — Nassie zaśmiał się jeszcze głośniej. — Taka mina mogłaby kogoś nieźle wystraszyć! Lepiej tego nie powtarzaj w towarzystwie.

— Towarzystwie? Nigdzie się nie wybieram.

— Przecież nie teraz.

— Nigdy.

Uśmiech w końcu zszedł z jego twarzy. Dopiero wtedy zaczął wyglądać na przejętego sytuacją. Przez chwilę rozglądał się niepewnie, szukając jakichś słów. Queelo po prostu odwrócił wzrok i zaczął przyglądać się stropowi jaskini, jakby było w nim coś niezmiernie ciekawego. Nie było nic, nawet świetlików, po prostu czarna plama. To samo zresztą, kiedy patrzył na ściany. Nie zamierzał jednak z tego powodu się poddawać.

— A-ale… — Pomimo tego, że się odezwał, Nassie wciąż nie umiał znaleźć słów. — Co… jak to? Przecież… ja… dlaczego?

Queelo wciąż na niego nie patrzył. Nie zamierzał też odpowiadać.

— Dlaczego? — powtórzył się Nassie po chwili milczenia. — Wiem, że zawsze powtarzasz, jak wszystkiego nienawidzisz, ale myślałem… ale… przecież…

— Jaki dzisiaj mamy dzień? — zapytał, zupełnie ignorując wszystko, co wojownik powiedział.

— Przecież musiały być jakieś rzeczy, które cię nie irytowały! Nie możesz tak po prostu odciąć się od społeczeństwa, to niezdrowe! Nawet infery potrzebują jakiegoś towarzystwa!

— Wystarczy mi dzień tygodnia, nie musisz podawać dokładniej daty, sam ją policzę.

— Przecież nie znajdę drugiej takiej osoby jak ty!

— To sobie załatw jakiegoś debila do pomocy. I tak równie dobrze mógłbyś rozwiązywać wszystkie sprawy sam, co ci za różnica. Poza tym już widzę, jak pozwoliliby mi zostać w pracy. Wywaliliby mnie na zbity pysk — mruknął, brzmiąc coraz bardziej ponuro. — O ile tylko to… nie dam się zamknąć!

— Zamknąć?

— Jaki dzisiaj jest dzień?

— Queelo… przecież nikt by cię nigdzie nie zamknął. Co ci w ogóle przyszło do głowy?

— Muszę wiedzieć, jaki jest dzień.

— Nie mam pojęcia. Nigdy nie sprawdzałem na tyle maniakalnie dni, żeby wiedzieć, co dzisiaj jest. Zwłaszcza kiedy jestem na wyprawie, gdzie każdy dzień jest taki sam. To jakieś bardzo ważne?

To pytanie Queelo również postanowił zignorować. Sięgnął do torby i wyjął jeszcze trochę złota. Liczył, że jeśli zje go wystarczająco dużo, to ta głupia rana na jego skrzydle się zagoi i będzie mógł uciec jeszcze dalej. Z dala od wszystkiego, gdzie już nikt go nie znajdzie. Tak będzie najlepiej dla wszystkich.

Echo wpadła do jaskini, również miaucząc, równie zawzięcie co wcześniej Wąs. Nassie nijak na to nie zareagował, więc chyba oznaczało to, że w pobliżu nie ma żadnego zagrożenia. Kotka ukradła resztki złota, którego nie dojadł jej kolega, i sama zaczęła jeść, mrucząc przy tym radośnie.

— Dlaczego nie chcesz ze mną porozmawiać? — nie dawał za wygraną Nassie. — Przecież widzę, że coś jest nie tak. Daj sobie pomóc.

Queelo milczał. Odgryzł kolejny kawałek złota i natychmiast tego pożałował. Nigdy wcześniej nie próbował zjeść aż tyle naraz, nie potrzebował tego wcześniej. W końcu zdał sobie sprawę, dlaczego zawsze wydawało mu się, że to był zły pomysł. Cały jego organizm natychmiast zaprotestował. Queelo szybko odłożył złoto na ziemię i starał się wyglądać, jakby nic mu nie było. Z trudem przełknął wszystko. Nassie podniósł się.

— To może ja faktycznie przyniosę tę wodę — powiedział szybko i wyszedł, zanim Queelo mógłby zdążyć go zatrzymać. Nie żeby zamierzał to zrobić.

Kiedy zniknął, zapanowała dziwna cisza. W końcu nikt nic nie mówił. Echo skończyła jeść i wspięła się na jego nogę. Odruchowo podrapał kotkę po głowie, a ta zwinęła się i zasnęła tak, że gdyby tylko się ruszył, od razu by ją obudził. Wąs przysunął się od drugiego jego boku i spojrzał na niego wielkimi oczami, jakby chciał coś powiedzieć w ten sposób.

— Ty też? — zapytał Queelo z niechęcią. — Nie patrz się tak! Nie muszę się nikomu tłumaczyć z moich decyzji, jasne?

Wzrok kota jakby nabrał na sile, a z jego gardła wydobył się cichy syk. Queelo zmrużył oczy.

— Chcesz rzucić mi wyzwanie?

Głośniejszy syk. Queelo przewrócił oczami, po czym warknął na kota, próbując go naśladować. Nie spodziewał się, że to cokolwiek da, ale kot położył po sobie uszy i cofnął się o krok. Echo podniosła swój łepek i spojrzała na niego dziwnie, aż zrobiło mu się głupio. Chciał zacząć przepraszać Wąsa, ale ten wycofał się z jego zasięgu i zaszył gdzieś w kącie, patrząc na niego oskarżycielsko i z pewnym strachem. Chciał sięgnąć po swój notes, ale zdał sobie sprawę, że nie ma nic ciekawego do zapisania. Poza tym w swoim obecnym stanie pewnie nawet nie byłby w stanie poprawnie trzymać długopisu, a co dopiero zostawić nim jakiś czytelny znak na kartce.

Uniósł dłonie do twarzy i zaczął im się przyglądać. Czuł się dziwnie bez rękawiczek, jakby ktoś zabrał mu naprawdę ważną część ubrania. Nie lubił patrzeć na te białe znaki ciągnące się po jego skórze. Wyglądały paskudnie i to wcale nie tylko dlatego, że wyraźnie pokazywały wszystkim, iż jest inferem. Po prostu nie były estetyczne. Nie podobały mu się. Poza tym nie mógł znieść myśli, że dotyka czegokolwiek gołymi rękoma w zupełnie obcym miejscu, gdzie wszędzie wokół był brud.

Chwilę później wrócił Nassie, niosąc w dłoniach wielki, zakrzywiony liść. Przynajmniej nie można mu było odmówić pomysłowości. Gdzie on go mógł znaleźć, to była już zupełnie inna sprawa. Podał liść Queelo, a ten powąchał podejrzliwie wodę, która go wypełniała. Pachniała zupełnie jak nic, co chyba było dobrym znakiem. Wziął łyka. Smaku również nie miała. Wypił jej trochę, oczekując, że może jakoś mu to pomoże, ale nie poczuł żadnych efektów. Chciał oddać resztę Nassiemu, ale ten pokręcił głową.

— Ja już się napiłem. To dla ciebie.

Queelo odłożył więc liść gdzieś na bok. Wąs wciąż patrzył na niego nieufnie, ale mimo to zbliżył się i zajrzał do środka, po czym poczęstował się wodą. Nassie wpatrywał się w niego uważnie, jakby oczekiwał jakichś efektów.

— Dosypałeś czegoś do tej wody?

— Nie? Dlaczego miałbym?

— Przyglądasz mi się.

— Czekam, aż będziesz gotowy, żeby porozmawiać.

Queelo drgnęła powieka.

— Nie zamierzam rozmawiać.

— A powinieneś — odpowiedział Nassie przemądrzałym tonem. — Duszenie wszystkiego w sobie nigdy nie jest dobre. Jeśli nie chcesz się wygadać mnie, to mógłbyś na przykład powiedzieć wszystko Wąsowi. Albo Echo. Komukolwiek.

— Nie umawiałem się na wizytę do psychologa — zezłościł się Queelo. — Dlaczego nie możesz mnie po prostu zostawić w spokoju?! Dlaczego nie możesz się wystraszyć, jak zrobiłby to każdy normalny człowiek?! Przez sześć lat myślałeś, że jestem człowiekiem, to chyba wystarczająco dużo, żeby uciec?!

— Taaak, no właśnie, myślałem — mruknął Nassie, nagle odwracając wzrok. Uniósł dłoń i zaczął się bawić swoimi włosami. — Właśnie taak… widzisz, to trochę śmieszna sprawa, ale… ja… no cóż… powiedzmy, że mogłem wiedzieć trochę więcej, niż ci się wydaje.

Queelo myślał, że już nic go nie zszokuje bardziej. Najwyraźniej się pomylił.

— Co…? — wydusił z siebie ze zdumieniem. — Wiedziałeś wcześniej?! Jak?! Od kiedy?!

— Um… jakoś tak… od początku?

— Wyprawy?

— Naszej znajomości.

Nie miał bladego pojęcia, co powinien odpowiedzieć. Po prostu tam siedział w szoku, z otwartymi ustami i wpatrywał się w Nassiego, który wciąż odwracał wzrok.

— J-jak to?! Skąd?!

— No wiesz… pamiętasz, kiedy cię gonił ten wielki, ognisty infer przez połowę miasta? Zawsze lubiłem studiować zachowanie inferów, fascynowało mnie to. No i… infery polują na ludzi, bo są głodne i chcą się najeść. Jeśli nie mogą złapać jednego człowieka, to poszukają sobie innego, którego mogłyby złapać. W mieście było wtedy naprawdę dużo ludzi, których mógłby sobie zjeść zamiast ciebie, a mimo to nadal cię gonił.

— I tylko po tym zgadłeś? Żartujesz sobie ze mnie?!

— Czasem potrafiłeś przesiedzieć cały dzień w biurze — kontynuował Nassie, jakby nie usłyszał pytania. — Sprawdzałeś całymi dniami jakieś papiery i zupełnie nic nie jadłeś w trakcie. A potem zawsze, jak wychodziliśmy, a ja zapraszałem cię na jakąś kolację, to mi odpowiadałeś, że nie jesteś głodny. I mówiłeś to całkowicie szczerze.

— Bo ty przecież umiesz rozpoznawać, czy ktoś kłamie.

— Zawsze strasznie wyraźnie wyczuwałeś krew i potrafiłeś powiedzieć, czy należy do jednej, czy kilku osób. Ogólnie bardzo często wąchałeś rzeczy, jakby twój węch był jakiś lepszy, niż zwykłego człowieka.

— Ja nie…

— Poza tym wszystkie infery zawsze reagowały jakoś inaczej na twoją obecność. No i magia. Zawsze omijałeś złote bronie jak ogień i koszmarnie reagowałeś na zaklęcia. Ludzie boją się magii zwykle tylko na początku i wydaje im się, że jakoś źle na nich oddziałuje, po wielu zetknięciach im przechodzi. Tobie nigdy nie przeszło.

— Skoro jesteś taki spostrzegawczy — mruknął Queelo z pewnym niezadowoleniem — to dlaczego mnie od razu nie zabiłeś?

Nassie nagle zrobił obrażoną minę.

— Ty mnie w ogóle nie słuchasz, tak? Powtarzam przecież cały czas: jak coś mnie nie atakuje, to ja też nie atakuję. Jakoś nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek mnie zaatakował.

— Jestem absolutnie pewien, że mówiłem przynajmniej sto razy, że chcę cię zastrzelić.

— I jakoś nigdy tego nie zrobiłeś — zauważył radośnie Nassie. — Zupełnie jakbyś po prostu sobie żartował i tak naprawdę mnie lubił.

— Nie lubię cię! Po prostu nie chciałem stracić pracy! Potrzebowałem pieniędzy.

— Żeby je zjadać?

— Może. Nie twoja sprawa! Chwila moment… — Queelo urwał, kiedy nagle coś mu się przypomniało. Dlaczego właściwie odleciał. — Skoro wiedziałeś, to czemu byłeś taki zdziwiony, kiedy…

Nie dokończył, tylko uniósł rękę, jasno dając do zrozumienia, o co mu chodzi. Nassie zamrugał.

— No bo nie spodziewałem się, że twoje dłonie wyglądają tak…

— Paskudnie.

— To nie jest to słowo, które miałem na myśli. Twoje ręce są… e… bardzo ładne. Masz ładne ręce. To właśnie miałem na myśli. Tak.

Jego głos stał się jakiś dziwny, jakby wyższy. Queelo spojrzał na niego uważniej, próbując cokolwiek wyczytać z jego twarzy, ale Nassie szybko odwrócił głowę i spojrzał gdzieś zupełnie gdzie indziej. Coś było z nim nie tak. Zachowywał się zupełnie inaczej, niż zazwyczaj.

— E… a z tobą jest wszystko w porządku? — zapytał Queelo.

— Co? Ze mną? — Nassie zabrzmiał nieco histerycznie i zaczął się rozglądać, wciąż patrząc wszędzie, tylko nie na Queelo. — Oczywiście, że w porządku, dlaczego miałoby nie być?! Nic mi nie jest! Zupełnie nic! Dl-Dlaczego w ogóle pytasz? Ha. Ha. Ha. Coś tutaj gorąco czy mi się wydaje?

— Nie, jest zimno — zaprotestował Queelo.

— Ha-ha. — Nassie pociągnął za kołnierz. — To pewnie tylko mi się wydaje. Może powinienem iść się przewietrzyć. Ha.

— Um, Nassie. Wiesz, jeśli nie chcesz mnie widzieć, to nie musisz. Wyleczę sobie to skrzydło i będę znów mógł udawać człowieka. Chyba. Dawno nie próbowałem, ale jak wyszła mi zmiana w jedną stronę, to w drugą chyba też powinna.

Znów spojrzał na skrzydło, unosząc je nieco i skrzywił się. Nie, dziura nadal tam była i nadal bolała. Queelo nie miał co liczyć na błyskawiczne wyleczenie się.

— Co? — zdziwił się Nassie. — A-ale mnie to nie przeszkadza.

— Cały czas odwracasz wzrok.

— To nie dlatego! Po prostu… ja… em… trochę ciężko to wyjaśnić. Ale to tylko moja wina! — Podniósł się szybko. — Pójdę się przewietrzyć!

Znów wyszedł. Queelo uniósł brwi. Spojrzał na Echo, która w ogóle nie spała, tylko wpatrywała się w niego, potem na Wąsa, który wciąż nieufnie pił wodę. Delikatnie zdjął kotkę z nogi i ostrożnie, bardzo powoli, podniósł się na równe nogi, starając się nie podeptać też swojego ogona. Dopiero wtedy też zdał sobie sprawę, że i jego stopy zmieniły się w swego rodzaju gadzie łapy. Dokładnie tego właśnie potrzebował od życia. Westchnął smętnie. Jakby nie był już wystarczająco dziwny.

Nogi nie bolały go aż tak bardzo, by nie był w stanie się poruszać, skierował się więc w stronę wyjścia, nieco przy tym kulejąc. Nie był przyzwyczajony do takich stóp. Wyszedł na zewnątrz, mrugając. Było tam zdecydowanie jaśniej aniżeli w środku i przez chwilę światło wręcz go oślepiło. Dawno nie widział słońca.

Nassie stał niedaleko, opierając się o kamienną ścianę, i mamrotał coś do siebie pod nosem. Ze swoimi dziwnymi, inferzymi uszami, Queelo mógłby bez problemu go usłyszeć, ale nie chciał aż tak naruszać cudzej prywatności. Zamiast tego postanowił się rozejrzeć po okolicy.

W pobliżu nie znajdowało się zbyt wiele drzew, ale wyglądały ładniej niż te, które zapamiętał z lotu. Nie przypominały powyginanych, bezlistnych potworów. W ogólnie nie były drzewami liściastymi, tylko iglastymi. Kołysały się lekko na wietrze, a pośród ich gałęzi dało się usłyszeć świergoty ptaków. Cała okolica była zielona i pełna życia. Musiał przelecieć spory kawałek, zanim faktycznie spadł z nieba, bo to nie wyglądało na tereny wokół ponurego zamczyska.

Zmarszczył brwi. Miał dziwne wrażenie, że kojarzył tę okolicę i to chyba nie w ten dobry sposób. Jak mógł tak kolorowego miejsca nie kojarzyć w dobry sposób? Skąd w ogóle je kojarzył? Zrobił jeszcze kilka kroków, wchodząc między drzewa. Trawa łaskotała go w stopy. Co to było za miejsce?

— Queelo? — Nassie natychmiast znalazł się obok niego. — Powinieneś odpoczywać. Nie wiem, czy to dobry pomysł gdzieś chodzić.

Queelo zupełnie go zignorował. Przeszedł kilka kroków i zobaczył, że trawa kończy się kawałek dalej. Teren schodził nieco w dół i dopiero po chwili Queelo zorientował się, że był to jakiś niewielki krater. Skała, która go stworzyła, musiała już dawno zostać sprzątnięta, ale na jej miejscu stał niewielki, drewniany domek, wyraźnie zniszczony przez czas. Było w nim coś mocno niepokojącego. Do wyrwanych drzwi prowadziła wciąż widoczna, ale już nieco zarośnięta chwastami ścieżka.

— To nie wygląda bezpiecznie — mruknął Nassie, wciąż idąc tuż obok Queelo. — Hej, zapadłeś w jakiś trans? Słyszysz mnie? Nie idź tam.

Queelo spojrzał na niego.

— Nic mi nie jest, ale… muszę coś sprawdzić.

Nie czekał na odpowiedź, tylko ruszył dalej, powoli schodząc z niezbyt stromego zbocza. Nassie przez chwilę stał w miejscu, jakby szukał jakichś słów, ale kiedy żadnych nie znalazł, szybko pospieszył za Queelo. Jeszcze zanim wystarczająco się zbliżył, wyczuł w powietrzu swąd starej magii i równie starej krwi. Zatrzymał się w połowie drogi. Nie podobał mu się ten zapach. Nie podobało mu się, że go pamięta.

Nassie wyraźnie chciał o coś zapytać, ale powstrzymał się od tego. Zamknął usta, ale jego twarz wciąż miała ten nic nierozumiejący wyraz.

Queelo w końcu się ruszył i podszedł do wyłamanych drzwi. Leżały na ziemi, wygięte dziwnie, jakby ktoś próbował wybić w nich dziurę pięścią, ale nie dał rady tego zrobić, pomimo wyraźnie słabej jakości drewna, z którego były zrobione. Czerwone plamy już prawie zeszły, ale nadal wyraźnie widział pozostałości. Zdecydowanie nie po farbie.

Wkroczył do środka. Wyglądał dziwnie nienaturalnie, jakby ktoś tam posprzątał, ale próbował udawać, że wcale tego nie zrobił. Panował tam średniej wielkości bałagan, ale zbyt uporządkowany, żeby ktoś zrobił go przypadkiem. Było to tylko jedno pomieszczenie, zajmujące cały domek. Wszystkie okna były powybijane, a resztki szkła leżały na podłodze w dziwny sposób. Pod jednym z nich leżał przewrócony, okrągły stolik. Kilka obrazów było poprzekrzywianych i wytartych, ale wciąż wisiały na ścianach. Na samym środku znajdował się wielki dywan, przysłaniający niemal całą podłogę. Był zbyt nowy jak na całą resztę.

— Co to za dziwne miejsce? — zapytał w końcu Nassie, zaglądając do środka.

Queelo mu nie odpowiedział, tylko podszedł do stolika i podniósł go. Blat również wyglądał, jakby próbowano wyczyścić go z krwi, ale nie udało się tego zrobić całkowicie. Gdyby Queelo nie przyglądał się uważnie, pewnie w ogóle by nie zobaczył delikatnych pozostałości, ale ich właśnie szukał. Ktoś próbował w tamtym miejscu posprzątać i usunąć wszelkie ślady, jednak to nie było aż takie proste.

Odstawił stolik na bok i kucnął, żeby przyjrzeć się dywanowi. Na nim nie było żadnych śladów. Mimo że też był stary, to nie aż tak, jak cała reszta. Ktoś przyniósł go po fakcie, żeby zamaskować rzeczy, których w ogóle nie dało się zamazać.

Złapał za róg dywanu i jednym szarpnięciem podniósł go i wywalił w kąt pokoju, odsłaniając wyryte w podłodze dwa wielkie, wymalowane krwią kręgi. Paskudny zapach uderzył go w nos, aż się zachwiał i cofnął o krok. Z pewnością nie był tak intensywny jak w dniu, kiedy wszystko się wydarzyło, ale to nie oznaczało, że całkowicie zaniknął.

— Co…? — Nassie otworzył szeroko oczy z przerażenia. — Co to jest?

— Krąg przywoływania — powiedział grobowym tonem Queelo, cofając się pod ścianę i siadając pod nią. — Czemu musiałem przylecieć akurat tutaj? Nienawidzę siebie.

— Co? Nie mów tak! Co to za… — Urwał, kiedy przyjrzał się uważniej drugiemu znakowi. Cokolwiek w nim znalazł, najwyraźniej zrozumiał. — Och.

Zamilkł i podszedł, żeby usiąść tuż obok Queelo. Nie powiedział absolutnie nic, tylko objął go pocieszająco ramieniem. Queelo nawet go nie odepchnął, ba, nie chciał tego zrobić. Czuł, że potrzebował jakiegoś pocieszenia, choćby najmniejszego. Jego ramiona zadrżały.

— Wiesz, kiedy miałem z siedem lat — odezwał się, nie mogąc znieść ciszy, świszczącej w uszach — bardzo lubiłem się bawić z mamą i tatą, ale ich często nie było. Po mieście grasowała wtedy jakaś podejrzana sekta, ludzie znikali z domów i nikt ich nigdy więcej nie widział. Cała policja, Twierdza, wszyscy detektywi zajmowali się wtedy tą sprawą i mieli ręce pełne roboty.

— Czytałem kiedyś o tym — mruknął Nassie. — To była najgorsza sprawa w dziejach całej Twierdzy, ale potem nagle wszystko ucichło. Bez podania żadnych powodów sprawę zamknięto, jakby problem został zażegnany. Ale, co to ma wspólnego…?

— Tata z początku nie przejmował się tym aż tak. Znaczy się uważał, że to poważna sprawa i trzeba się nią zająć, ale nie aż tak, żeby spędzać na niej cały swój czas i zaniedbywać rodzinę. I tak często siedział w domu przy stole, który był zawalony papierami i razem z mamą rozmawiali o jakichś mocno skomplikowanych rzeczach, których ani ja, ani Ihoo nie rozumieliśmy, ale i tak lubiliśmy z nimi wtedy siedzieć i po prostu się patrzeć.

Zamilkł, żeby sprawdzić, czy Nassie znów się wtrąci, ale ten nie mówił nic więcej. Po prostu tak siedział, wpatrując się w przestrzeń. Albo też we wciąż doskonale widoczne znaki na podłodze. Queelo nie chciał patrzeć w tamtą stronę, więc zamiast tego przeniósł spojrzenie na Nassiego. Ten widok był nieporównywalnie ładniejszy.

— Na początku nie znaleziono żadnych ofiar, więc nie można było powiedzieć, czy ktoś ich mordował, czy po prostu porywał. Ba, wręcz wszyscy podejrzewali, że ci zaginieni po prostu dołączali w szeregi tej sekty, dlatego nie było po nich śladu. Po ich wizytach w wielu miejscach czasem zostawały jakieś dziwne znaki, które można było uznać za magiczne, ale nigdy nie potwierdzono, żeby zadziałały. D-dopiero potem… Ludzie jednej nocy skarżyli się, że jakieś podejrzane dźwięki dochodzą ze starego kościoła w ich okolicy, a kiedy policja tam przyjechała… w podziemiach znaleźli dziesiątki martwych ludzi i jeszcze więcej podejrzanych znaków wymalowanych krwią. Większość z nich, jak stwierdzili magowie, była zupełnie nieszkodliwa, ale dwa… Emanowały jakąś niepojętą energią i nie dało się ich nijak zmazać. Zakazano się komukolwiek do nich zbliżać. Wtedy też rodzice zaczęli całymi dniami przesiadywać w Twierdzy i próbowali złapać tych ludzi, bo… bo…

Głos mu się załamał. Dlaczego w ogóle o tym opowiadał? Kogo to obchodziło? Co to niby miało dać, cofnąć czas? Świat po prostu tak nie działał.

Nassie ścisnął go mocniej za ramię.

— Nie musisz tego opowiadać, jeśli nie chcesz.

Queelo pociągnął nosem, po czym pokręcił głową.

— Sam mówiłeś, że powinienem się wygadać.

— Ale nic na siłę. Już i tak dużo powiedziałeś jak na jeden raz.

Queelo zaśmiał się dziwnie skrzekliwie. Zabrzmiało to bardziej jak kaszel niźli śmiech.

— I tak pewnie już się domyśliłeś reszty.

Nassie zrobił naburmuszoną minę.

— Jestem spostrzegawczy, nie wszystkowiedzący.

Z jakiegoś powodu to rozbawiło Queelo i wydał z siebie jeszcze kilka kolejnych kaszlących dźwięków. To dziwne rozbawienie jednak szybko mu przeszło.

— No więc zajęli się tą sprawą całkowicie. Babcia w sumie też, ale ona przynajmniej bywała czasem w domu i nas odwiedzała. Wynajęli jakąś niańkę, żeby spędzała z nami czas, dopóki oni się nie uporają z tą całą sprawą. I powoli zaczęli znajdować tych zaginionych ludzi, wszystkich z mniej lub bardziej wypranymi mózgami. Zamknęli ich w jakimś psychiatryku, chyba do tej pory tam siedzą. Wtedy nagle cała ta sekta zniknęła. Chcieli się ukryć przed wzrokiem władzy i na chwilę przestali działać. Nie dało się ich dalej znaleźć, ale wszyscy nadal próbowali. Nikt nie zamierzał im odpuścić po tym, co zrobili poprzednim razem.

Queelo przełknął ślinę i przeniósł wzrok na swoje dłonie. Naprawdę były paskudne. Nie lubił ich. Nie lubił na nie patrzeć.

— Tak naprawdę to średnio to pamiętam, to było już tak dawno. Jednej nocy, kiedy rodziców znowu nie było w domu i pilnowała nas niania, o coś się pokłóciłem z Ihoo. To była jakaś nieważna, dziecinna głupota, ale byłem wtedy strasznie obrażony, tak bardzo, że zabrałem ze sobą koc i poszedłem spać na strychu, tak, żeby nikt nie zauważył. Boże, gdybym tego nie zrobił… musieli obserwować dom i tylko czekać na taką okazję. Mama i tata chyba nieźle zaszli im za skórę. Wciąż nie mam pojęcia, jak ci ludzie dostali się do domu. Na-nawet nie zdążyłem niczego zrobić. P-p-po prostu mnie zabrali.

Samo wspominanie tego przyprawiało go o dreszcze, ale, o dziwo, nie chciało mu się płakać. Może był tak wyprany ze wszystkich emocji, że nawet tego nie potrafił. Pociągnął nosem.

— W nocy to miejsce wyglądało jeszcze gorzej, zwłaszcza jak było tu pełno ludzi. Wszyscy w jakichś płaszczach, z przerażającymi maskami na twarzach, pomalowanymi w jakieś potwory… malowali ten wielki krąg. Wtedy po prostu myślałem, że mają czerwoną farbę, ale i tak się bałem. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Wiesz może, skąd się biorą te białe ślady?

Uniósł dłoń. Nassie zamrugał, wyraźnie zdziwiony. Chyba nie był przygotowany na tak nagłą zmianę tematu.

— Jakoś… nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Myślałem… że to po prostu losowe. Nie jest?

Odruchowo złapał za dłoń Queelo i przyciągnął ją do twarzy, jakby przyglądanie się jej mogło mu odpowiedzieć na pytanie. Przejechał palcem po jednej z białych linii.

— Nie jest — mruknął Queelo, przyglądając się, jak Nassie podziwia błyskawice na jego skórze. — To takie… pozostałości po dawnych ranach. — Wojownik spojrzał na niego bez zrozumienia, a Queelo westchnął. — Jak na mądrą osobę, jesteś strasznie głupi. Ucięli mi palce.

Nassie natychmiast puścił jego rękę.

— Przepraszam, nie wiedziałem!

— Nic się nie stało. Tego też prawie nie pamiętam. Wszystko i tak się zamazuje. Ktoś mnie chyba też ugodził nożem w bok, ale mam tak zamgloną pamięć, że ledwo co pamiętam. Równie dobrze mógłbym to sobie wymyślić.

— Wymyślić?! — oburzył się nagle Nassie. — Żartujesz sobie? Niby jak mógłbyś… przecież to okropne!

— W każdym razie w tej sekcie czcili infery, jak już pewnie się domyśliłeś. Malowali te okropne kręgi i wzywali je, składali im ofiary, a te w zamian im pomagały. Jestem absolutnie pewien, że nawet mieli przynajmniej jednego infera w szeregach, ale… nie pamiętam o tym nic więcej. Dziwne, mam wrażenie, że powinienem o tym coś pamiętać… Tamtej nocy przywoływali j-jego. Odprawiali jakieś dziwne rzeczy nad tym kręgiem. I… I… rodzice musieli się w końcu się zorientować, że mnie nie ma. Może niania ich natychmiast wezwała, nie wiem. J-jakoś dowiedzieli się o tym miejscu i dotarli najszybciej, jak to możliwe, ale… oni zawsze byli dobrzy w walce, ale raczej na odległość. Poza tym spodziewali się ludzi, a nie inferów. Kto miałby się spodziewać inferów? To było nie do pomyślenia, że ktoś miałby mieć z nimi jakiekolwiek kontakty. Nie mieli szans.

Urwał na chwilę. Nassie ściskał go już tak mocno, że Queelo mógłby położyć głowę na jego ramieniu. Brakowało zaledwie kawałka.

— Przywołali króla — odezwał się znów Queelo po dłuższej przerwie. — Bardzo się z tego cieszyli. Prawdopodobnie chcieli, żeby zmienił kolejnego z nich w infera, żeby mogli rosnąć w siłę i pławić się we władzy. Ale królowi się to nie spodobało. W-widziałeś jego skrzydła, prawda? Są strasznie ostre. Rozłożył je i… ściął ich na pół, tak, jak stali. Wszystkich. Naraz. Nie zdążyli nawet zareagować, nikt by nie zdążył. Krew była wszędzie, więc… ktokolwiek to wszystko sprzątał, musiał mieć dużo roboty.

— Nic dziwnego, że masz wstręt do krwi — mruknął Nassie. — Przepraszam, że się z ciebie śmiałem.

— Wiesz, wcale nie byłeś tak daleko od prawdy — zignorował jego słowa Queelo. — Chociaż infery to nie trupy. Trupa już nic nie ożywi, pozostanie trupem już na zawsze. Ale jeśli jakiś potężny infer się nad tobą zlituje, kiedy jeszcze umierasz… to musi być ten moment tuż przed śmiercią. Nie wiem, jak to działa, wiem tylko, że działa. To było najgorsze uczucie, nawet jeszcze gorsze, niż samo umieranie.

Nassie nic więcej nie powiedział, ale jego uścisk się poluźnił, jakby chciał w końcu puścić. Queelo wcale by go nie winił.

— A-a-ale to nie wszystko — powiedział jeszcze, podciągając kolana pod brodę. — Jest jeszcze… jeszcze jedna rzecz. B-b-bo ja… kiedy… ja…

Język zaczął mu się plątać. Chciał o tym powiedzieć, powinien o tym w końcu komuś powiedzieć, ale z jakiegoś powodu nie mógł. Tym razem to Nassie westchnął. W końcu go puścił i podniósł się na równe nogi, ale kiedy i Queelo chciał wstać, przed jego twarzą pojawiła się ręka. Podniósł wzrok na Nassiego.

— Wiesz, że mogę cię przypadkiem podrapać?

— Myślę, że dopóki nie zaczniesz tego robić celowo, to jakoś przeżyję — zaśmiał się Nassie.

Queelo zawahał się przez chwilę, ale przyjął dłoń i dał się podnieść.

— Nie sądzę, żeby to było dobre miejsce na jeszcze dłuższą rozmowę — powiedział wojownik, wychodząc na zewnątrz. — Nie chcę ci nic sugerować ani narzucać, ale, jakbyś chciał, to musiałem czymś rozpalić tamto ognisko. Nadal to mam.

Queelo wpatrywał się w niego przez chwilę.

— W zasadzie, to możesz mi to dać.

Nassie wyjął dwa niewielkie kamyki. Queelo przyjrzał się im, po czym wzruszył ramionami. Pewnie dało się nimi rozpalić ogień. Rozejrzał się znów po pomieszczeniu i jego wzrok po raz kolejny padł na ten paskudny dywan. To wyglądało jak idealna rozpałka i taką też się okazała. Chwilę później Queelo stał na zewnątrz, kilka kroków dalej i przyglądał się, jak płomienie trawią stare drewno. W jakiś sposób podniosło go to na duchu, nawet jeśli tylko trochę. Jakby ktoś zdjął mu z ramion choć część ciężaru.

Nassie stał kilka kroków dalej i też przyglądał się ogniu z zaciekawieniem. I niepokojącym zadowoleniem. Jednak, kiedy tylko zauważył, że Queelo na niego patrzy, jego mina znów zrobiła się przyjazna jak zawsze.

— Lepiej chodźmy, zanim ktoś nas tu znajdzie — powiedział wesoło, ale spojrzenie na Queelo go powstrzymało. — Coś nie tak? Nie… nie chciałeś tego zrobić?

— Nie chodzi o to — mruknął Queelo, odwracając się, żeby znów popatrzeć na płomienie. Objął się rękoma. — Po prostu… Po tym wszystkim powiedział, żebym zapamiętał te słowa, więc pamiętam je dokładnie do dziś. One… Powiedział dokładnie: „Ale to sobie zapamiętaj. Pożyczam ci życie, które ci ukradziono. Dokładnie dwadzieścia lat i ani dnia więcej. Kiedy w rocznicę naszego spotkania zegary w mieście wybiją północ, nastąpi koniec”.

Zamilkł. Nie chciał patrzeć, jaką minę miał Nassie, po tych słowach. Nie zdziwiłby się, gdyby wojownik po prostu sobie poszedł. Queelo stał tam sam, w ciszy i samotności, wpatrując się w ogień, który powoli, bardzo powoli zaczął dogasać, zostawiając po sobie tylko popiół pośrodku krateru.

Kiedy się obrócił, Nassiego już nie było.


Rozdział XXIV

Za dużo myślenia

Dnia: 29 września 31r.


Jaskinia była cała wymalowana w liczby, wzory i jakieś wykresy. Echo i Wąs siedzieli w kącie i przyglądali się uważnie Nassiemu, który skakał w tę i z powrotem, zawzięcie coś licząc. Queelo zatrzymał się w wejściu, zdumiony. Wydawało mu się, że nie było go tylko przez chwilę, ale sądząc po wystroju wnętrza, ta chwila musiała trwać zdecydowanie dłużej.

— O, jesteś! — ucieszył się Nassie, podchodząc do niego i łapiąc go za ramiona, żeby nim potrząsnąć. — Zobacz, wszystko policzyłem. Nie wiedziałem, jaka jest data, ALE. Zajrzałem do twojego notatnika i według obliczeń, które zrobiłem, wychodzi mi, że dzisiaj jest dwudziesty dziewiąty września, około południa, sądząc po ustawieniu słońca. To daje nam siedemdziesiąt dwa dni, czyli tysiąc siedemset szesnaście godzin, odliczając od tego sen, wyjdzie jakieś tysiąc pięćset siedemdziesiąt dwie godziny na znalezienie jakiegoś rozwiązania. Tak. To cała masa czasu! Uda się!

— E… — Queelo nie wiedział, co powiedzieć. — Nie za dużo ci wyszło tych godzin? Ile czasu ty śpisz?

— Muszę spać tylko dwie godziny dziennie! — odpowiedział maniakalnie Nassie, puszczając go i wracając do swoich obliczeń. — To mi zupełnie wystarczy!

— Przesadzasz. Ludzie nie mogą tak mało spać. To niezdrowe.

— Wyśpię się po śmierci! Albo po tym, jak znajdę rozwiązanie! To po prostu kolejna sprawa, a ja jestem mistrzem rozwiązywania spraw. Potrzebuję tylko trochę więcej danych. I jakiejś lepszej broni. Zdecydowanie lepszej. Upuściłem gdzieś miecz w sali i jedyne co mam, to jakiś nóż Mikky, ale dawno się nie próbowałem ze sztyletem w dłoni. Do tego trzeba mieć talent i umiejętności, a ja nie mam żadnej z tych rzeczy. Machanie mieczem jest łatwiejsze. Nie musisz podchodzić, żeby zranić przeciwnika. Ale cóż, będę musiał sobie radzić z tym, co mam.

— Po co ci miecz? — zdziwił się Queelo.

— Żeby złapać jakiegoś infera oczywiście! Skądś muszę wziąć informacje, a najlepiej dowiadywać się takich rzeczy u źródła! Przecież musi być jakiś sposób, żeby to odkręcić.

— Jest bardzo prosty sposób, żeby to odkręcić — mruknął Queelo, chcąc schować ręce do kieszeni, ale w ostatniej chwili przypomniał sobie, że ma teraz pazury. Nassie spojrzał na niego ze zdziwieniem. — Wrócić do zamku.

— No ale tego nie chcesz, nie?

Queelo nawet się nie zastanawiał, od razu pokręcił głową.

— No widzisz, więc trzeba znaleźć inne rozwiązanie!

— A tobie się wydaje, że nie próbowałem? — zirytował się Queelo. — Ja próbowałem, Ihoo próbowała, babcia też próbowała! Gdyby dała sobie spokój, to nie mielibyśmy całego tego problemu, ale niee. Ludzie nie mogą przestać próbować, zwłaszcza jak im powiesz, żeby przestali. Jesteście wszyscy głupi.

— Aha, masz rację, jesteśmy — mruknął Nassie, przystając nad jakimś swoim działaniem. — Zastanawiam się… Próbowałeś kiedyś pić krew?

— Co…?!

— Im infer zje więcej złota, tym silniejszy jest, no nie? A Aloziee mówiła coś o tym, że złoto pochodzące z żywych istot wchłania się najszybciej, co znaczy, że najszybciej wzmacnia siły, co znaczy, że najszybciej by wzmocniło ciebie. Może, jeśli w odpowiednio szybkim czasie nabrałbyś wystarczająco dużo sił…

— Nie zamierzam pić niczyjej krwi! — oburzył się Queelo.

— Przecież nie musisz nikogo zabijać. Gdyby ktoś oddał ci ją dobrowolnie…

— Nie!

— Ale…

— Jak tak bardzo chcesz, to sam se pij krew! Ja nie zamierzam! To obrzydliwe!

— No ale to może ci pomóc!

— Jakby mnie to obchodziło!

— A więc to rozwiązanie odpada — westchnął Nassie, skreślając kredą jedno z działań. — No nic, znajdziemy inne. Na pewno jakieś jest, trzeba tylko poszukać.

— Daj spokój.

— Może faktycznie trochę przesadziłem z tymi obliczeniami — mruknął, stukając kredą o brodę. — Ale chciałem mieć to wszystko dokładnie rozpisane. Jak tak robię, to wyrzucam wszystko z głowy i lepiej mi się myśli.

— Nie, Nassie. Daj sobie spokój — warknął Queelo. — Wałkuję to od lat i nie chcę dłużej.

Mina Nassiego nieco zbladła, ale dalej starał się udawać wesołego.

— No ale… przecież nie chcesz umierać, nie? A to — rozłożył ręce, wskazując całą jaskinię i swoje zapiski — może być rozwiązanie! Gdzieś tu na pewno jest rozwiązanie! Trzeba tylko poszukać! W pobliżu nie ma żadnych inferów, ale jak przejdę się kawałek, to jakieś w końcu znajdę. Pożyczę trochę złota od ciebie, okej? Wrócę jakoś wieczorem!

Nie czekał na odpowiedź, po prostu zabrał garść złota i wybiegł z jaskini. Queelo stał tam przez chwilę, zamurowany. Dlaczego wszyscy chcieli mu pomagać? Co z nimi wszystkimi było nie tak? Przecież nie był żadną ważną osobą ani nic.

Echo natychmiast wskoczyła na niego, wspięła się na sam czubek głowy i zaczęła tam miauczeć. Wąs nadal był obrażony. Stanął koło jego nogi, ale chyba nie zamierzał go dotykać. Queelo stał tak przez chwilę, ruszył się, dopiero kiedy Echo zaczęła go trącać łapą i psuć fryzurę. Nie żeby wcześniej nie miał bałaganu na głowie, ale wolał go nie powiększać. Zgasił już gasnące ognisko, złapał swoją torbę i wybiegł na zewnątrz, starając się nie przewrócić o własne stopy.

Trzeba było przyznać Nassiemu, że był szybki. Queelo ledwo go zauważył, niewielką złotą plamę w oddali, i pobiegł za nim. Dogonienie go było jeszcze trudniejsze, zwłaszcza na tych gadzich nogach. Zupełnie nie umiał się na nich poruszać. Głupie bycie inferem. Nie dość, że musiał uważać, żeby niczego nie trącić skrzydłami, bo bolało to potwornie, to jeszcze chodził jakoś koślawo, prawie co chwila się wywracając.

Prawdopodobnie nigdy by go nie dogonił w tym tempie, ale Nassie jakimś cudem domyślił się, że nie jest sam i przystanął. Queelo i tak zajęło chwilę, żeby do niego dotrzeć.

— Powinieneś odpoczywać — zauważył. — Wciąż nie wyglądasz najlepiej.

— Więc ty sobie możesz spać tylko po dwie godziny, ale ja mam odpoczywać przez wieczność? Nie jestem zmęczony.

— Ale jesteś ranny. Ja nie jestem. Poza tym przechodziłem wiele szkoleń z przetrwania. Nie przypominam sobie, żebym cię na nich widział. Czemu nie wrócisz i nie prześpisz się trochę?

— Bo nie.

Nassie nagle uśmiechnął się chytrze i Queelo już wiedział, że cokolwiek wyjdzie z jego ust, nie będzie miłe.

— Aż tak bardzo za mną tęsknisz, że nie chcesz nawet na chwilę zostać sam?

— Jak już chcesz wychodzić — syknął Queelo, mrużąc oczy — to zabieraj ze sobą swoje denerwujące koty. Nie chcą dać mi spokoju.

Wskazał na Echo, wciąż siedzącą na jego głowie, która miauknęła w odpowiedzi. Nassie zaśmiał się cicho i ostrożnie zdjął zwierzaka, żeby wziąć go w ramiona. Kotce jednak się to nie spodobało, uwolniła się i wylądowała na ziemi, sycząc ze złością. Zamachała swoimi cieniutkimi skrzydełkami, najwyraźniej je czyszcząc, po czym schowała się za nogami Queelo.

— To chyba już są twoje koty — zauważył Nassie z jeszcze większym rozbawieniem.

— Nie chcę ich, weź je sobie!

— To nie właściciel wybiera koty, tylko koty wybierają właściciela — oznajmił Nassie mądrym tonem, zaczynając się bawić złotym nożem. — Ale w sumie dobrze, że są, może nam pomogą. Nigdy nie próbowałem łapać inferów w dziczy, w mieście jest więcej możliwości. Jakieś budynki, liny, kartony na ulicach. Tutaj są co najwyżej drzewa. Hej, nie masz jakichś sposobów, żeby zwołać infery?

Queelo spojrzał na niego ze złością.

— Wiesz, jest taki stary, antyczny okrzyk, wzywający wszystkich w okolicy na imprezę nad martwym ciałem.

— Naprawdę?

— Nie! Niby skąd miałbym wiedzieć takie rzeczy, co? Myślisz, że są jakieś wielkie prawdy objawione, które wtłacza się inferom do głów przy przemianie? Że wiem wszystko o wszystkim, tylko dlatego, że jestem jednym z nich? Wiem mniej więcej tyle, co ty!

— Nie denerwuj się tak, tylko pytałem — prychnął Nassie, ale nie wyglądał na przejętego. — Nigdy nie rozmawiasz za dużo, więc wolę się dowiedzieć na zapas, jeśli jest coś, co mogłoby pomóc.

— Mam teraz lepszy słuch, o wiele lepszy niż ty kiedykolwiek będziesz miał.

— I urocze uszy! — zauważył Nassie, trącając dziwną kulkę na końcu ucha Queelo. Ten skrzywił się. — Nie wiem, do czego to służy, ale wygląda słodko!

— Nie rób tego więcej — syknął Queelo, odsuwając się od wojownika i odruchowo zasłaniając ucho. — Przeszkadzasz mi w nasłuchiwaniu.

— Więc to do nasłuchiwania — zainteresował się Nassie, znów podchodząc bliżej. — Interesujące. Chcę wiedzieć więcej.

— Nie ma „więcej”. To wszystko. Przestań tak na mnie patrzeć!

— Dlaczego? — mruknął Nassie, uważnie przyglądając się twarzy Queelo i odruchowo przysuwając się coraz bliżej. — Jakoś mocno ci to przeszkadza? Interesujące…

— Naruszasz moją przestrzeń osobistą.

— A więc przeszkadza.

— Tak. Odsuń się.

Nassie nie wyglądał, jakby zamierzał to zrobić, ale po chwili odpuścił i wrócił do rozglądania się po okolicy. Całe szczęście. Queelo powstrzymał się od westchnięcia z ulgą i sam również zaczął przeszukiwać otoczenie. Nigdzie nie słyszał niczego podejrzanego poza świstem wiatru. Jakieś zwierzęta grasowały też w gałęziach drzew, ale doskonale wiedział, że takie małe stworzonka nie będą w stanie pomóc. Nie żeby nie mogły mieć informacji, jednak im coś mniejsze, tym trudniej było to złapać. Lepiej skoncentrować się na większych celach.

Szli przed dłuższy czas przez zielone tereny, a drzew wokół nich powoli ubywało. Weszli na jakąś mocno zarośniętą łąkę, wypełnioną setami kwiatów, gdzie trawa sięgała im niemal do pasa. W takim terenie jeszcze trudniej było się poruszać. Queelo zaklął pod nosem, kiedy źdźbła zaczęły się plątać w jego ogon. Nassie przystanął na chwilę i zerwał jakiegoś kwiatka, żeby go powąchać.

— Naprawdę? — prychnął Queelo. — Nawet teraz?

— Chcesz? — Nassie obrócił się i podał mu kwiatka. — Mogę ci zebrać cały nawet cały bukiet, jeśli kwiaty są tym, czego potrzeba ci do szczęścia.

— Nie? Ja nawet nie lubię kwiatów. Zajmują tylko miejsce.

— W takim razie następnym razem kupię ci jakieś złoto zamiast bukietu.

— Co?

— Co to jest? — zmienił nagle temat Nassie, wychodząc z wysokiej trawy i przystając. — Co… co robi wydeptana ścieżka pośrodku niczego? Tędy nie powinien nikt chodzić.

— Może to stara ścieżka — mruknął Queelo, próbując się uwolnić z trawy. — Przeklęte zielsko!

— Gdyby była stara, już dawno by zarosła. Wychodzi na to, że ktoś tędy chodzi i to regularnie.

Queelo wydostał się z trawy, znów prawie upadając na ziemię. Zaczynał nienawidzić tego ciała. Najlepiej by było, gdyby znów udało mu się wrócić do bycia człowiekiem, ale jakiś cichy głosik w głowie podpowiadał mu, że nie powinien tego robić, dopóki się całkowicie nie wyleczy. Wolał nie ryzykować.

— Powinniśmy iść tą ścieżką — zaproponował Nassie, rozglądając się. — Prawo czy lewo, jak myślisz?

Queelo spojrzał na dróżkę. Kiedy przyjrzał się jej uważniej, był w stanie zauważyć ślady idące zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Były różne, niektóre zdecydowanie zrobione przez buty, inne przez pazury, a jeszcze inne przez ogromne łapska. Najświeższe z nich prowadziły w prawą stronę.

— Na lewo — mruknął Queelo, odruchowo też wskazując w tamtą stronę palcem. Szybko zdał sobie sprawę, co zrobił, i opuścił rękę.

— Ślady prowadzą w drugą stronę. — Nassie znów zaczął się bawić kosmykiem włosów. — Chcesz mnie oszukać, żebym nie szukał pomocy? To bardzo niemiłe.

Queelo patrzył na niego przez chwilę, po czym trzepnął go zdrowym skrzydłem po łbie. Nawet nie wiedział, że umie tak nim poruszać, ale najwyraźniej dawał radę. Nassie szybko cofnął się z jego zasięgu z obrażoną miną, trzymając się za głowę.

— A podobno to ty jesteś „ten mądry”. Skoro tu jest wydeptana ścieżka — syknął ze złością, tonem, jakby chciał coś wytłumaczyć małemu dziecku — i to tak bardzo wydeptana ścieżka, to znaczy, że gdzieś w pobliżu jest jakaś osada, tak?

— Polowanie! — wykrzyknął Nassie, natychmiast przywracając na twarz wesołą minę. — Och, to ma sens, tak bardzo ma sens. Masz rację! No to chodźmy!

Ruszył natychmiast we wskazanym kierunku, ale Queelo szybko go złapał za nadgarstek i powstrzymał.

— Co?

— Jesteś człowiekiem — powiedział poważnym tonem Queelo.

— No wiem.

— I idziemy prawdopodobnie jakiejś osady.

— No… tak?

— Inferzej.

— Możesz przejść do sedna? A może po prostu szukasz pretekstu, żeby potrzymać się za rączkę?

Po tych słowach Queelo natychmiast go puścił.

— Sam mógłbyś wyciągnąć jakieś wnioski.

— Myślisz o tym, że będą chcieli mnie zjeść — odpowiedział natychmiast Nassie. Zupełnie jakby od początku zdawał sobie sprawę, o co może chodzić. — Nie przejmuj się! Umiem sobie radzić. Poza tym, z moich obserwacji wynika, że tylko niektóre infery są w stanie poznać czy osoby, które spotykają, są inferami. Ty tego nie umiesz. Mogę udawać infera, który udaje człowieka, bo tak jest mi wygodniej.

— Nie wiem, czy to przejdzie — mruknął Queelo, przyglądając się niechętnie Nassiemu. — Niezupełnie wyglądasz… jak infer.

— Widziałem jednego infera z blond włosami — prychnął Nassie — i ani jednego człowieka z takowymi, poza sobą, oczywiście. Jeśli ktoś nie umie wyczuwać takich rzeczy, to dla niego szansa, że jestem inferem, będzie większa, niż że jestem człowiekiem.

— To nie ma sensu.

— Ma doskonały! Chodźmy już, martwić będziemy się później. Nie mamy nieskończonej ilości czasu.

Ruszył przed siebie, nie czekając na odpowiedź. Queelo westchnął i ruszył za nim. Poruszył niezdarnie swoim zranionym skrzydłem. Raczej nie byłby w stanie na nim polecieć w razie nagłego wypadku. Szlag by to trafił. Lepiej, żeby nie musieli znikąd znów uciekać. Pewnie by padł jak długi już po jednym kroku i tyle by było z ucieczki.

Szli dość długą chwilę, a Nassie non stop pogwizdywał pod nosem jakąś wesołą melodyjkę. Queelo nawet nie miał siły go uciszać. W końcu w oddali dostrzegli coś, co chyba było niewielkim miasteczkiem. Nassie wydał z siebie ciche „huh” i przyspieszył kroku. Im bliżej byli, tym wyraźniej dało się dosłyszeć gwar rozmów.

Nie było to wielkie miasto, z domami z cegieł czy kamieni, a raczej zbiorowisko lepianek i chatek z drewna, otoczone średniej jakości płotkiem, który raczej po prostu wyznaczał granicę, niż przed czymkolwiek chronił. Kilka stworków latało przed nim, bawiąc się czymś, co chyba było prowizoryczną piłką. Jeden z nich zauważył dwójkę nieznajomych i natychmiast do nich przybiegł.

— Nowi! Nowi! — zakrzyczał wesoło. Wyglądał niemal jak ludzkie dziecko, jedyne, co go odróżniało, to niewielkie, ptasie skrzydełka na plecach oraz białe blizny przecinające twarz. — Cześć nowi! Co tu robicie?

— Szukamy pomocy — odpowiedział mu spokojnie Nassie, uśmiechając się przy tym przyjaźnie. — Mój kolega się trochę pokaleczył.

— Ojojoj! — Dzieciak obszedł ich i przyjrzał się z bezpiecznej odległości opatrunkowi, który Queelo miał na skrzydle. — Mamy pana lekarza w mieście! Ale trzeba zapytać się pań strażniczek czy was wpuszczą, a one nie lubią obcych. Dużo obcych w mieście to źle.

— Strażniczek?

Nassie rozejrzał się i zatrzymał na czymś wzrok, więc Queelo również spojrzał w tamtą stronę. Przy płocie, niedaleko niewielkiej bramki faktycznie stały jakieś postacie, niemal zlewając się kolorami z otoczeniem. Queelo zmrużył oczy i przyjrzał się im uważniej, próbując dostrzec jakieś szczegóły. Jedna z nich owinęła się wokół smoczymi skrzydłami, prawie całkowicie się za nimi ukrywając. Dwie pozostałe po prostu miały na sobie mundury kamuflujące.

— Wygląda na to, że musimy zapytać — mruknął Nassie. — Dzięki za pomoc.

Dzieciak odpowiedział mu uśmiechem i wrócił do swojej zabawy z kolegami.

Queelo i Nassie podeszli więc do miejsca, gdzie stały strażniczki. Wyglądały, jakby w ogóle nie zdawały sobie sprawy z ich obecności, a raczej jakby za wszelką cenę chciały ich ignorować. Queelo miał ochotę odejść i nigdy więcej nie wracać, ale Nassie nie zamierzał poddać się tak łatwo.

— Dzień dobry — rzucił przyjaźnie w stronę tej, która stała najbliżej. — Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym zapytać, czy moglibyśmy wejść do miasta? Mój kolega jest trochę ranny, potrzebuje pomocy lekarza.

Strażniczka najpierw zmierzyła spojrzeniem jego, a potem Queelo, który stał kilka kroków dalej, bojąc się zbliżyć.

— Lekarza nie ma w mieście — oznajmiła bez żadnych emocji. — Wróci za tydzień.

— Och. — Uśmiech na chwilę zszedł z twarzy Nassiego. — Trochę nam się spieszy. Nie ma… kogoś innego, kto mógłby nam jakoś pomóc? Bardzo nam na tym zależy. — Ściszył nieco głos. — On może umrzeć.

Queelo nawet nie zmienił wyrazu twarzy. Wciąż było mu wszystko jedno. Niby dlaczego jakikolwiek lekarz miałby cokolwiek zmienić? Może przynajmniej dałby radę załatać tę dziwną dziurę w skrzydle, która wciąż się nie zagoiła. Tak, to by było pomocne. Ale skoro i tak go nie było…

— Mamy… — Strażniczka się zawahała. Odchrząknęła. — Mamy w mieście pewną szamankę, ale… nie wiem, czy będzie w stanie wam pomóc. Nikt za bardzo jej nie ufa.

— Szamankę? — zainteresował się Nassie.

— Podobno rozmawia z jakimiś duchami — dodała strażniczka cicho. — Infery nie lubią do niej chodzić. Przeraża ich.

— Ale chyba nie mamy innej możliwości — mruknął Nassie, drapiąc się po brodzie, po czym spojrzał przez ramię na Queelo. — Co sądzisz?

Queelo po prostu wzruszył ramionami. Co za różnica?

— To… — Nassie obrócił się z powrotem do strażniczki. — Możemy wejść?

— Dallou! — krzyknęła strażniczka w stronę bandy dzieciaków, a jeden z nich oderwał się od reszty grupy i natychmiast do niej podbiegł. Wyglądał jak mały, biały lisek i Queelo jakoś od razu skojarzył się z Arrashą. — Zaprowadzisz ich do szamanki. Jakby coś się stało, wiesz co robić.

Chłopiec skinął głową, po czy odwrócił się do Nassiego, stając przy tym na baczność z poważną miną. Trochę za poważną, jak na dzieciaka.

— E… cześć! Jestem Nassie — przywitał się Nassie, wyciągając do niego rękę na powitanie. Chłopiec co prawda ją przyjął i potrząsnął, ale nic nie powiedział.

— Jest niemy — odpowiedziała mu strażniczka. — No idźcie już. Podobno się spieszycie.

Dallou jej zasalutował i przemknął przez bramę. Nassie i Queelo spojrzeli po sobie i szybko poszli za nim, bojąc się go zgubić.

Na ulicach nie było może wiele inferów, ale wystarczająco dużo, by dało się wśród nich zgubić małego, białego liska. Większość z nich faktycznie wyglądała jak zwykli ludzie i Nassie wcale się szczególnie nie wyróżniał. To już Queelo ze swoimi skrzydłami i ogonem był tym dziwnym. Nikt nie zwracał na nich uwagi, wszyscy zajmowali się swoimi spawami. Czasem jakiś infer przywitał się szybko z Dallou, ale na tym poprzestawał.

Queelo rozglądał się z zaciekawieniem. W sumie miasto wyglądało podobnie do tego ludzkiego, jedyną różnicą był faktyczny ruch panujący na ulicach. Ludzie tak się bali jakichkolwiek ataków, że siedzieli w domach i nie wychodzili. Infery najwyraźniej nie miały tego problemu, nawet pomimo tego, że ich miasto było zdecydowanie gorzej bronione. To było w jakiś sposób zastanawiające.

Zatrzymali się dopiero pod jakąś drewnianą chatką, wyglądającą zdecydowanie gorzej niż cała reszta budynków. Jakby ktoś sklecił ją wiele, wiele lat wcześniej z marnych materiałów i nigdy nie chciało mu się jej naprawiać. W dziury w ścianach powtykane były pióra i jakieś medaliki, a każdy kawałek drewna był oznaczony liczbą. W wejściu, zamiast drzwi, pozawieszane były nitki z koralikami i metalowymi symbolikami.

Dallou wskazał na tę dziwną zasłonę, wyraźnie dając im do zrozumienia, że tam powinni iść. Nie wyglądał, jakby zamierzał się zbliżać do samej chatki. Queelo też wyczuwał od niej coś dziwnego, ale trudno było powiedzieć, aby to coś go odpędzało. Wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że powinien wejść do środka, cokolwiek by tam na niego nie czekało. To dopiero było dziwaczne uczucie. Potrząsnął głową, jakby to miało w jakiś sposób pomóc.

Nassie najwyraźniej nie czuł niczego szczególnego, bo po prostu podszedł do zbieraniny koralików. Przez chwilę zastanawiał się chyba, czy powinien zapukać, a raczej jak powinien zapukać, po czym zastukał knykciami w deskę obok wejścia. Z zewnątrz dobiegło jakieś ciche mruknięcie. Nassie chyba uznał je za pozwolenie, bo wszedł do środka, hałasując koralikami. Queelo wahał się przez chwilę, ale w końcu i on wszedł, zostawiając Dallou samego.

Wnętrze było dziwne. Na początku Queelo myślał, że wszedł łapami na jakiś dywan, ale po chwili zorientował się, że były to pióra, leżące dosłownie wszędzie, niektóre czarne, a niektóre jaskrawo błękitne. Z sufitu zwieszały się metalowe klatki, w które powtykane były świece, z czego większość z nich musiała zgasnąć już dawno. Pod ścianą stał niewielki stoliczek, zawalony różnymi rupieciami, a obok niego dwa bujane fotele marnej jakości. Jeden był zajęty przez chyba najdziwniejszego infera, jakiego Queelo dotąd spotkał.

Długi czarno-błękitny ogon ciągnął się po podłodze, podobnie jak olbrzymie skrzydła, które kobieta jakimś cudem była w stanie rozłożyć tak, żeby siedziało jej się wygodnie na krześle z oparciem. Przez tę olbrzymią ilość piór, ona sama wydawała się malutka. Jej skóra była niemal tak samo czarna, a dużą jej część pokrywały, świecące niczym gwiazdki na niebie, błękitne piegi. W dłoni, która w zasadzie była ptasimi szponami, trzymała coś na kształt magicznego berła. Kiedy otworzyła oko, również zaskakująco błękitne, Queelo zorientował się, że drugie przysłonięte było jakąś ciemną opaską, której kolory zlewały się z całą resztą. O ile w ogóle tam było drugie oko.

— Wędrowcy — mruknęła inferka, podnosząc się zwinnie z bujanego fotela. — Dawno nikt mnie nie odwiedzał, ale wędrowcy to już w ogóle. Wszyscy boją się prawdy głoszonej przez Callein. Ty. — Podeszła do Nassiego i uderzyła go lekko swoją laską w klatkę piersiową. — Słabe ludzkie ciało. Mocna ludzka głowa.

— Coś jest nie tak z moim ciałem? — zdziwił się Nassie, spoglądając w dół i zaczynając się sobie przyglądać. — Myślałem, że jest w porządku…

— Człowiek — oznajmiła Callein brutalnie i tym razem uderzyła go laską po głowie. Nassie wydał z siebie ciche „ała”. — Człowiek niech nie udaje infera, nie umie. I niech uciszy swoje myśli, nie chcę ich słyszeć, są okropne. Imię?

— Słyszysz moje myśli? — Nassie wyglądał na zdziwionego, a jego twarz na chwilę zrobiła się nieco czerwieńsza niż zwykle. — E… to trochę prywatne sprawy, mogłaby pani o nich nie mówić na głos? Proszę. Bardzo proszę.

Queelo spojrzał na niego ze zdziwieniem. Jeszcze nigdy nie widział, żeby Nassie był aż tak zakłopotany. Ciekawe, o czym takim mógł myśleć, że tak strasznie poczerwieniał…

— To obrzydliwe! Nikt o nich nie mówi! Ucisz je natychmiast! Imię.

— E… jasne. Ja jestem Nassie, a to jest Queelo. A to Wąs i Echo — wskazał na koty, które nadal kręciły się wokół jego nóg. Queelo w ogóle zapomniał o ich obecności. — Szukamy pomocy.

— Widzi — mruknęła Callein, podchodząc teraz do Queelo i uniosła jego zranione skrzydło laską. Ten syknął i cofnął się o krok. — To i tak najmniejszy problem. Pił świętą wodę?

— Jaką wodę? — zdziwił się Queelo.

— Świętą. Oświecona przez bogów woda oczyszcza organizm i na parę dni resetuje wszelkie wewnętrzne zdolności magiczne, w tym i przyspieszone leczenie. Zniknie woda, to zniknie i problem ze skrzydłem. Problemy z głową są gorsze.

Uderzyła laską w głowę Queelo. Ten tylko się skrzywił.

— Za dużo infer myśli — powiedziała, postukując go w głowę, jakby w ten sposób przeprowadzała jakieś badanie. — Wiele za dużo. Nieuporządkowane myśli wszędzie, aż nie można wszystkiego przeczytać.

— To chyba dobrze — mruknął Queelo pod nosem, nie patrząc na inferkę, ale ta uderzyła go za to jeszcze mocniej.

— Niedobrze! Sam infer nie wie, co uważa, a co nie uważa, bo za dużo tego!

— Uważam, że przemoc jest złym rozwiązaniem.

— To nie przemoc — oświadczyła inferka, znów go stukając, tym razem jednak słabiej. — To pomaga Callein w diagnozie. Infer powinien się wyciszyć i posiedzieć całkowicie sam, tylko ze swoimi myślami, żeby je uporządkować. To nie wyleczy głowy, ale pomoże trochę.

— Mamy trochę inny problem niż moja głowa — mruknął Queelo, odsuwając się poza zasięg laski. — Nie potrzebuję takiej diagnozy. Ja… e…

— Chodzi o to — odezwał się Nassie — że król dał mu dwadzieścia lat i mu się kończą. I zastanawiamy się, czy dałoby się to jakoś…

Callein otworzyła szerzej swoje małe oko.

— Ile?! — zaskrzeczała z oburzeniem, prawie rozwalając bębenki Queelo. — To niedopuszczalne! Zbrodnia! Nie do przyjęcia!

— No nie?! — przyłączył się do niej Nassie. — Okropność! Właśnie dlatego przyszliśmy! Szukamy czegoś, co by mu pomogło.

— Hm… — Callein teraz wzięła swoją laskę i dla odmiany zaczęła nią stukać we własne skrzydło. — Chyba istniały sposoby, ale pamięć już nie ta… zabicie króla jednym z nich chyba było, ale to trudne, trudne zadanie i nie zawsze działa.

— Trochę próbowaliśmy — mruknął Nassie, odwracając spojrzenie. Wyglądał na zawstydzonego, że mu się nie udało. Wielki bohater się znalazł! Chciałby się mierzyć z inferem żyjącym tysiące lat i jeszcze go zabić!

— Król przedłużyć czasu nie chciał? — zapytała Callein, wskazując laską na Nassiego. — Król może chcieć. Wtedy jak powie, to czasu będzie więcej.

— W sumie to co on chciał zrobić? — zaczął się nagle zastanawiać Nassie, odwracając się do Queelo. — Mówił chyba coś o naprawianiu, ale w ogóle nic nie zrozumiałem… nie chciałem wcześniej pytać, bo to niegrzeczne, ale…

— Naprawianie — mruknął Queelo pod nosem, patrząc gdzieś w kąt. — Chodziło mu o to, że go nie słucham.

— Och. — Nassie chyba od razu zrozumiał. Całe szczęście. Queelo nie chciało się tego dokładniej tłumaczyć. — Czyli ta opcja zdecydowanie odpada. Są jakieś inne?

— Na pewno są — mruknęła Callein, teraz stukając laską w podłogę — ale pamięć nie ta. Trzeba by się przejść do biblioteki i sprawdzić, tam na pewno są informacje. Ale za wcześnie na to. Po północy trzeba iść.

— Czemu? — zdziwił się Nassie.

— Człowiek udaje głupiego — odpowiedziała mu, uderzając go w bok głowy. — Zapomina, że Callein widzi jego myśli. Człowiek doskonale wie dlaczego!

Queelo spojrzał na niego, mrużąc oczy. A więc udawał? Przed innymi też tak robił? W towarzystwie Queelo też?

— Za dużo myśli za dnia — wyjaśniła Callein i tak. — Magiczne dzwoneczki bronią od miasta, ale wyjście boli. Więc Callein wychodzi tylko, jak prawie wszyscy śpią. Wtedy jest mało myśli. Wtedy Callein wyjdzie i poszuka książki o tym, bo była książka o tym, Callein pamięta.

— My moglibyśmy… — zaczął Queelo, ale inferka natychmiast pokręciła głową.

— Biblioteka wielka. Callein wie, gdzie jest książka, infer i człowiek nie wiedzą. Infer musi ogarnąć swoje myśli. Człowiek musi wyczyścić swoje myśli. Myśli człowieka są okropne.

— Co? — Nassie wyglądał na oburzonego tym stwierdzeniem. — Przepraszam bardzo! Teraz nawet nie myślałem o… o tych rzeczach.

— Tych rzeczach? — powtórzył Queelo ze zdziwieniem. — Co… O czym ty myślałeś?

— Nieważne! Myślałem o czym innym teraz!

— Wszystkie myśli o uczuciach są okropne — stwierdziła Callein, znów stukając w skrzydło. — Nie myśli o tym w obecności Callein, bo Callein dostaje mdłości. Poza tym człowiek ma okropne poczucie gustu. To ubranie to zły wybór.

— To się nazywa garnitur! — oburzył się Nassie i znów zaczął czerwienieć. — Ja uważam, że jest ładny.

Callein wzruszyła ramionami, jakby średnio ją obchodziły wybory modowe kogokolwiek.

— Człowiek powinien oczyścić to wszystko. Okropieństwo. Gdzieś tutaj… o. — Uderzyła w podłogę, a z tej nagle wyskoczyła jakaś klapa. — Miejsce wyciszenia. Powinni iść i posiedzieć sami, ze swoimi myślami.

— Sami… ale razem?

— Tam jest kilka pokoi. Człowiek niech nie ma brudnych myśli! Infer do jednego, człowiek do innego, jak najdalej! Człowiek się nie martwi, nie musi tam spać na podłodze, infery nie są tak głupie, jak się człowiekowi wydaje.

— Uważasz nas za głupich? — zdziwił się Queelo. — To bardzo niemiłe.

— Nie powiedziałem tego!

— Mhm.

Queelo podszedł do klapy i zszedł po niewielkiej drabince, nie chcąc dłużej brać udziału w dyskusji. Trafił do zadziwiająco czystego, całkowicie białego pomieszczenia, w którym nie było niczego poza drabinką i kilkunastoma drzwiami, zapewne prowadzącymi do tych osobnych pokoi. Żadne nie wyróżniały się w żaden szczególny sposób, więc Queelo wybrał pierwsze lepsze.

Za nimi, zapewne tak samo jak i za całą resztą, był mały, również biały pokoik, z materacem pośrodku, kolorowym kocykiem i zabawną lampą, zwieszającą się z sufitu. Nie wyglądało to wszystko źle. Byłoby pewnie całkiem przytulnie, gdyby nie wszechobecna biel.

Queelo usłyszał kroki za sobą, więc szybko zamknął się, żeby nie musieć prowadzić kolejnej rozmowy. Z korytarza dobiegło jakieś marudzenie pod nosem, a potem trzaśnięcie drzwiami. Nassie najwyraźniej nie był zadowolony z wizyty. Queelo zastanowił się chwilę. W sumie wojownik właśnie znalazł się w wiosce pełnej inferów, które zwykle do tej pory zabijał, a jedyną bronią, jaką miał przy sobie, był niewielki sztylecik. Faktycznie w takiej sytuacji mógł nie czuć się zbyt dobrze.

Pokręcił głową. Miał chyba uporządkować swoje myśli, czy jak powiedziała ta dziwna inferka. Usiadł na materacu po turecku i owinął się kolorowym kocykiem. Na czym właściwie miało to polegać? Miał siedzieć całkowicie sam i myśleć, aż sam się ogarnie? To nie brzmiało jak dobra metoda terapeutyczna. To w ogóle nie brzmiało jak leczenie, tylko pozbycie się go na kilka godzin.

W sumie, gdyby sam mógł w ten sposób pozbyć się natrętów, pewnie też by to zrobił. To oznaczało tyle czasu w całkowitej ciszy… marzenie. Kiedy nadstawił uszy, zorientował się, że też niczego nie słyszy. Wreszcie mógł sobie odpocząć, z daleka od wszystkiego.

Położył się, uważając, żeby jeszcze bardziej nie zranić się w skrzydło i wpatrzył w lampę wiszącą nad materacem. Ciekawe, czy dało się jakoś ją zgasić. Jej światło co prawda nie było zbyt mocne, ale jednak jakieś było. Nie sądził, by infery w takiej wiosce miały prąd, ale z całą pewnością świeczka to też nie była. Pozostawała więc tylko jedna opcja — magia. Skrzywił się. Magia oczywiście musiała być wszędzie. U ludzi, u inferów, pewnie jakby trafił do jakiejś osady zwierzaków, to te też używałyby magii. W sumie sam też był magiczny. Życie było do bani.

Ciekawe co robiły babcia i Ihoo. Zrobiło mu się głupio, kiedy w końcu sobie o nich przypomniał. Przecież zostawił je obie z tym potworem. Uciekł jak tchórz, zamiast coś zrobić. Tylko… sam nie wiedział, co w takiej sytuacji mógłby zrobić. To jeszcze bardziej go przybiło. Umiał się bić z ludźmi, bo ludzie byli łatwi do bicia się. Mieli dwie nogi, dwoje rąk i nie regenerowali się błyskawicznie. No i nie mogli mieć tysiąca lat doświadczenia, bo żaden człowiek nie żył tak długo. Bicie się z ludźmi po prostu nie było tak skomplikowane.

Chociaż to też zależało od samego człowieka. Jeśli wystarczająco daleko cofnął się pamięcią, był w stanie sobie przypomnieć takich, których nie dało się tak łatwo powalić. Zmarszczył brwi. O ile wspomnienia go nie zwodziły, to i Nassie był taką osobą. Wszyscy zawsze powtarzali, że był mistrzem walki i inne bzdury, w które Queelo nigdy nie wierzył, patrząc na niego, ale przecież ten jeden raz, kiedy z czystej ciekawości wojownik zaciągnął go na salę treningową, to nie dało się go pokonać. Skakał wszędzie i nabijał się z życia, jak to on zawsze, ale… ostatecznie nikt nie wygrał?

To było dziwne. Jakim cudem posiadał takie wspomnienie, tuż obok tych wszystkich innych, na których Nassie zachowywał się jak skończony idiota, który nawet chodzić nie umie poprawnie, bo co chwila się potyka? Wyglądało to trochę, jakby znał dwie różne osoby i nigdy wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Jak to w ogóle było możliwe? Czyżby Nassie po prostu przez większość czasu faktycznie udawał idiotę? Tylko po co miałby to robić?

Głupi, irytujący wojownik. Dlaczego Queelo w ogóle zawracał sobie nim głowę? Powinien się skupić na sobie i swoim życiu, a nie na jakimś kretynie. Uporządkować myśli, cokolwiek to oznaczało. To też było głupie określenie. Niby w jaki sposób miał to zrobić? Myśleć tak długo, aż mu głowa od tego wybuchnie? Akurat w myśleniu nad wszystkim był mistrzem. Jeśli tak miało to wyglądać, to niech będzie.

Ciekawe, o czym takim mógł myśleć Nassie. Jego mina, kiedy zrobił się cały czerwony, naprawdę wyglądała zabawnie. Queelo prychnął cicho. Ten głupek wyglądał wtedy, jakby jakiś dorosły go nakrył na rozrabianiu. Dziwne, że nie zaczął jeszcze przeczesywać włosów, jak zawsze, kiedy nie chciał o czymś rozmawiać, ale próbował nie dać tego po sobie poznać. Albo bawić się jakimś kosmykiem. Wtedy miał ciekawą minę. Wpatrywał się gdzieś w dal, tym zamyślonym spojrzeniem, i ignorował wszystkich wokół, odcinając się od całego świata. Przestawał też być taki irytujący. Może dało się do tego przywyknąć. Na pewno się dało przywyknąć, w końcu jemu jakoś się udało.

W sumie to Nassie nie był aż tak bardzo irytujący. Robił głupie rzeczy, ale przecież nie przez cały czas. Zdarzało mu się powiedzieć albo zrobić coś mądrego, wcale nie tak znowu rzadko. No i czasami bywał też uroczy…

Queelo usiadł gwałtownie. Nie! O czym on do cholery myślał?! Złapał się za głowę i przypadkiem drasnął jednym z pazurów.

— Przestań! — syknął sam do siebie, potrząsając głową. — Nie możesz myśleć o takich rzeczach! Nie! Szlag!

Niewielka strużka krwi spłynęła po jego twarzy. Musiał się nieźle drapnąć. Jednak nawet to nie odpędziło tych wszystkich myśli. To dopiero było nie do pomyślenia! Żeby gdzieś wewnątrz naprawdę lubił Nassiego! Nie, to nie mogło tak być! Po prostu nie! I to jeszcze nie tak po prostu lubił…

Uderzył głową w podłogę. Na jego nieszczęście, nie była aż tak twarda, a wręcz przeciwnie, niemal tak miękka, jak materac. Jakby ktoś zamknął go w izolatce.

— Nie, nie, nie — zaczął mruczeć pod nosem i podniósł się, żeby pochodzić w kółko. — Nie, nie, nie, nie, po prostu kurwa nie… to tylko mi się wydaje, tylko wydaje, tylko…

Powtarzał to jak jakąś mantrę, starając się przekonać samego siebie, jednak im dłużej tym robił, tym bardziej dochodził do tego jednego wniosku, który już wcześniej uformował się w jego głowie. Jęknął i rzucił się na materac ze złością, jakby to była jego wina. Schował twarz w kocyk, czując, że zaczyna się czerwienić.

Naprawdę zadurzył się w tym kretynie. Świat się kończył.


Rozdział XXV

Trudniejsze rozwiązania

Dnia: 30 września 31r.

Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę


Oczyszczenie myśli. Queelo jeszcze nigdy nie czuł, żeby jego głowa była tak zagmatwana, jak przed tym całym czyszczeniem. Położył się na tym głupim materacu i próbował spać, ale nic to nie dało. Wszystkie godziny spędził, wpatrując się w wymyślną lampę i zadręczając myślami. Nawet na chwilę nie zmrużył oka, więc kiedy ktoś zastukał w drzwi, podniósł się niezdarnie, wciąż zmęczony. Podejrzewał, że musiał wyglądać fatalnie i jedynym plusem było, że skrzydło zdecydowanie mniej go bolało. Jednak w porównaniu z jego innymi problemami, ten stał się niczym.

Na całe szczęście, osobą, która stała pod drzwiami, była Callein. Stuknęła go w głowę na powitanie.

— Trochę uporządkowane — powiedziała na powitanie. — Nie za wiele, ale to dobry początek. Po więcej trzeba iść do specjalisty, a Callein specjalistą nie jest. Ale za to Callein znalazła rozwiązania. Infer powinien posłuchać.

— Trochę uporządkowane — powtórzył Queelo sarkastycznym tonem. Inferka spojrzała na niego ze zdziwieniem. — Już wolałem, żeby były w totalnym chaosie, niż tak uporządkowane.

— Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Infer wstaje i idzie na górę. Callein znalazła rozwiązania i musi o nich opowiedzieć.

Nie czekała na jego odpowiedź, tylko obróciła się i wyszła. A raczej dosłownie wyskoczyła przez klapę, jakimś cudem mieszcząc się ze swoimi olbrzymimi skrzydłami w tym malutkim otworze. Queelo przetarł oczy. Zapowiadał się kolejny beznadziejny dzień. Przypomniał sobie cały poprzedni wieczór i poczerwieniał. Albo będzie jeszcze gorzej niż wcześniej. Zdecydowanie gorzej. Z trudem wygramolił się na górę.

— O, wstałeś! — Nassie rozsiadł się na jednym z bujanych foteli i wyglądał, jakby pierwszy raz w życiu odkrył, że na czymś takim da się bujać. — Wyglądasz fatalnie. Ciężka noc?

— Nie! Znaczy tak! Znaczy się… nieważne. To nic!

Zamilkł, czując, że gada głupoty i szybko schował się w jakimś kącie. Nassie patrzył na niego przez chwilę ze zdziwieniem, po czym wzruszył ramionami i spojrzał na Callein, która krążyła pośrodku, mamrocząc coś pod nosem. W końcu się zatrzymała i obróciła, rozkładając swoje ogromne skrzydła.

— Dobrze, a więc tak — odezwała się w końcu, stukając laską w podłogę. — Callein znalazła trochę informacji w kilku książkach, Kittua też pomogła trochę. Kilka, kilka sposobów na poradzenie sobie. Normalny to zjedzenie dużo, dużo, żeby mieć więcej siły, ale szybko.

— Mówiłem — mruknął Nassie.

— Ale to potrzeba dużo czasu, a jest mało czasu — dokończyła Callein, a mina Nassiego zbladła. — Inne sposoby są trudniejsze. Podobno infer może osiągnąć poziom dużego uspokojenia i wtedy sam się odcina i może sobie dawać radę zupełnie sam. Ale z głową infera — uderzyła laską w głowę Queelo — to nie wyjdzie.

— Moja głowa nie jest zła — mruknął Queelo, patrząc w inną stronę.

— Głowa infera jest zagmatwana — powiedziała poważnym tonem Callein, stukając go delikatnie. — Jej uporządkowanie zajęłoby bardzo dużo czasu, może jeszcze więcej, niż zjedzenie złota.

— To może podawaj sposoby, które są do osiągnięcia — mruknął Queelo, odruchowo zasłaniając się skrzydłami, jakby to miało jakoś mu pomóc.

Callein chyba zrozumiała ten znak, bo zaczęła uderzać w swoje własne skrzydła, wystukując jakiś rytm. Zaczęła też na powrót chodzić. Queelo wręcz czuł, że Nassie się w niego wpatruje, więc patrzył wszędzie, tylko nie na wojownika. Nie powinien patrzeć w tamtą stronę. Nie powinien łapać kontaktu wzrokowego. Kontakt wzrokowy był najgorszym, co mogłoby się zdarzyć.

— Można też się odciąć — powiedziała Callein nieco poważniejszym tonem niż wcześniej. — Callein znalazła takie stare teksty, które mówią, że infer może się odciąć od króla. Ale wtedy, jak nie jest wystarczająco mocny, to musi znaleźć sobie nowego szybko, bo umrze.

— To znaczy? — zdziwił się Nassie, podnosząc się.

— Człowiek widzi, infery nie działają, jak człowiek myśli, że działają. Infer jak młody, to nie żyje tylko ze złota. Jakby musiał żyć tylko na złocie, toby umarł, bo organizm musi się długo, długo przyzwyczajać do magii. Magia nie jest naturalna. Bez króla, który podtrzymuje magię, infer nie przeżyje. Dlatego jak młody infer chce się odciąć, musi szybko znaleźć innego króla.

— Och — westchnął Nassie. — To dlatego Queelo się tak boi magii, ale inne infery, które spotkaliśmy, nie miały z nią problemu?

— Nie boję się magii! — oburzył się Queelo, patrząc na wojownika ze złością.

— Oczywiście, nie boisz się — zgodził się natychmiast Nassie, uśmiechając się przy tym promiennie. — Źle się wyraziłem. Chodziło mi o to, że nie lubisz magii. Błędny skrót myślowy. Przepraszam.

Queelo patrzył na niego, na ten szeroki uśmiech i rozweseloną twarz… Szybko odwrócił wzrok i spojrzał na podłogę usłaną piórami. Nie powinien tego robić. Nie powinien się tak w nikogo wpatrywać!

— Przyzwyczajenie do magii trwa długo — powiedziała Callein, przyznając w ten sposób Nassiemu rację. — Innych sposobów nie ma. Więc jeśli infer chce żyć dłużej, infer powinien zmienić króla albo wrócić do swojego.

— A… jak się go zmienia? — zapytał Queelo, nie podnosząc wzroku na nikogo. — Jakoś nigdy wcześniej nie próbowałem, to nie wiem.

— To trochę trudniejsze — mruknęła Callein i spomiędzy piór w swoim skrzydle wyjęła jakiś zwój. Jakim cudem była w ten sposób cokolwiek schować. — Według tych starych zapisów, trzeba znaleźć jakieś dość duże, puste miejsce, najlepiej jakąś jaskinię. Callein nie wie, dlaczego jaskinię, tak tu napisali. Potem trzeba namalować taki wielki znak na ziemi. O taki.

Obróciła zwój, żeby pokazać Queelo znak, a ten natychmiast wyjął notatnik i zaczął go przerysowywać na pierwszej lepszej stronie. Zwykle nie malował żadnych znaków magicznych, ale jeśli ten miał mu jakoś pomóc, to mógł zrobić wyjątek. Był zaskakująco skomplikowany i musiał uważać, żeby nie zrobić jakiegoś błędu. Magia była głupia i każdy najmniejszy szczegół robił różnicę. Przygryzł końcówkę ołówka i przyjrzał się swojemu dziełu, a potem temu na zwoju. Domalował jeszcze kilka kresek, które wcześniej pominął, i już znaki wyglądały identycznie. Skinął głową.

— Nieźle — odezwał się Nassie tuż nad jego ramieniem, aż Queelo podskoczył. Zamknął gwałtownie notatnik. — W co takiego nie wierzysz?

— Nie twoja sprawa! — warknął, odsuwając się natychmiast. — Nie patrz mi w notatki! To moja prywatna sprawa!

— Chciałem tylko zobaczyć ten znak.

— Umiem sobie poradzić sam!

— Dobrze, przepraszam.

Cofnął się o krok, a Queelo momentalnie pożałował swojego zachowania. Nie powinien się tak zachowywać. Zamrugał. Znowu to samo. Nie powinien myśleć o takich rzeczach! Miał ochotę sam sobie dać w twarz, ale to wyglądałoby dziwnie, więc zrobił to tylko w myślach. Właśnie powinien robić takie rzeczy. Powinien trzymać się, jak najdalej się da.

— Co tu dalej napisali? — mruknęła Callein, odwracając zwój z powrotem do siebie i mrużąc swoje oko. — Hm, znak… tak, trzeba go narysować wokół infera. Sam nie może tego zrobić.

— Jak to nie? — zezłościł się Queelo. — Czemu niby?

— Skąd Callein ma to wiedzieć? — Inferka też nie wyglądała na zadowoloną. — Nie napisał tu nikt tego, a Callein się na tym nie zna. Jakby się znała, nie potrzebowałaby głupiego zwoju do tego. Ale infer nie może. Ktoś musi za infera. Infer musi siedzieć w środku i się nie ruszać.

— Durne.

— Callein nie wymyśla tych zasad, zwój tak mówi. Potem, zwój mówi, czarodziej jakiś musi wokół znaku tego zrobić barierę i to wszystko uruchomić, kiedy księżyc w pełni pojawi się na najwyższym punkcie nieba. Jeśli rytuał się uda, infer będzie wolny od swojego króla i infer będzie to wiedział wtedy.

Urwała. Queelo spojrzał na nią pytająco.

— A jeśli się nie uda?

— Inferowi nic się nie stanie — zapewniła natychmiast. — Zwój mówi, że rytuał może boleć, ale inferowi krzywdy trwałej nie zrobi. Tylko zwój mówi też, że jak się nie uda, to znak może wezwać króla.

— Świetnie — mruknął Queelo sarkastycznie. — To jak się nie uda, to niech mnie po prostu ktoś zabije.

— Zwój mówi, że to jest możliwe, a nie pewne — mruknęła Callein. — Jeśli się uda, to infer będzie wolny, więc jak nie będzie wystarczająco silny, to może umrzeć i powinien szybko poszukać nowego króla. Ma na to mniej więcej dzień, chociaż to zależy od samego infera. Może wyjść mniej a może dłużej.

— To może poszukajmy tego króla, zanim zaczniemy przeprowadzać te rytuały — mruknął Nassie. — Hej, pani Callein, wiem, że pani już nam dużo pomogła, ale nie zna może pani jakiegoś króla, który mógłby nam pomóc?

— Królowie nie lubią przyjmować inferów po innych królach.

— A nie macie tutaj w mieście jakiegoś króla?

— Król z miasta nie będzie chciał — zaprotestowała natychmiast Callein, kręcąc przy tym głową. — On nie chce problemów z innymi królami. Mogliby zaatakować miasto, a on jest dość słabym królem. Nie chce problemów.

— Zrozumiałem za pierwszym razem — prychnął Queelo. — Znajdziemy kogoś innego. Chyba że są inne sposoby.

— Callein nie znalazła nic więcej w bibliotece — mruknęła Callein, drapiąc się po brodzie. — Ale Callein sobie przypomina, że było jeszcze coś. Takie, takie, oczyszczenie całkowite, ale nie myśli. Ale do tego potrzeba pomocy jakiegoś boga.

— Nie przypominam sobie, żebyśmy znali jakichś bogów. — Queelo schował swój notatnik do torby i poprawił pasek. — Chybabym się zorientował. Świetnie, to chodźmy poszukać jakichś królów, im szybciej, tym lepiej.

— Istnieją jacyś bogowie inferzy? — zainteresował się jednak Nassie, podchodząc bliżej do Callein. — Nigdy o żadnych nie słyszałem! Opowiesz coś o nich? O ile to oczywiście nie problem — dodał szybko, cofając się nieco i przyklejając na twarz przyjazny uśmiech. Bardzo ładny uśmiech swoją drogą.

Queelo złapał się za dłoń i wbił sobie w nią jeden z pazurów. Musiał skończyć z takim myśleniem. Nie mógł w taki sposób patrzeć na kogokolwiek, a już na pewno nie na żadnego złotookiego typa. To było jak życzenie sobie śmierci.

— Callein nie ma wiele do opowiadania. — Callein nie miała na twarzy żadnych emocji. — Bogowie to po prostu infery potężniejsze od królów. Tak bardzo, bardzo potężniejsze. Wszyscy królowie by chcieli zostać bogami, ale nie mają nawet ćwierci ich siły. Callein nigdy nie spotkała żadnego boga, ale są osoby, które się natknęły. Niektórzy nawet stawiają im pomniki.

— Spotkanie takiego mogłoby być ciekawe — mruknął Nassie, a jego oczy zaświeciły się.

Callein parsknęła.

— Po człowieku nawet mokra plama by nie została wtedy.

— Ale to nadal byłoby ciekawe! Gdybym się nie ładował w śmiercionośne sytuacje, to nigdy bym się nie dowiedział tylu rzeczy, które wiem! A w temacie wiedzy o różnych rzeczach, to nie wiesz aby, kiedy jest najbliższa pełnia?

— Callein nie wie takich rzeczy, nie jest wilkiem. O takie rzeczy człowiek powinien pytać wilki. Albo stworzenia księżycowe, ale Callein takim też nie jest.

— Stworzenia księżycowe? — zdziwił się Queelo. Callein przytaknęła gorliwie.

— Całe białe one są. Człowiek mówi, że u nich się mówi „albinosy”. Nie wiem, co dla człowieka to znaczy, ale są białe, a jak przychodzi noc, ich skóra błyszczy w promieniach księżyca. Bardzo to ładne. Takich się pytać, kiedy jest pełnia, one wam dokładnie mogą powiedzieć, jak bardzo księżyc będzie świecił.

— Dallou z waszego miasta takim jest? — zapytał Nassie nagle, odruchowo wskazując na wyjście. — Przyprowadził nas tu.

— Dallou… — Callein zamyśliła się. — Aha, ten mały lis. Tak, to bardzo możliwe. Właściwie jest cały biały, więc pasuje do opisu, tak. Ale on strasznie głośny, nie wiem, czy będziecie chcieli akurat z nim rozmawiać.

— Przecież jest niemy.

— Nie, nie, Callein pamięta, jak raz z nim rozmawiała. Gaduła, gaduła, nie dało się przerwać. Na miejscu człowieka i infera, Callein poszukałaby kogoś innego. Callein poszłaby spać — dodała po chwili, przeciągając się. — Idą już sobie. Callein pomogła, tyle im wystarczy. Więcej Callein i tak nie wie. Skrzydło jutro będzie dobre. Infer może zdjąć te dziwne paski, co na nim nosi.

Te dziwne paski. Queelo potrzebował chwili, żeby zorientować się, że Callein mówi o bandażu. Spojrzał na końcówkę swojego skrzydła.

— Lepiej zrobię to poza miastem.

Callein nie wyglądała, jakby robiło jej to różnicę, po prostu machnęła na nich ręką. Queelo i Nassie szybko więc wyszli z chatki, dzwoniąc przy tym koralikami. Ulice już nie były takie pełne, jak poprzedniego dnia. Najwyraźniej nie wszystkie infery były rannymi ptaszkami. Queelo spojrzał w stronę słońca. Ledwo co podniosło się znad horyzontu. Szkoda, że sam nie mógł się położyć do jakiegoś łóżka, chociaż biorąc pod uwagę stan jego głowy, zapewne niewiele by mu to dało.

— Może znowu będą przy bramie — powiedział wesoło Nassie. — A jak nie, to zapytamy się strażniczek. Hej… dobrze się czujesz?

Queelo był tak zamyślony, że z dobrą minutę zajęło mu uświadomienie sobie, że pytanie zostało zadane w jego stronę. Wzdrygnął się, chociaż sam nie wiedział dlaczego.

— Nic mi nie jest — mruknął, chyba trochę zbyt ponuro jak na słowa, które wypowiedział.

— Na pewno? — nie dawał spokoju Nassie, podchodząc bliżej. — Zachowujesz się jakoś dziwnie.

Queelo natychmiast się odsunął.

— Nic mi nie jest! — powtórzył ze złością, nie patrząc na wojownika. — Zupełnie nic! Zajmij się własnymi sprawami! I nie właź w moją przestrzeń!

Nassie nie wyglądał na zadowolonego z tej odpowiedzi, jednak nie drążył dalej. Zamiast tego schylił się i podniósł swoje koty, żeby posadzić je na ramionach. Echo owinęła się wokół jego szyi, a Wąs, niezadowolony z małej ilości miejsca, wspiął się na głowę, żeby poudawać czapkę.

Dotarli do bramy całkiem szybko. Tak jak i poprzedniego dnia, stały tam te same strażniczki, wypatrujące zagrożeń. Spojrzały na nich podejrzliwie, kiedy przekraczali granice miasta. Nassie uśmiechnął się, drapiąc przy tym Echo. Wyglądał jak najniewinniejsza osoba na całym świecie. Queelo, ze swoją ponurą miną już gorzej, ale nie zamierzał udawać, że wszystko z nim w porządku, nawet jeśli tak właśnie mówił.

— Dziękujemy za wizytę! — odezwał się Nassie do tej samej strażniczki, z którą rozmawiał poprzedniego dnia. — Przepraszam, że jeszcze zawracam pani głowę, ale nie wie może pani, kiedy jest najbliższa pełnia? Albo nie zna kogoś, kto by wiedział coś takiego? Nie chciałem się kręcić po mieście i pytać o takie rzeczy, to byłoby niemiłe, więc pomyślałem, że mogę zapytać panią.

— Nie zwracam uwagi na księżyc — oznajmiła bez żadnych emocji na twarzy. — Dallou!

Nassie rozejrzał się, ale nigdzie w pobliżu nie było białego liska. Zmarszczył brwi i chyba już miał się znów odezwać, ale wtedy z miasta, jak z procy wyskoczył infer, zatrzymując się obok strażniczki. Queelo spojrzał na niego z poirytowaniem. No tak. Wyglądało na to, że wszystkie lisy były szybkie. Ciekawe czy jakieś potrafiły wyciągać prędkość światła.

— Nasi goście by chcieli wiedzieć, kiedy nastąpi pełnia.

Dallou podrapał się za uchem, po czym wykonał rękoma jakieś dziwne znaki. Queelo zupełnie nic z tego nie rozumiał i Nassie najwyraźniej też, sądząc po jego minie. Strażniczka wpatrywała się chwilę w lisa.

— Za trzy dni — odpowiedziała w końcu.

— Nie za dużo tych znaków, jak na powiedzenie „trzy dni”? — zapytał ze zdziwieniem Nassie.

— Opisywał szczegóły.

— To może nam je pani podać? Wszystko się przyda.

— Co właściwie chcecie robić? — zapytała nagle, mrużąc podejrzliwie oczy. — Do niewielu rytuałów księżycowych potrzeba dokładnych wskazówek księżyca.

— A to bardzo ważne? — odpowiedział pytaniem Nassie, tracąc nieco ze swojego uśmiechu i krzyżując ręce. — Może to są nasze prywatne sprawy?

Dallou znów zamachał rękoma.

— Jeśli chcecie dokładniej wiedzieć, musicie nam powiedzieć — przetłumaczyła strażniczka. Nagle ona i Dallou przybrali tę samą surową twarz. Może byli rodziną.

Nassie spojrzał kątem oka na Queelo, jakby pytał o zgodę. Ten tylko szybko wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. Co za różnica czy ktoś wiedział?

— Chcemy się odciąć od króla.

Na te słowa, Dallou zaczął tak gwałtownie machać rękoma, jakby odpędzał się od jakiejś gromady owadów. Strażniczka też nie wyglądała na zadowoloną.

— To jakiś problem? — Teraz Nassie już nawet nie udawał uśmiechu. — Mówiłem, nasze prywatne sprawy. Chcemy tylko wiedzieć, kiedy jest pełnia i wszystko na jej temat, co się tylko da. Wystarczy nam.

— To niebezpieczne — syknęła strażniczka.

— Już to słyszałem. Księżyc.

— Co wam niby takiego zrobił wasz król? — nie zamierzała dać za wygraną. — Trzeba mieć naprawdę poważny powód, a nie jakąś dziecinną zachciankę.

— Nie prosiłem pani o prawienie mi morałów — mruknął Nassie, chyba po raz pierwszy okazując po sobie oznaki zirytowania. — Naprawdę. Jeśli nie może mi pani po prostu tego powiedzieć, to znajdę sobie kogoś innego.

Dallou znów pokazał jakieś znaki, też wyraźnie zirytowany, bo nikt na niego nie patrzył. Strażniczka w końcu zwróciła na niego uwagę. Przypatrywała się chwilę, jak lis wściekle macha rękoma, po czym westchnęła.

— Mówi, że za trzy dni księżyc będzie w najlepszej pozycji — powiedziała, wyraźnie niezadowolona z tych słów. — Nie idealnej, ale najlepszej w najbliższym czasie. Na idealnie oświetlony księżyc musielibyście czekać pół roku.

— Tyle czasu nie mamy.

Dallou trącił Nassiego w ramię, po czym wskazał palcem na siebie. Strażniczka wydała z siebie skrzekliwy dźwięk.

— Nawet mowy nie ma!

Wściekły znak.

— Nie!

— O co właściwie chodzi? — zdziwił się Nassie. Dallou znów wskazał na siebie. — W sensie… chcesz z nami iść?

Chłopak pokiwał głową i wykonał serię jakichś znaków. Nassie uśmiechnął się niezręcznie.

— Nie mam nic przeciwko towarzystwu, ale nie rozumiem języka migowego, więc raczej byśmy się nie dogadali i tak.

Dallou nie wyglądał na zadowolonego z tego rozwiązania. Queelo zawahał się. Dla niego byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby ktoś jeszcze z nimi poszedł. Zastanawiał się chwilę, po czym wyjął z torby notatnik i ołówek.

— A mógłbyś pisać zamiast tego?

Lis natychmiast wziął od niego te rzeczy. Otworzył notatnik i poprzerzucał strony, na całe szczęście nie interesując się tym, co było tam wcześniej zapisane i wybrał pierwszą, która była czysta. Pisząc, poruszał ręką niemal tak samo szybko, co kiedy pokazywał znaki. To zdecydowanie było więcej, niż jedno zdanie. Nassie nie patrzył jednak na Dallou, tylko na Queelo, jakby był obrażony.

— A mnie nie chciałeś dać notatnika.

— Ty i tak cały czas gadasz — prychnął Queelo. Zdał sobie sprawę, jak blisko stoi i odsunął się szybko. — Mógłbyś się czasem zamknąć. Nie potrzebujesz jeszcze do tego pisać. Cie…

Ugryzł się w język, kiedy zdał sobie sprawę, że chce wypowiedzieć swoją myśl na głos. Szlag by to! Nie, to wcale nie byłoby ciekawe, powinien się zamknąć i nic więcej nie mówić. Na całe szczęście, w tym momencie Dallou skończył rysować i odwrócił notatnik w ich stronę. Na stronie obok znaku rozpisał cykl księżycowy. Pod tym wszystkim zapisał krótkie pytanie: „To mogę iść z wami?”.

— Pewnie, że możesz — mruknął Queelo, patrząc gdzieś w dal. — Chociaż dobrze by było wiedzieć, gdzie w ogóle powinniśmy iść, bo nie wiemy.

— Nie! — zaprotestowała znowu strażniczka, zwracając ich uwagę. — Nigdzie nie pójdziesz.

Dallou poruszył wściekle wolną ręką. Queelo nawet nie musiał znać języka migowego, żeby wiedzieć, co chciał powiedzieć. Odwrócił się na pięcie i ruszył ścieżką, nie czekając na nikogo. Queelo szybko pobiegł za nim.

— Wiesz, dokąd iść? — zapytał, zrównując z nim krok.

Dallou znów zaczął wściekle pisać.

„Dzień albo dwa drogi stąd jest dobra jaskinia”, napisał. Nie dość, że pisał szybko, to jeszcze pięknie, niemal kaligrafią. Następne słowa jednak nie były już takie ładne. „Dlaczego chcesz to zrobić? To niebezpieczne”.

— A to nie jest oczywiste? — mruknął Queelo, krzyżując ręce i, oczywiście, znów kalecząc się pazurem. Idiotyczne ręce. Musiał je trzymać cały czas po bokach, żeby sobie nic nimi nie zrobić. — Nie lubię króla. Nienawidzę go. Jak się uda i nie będę musiał go dłużej słuchać, to polecę do niego i go zabiję.

— Nie za dużo tej przemocy? — odezwał się Nassie, idący gdzieś z tyłu.

Queelo nie zamierzał się do niego obracać. Nie chciał tracić tej złości, która nagle do niego przyszła.

— Nie.

Dallou też najwyraźniej chciał wziąć udział w rozmowie.

„Królowie są silni. Trudno ich zabić”.

— Co z tego? Na pewno znajdę jakiś sposób.

„Kto w ogóle jest twoim królem, że tak go nie lubisz?”.

— A co, znacie tu wszystkich króli? — zapytał Queelo, lekko zirytowany. — Czemu wszyscy muszą się interesować moim życiem? Może nie chcę się dzielić każdym kawałkiem swojej historii z kimkolwiek.

— Może twoje życie po prostu jest ciekawe! — zakrzyknął wesoło Nassie.

Queelo zazgrzytał zębami. Nie, nie było! Jednak Dallou pokręcił głową i szybko nasmarował kolejne zdanie.

„Im starszy król, tym trudniej się odciąć. Jeśli jest mocno stary, to nie warto ryzykować”.

— Tego nam Callein nie powiedziała — mruknął Queelo, drapiąc się po brodzie. — Mogliśmy zapytać ciebie, zamiast przechodzić jej wątpliwej jakości terapię. — Po tych słowach przypomniał sobie znów swoje myśli i wzdrygnął się. — Bardzo wątpliwej jakości.

— Mnie tam się podobało. — Nassie nie przestawał być w dobrym humorze. Irytujący jak zawsze. Pewnie nawet miał na twarzy ten swój denerwujący uśmiech. Queelo całą siłą woli powstrzymał się, żeby się nie obrócić i na niego nie spojrzeć.

Tym razem Dallou napisanie odpowiedzi zajęło nieco więcej czasu. Parę razy nawet podrapał się po głowie, jakby sam nie był pewien, co właściwie powinien napisać.

„Kiedyś po prostu obudziłem się z tą wiedzą, sam nawet nie wiem jak i dlaczego. Po prostu wiem dużo, DUŻO rzeczy, ale wszyscy traktują mnie jak dziecko i nikt nie chce mnie słuchać”.

— O, więc poszedłeś z nami, bo cię posłuchaliśmy, tak? — zainteresował się Nassie. — Jak dla mnie brzmi to trochę nieodpowiedzialnie.

— Nikt cię nie pytał o zdanie!

„Sam nie wiem. Po prostu wydawało mi się to słuszne”, napisał Dallou.

— Głupia odpowiedź — nie mógł sobie darować kolejnego komentarza Nassie.

Queelo zacisnął pięści, a raczej chciał to zrobić, bo pazury mu na to nie pozwoliły.

— Jak jesteś taki mądry w rozmowy — syknął, nie ukrywając swojej złości — to ty je prowadź, a ja będę sobie szedł z tyłu i rzucał sarkastyczne komentarze! Proszę bardzo, droga wolna!

— Jesteś dzisiaj jakiś bardziej nerwowy niż zwykle — zauważył Nassie, przyspieszając i zrównując się z nimi tak, że teraz Dallou szedł pomiędzy ich dwójką. — Może powinniśmy ci poszukać jakichś ziółek na uspokojenie?

— Odwal się!

Queelo zwolnił i pozwolił, żeby go wyprzedzono. Nassie nie wyglądał na zadowolonego, ale Dallou natychmiast zaczął coś do niego pisać i w ten sposób prowadzili rozmowę. Queelo nawet ich nie słuchał, tylko rozglądał się dookoła po łące, starając się skupić wzrok na czymkolwiek. Tyle że bez notesu, w którym mógłby bazgrać, żeby zająć myśli, nie był w stanie po prostu podziwiać widoków. Jak można było podziwiać jakikolwiek widok i go nie uwiecznić? To głupie! Nie mając co robić z rękoma, chciał je wcisnąć do kieszeni, ale z pazurami to też było niemożliwe. Uniósł je do twarzy i spojrzał z irytacją. Czemu nie umiał się pozbyć tego głupiego ustrojstwa?! Tylko utrudniało mu życie!

Przypomniał sobie, że miał zdjąć bandaż, więc nachylił się w stronę skrzydła i po prostu go zerwał. Nie miał bladego pojęcia, jak wielka była wcześniej rana, ale pozostała po niej tylko niewielka dziura, nawet nie krwawiła. Poruszył skrzydłem. Szczypało lekko, jednak poza tym nie czuł żadnego bólu. Może następnego dnia w końcu będzie mógł się pozbyć tego wszystkiego i znów udawać człowieka, przynajmniej na tyle, na ile to było jeszcze możliwe.

Nassie zaśmiał się, chyba z jakiegoś żartu, a Queelo odruchowo nastawił uszy. Co tam było takiego śmiesznego? O czym rozmawiali? Z czego się tak cudownie śmiał? Dało się to powtórzyć? Zamrugał, orientując się, że zdecydowanie za długo wpatruje się w tył jego głowy. Te jasne włosy zdawały się razić w oczy, zwłaszcza w jasnym świetle dnia. Pokręcił szybko głową. Powinien przestać myśleć o takich rzeczach! Albo w ogóle myśleć! Było tego za dużo!

Z ogromnych łąk powoli dotarli do bardziej pagórkowatych terenów. Na niektórych górkach postawione były prymitywne domki, ale Dallou w ogóle się nimi nie przejmował, więc Queelo zakładał, że nie stanowiły one problemu. Choć, gdy przechodzili dołem, wręcz czuł, że ktoś ich obserwuje zza zasłon. Gdy tylko się odwracał, w oknach nie widział nikogo. Z jakiegoś powodu to go niepokoiło i odruchowo przysunął się bliżej pozostałej dwójki. Ale tylko na ten czas. Gdy tylko opuścili tamto miejsce, szybko zwiększył dystans.

W trakcie Dallou postanowił narysować też mapę i pokrótce wytłumaczyć, gdzie właściwie znajduje się miejsce, do którego ich prowadził. Okazało się, że była to jakaś tajemna jaskinia, mieszcząca się za wodospadem, bo przecież takie były najlepsze. Tylko że żeby się do niej dostać, musieliby się wspinać po jakichś skałach. Albo też polecieć. Nassie spojrzał przez ramię na Queelo.

— Nie umiem latać! — zaprotestował natychmiast Queelo, odwracając szybko wzrok.

— Ale masz skrzydła — zauważył Nassie. — Jako jedyny z nas.

— Ale nie umiem ich używać! Kiedy ostatnio próbowałem, wpadłem na drzewo!

— Myślę, że powinieneś spróbować jeszcze raz. Przecież jak będziesz próbował, to w końcu ci się uda!

Uśmiechnął się przyjaźnie. Queelo szybko rozejrzał się, szukając jakiejś wymówki.

— Nie mamy czasu! — powiedział, przeszukując głowę w poszukiwaniu czegokolwiek. — Musimy… e… znaleźć jeszcze jakiegoś króla! — wydusił z siebie szybko. No tak! Przecież musieli to zrobić. — Bez tego i tak nic nie wyjdzie. Właśnie tak. Nie sądzę, żebyś miał jakiegoś w swoich kontaktach…

— Nie możemy po prostu drugi raz znaleźć Aloziee? — przerwał mu Nassie, drapiąc się po brodzie. — Ona by się pewnie zgodziła.

Oczy Dallou rozszerzyły się, kiedy tylko usłyszał to imię. Nabazgrał coś szybko w notatniku.

„Aloziee nie! Skąd znacie to imię?”.

Jego mina wyraźnie mówiła, co sądzi o tym pomyśle. Queelo mruknął, zdziwiony.

— Spotkaliśmy się z nią — odpowiedział, nie do końca wiedząc, co w tym złego. — Czemu nie? Coś z nią nie tak?

„Nie słyszeliście o niej nigdy?”.

Dallou wyglądał na przerażonego. Queelo i Nassie zgodnie pokręcili głowami. Oczywiście, że nie słyszeli, niby skąd mieliby słyszeć o jakiejś inferzej królowej? Dallou znów nasmarował jakieś zdania, tym razem dłuższe.

„To legenda, którą opowiada się niegrzecznym dzieciom na dobranoc. Straszliwa smocza królowa, która podobno wybiła wszystkie inne smoki, a nawet udało jej się zabić jakiegoś boga! Nikt nie zabija bogów. Nikt nawet nie próbuje, oni są potężni. Są nawet opowieści, że sama została bogiem i zaszyła się gdzieś, żeby cieszyć się nieszczęściami, które wywołała na świecie”.

Queelo przeczytał ten tekst dwa razy, zupełnie nie rozumiejąc ani jednego słowa. A raczej rozumiał, co oznaczają, ale jakoś jego mózg nie umiał w ogóle ich połączyć ze wspomnieniami, które posiadał. Na pewno chodziło im o tę samą osobę?

Na twarzy Nassiego też widać było zdziwienie, ale on, zamiast czytać wszystko jeszcze raz, zaczął się śmiać. I to nie tak krótko i cicho jak poprzednio. Wybuchnął głośnym śmiechem, łapiąc się za brzuch, i najwyraźniej nie zamierzał przestać. Dallou zmarszczył wściekle brwi i napisał kolejne zdanie.

„Uważasz to za zabawne?”. Od tych słów bardzo wyraźnie biła uraza.

— Słowo klucz — prychnął Nassie, próbując się uspokoić — to „legenda”. Myślę, że gdyby była taka zła i w ogóle, dawno by nas zabiła.

„Najwyraźniej nie znasz się na inferach”.

Czytając te słowa, Nassie po raz kolejny wybuchnął śmiechem, aż poleciały mu łzy. Zgiął się w pół i z trudem próbował jakoś powstrzymać płacz, ale zupełnie mu to nie wychodziło. Queelo i Dallou patrzyli na niego jak na wariata. Może ten pierwszy trochę mniej. Właściwie, to nawet drgnął mu kącik ust.

— Akurat ja — odezwał się w końcu Nassie, prostując się i tylko jeszcze trochę chichocząc pod nosem — jestem mistrzem w odczytywaniu cudzych charakterów. Na tym polega moja zdolność. Wiele istot da się łatwo odczytać po ich zachowaniu.

Dallou nie wyglądał na przekonanego tymi słowami. Nassie więc nachylił się i powiedział coś do jego ucha tak cicho, że nawet Queelo tego nie usłyszał. Zapewne mógłby, gdyby się postarał, ale wolał nie wcinać się w cudze sprawy. Dallou cofnął się gwałtownie. Wciąż miał strach na twarzy, jednak tym razem był bezpośrednio skierowany w Nassiego, który wyprostował się z dziwnym uśmieszkiem na twarzy.

— Mam rację, prawda? — zapytał niewinnie, splatając ręce za plecami. — Jak widzisz, wszystkich jest mi łatwo odczytać. Długo się tego uczyłem i doprowadziłem do perfekcji.

— Co ty mu powiedziałeś? — Queelo spojrzał na Dallou. — Mógłbyś przestać straszyć innych?!

— Powiedziałem mu tylko to, co sam o sobie wiedział — prychnął Nassie, krzyżując ręce, po czym jego uśmiech stał się jakby wredniejszy. — I to, z czego mógł sobie nie zdawać sprawy. Może ty też chciałbyś się dowiedzieć o sobie czegoś nowego?

— Wystarczy mi to, co sam już wiem — mruknął Queelo, patrząc w przeciwną stronę. — To i tak już za dużo.

— A więc, wracając do tematu. — Nassie odwrócił się znów do Dallou. — Uważam, że Aloziee jak najbardziej mogłaby nam pomóc. Problemem jednak mogłoby być dotarcie do jej domu. To trochę za daleko. Poza tym nie mam pojęcia, co właściwie jest po drodze. Szliśmy tutaj inną drogą. Hej, nie obrażaj się na mnie! — dodał, widząc, że Dallou nie patrzy na niego. — Nikomu o tym nie powiem, naprawdę. No i wiesz, w tej akurat kwestii masz zupełną rację. Tylko na razie nie powinieneś o tym mówić. To trochę za wcześnie i ktoś mógłby się przestraszyć.

Uśmiechnął się i, o dziwo, Dallou zrobił to samo. Queelo zmrużył oczy. Miał wrażenie, jakby tuż pod jego nosem odbyła się jakaś niezwykle ważna rozmowa, z której został wykluczony. Zapewne w ogóle nie dotyczyła jego, ale i tak miał dziwne przeczucie, że powinien wiedzieć. Albo przynajmniej chciałby wiedzieć. Czemu on nie umiał z nikim rozmawiać tak, żeby postronni nie wiedzieli, o co chodzi? Dlaczego zawsze to on był tym, którego się wykluczało?

Dallou i Nassie zaczęli tym razem dyskutować na temat map. Wyglądało na to, że cokolwiek Nassie nie powiedział inferowi na ucho, zrobiło to z nich nagle najlepszych przyjaciół. Jak można było się tak łatwo zaprzyjaźnić? I to jeszcze człowiek z inferem. Nie do pomyślenia.

Co takiego Nassie wtedy powiedział? Queelo nagle pożałował, że tego nie podsłuchał. Może dowiedziałby się czegoś nowego, a tak to wciąż był zdany na wiedzę, którą posiadał wcześniej.


Rozdział XXVI

Latanie

Dnia: 30 września 31r.

Mam udawać, że ja to wymyśliłem?


Krainy poza miastem były dziwnie zróżnicowane. Przekroczyli łąki, dziwne pagórki, potem przez jakiś czas szli przez równiny, tylko po to, żeby wkroczyć między kolejne pagórki, tylko tym razem nieco większe i już niezamieszkane. Dallou w końcu zakończył rozmowę z Nassiem i teraz po prostu zapisywał jakieś informacje, nie dzieląc się nimi z resztą. Queelo patrzył na jego plecy z zazdrością. Sam też by zajął czymś ręce, ale nie chciał być niemiły i odbierać lisowi notatnika, skoro ten tak bardzo go cieszył.

Po pewnym czasie pagórki wokół nich zaczęły się robić niepokojąco większe. Echo zamiauczała kilka razy, jakby próbowała ich przed czymś ostrzec, ale nie do końca było wiadomo przed czym. Queelo rozejrzał się, nastawił uważnie uszu we wszystkie strony, jednak niczego podejrzanego nie znalazł. Zrobił to jeszcze raz, dla pewności. Wciąż zupełnie nic.

— Może jest po prostu głodna — mruknął Nassie.

Queelo sięgnął do torby i rzucił mu grudkę złota, ale kiedy wojownik spróbował nią nakarmić kotkę, ta tylko syknęła i odtrąciła złoto łapą, miaucząc jeszcze głośniej. Dallou obrócił się do nich i nabazgrał coś. Queelo myślał, że ma to związek z Echo, ale się pomylił.

„Mogę kawałek?”.

Nassie wzruszył ramionami i podał mu złoto. Dallou skinął w podzięce i zjadł kawałek w całości, nawet go nie gryząc, tylko od razu połykając. Queelo skrzywił się, widząc to. On sam nie byłby w stanie niczego w ten sposób zjeść. Nawet jeśli byłoby to możliwe fizycznie, psychicznie go przerastało. Dallou zobaczył jego minę i zawahał się, po czym, z nieco zawstydzoną miną, podał mu notatnik. Queelo zamrugał.

— Zatrzymaj go.

Dallou pokręcił głową i nadal próbował wcisnąć mu notatnik. Queelo westchnął.

— Dlaczego?

Lis otworzył znowu notatnik i coś w nim zapisał, po czym podetknął Queelo pod nos tak, że ten nie miał wyboru i musiał go przyjąć. Na samej górze strony były tylko dwa słowa: „Ładnie rysujesz”. Queelo uniósł brwi w zdziwieniu i spojrzał znów na Dallou, który spuścił uszy, zawstydzony i patrzył w ziemię.

— Chcesz, żebym ci coś narysował? — zapytał, biorąc też ołówek. Dallou pokiwał szybko głową. — Hm, tylko nie wiem, czy mi wyjdzie. Trochę trudno rysować z tymi pazurami.

Chłopak zamrugał, po czym uniósł rękę i pokazał mu, jak wysuwa, a potem chowa swoje pazury. Jakby to miało jakoś pomóc. Queelo odłożył ołówek do notatnika i pokazał Dallou swoją dłoń.

— Ja tak nie umiem — mruknął, poruszając palcami.

Dallou złapał za jego dłoń i zaczął jej się przyglądać ze wszystkich stron, jakby była jakimś niecodziennym zjawiskiem. Podsunął ją nawet pod nos i powąchał. Queelo spróbował się uśmiechnąć, ale zanim cokolwiek powiedział, Dallou nacisnął pazurem jakiś punkt na jego nadgarstku. Zabolało. Szybko wyrwał rękę, gryząc się w język, żeby nie zacząć wykrzykiwać przekleństw, ale i tak wściekłe syknięcie wydobyło się z jego ust. Wąs, wciąż siedzący na głowie Nassiego, zjeżył się i też zaczął syczeć.

Po chwili ból zaczął mijać, a Queelo w końcu zorientował się, co właściwie się stało. Spojrzał na swoją rękę i poruszył palcami, które były już zupełnie normalnej wielkości i zdecydowanie przestały być potwornymi pazurami. Miał też dziwne wrażenie, że mógłby je bez problemu znowu pokazać i schować, jednak nie zamierzał tego próbować.

Spojrzał na Dallou, który cofnął się o krok z przestraszoną miną. Queelo jeszcze raz poruszył normalnymi palcami.

— Dziękuję.

Chłopiec uśmiechnął się nieśmiało i po chwili, kiedy już przestał się bać reakcji, podszedł znów bliżej. Queelo złapał ołówek i zaczął zastanawiać się, co właściwie powinien namalować. W pobliżu nie było raczej niczego naprawdę ładnego. Jego wzrok spoczął na Nassiem. A może i było? Pokręcił szybko głową, odganiając tę myśl. Nie, nie będzie po raz kolejny malować tego kretyna, zwłaszcza teraz! Kto wie, co by mu wyszło przy takich myślach. Wzdrygnął się.

Zamiast tego zaczął rysować Dallou, starając się oddać jak najlepiej wszystkie szczegóły. Nie był zbytnio przyzwyczajony do rysowania futra, takie rzeczy widywało się raczej rzadko. Skośne, małe oczka, duże ostre zęby… jak ktoś tak mały mógł mieć tak wielkie zęby? Włosy Dallou wyglądały jak chmurka, ogon właściwie też, więc właśnie tak Queelo je narysował. Uszy chłopca były zabawne. Puchate i wielkie. Zdecydowanie ładniejsze niż te dziwadła, które miał Queelo. Odruchowo poruszył swoimi, w górę i w dół, a potem na boki. To było dziwne. Jakimś cudem wiedział, jak to robić i do czego właściwie to służy, mimo że nigdy wcześniej tego nie próbował.

Nassie też przysunął się bliżej i gwizdnął cicho.

— Nieźle — zauważył, przyglądając się rysunkowi. — Może mnie też byś namalował?

— A może nie — mruknął Queelo, nie odwracając się w jego stronę. Mimo to wręcz czuł, że Nassie zrobił jedną ze swoich smutnych min.

— Dlaczego? Dallou jakoś namalowałeś!

— Bo on wygląda ładnie, a ty…

Ugryzł się w język, zanim dokończył zdanie. Nie chciał kłamać, ale też nie zamierzał wygadać się z tego, co myślał, więc zapanowała niezręczna cisza. Nassie chyba jednak zrozumiał, że miało tam zostać dodane słowo „nie” i odsunął się z niezadowoloną miną. Queelo ledwo powstrzymał się od westchnienia ulgi. To było zdecydowanie zbyt blisko. Powinien zacząć uważać.

Dallou przyjął notatnik z powrotem, ale zamiast cokolwiek w nim pisać, przyglądał się z radością swojemu portretowi, jakby zobaczył się pierwszy raz w życiu. Korzystając z normalnych rąk, Queelo podrapał się za uchem. Może tak właśnie było? Inferza wioska nie wyglądała źle, ale przecież szczytem myśli technicznej też nie była. Ciekawe, czy wypadli na pomysł zrobienia luster, a nawet jeśli, to po co były im potrzebne? Czy infery też przejmowały się wyglądem tak bardzo jak ludzie?

Teren dookoła nich zaczął się robić bardziej górzysty, co oczywiście oznaczało, że Nassie zaczął bardziej narzekać.

— Gdybyś umiał latać, poszłoby szybciej — burknął. Mimo to nie wyglądało na to, by wojownik miał jakiekolwiek problemy z poruszaniem się.

Jedyne problemy miał Queelo, głównie z powodu idiotycznych stóp, na których nie umiał normalnie chodzić. Może i miały jakoś pomagać w poruszaniu się po trudnym terenie, ale tego też trzeba było najpierw się nauczyć. Queelo zaczął cicho przeklinać pod nosem. Chodzić nie umiał, latać nie umiał, chować pazurów też nie umiał, pewnie niedługo okaże się, że życie też mu nie wychodzi.

Gdzieś z oddali dobiegł szum wody. Queelo poruszył uszami. Szli w tamtą stronę. Zmarszczył brwi. Na wodospad było chyba trochę za wcześnie. Nie minął nawet jeden dzień. Albo Dallou źle policzył dni wędrówki, albo też to wcale nie było to. Spróbował się wsłuchać w ten hałas. Nie, trzask wodospadu zdecydowanie byłby głośniejszy. To raczej była jakaś rzeka.

Lisie uszka Dallou też się poruszyły i chłopiec zaczął coś bazgrać w notatniku, po czym odwrócił się, pokazując im niechlujny szkic. Faktycznie była to rzeka, a przynajmniej Queelo obstawiał, że właśnie to obrazek miał przedstawiać. Równie dobrze mogła to być dróżka z kilkoma kreskami, przez którą przechodziły kamienie. Queelo zamrugał. Kamienie.

— Nie macie mostu? — zapytał z niepokojem.

Dallou spojrzał na niego ze zdziwieniem i wskazał ołówkiem na kamienie. Przekaz był oczywisty — TO właśnie był most. Queelo przełknął ślinę. Tego właśnie się obawiał. Z rysunku nie wyglądało, żeby była to jakaś ciężka przeprawa, ale nauczył się już dawno, że te wyglądają zdecydowanie lepiej od rzeczywistości.

Nassie musiał zauważyć jego minę.

— Jakbyś się nauczył latać — powiedział znowu — nie miałbyś tego problemu.

— Ciekawe niby jak miałbym się nauczyć — syknął Queelo ze złością. — Nie widzę tu za wielu nauczycieli specjalizujących się w lataniu.

— Ewentualnie, jak tak bardzo, bardzo się boisz — ciągnął Nassie, zupełnie ignorując jego słowa — to mogę cię po prostu przenieść. Nie jesteś jakiś mocno ciężki. W zasadzie to jesteś zaskakująco leciutki. Może za mało jesz?

— Bardzo śmieszne.

— Ja tylko się o ciebie martwię — mruknął Nassie, teatralnie przykładając rękę do serca.

Oczywiście, dla niego przecież wszystko było grą. Całe życie było zabawą. Jak można było być cały czas tak zadowolonym i lekceważącym wobec wszystkiego? Irytujące. I też zaskakujące. Ile Queelo by dał, żeby móc tak olewać wszystko i nie zastanawiać się godzinami. Ciekawe, czy dało się tego nauczyć. Fajnie by było.

Potknął się o własne stopy. Chodzić też przydałoby się nauczyć. Rozłożył ręce i zamachał skrzydłami, starając się utrzymać równowagę. Całe szczęście nie upadł na twarz, co nie zmieniało faktu, że i tak wyglądał żałośnie. Mistrz wdzięku i zgrabności. Wręcz czuł, jak Nassie przewraca oczami i zrobiło mu się głupio.

— Jesteś beznadziejny — odezwał się nagle wojownik. — Proszenie o pomoc cię nie zabije, wiesz?

— Pomoc? — zdziwił się Queelo. — Niby w czym?

Jakby w odpowiedzi, potknął się po raz kolejny. Te beznadziejne stopy! Nassie złapał go za kołnierz, zanim się wywalił, i pomógł mu z powrotem stanąć prosto.

— Na przykład w tym.

Queelo mruknął ze złością.

— Ciekawe niby jak mógłbyś mi pomóc, panie pomocny. Oddasz mi moje stare stopy?

— Czyli chcesz pomocy.

To nie było pytanie, więc nie czekał też na odpowiedź. Schylił się i jednym ruchem podniósł Queelo, jakby ten był lekki jak piórko. Jakimś cudem udało mu się ułożyć rękę na plecach tak, że w ogóle nie dotknął skrzydeł. Queelo nawet nie zdążył zaprotestować. Echo, dotąd owinięta wokół szyi Nassiego, zeskoczyła i usiadła na brzuchu Queelo, który odruchowo ją złapał, bojąc się, że kotka mogłaby spaść.

— Teraz przynajmniej możemy iść szybciej — oznajmił radośnie Nassie, zrównując się z Dallou i oboje faktycznie przyspieszyli kroku.

Queelo po raz kolejny poczuł się głupio. Oczywiście, że ich spowalniał. Powinien się już przyzwyczaić do tego, że zawsze był tym najsłabszym ogniwem, nieważne, w jakim towarzystwie kończył. Powinien znów zacząć się od wszystkich odcinać.

Trudno jednak to zrobić, kiedy było się niesionym w ramionach. Queelo złożył skrzydła, starając się nimi nie uderzyć Nassiego, ale nie było to aż takie łatwe. Nie umiał jeszcze nimi tak doskonale operować, poza tym nie były jakieś bardzo małe. Żeby nie ciągnąć długiego ogona po ziemi, odruchowo owinął sobie końcówkę wokół kostki. Ale i tak nie ta inferza forma była najgorsza, tylko to, że ktoś go niósł. I to kto! Mógłby przeżyć, gdyby to był ktokolwiek inny, ale nie Nassie! To było za blisko! Z jednej strony miał ochotę zażądać, żeby wojownik natychmiast postawił go z powrotem na ziemi, ale z drugiej wcale tego nie chciał. Tylko dlatego, że znowu by ich spowalniał! Tylko to było powodem, że się nie odezwał i nic innego! Na pewno nic innego! Mimo to i tak czuł, że twarz zaczyna mu płonąć. Całe szczęście, że Nassie w ogóle na niego nie patrzył. Queelo szybko odwrócił głowę.

Dallou nie zwracał na nich uwagi, po prostu szedł i co jakiś czas zapisywał coś w notatniku. A przynajmniej tak na początku myślał Queelo, bo kiedy udało mu się tam zajrzeć, zobaczył kilka amatorskich obrazków kwiatków i skał. Chłopiec najwyraźniej próbował nauczyć się rysować i wcale nie wychodziło mu to jakoś bardzo źle.

Chwilę później faktycznie dotarli do rzeki i tak, jak spodziewał się tego Queelo, na żywo wyglądała znacznie gorzej niż na obrazku. Przede wszystkim była szersza, kamieni nie było za wiele, a o wszystkie obijała się woda. Musiały być potwornie śliskie.

Dallou nie wyglądał na przestraszonego, tylko od razu zaczął przeskakiwać na drugą stronę, nawet nie odrywając wzroku od notatnika. Po prostu prosił się o wypadek! Jak można było być tak nieodpowiedzialnym? Zanim jednak Queelo zdążył otworzyć usta i jakoś to skomentować, chłopiec znalazł się już na drugim brzegu. Obrócił się i pomachał do nich, jasno dając do zrozumienia, że powinni się pospieszyć.

Queelo nie był przekonany do tego pomysłu. Woda wyglądała niepokojąco niebezpiecznie i płynęła zbyt szybko. Tyle że Queelo nie miał nic do gadania, a Nassie najwyraźniej nie myślał o tym tak samo jak on. Natychmiast ruszył się z miejsca i zaczął skakać po kamieniach równie wesoło co Dallou, w ogóle się nie przejmując. Queelo odruchowo złapał go za sweter, puszczając Echo.

— Zabijesz nas!

Nassie zatrzymał się dosłownie na samym środku drogi. Wyglądał na zdziwionego. Rozejrzał się dookoła.

— Nie, to wygląda całkiem bezpiecznie — oznajmił spokojnie, uśmiechając się przy tym. — Mógłbym nawet przejść tę trasę z zamkniętymi oczami.

— Nawet nie próbuj! Nie!

Ale Nassie już zamknął oczy i ruszył w dalszą drogę, idąc nawet szybciej niż poprzednio. Raz nawet poślizgnął się na jednym z kamieni, ale skwitował to tylko krótkim śmiechem. Przekroczenie rzeki zajęło dosłownie chwilę, ale dla Queelo trwało to wieczność.

— Widzisz, żyjemy! — ucieszył się Nassie.

Queelo natychmiast się od niego uwolnił i wylądował na ziemi. Echo syknęła na niego ze złością i wspięła się z powrotem na szyję Nassiego. Queelo podniósł się niezdarnie i otrzepał ubranie z trawy, po czym odsunął jak najdalej od wojownika.

— Trzymaj się ode mnie z daleka! — warknął ze złością.

Uśmiech zaczął schodzić z twarzy Nassiego.

— Przecież…

— Zostaw mnie!

— Przepraszam! — wykrzyknął Nassie żałośnie. — Nie wiedziałem, że aż tak ci to przeszkadza! Obiecuję, że więcej tego nie zrobię!

Queelo wcale jakoś mocno to nie przeszkadzało, jednak była to genialna wymówka, żeby trzymać się z daleka. Rozłożył skrzydła na całą szerokość, odgradzając się nimi od reszty. Przekaz był chyba wystarczająco jasny. Nassie zachował bezpieczną odległość. Nawet Dallou, który w ogóle nie był częścią tej rozmowy, odsunął się nieco. Przynajmniej Queelo miał chwilę spokoju. Wcisnął ręce do kieszeni. Wspaniale było słuchać ciszy.

Słońce powoli zaczynało się chylić ku zachodowi, kiedy w końcu dotarli do zdecydowanie bardziej górzystych terenów. W pewnym momencie Dallou skręcił gwałtownie i zaprowadził ich do niewielkiej polanki, z jednej strony otoczonej wysokimi zboczami, a z drugiej niewielkim laskiem. Chłopiec usiadł pod skałą, owijając się ogonem. Wyglądało na to, że nadeszła pora na odpoczynek. Nassie też usiadł na ziemi z wyraźną ulgą.

Queelo stał i się na nich patrzył. On sam nie był zmęczony, a nawet wręcz przeciwnie. Czuł, że mógłby kontynuować taką wędrówkę i przez dwa dni, zanim w końcu opadłby z sił. Może to była wina tego, że w zasadzie dawno nie robił niczego faktycznie wykańczającego. Głównie chodził i myślał, a i to drugie nie wychodziło mu najlepiej.

— Odpocznij sobie — mruknął Nassie, a Dallou pokiwał głową. Jednak Queelo nie zamierzał tego robić.

Rozejrzał się po otoczeniu. Nie wyglądało to może na najlepsze miejsce do nauki, ale najgorszym też zdecydowanie nie było. Już i tak za dużo się nasłuchał, że nie umie latać. Przyszła najwyższa pora, aby to zmienić. Spojrzał na skrzydło. Rana była już właściwie tylko małą dziurką i nawet nie bolała. Poruszył nim trochę, żeby się upewnić, ale wszystko było w zupełnym porządku. Stanął pośrodku polany.

Jak w ogóle powinien zacząć? Powąchał powietrze i poruszył uszami. Nic nie wskazywało na to, żeby wiatr tamtego dnia był jakiś mocno silny. Zastanawiał się, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony mógłby go spychać w różne strony, ale przecież też ułatwiałby szybowanie. O ile umiało się to robić. Pokręcił głową. Jak na ćwiczenia było idealnie.

Machanie skrzydłami było najłatwiejszą częścią. Każdy, kto je miał, mógł sobie nimi pomachać. Pamiętał, że żeby ostatnio oderwać się od ziemi, musiał włożyć zdecydowanie więcej siły. Gdy było jej jednak za dużo, zaczynał robić fikołki w powietrzu. A może to miało jakiś związek z ogonem? Poruszył nim lekko, najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Niby jak miał go używać? Wiedział tylko jak chwytać ogonem rzeczy, nie jak używać go jako steru.

Zamachał kilka razy skrzydłami na próbę, za każdym razem coraz mocniej, ale jedyne co osiągnął, to wywołanie wiatru. Za słabo. Spróbował więc jeszcze mocniej, szukając minimalnej siły, jaką musiał włożyć w oderwanie się od ziemi. Wcale nie było to aż takie łatwe. Najwyraźniej w pałacu pomógł mu przypływ adrenaliny. Dopiero po kilku minutach coraz intensywniejszego machania skrzydłami, w końcu udało mu się oderwać stopy od ziemi. Wtedy też natychmiast stracił równowagę. Zamachał rękoma jak wiatrakami, spróbował zrobić coś ogonem, ale to w żaden sposób nie pomogło. Nawet wylądować z powrotem na nogach mu się nie udało, tylko przewrócił się na twarz.

Podniósł się ze złością, otrzepując przy tym swoje ubranie. Potrząsnął też głową, jakby to miało mu w jakiś sposób pomóc. Jeszcze raz!

— Naprawdę powinieneś odpocząć — odezwał się znowu Nassie.

— Sam narzekałeś, że nie umiem latać — burknął Queelo, nawet się do niego nie odwracając — to się nauczę i nie będę musiał już słuchać twojego narzekania.

— Ale ja tylko sobie żartowałem!

Queelo go zignorował. Tym razem wiedział już, jak wiele siły powinien włożyć w to machanie, więc uniesienie się zajęło zdecydowanie mniej czasu. Wcale jednak nie pomogło z poczuciem braku równowagi w powietrzu. Utrzymał się może kilka sekund dłużej, tylko po to, żeby tym razem upaść na plecy. To zabolało bardziej. Już lepiej było upadać na twarz. Ona nie była aż tak wrażliwa, jak jego idiotyczne skrzydła. Gdyby jeszcze umiał to jakoś kontrolować, byłoby łatwiej.

Z pewnym trudem wstał. Otrzepał skrzydła. Powinien próbować, aż coś mu w końcu wyjdzie. Przecież za którymś razem na pewno się uda. Może trzeba było polecieć wyżej? Może w ogóle nie powinien się zatrzymywać w powietrzu, tylko po prostu lecieć? Zanim jednak zrobił cokolwiek więcej, poczuł, że ktoś ciągnie go za rękaw.

Dallou stał tuż obok niego. Queelo nawet nie zauważył, kiedy chłopiec do niego podszedł.

— Coś się stało? — zapytał ze zdziwieniem. — Przeszkadza ci wiatr?

Pokręcił gwałtownie głową i pokazał mu jakiś rysunek, który musiał nabazgrać chwilę wcześniej. Queelo zmrużył oczy, próbując zgadnąć, co przedstawia i chwilę mu zajęło zorientowanie się, że to jego dziwaczne skrzydła. Przyjrzał się najpierw im, a potem rysunkowi. Faktycznie te koślawe bazgroły pasowały idealnie, ale nie o to chodziło. Queelo uniósł brwi.

— Myślisz, że źle nimi macham?

Dallou pokiwał energicznie głową i pokazał następny obrazek końcówką ołówka. Queelo nie był do końca przekonany co do tego pomysłu, ale to było dość logiczne, że do startu, poruszania się i utrzymania się w powietrzu używało się zupełnie innych ruchów, więc jeśli cały czas próbował wystartować, nawet już lecąc, to ponosił porażkę. Przyjrzał się jednemu z rysunków i powtórzył ruch, który był tam narysowany, a przynajmniej tak mu się wydawało.

— Coś takiego?

Chłopiec zaciął się na chwilę, patrząc gdzieś w bok, po czym chyba zdał sobie sprawę, że zostało mu zadane pytanie, bo gwałtownie pokiwał głową. Queelo powtórzył to jeszcze kilka razy. Ruch nie był jakiś mocno skomplikowany, ale był… dziwny. Nie powiedziałby, że coś takiego może go utrzymać w powietrzu. Jednak kiedy patrzył na swoje koślawe skrzydła, również by nie powiedział, że na nich dało się latać. Infery były dziwne, nawet kiedy było się jednym z nich.

Gdy już upewnił się, że wie co robić, postanowił spróbować znowu. Dallou szybko odsunął się i wrócił na swoje miejsce, gdzie nic mu nie groziło. Queelo wcale mu się nie dziwił. Jeszcze raz bezcelowo zamachał skrzydłami, upewniając się, czy wciąż może nimi poruszać, jakby było w ogóle możliwe, że z jakiegoś powodu nagle by nie mógł, po czym wystartował.

O ile stojąc, łatwo mu się wykonywało ruchy skrzydłami, o tyle kiedy w końcu się uniósł, stało się to wiele trudniejsze. I tak stracił poczucie równowagi i odpowiednie machanie nie pomogło mu jej odzyskać, a nawet wręcz przeciwnie. Wykonał ze dwa piruety w powietrzu, lecąc chaotycznie, i zatrzymał się boleśnie na jednym z drzew. Zaklął pod nosem, podnosząc się na nogi. Za sobą usłyszał oklaski.

— Brawo! — wykrzyknął Nassie.

— To dla ciebie takie zabawne? — Queelo nawet się nie odwrócił, ale rozwinął groźnie skrzydła. Z jakiegoś powodu chciał to robić odruchowo za każdym razem, kiedy się zezłościł. Wydawało mu się to po prostu właściwe.

— Utrzymałeś się w powietrzu! — odpowiedział wesoło wojownik. — To już jest dużo jak na jeden dzień!

W jego głosie nie było ani grama szydery, ale Queelo i tak był przekonany, że to jakaś kpina. Nikt nie mówił takich rzeczy w dobrej wierze. Otrzepał się i wrócił na miejsce. Jeszcze raz.

— Dużo już ci się udało, odpocznij w końcu!

Nie słuchał go. Musiał po prostu robić coś źle. Może faktycznie chodziło o ten ogon? Może musiał coś nim robić, a nie puszczać bezwładnie? Latanie nagle wydało mu się znacznie trudniejsze. Było tyle rzeczy, które powinien ogarniać, a to tylko początek, bo przecież jeszcze musiał wiedzieć gdzie leci, gdzie są przeszkody i jak w ogóle je omijać. Im więcej o tym myślał, tym bardziej go to demotywowało. Potem jednak przypomniał sobie złośliwe uwagi Nassiego na temat jego niezdolności latania. O nie, nie podda się tak łatwo! Może jeśli w końcu się tego nauczy, to zwróci na siebie uwagę…

Potrząsnął głową. Nie o tym powinien myśleć! Latanie, to się liczyło. Tylko i wyłącznie to.

Tym razem, po oderwaniu stóp od ziemi, udało mu się jakoś zachować względną równowagę. Nadal się dziwnie obracał w jedną stronę, choć tym razem zdecydowanie wolniej. Nie wiedział, czemu tak w ogóle się działo. Zastanawiał się, czy powinien może inaczej ruszać jednym ze skrzydeł, ale coś mu podpowiadało, że wtedy w ogóle nie byłby w stanie latać. Machnął ostrożnie ogonem, jednak nie uzyskał niczego, poza chwilowym utraceniem równowagi. Zły pomysł. Może to była po prostu wina tego, że nadal miał ranę w skrzydle. Co prawda była malutka, ale przecież nie wiedział, jak to wszystko działa. To mógł być problem.

Zaczął machać coraz wolniej i powolutku wylądował na ziemi, tym razem bez żadnych zderzeń. Przynajmniej znalazł jedno zastosowanie tych idiotycznych stóp — były wystarczająco duże, żeby łatwo się nimi lądowało. Podejrzewał, że ludzkie stopy by mu raczej w czymś takim przeszkadzały. Przeciągnął się. Latanie czy nie, od machania skrzydłami strasznie rozbolały go plecy. Może faktycznie przydałaby mu się chwila odpoczynku.

Obrócił się. Dallou siedział pod ścianą, owinięty swoim ogonem, i bazgrał coś w notatniku. Nassie rozłożył się na trawie, kawałek dalej. Kiedy tylko wojownik złapał kontakt wzrokowy, natychmiast się uśmiechnął i poklepał miejsce obok siebie. Queelo skrzywił się i szybko usiadł najdalej, jak się dało. Dallou podniósł na niego wzrok i patrzył się przez chwilę ze zdziwieniem, jakby oczekiwał jakiegoś wyjaśnienia, ale kiedy żadnego nie otrzymał, wrócił do swoich rysunków.

Queelo położył się bokiem na trawie i zasłonił skrzydłem z jednej strony, tworząc nad sobą małą kopułę.

— Dobranoc — mruknął pod nosem.

— A warty? — odezwał się nagle Nassie. — Mam wziąć pierwszą?

— Nic nas nie zaatakuje.

— Ale…

— A nawet jeśli — przerwał mu Queelo, nawet nie otwierając oczu — to nasze uszy są zdecydowanie lepsze niż twoje. Jak coś usłyszymy, to się obudzimy, zaręczam ci. Idź spać.

— Huh… no dobrze — dał w końcu za wygraną Nassie i chyba w końcu sam również się położył, ale raczej nie zamierzał na razie zasypiać. — Wiesz, gdybyś powiedział o tym wcześniej, to nasze nocowania w obozie byłyby łatwiejsze.

Queelo zacisnął zęby ze złością.

— A widziałeś, żebym wcześniej miał te durne uszy? Chcę spać. Zamknij się.

Odruchowo owinął sobie ogon wokół kostki, ale kiedy już miał zacząć cieszyć się ciszą i powoli odpłynąć w świat snów, usłyszał jakiś trzask. Na początku pomyślał, że może to po prostu Nassie albo Dallou coś robią, ale dźwięk dochodził gdzieś z daleka. Podniósł się gwałtownie, odruchowo wyciągając znów swoje pazury. To natychmiast postawiło też na nogi resztę. Dallou skulił się przy skale, starając się chyba w nią wtopić. Nassie natomiast wyjął skądś sztylet — nie wiadomo skąd, chyba nosił go w tylnej kieszeni — po czym przybrał bojową pozę. Rozejrzał się.

— Gdzie? — zapytał, mierząc uważnym spojrzeniem całą okolicę. — Nic nie widzę.

Queelo również niczego nie widział, ale mógł przysiąc, że słyszał. Nastawił uważnie uszu, przykładając jednocześnie palec do ust i dając znać Nassiemu, żeby się zamknął na moment. Musiał czekać tylko chwilę, żeby podobny dźwięk się powtórzył. Rozejrzał się za jego źródłem i zobaczył ciemną sylwetkę na tle nieco ciemniejszych drzew. Zaskakujące, o ile zmysły infera były lepsze od ludzkich. Nic dziwnego, że tak łatwo im przychodziło polowanie.

Obrócił się, rozkładając skrzydła i zasłaniając nimi zarówno Dallou, jak i Nassiego.

— Kto tam jest? — warknął, starając się brzmieć najgroźniej, jak się tylko dało. — Pokaż się albo wynoś, zanim stracę cierpliwość!

Miał nadzieję, że brzmiał wystarczająco przekonująco dla kogokolwiek, kto tam siedział. Jeśli to był jakiś potężny infer albo nawet król, mieli przechlapane. Nie, to przecież nie mógł być kolejny król, nie dało się chyba mieć w życiu takiego pecha, prawda? Jednak zanim Queelo porządnie się nad tym zastanowił, postać już się ruszyła.

— Szukałem was wszędzie!

Queelo zamrugał, upewniając się, czy nie ma jakichś przewidzeń. Przetarł nawet oczy, prawie kalecząc się własnymi pazurami.

Nassie wydostał się zza jego skrzydła.

— Aiiry! — ucieszył się, podchodząc do kolegi. — Co ty tutaj robisz?

Pomimo tego, że wyglądał na uradowanego, nadal trzymał swój nóż. Jakby wręcz spodziewał się jakiegoś przekrętu. Ale kto na jego miejscu by się nie spodziewał? Nawet jeśli jakimś cudem Aiiry’emu udałoby się wydostać, pozostawała jeszcze cała masa terenu, które musiałby przebyć, żeby ich znaleźć. To się nie dodawało zupełnie!

— Szukam was — odpowiedział Aiiry z pewną pretensją w głosie. — Zawsze lubiłeś podróżować szybko, ale to już jest jakaś przesada! Nie da się za wami nadążyć! Wiesz, próbowaliśmy się jakoś wydostać po waszej dramatycznej ucieczce, tylko że to nie takie łatwe. Mnie się jakimś cudem udało i natychmiast poszedłem was szukać. Musicie mi pomóc.

Coś w jego słowach i języku ciała było nie tak. Queelo przechylił głowę. Zupełnie jakby rzeczy, które mówił, a rzeczy, które chciał przekazać, były dwiema sprzecznymi informacjami. Przechylał się nieco na jedną stronę, wypluwał zdania, jakby się ich wyuczył na pamięć, stukał dziwnie dłonią o udo, a poza tym mrugał też trochę za szybko. A potem trochę za wolno…

Dallou znów pociągnął Queelo za rękaw i podstawił mu dziennik pod nos. Był wyraźnie przestraszony, ale chyba nie tylko z powodu niespodziewanego gościa.

„Dlaczego mają przy sobie broń?”.

No tak. Dallou pewnie do tej pory myślał, że Nassie też był inferem. Zresztą wojownik nie wyglądał, jakby zamierzał go wyprowadzać z tego błędu. Chłopiec schował się niemal całkowicie za Queelo. Ten szybko wziął ołówek.

„To ludzie, ale niegroźni. Oczy tego nowego. Wiesz może, co chce powiedzieć?”.

Chłopiec przyjął z powrotem notatnik, ale nie wyglądało na to, by całkowicie uwierzył w pierwsze zdanie, nadal chowając się przed wzrokiem wszystkich. Queelo nie przypuszczał, że Dallou mógłby znać jakiś dziwny kod polegający na mruganiu, ale może jako niemy nauczył się ich kilku. Jakaś szansa na to była, nawet jeśli mała. Lisek zmrużył oczy i przez chwilę wpatrywał się w Aiiry’ego, który wciąż rozmawiał z Nassiem. Jego uszy niepokojąco stanęły dęba. Szybko coś zanotował.

„Cały czas powtarza to samo oczami: Są tutaj. Pułapka”.

Nassie zaśmiał się z czegoś, po czym odwrócił się do Queelo i Dallou, którzy wyglądali jak trupy. Nawet na chwilę nie stracił swojego uśmiechu, kiedy nachylił się do nich.

— Zachowajcie pozory — powiedział tak cicho, że zwykły człowiek z pewnością by go nie usłyszał. — Wynosimy się stąd jak najszybciej.


Rozdział XXVII

Ta sama osoba

Dnia: 1 października 31r.

Do robienia magii.


Dallou złapał Queelo za rękę i poprowadził ich dalej, starając się zachować jak największy odstęp od Nassiego i Aiiry’ego. W sumie nie było mu się co dziwić. Tylko Queelo był inferem, mającym problemy z głową i pchającym się pod nosy złotych wojowników, wszystkie inne raczej wolały trzymać się z daleka od niebezpieczeństwa. Nastawił uważnie uszy, lecz oprócz ciężkich oddechów nie słyszał niczego. Wciąż jednak miał wrażenie, że ktoś go obserwuje z ciemności.

Wkroczyli na jakąś ścieżkę między skałami. Queelo musiał całkowicie zwinąć swoje skrzydła, którymi dotąd ich osłaniał, i nie czuł się z tym zbyt komfortowo. Dallou szybko znalazł jakąś szczelinę w skałach, będącą chyba kolejną jaskinią, i zniknął w jej wnętrzu. Queelo zawahał się. Przecież to równie dobrze też mogła być pułapka, a nawet jeśli, to jakim cudem mieliby uciec z takiego miejsca? Nie chciał jednak zostawać zupełnie sam z Nassiem i Aiirym, więc szybko wgramolił się do środka, ledwo miesząc się w przejściu.

Spodziewał się, że będzie tam panować kompletna ciemność, ale pomylił się. Przeszedł skulony przez niewielkie wejście, żeby wejść do większego pomieszczenia, którego ściany lśniły podejrzanie jasno. Zobaczył też kilka odnóg prowadzących w różne strony, więc wyglądało, że był to jakiś system jaskiń. Może było tam więcej wyjść? Miał taką nadzieję.

Dallou stanął pod jedną ze ścian i odczepił z niej świecącą bryłkę. Powąchał ją, po czym podstawił Queelo pod nos. Ten skrzywił się, nawet jeśli to dziwne coś pachniało nawet ładnie. Widząc, że Queelo nie jest zbyt chętny, chłopiec wzruszył ramionami, po czym zjadł kamyk w całości. Poruszył radośnie uszami, a ich czubki powoli zaczęły świecić. Queelo zamrugał, myśląc, że ma jakieś przewidzenia, ale nie. Również ogon i palce zalśniły.

— Wow! — Nassie pojawił się tuż obok Queelo, a jego oczy aż błyszczały z zaciekawienia. — Ale fajne! Też tak mogę?

Dallou zmierzył go spojrzeniem, po czym pokręcił głową. Przysunął się też odruchowo trochę bardziej w stronę Queelo. Wyciągnął ze ściany kolejny kamyk i znowu mu go podał. Tym razem Queelo go przyjął i zaczął mu się uważnie przyglądać. Poczuł, że Nassie zbliżył się, żeby też się przyjrzeć, więc odgrodził się od niego skrzydłem. Z drugiej strony usłyszał smutne westchnienie.

— Chciałem zobaczyć kamień — powiedział obrażonym tonem.

— Masz ich pełno — mruknął Queelo, podsuwając sobie kamyk pod nos i wąchając. — Przyjrzyj się jakiemuś innemu.

— O, zjedz go! Ciekawe, co się stanie!

Nassie złapał za jego skrzydło i przesunął je w dół, jakby to była jakaś zasłona. Queelo wzdrygnął się i szybko wyrwał skrzydło z jego rąk, po czym zaczął je otrzepywać.

— Nie rób tego więcej! — warknął, obracając się. Nassie zamrugał.

— To boli? — zdziwił się.

— Nie, ale nie rób!

— Łaskocze?

Queelo drgnęła powieka.

— Nie. Odwal się!

Nassie przechylił głowę i uśmiechnął się złośliwie. Queelo jakoś wcześniej nie zwracał na to zbytnio uwagi, ale zarówno ten, jak i zadowolony uśmiech, wyglądały u niego całkiem podobnie. W zasadzie sam uśmiech był dokładnie taki sam, a jedyna różnica była w oczach. Queelo zamrugał, zdając sobie sprawę, że trochę za długo wpatruje się w wojownika i szybko obrócił się do niego plecami, prawie uderzając go skrzydłem. Spojrzał na świecący kamyk, po czym zjadł go dwoma kęsami. Mimo ładnego zapachu, w zasadzie nie miał smaku. Nie miał bladego pojęcia, dlaczego jeszcze go to dziwiło. Za każdym razem spodziewał się, że poczuje cokolwiek, ale zawsze było jedno wielkie nic.

Ucho zaczęło go podejrzanie swędzić. Podrapał się. Dallou pociągnął go za rękaw. Wyglądał na zadowolonego. Pokazał na jego ogon z zadowoleniem. Queelo uniósł końcówkę ogona do twarzy i zauważył, że faktycznie zaczął świecić.

— Do czego to właściwie służy? — zapytał, kładąc ogon z powrotem na ziemię.

Dallou uśmiechnął się przyjaźnie i uniósł błyszczące jasno dłonie. Wykonał nimi jakiś gest, a za jego rękoma zaczął ciągnąć się lśniący ślad, pozostający w powietrzu. Dopiero po chwili Queelo zorientował się, że chłopiec tworzy zaklęcie, zanim jednak się odsunął, znak zniknął, a na jego miejscu pojawiła się mała, jaśniejąca kulka. Queelo cofnął się o krok, a Dallou sięgnął po notatnik i napisał tam kolejne zdanie: „Do robienia magii”.

Wyraźnie oczekiwał jakiejś radości z tego powodu, więc jego mina powoli zrzedła, kiedy Queelo spojrzał z przerażeniem na swoje błyszczące teraz palce i potrząsnął ręką, próbując się owego blasku pozbyć.

— Weźcie to ode mnie! — krzyknął ze strachem, coraz bardziej machając dłonią, jakby to miało jakoś pomóc. Cofnął się, potykając i upadł na ziemię.

Dallou wyglądał na smutnego. Nassie poklepał go po ramieniu pocieszająco.

— To nie twoja wina. Queelo po prostu boi się magii — wyjaśnił mu spokojnie.

Queelo, dotąd wariujący na podłodze, wstał gwałtownie.

— Wcale nie! — oburzył się.

Nassie spojrzał na niego z politowaniem.

— Zacznij tak tańczyć drugi raz, to się jeszcze nad tym zastanowię.

— Ty…

— Swoją drogą to uszy też ci się świecą. Nimi też powinieneś zacząć machać jak wiatrakami.

Queelo warknął na niego ze złością i otrzepał się. Przeniósł spojrzenie na Aiiry’ego, który stał w wejściu i przyglądał się wszystkiemu ze zdziwieniem.

— E… coś mnie ominęło? — zapytał, kiedy zauważył, że Queelo mu się przygląda. Ten uniósł brwi.

— Raczej nie. Chciałeś nam chyba coś…

Aiiry rozejrzał się nerwowo i natychmiast go uciszył.

— Powinniśmy iść dalej — syknął przez zęby.

Dallou zamachał swoim świecącym ogonem, żeby zwrócić znów na siebie uwagę, po czym dał znak, żeby iść za nim i zniknął w jednym z wielu przejść. Nassie wzruszył ramionami i ruszył za nim. Queelo ledwo wcisnął się w ten tunel. O ile jaskinie były wielkie, o tyle przejścia między nimi już mikroskopijne i musiał się w każdym schylać i pilnować, żeby nie szorować skrzydłami po ścianach. Zupełnie mu to nie wychodziło, więc co chwila przeklinał pod nosem. Za sobą usłyszał jakiś zdziwiony pomruk Aiiry’ego, ale nie chciało mu się zatrzymywać i pytać, o co chodzi.

Przechodzili przez kolejne pomieszczenia, większe i mniejsze, wyładowane błyszczącymi kamieniami. Nassie oczywiście nie byłby sobą, gdyby w każdym nie zatrzymał się przynajmniej raz, żeby popodziwiać widoki i nie zacząć snuć teorii na temat tego, jak to wszystko działa. Tym razem to nie Queelo był osobą, którą to irytowało. Dallou w końcu złapał wojownika za rękę i pociągnął za sobą, wkurzony, że muszą co chwilę robić przystanki.

Minęło trochę czasu, zanim w końcu się zatrzymali. Droga, którą prowadził ich Dallou była tak kręta, że nawet Queelo po chwili już się zgubił i nie miał pojęcia, jak stamtąd wyjść. Przystanęli w miejscu, gdzie świecące kamyki wyraźnie już się kończyły i było ich tylko kilka. Dallou zostawił Nassiego i usiadł pod jedną ze ścian, żeby świecącymi palcami zacząć znów malować znaki.

— To bezpieczne miejsce? — wolał się upewnić Queelo, rozglądając się po ciemnym sklepieniu.

Chłopiec pokiwał głową. Queelo obrócił się do Aiiry’ego, unosząc brwi i jasno dając mu do zrozumienia, że cokolwiek ma do powiedzenia, może powiedzieć to teraz. Wojownik zawiesił się na krótką chwilę.

— A, tak. Nie… nie wiedziałem, że umiesz czytać takie kody? — powiedział, wskazując na swoje oczy. Queelo wzruszył ramionami.

— Ja nie umiem. Po prostu zauważyłem, że ci oczy dziwnie chodzą. Dallou umie.

Wskazał na chłopca, który przestał na chwilę rysować i pokazał dłońmi liczbę sześć, po czym wskazał na usta. Queelo zupełnie nie zrozumiał i Aiiry chyba też nie. Dallou zrobił minę w stylu „jesteście głupi”, po czym zamrugał kilkanaście razy.

— Powiedział, że zna sześć różnych języków — przetłumaczył Aiiry. — Ja aż tylu się nie nauczyłem. Znam tylko podstawy kilku, na wypadki takie jak ten…

— Powiesz w końcu, o co chodzi? — przerwał mu Queelo. — Kto jest tutaj?

— No, tutaj ich chyba nie ma, ale… — Aiiry podrapał się za uchem. — Chodzi o to, że… faktycznie próbowaliśmy się wydostać, ale te infery są na zupełnie innym poziomie. Po prostu się nie dało, zwłaszcza że nas jeszcze porozdzielali. Nie mam pojęcia, co się stało z resztą. Następnego dnia po prostu jeden z tych dziwaków przyszedł do mnie i powiedział… e… że mam przyprowadzić tego dzi… e… ciebie, to wtedy wypuszczą innych.

— Ty? — zdziwił się Nassie. — Czemu wybrali ciebie? Ty akurat się najmniej znasz z Queelo. Bardziej logicznym wyjściem byłoby wziąć kogoś, z kim on się zna.

— Przestań gadać o mnie, jakby mnie tu nie było! — zezłościł się Queelo.

— Podejrzewam, że wydałem im się najsłabszym ogniwem — przyznał Aiiry.

Nassie zamrugał, po czym wybuchnął głośnym śmiechem.

— To mogli wybrać Alloisa!

— Ale jesteś śmieciem — mruknął Queelo.

— Przecież Allois sam o tym wie — prychnął Nassie, nie przestając chichotać. — Nauczył się gadać z ludźmi w myślach, więc jak mu to odejmą, to w ogóle nie potrafi się potajemnie komunikować. Jakby jego wysłali, toby nam nijak nie przekazał żadnej wiadomości.

— Ktoś cię pilnuje — stwierdził Queelo, obracając się znów do Aiiry’ego. — Wiesz kto?

— Ten, co tworzy portale, zostawił mnie niedaleko — mruknął Aiiry. — Ale poza nim to nie wiem, czy ktokolwiek inny jeszcze tu jest. Powiedzieli tylko, że będą mieli mnie na oku.

— To dziwne — mruknął Nassie, siadając obok Dallou. — Czemu sami nie przyszli i go nie porwali, tylko zamiast tego wysłali ciebie? To niezbyt logiczne.

— Yuhu, porwanie. — Queelo usiadł po przeciwnej stronie jaskini i owinął się skrzydłami, udając, że to kokon. — O niczym w życiu bardziej nie marzyłem.

— To mogę cię związać i zanieść na miejsce. Będzie podobnie.

— To był sarkazm.

— Ale jak chcesz, to nadal mogę to zrobić.

— Wal się.

Queelo schował się jeszcze bardziej, ale i tak był w stanie zauważyć zdziwione spojrzenie Aiiry’ego, które krążyło między nimi. Skierował więc swój wzrok na wojownika i czekał, aż ten to zauważy. Nie musiał czekać długo.

— Jest jakiś problem? — zapytał Queelo, nawet przy tym nie mrugając.

Aiiry zmieszał się.

— Nie, po prostu… ja… no… spodziewałem się, że będziesz zupełnie inną osobą, a ty… e… zachowujesz się nadal tak samo. Znaczy nie znam cię za bardzo, ale…

— Jest tą samą osobą — mruknął Nassie z drugiego końca jaskini. — Irytuje się dokładnie tak samo szybko, jak zawsze.

— Bo ty jesteś zawsze tak samo irytujący! — zezłościł się Queelo, nie odwracając się jednak w jego stronę. — Patrzcie na mnie, jestem takim wspaniałym i pięknym wojownikiem, wszyscy na mnie lecą, umiem robić wszystko wszędzie i równie dobrze mógłbym być bogiem i powinniście mnie wielbić na kolanach, całować i dziękować, że jestem.

— Dziękuję.

— To była obraza!

— Ale powiedziałeś, że jestem piękny. Dziękuję.

Queelo zdał sobie sprawę, że faktycznie takie stwierdzenie padło z jego ust i poczuł, jak jego twarz czerwienieje. Na całe szczęście był już zasłonięty swoimi skrzydłami, które i tak błyszczały, więc przyciągały większość uwagi. Boże, przecież powiedział też coś o całowaniu! Dobrze, że na to Nassie nie zwrócił uwagi, inaczej nie dałby mu spokoju do końca życia, nawet jeśli to życie nie miało być zbyt długie. Chociaż, gdy się nad tym zastanowił, może to nie byłoby takie złe, spróbować… Wzdrygnął się. O czym on w ogóle myślał? Powinien przestać!

— O co w tym wszystkim w ogóle chodzi? — zapytał Aiiry, w końcu też siadając. Na samym środku jaskini. Ten człowiek nie czuł strachu. — Nie rozumiem. Nie chcę być niemiły, ale… po co komu Queelo?

— Dobre pytanie — prychnął Queelo. — Po prostu jego wspaniała wysokość ma problem, że jest ktoś, kto go nie słucha.

— Słucha?

— O, ja mu to wyjaśnię! — ucieszył się Nassie, przysuwając się do kolegi. — Uwielbiam wyjaśniać rzeczy. No to słuchaj, infery mają tak, że muszą wykonywać rozkazy…

Queelo w zasadzie wiedział to wszystko, w końcu sam był inferem, ale i tak nadstawił uszu. Nie po to, żeby się czegoś dowiedzieć, tylko żeby po prostu posłuchać. Nassie czasem miał irytujący głos, w zasadzie przez większość czasu, ale kiedy mówił o czymś, co naprawdę lubił, nagle zupełnie się zmieniał. Był jakiś spokojniejszy i przyjemniejszy, i ładniejszy, i słodszy…

Queelo nie był pewien, w którym momencie słuchania tego wykładu odpłynął. Obudził się, kiedy ktoś zaczął stukać w jego skrzydło. Natychmiast je odsunął i zerwał się na równe nogi.

— Dzień dobry, śpiąca królewno — powitał go Nassie wesoło. — Już ranek. Dallou mówi, że jeśli teraz ruszymy, to po południu znajdziemy już tę właściwą jaskinię.

— Czemu wszędzie są jaskinie? — mruknął Queelo, przecierając oczy.

— Jesteśmy gdzieś w górach. To oczywiste, że są jaskinie.

— Nie możemy tego zrobić w tej jaskini?

— Jeśli jakaś jaskinia ma mieć większą skuteczność od innej, to chyba zrobić to w tej lepszej, nie uważasz? Wstawaj, reszta się niecierpliwi.

Queelo darował sobie uwagę, że przecież już stoi, i ominął wojownika. Zaledwie chwilę zajęło im wydostanie się z powrotem na powierzchnię. Dallou wyraźnie wiedział, dokąd ich poprowadził. Queelo zauważył, że im bliżej światła byli, tym mniej świecące kamienie świeciły, co znaczyło też, że coraz mniej świeciły jego dłonie. Kiedy wyszli na światło dnia, przestały zupełnie. Całe szczęście, już zaczynał się bać, że zostanie mu to na zawsze.

Spojrzał na swoje skrzydło. Mała ranka już całkowicie się zagoiła i nie pozostał po niej ani jeden ślad. Poruszył nim, ale nie poczuł niczego. Wreszcie. Zatrzymał się na chwilę i skupił. Przemiana nadal bolała, jednak zdecydowanie mniej, kiedy zmieniał się w człowieka. Zajęło mu to chwilę. Wszystkie te idiotyczne inferze kończyny zniknęły i jedyna pozostałość, jaka po nich została, to białe błyskawice na dłoniach Queelo.

— W końcu — mruknął Queelo, przeciągając się. — Bogowie, jakie to było irytujące.

— Chciałbym mieć skrzydła — rozmarzył się Nassie. — Mógłbym sobie latać i nie przejmować się chodzeniem.

— I nie poruszać się swobodnie w pomieszczeniach — prychnął Queelo — bo waliłbyś nimi o dosłownie wszystko. Ja podziękuję.

— I mieć na nich łasko…

— Nie waż się kończyć!

Nassie uśmiechnął się złośliwie, ale rzeczywiście nie dokończył zdania, tylko wzruszył ramionami. Queelo po raz kolejny postanowił go zignorować. Zamiast tego podszedł do Dallou, który wyglądał na zdziwionego jego nowym wyglądem, jednak nic nie powiedział na ten temat. Zamiast tego postanowił pogadać o czymś innym.

„Dziwni są ci ludzie, z którymi się zadajesz”, napisał. Queelo prychnął cicho.

— W istocie. Najwyraźniej swój przyciąga swego.

Dallou jednak pokręcił głową.

„Nie o to mi chodzi. Są mili”.

— Tego bym nie powiedział, ale jak uważasz — mruknął Queelo, wkładając dłonie w kieszenie. — Może pomówmy o czymś innym. Dlaczego nie możemy tego zrobić w jakiejkolwiek jaskini, tylko musimy iść do jakiejś specjalnej? Co w niej specjalnego?

„Chodzi o księżyc. Promienie muszą padać na zaklęcie”.

— To dlaczego w ogóle trzeba robić to w jaskini? Nie byłoby lepiej na dworze?

„To jakieś zasady magii, nie wiem dokładnie”.

Queelo znowu prychnął. Oczywiście. Magia miała całą masę bzdurnych zasad, a działała jeszcze gorzej. Jeszcze wszyscy się dziwili, że jej nie lubił. Jak w ogóle można było lubić coś tak nielogicznego i nieprzewidywalnego, co przy dobrych wiatrach mogło przynieść jakieś małe zyski, ale przy złych zabić na miejscu?

Nie rozmawiali za dużo, po prostu szli, pokonując coraz gorsze przeszkody. Queelo zdecydowanie lepiej chodziło się na ludzkich stopach, ale miał też problem. Nie zdawał sobie sprawy, jak zimno było, dopóki znów nie odczuwał temperatury jak człowiek. Zaczął się nawet dziwić, jakim cudem Aiiry i Nassie to wytrzymywali. Był co prawda w stanie to przeżyć, ale i tak nie było to zbyt przyjemne uczucie. Zaczął więc zwyczajowo przeklinać cicho pod nosem.

Około południa w końcu dotarli nad ogromne jezioro, o które głośno biły fale wodospadu. Dallou pokazał na spadającą wodę gdzieś niedaleko góry, dając do zrozumienia, że właśnie tam jest jaskinia. Potem przeniósł palec na sam szczyt skały. Queelo spojrzał na górę z niezadowoloną miną i potarł ramiona. Nie dość, że było mu zimno, to jeszcze będzie musiał się wspinać, wspaniale.

— Wszystko dobrze? — zapytał nagle Aiiry.

— Jest super — mruknął Queelo, zaczynając się trząść. — Po prostu wspaniale.

Dallou zamachał, zwracając uwagę wszystkich na siebie, po czym pobiegł kawałek dalej i pokazał coś pomiędzy skałami. Queelo podszedł bliżej i zobaczył, że na górę była jakaś ścieżka, przypominająca wąskie i strome schody, ułożone z kamieni. Nie wyglądało to mocno bezpiecznie, ale było zdecydowanie lepsze, niż wspinanie się po ścianach. Dallou poruszył radośnie uszami, po czym zaczął wchodzić z szybkością błyskawicy na górę. Queelo zajęło to zdecydowanie dłużej, a kiedy stanął w końcu na szczycie skały, nie czuł już stóp. Nie dlatego, że był jakoś słabo wytrenowany, po prostu im wyżej wchodził, tym zimniejsze stawały się kamienie. Czuł, że jeśli miałby postawić jeszcze jeden krok, wywaliłby się, więc usiadł, pod pretekstem odpoczynku.

— Chyba jednak coś ci jest — zauważył Aiiry. Nassie stanął obok niego, patrząc na Queelo ze zdziwieniem.

— Po prostu jestem zmęczony — warknął Queelo ze złością, odwracając wzrok. — Nie można już po prostu być zmęczonym? Przemiana jest męcząca. Chcę po prostu chwilę odpocząć.

— Kawałek dalej jest już jaskinia — mruknął Nassie, wskazując gdzieś za siebie. — Tam będziesz mógł odpoczywać do woli.

Podał Queelo rękę, a ten, czując, że i tak nie będzie w stanie podnieść się sam, przyjął ją i pozwolił, żeby wojownik pociągnął go w górę. Zaraz po tym natychmiast wyrwał dłoń i cofnął się o krok. Rozejrzał się szybko, szukając Dallou, i znalazł go stojącego kawałek dalej. Przysunął się bliżej i zauważył, że chłopiec wpatruje się w jakąś dziurę w skale.

— Co to? — zdziwił się.

„Jaskinia”, napisał Dallou, ozdabiając wpis kwiatkiem, jakby w ten sposób chciał przekazać swoją radość. „Pod tym okręgiem się powinno czarować. Zaklęcia mają największą siłę”.

Queelo spojrzał niepewnie. Nadal trudno było mu się pogodzić z faktem, że żeby rozwiązać swój problem, musiał się dobrowolnie władować w jakiekolwiek zaklęcie. Potem zastanowił się nad tym, jak w ogóle mają tam zejść. Jaskinia była jednak kawałek niżej i jeśli spróbowałby wskoczyć do niej z takiej wysokości, mógłby połamać sobie nogi. Nassie i Aiiry też podeszli i spojrzeli w dół.

— Zakładam, że nie masz liny? — zapytał Nassie, a Aiiry pokręcił głową. — Może spróbuję tam wskoczyć?

— Odwaliło ci?! — zapytał Queelo. — Połamiesz się, debilu!

Nassie nie wskoczył, tylko położył się na ziemi i wetknął głowę do jaskini przez dziurę, żeby przyjrzeć się jej do góry nogami. Rozglądał się tak chwilę.

— Hej, tu jest w zasadzie ściana z jednej strony — odezwał się. — Możemy spróbować po niej zejść.

Nie czekał, aż ktokolwiek zatwierdzi ten pomysł, tylko obrócił się i sam zaczął schodzić w jakiś dziwny sposób, którego Queelo nie rozumiał. Chwilę później wojownik pojawił się na samym dole, machając do nich wesoło. Aiiry poszedł natychmiast w ślad za nim. Głupi, wysportowani wojownicy. Queelo i Dallou zostali na górze i spojrzeli po sobie.

— Nie masz innego pomysłu na zejście?

„Ja bym po prostu skoczył”, napisał mu Dallou. „Umiem wylądować, nawet jakbym zeskoczył z tej góry”.

— Czuję jakieś „ale” w tym zdaniu — mruknął Queelo, mrużąc oczy.

„Powinienem iść poszukać królowej. Żebyś nie umarł”.

Queelo zamrugał, a zdziwienie na jego twarzy powoli zaczęło zamieniać w złość.

— Jak to „powinieneś”? — warknął. — Ty? Sam? Żartujesz sobie?! To mój problem, a nie twój! Dlaczego miałbyś ryzykować z mojego powodu?!

„Chcę pomóc. Wiem gdzie szukać i jestem szybki”, napisał Dallou. Wyglądał, jakby był zły, że czegoś mu się próbuje zakazać. „Wrócę jutro przed zachodem słońca”.

— Kto wpadł na taki głupi pomysł? — nie dawał za wygraną Queelo.

„Nie masz nic do gadania. Chcę pomóc i pomogę”.

Zanim Queelo znów zdążył zaprotestować, Dallou odbiegł od niego. Pomachał mu ręką z daleka na pożegnanie i tyle po nim zostało. Queelo wpatrywał się w dal z niedowierzaniem. Co to właściwie miało być?! Osoba, którą znał tak krótko, nagle postanowiła mu bezwarunkowo pomóc i jeszcze się oburzała, kiedy się próbowało ją zatrzymać. To miał być jakiś żart? Dlaczego chcieli mu pomagać?

— Hej, Queelo! — krzyknął Nassie z dołu, zwracając jego uwagę. — Nie bój się! Jak spadniesz, to cię złapię!

Queelo wcale nie bał się upadku, przynajmniej nie wcześniej. Najwyżej połamałby się i musiałby zjeść złoto, żeby się poskładać. I tak nic nie zabolałoby go aż tak, jak zranienie się w skrzydła, a skoro miał je schowane, nie mógł ich połamać kolejny raz. Jednak wizja wylądowania w ramionach Nassiego… to naprawdę nie był dobry pomysł. Był fatalny! Powinien się postarać, żeby nie spaść.

Na szczęście okazało się, że zejście wcale nie było aż tak trudne, na jakie wyglądało. Ściana jaskini wyglądała, jakby ktoś specjalnie ją wyciosał na potrzeby stworzenia łatwego wejścia i wyjścia. Nassie wyglądał na zawiedzionego, kiedy Queelo stanął bezpiecznie na ziemi. Pewnie jeszcze by chciał sobie pożartować z jego nieporadności, jak zawsze. Wkurzający typ. Nie tym razem.

Queelo usiadł pod ścianą jaskini po turecku, przynajmniej częściowo chowając w ten sposób gołe stopy. We wnętrzu, o dziwo, nie było już tak zimno, ale to nie oznaczało, że nagle zrobiło się całkowicie ciepło. Wąs i Echo położyły się przy wejściu i zwinęły w dwie kulki, udające, że ich tam nie ma. Nassie przeciągnął się.

— Hej, Aiiry — odezwał się. — Nie masz może przy sobie jakiegoś jedzenia?

— Wszystko już zjadłem — mruknął Aiiry, drapiąc się po głowie. — W nocy ostatnie zioła. Nie wiedziałem, że też jesteś głodny, podzieliłbym się.

— Nic się nie sta…

— Pójdę poszukać jakichś ziół! — zaproponował natychmiast wojownik. — Wydaje mi się, że gdzieś w pobliżu coś widziałem. Zrobimy zupę!

Podszedł do drugiego wyjścia, które było po prostu wielką dziurą, wychodzącą prosto na wodospad. Wyjrzał przez nie i chyba znalazł jakąś boczną dróżkę, bo chwilę później zniknął. Ewentualnie spadł, ale nie było słychać żadnego krzyku, który by to potwierdzał. Nassie z zaciekawieniem sam zbliżył się do wyjścia.

— Tutaj jest jakaś wąska droga — powiedział z pewnym zdziwieniem, chowając głowę z powrotem do środka. — Wygląda na to, że chyba ktoś kiedyś zrobił sobie tutaj kryjówkę. Miejmy nadzieję, że na niego nie trafimy.

Zaśmiał się z własnego żartu. Queelo odwrócił wzrok, nie chcąc na niego patrzeć. Ta rozweselona twarz to było za dużo. Nassie chyba zauważył ten gest, bo równie nagle jak się zaśmiał, równie nagle przestał. Westchnął smutno.

— Teraz to naprawdę mnie nie lubisz, co? — odezwał się z wyraźnym bólem w głosie. Queelo w końcu na niego spojrzał. Ze zdziwieniem. — Nie patrz tak, przecież nie jestem ślepy. Widzę, że wolałbyś być gdziekolwiek indziej, byle tylko nie w moim towarzystwie.

W sumie Queelo nie mógł się sprzeciwić w tej sprawie. Naprawdę nie chciałby zostawać sam w towarzystwie Nassiego… co, jak dopiero zdał sobie sprawę, właśnie miało miejsce. Dallou uciekł na poszukiwania, Aiiry poszedł załatwić obiad, został tylko Nassie, który jakoś nie znalazł sobie żadnego zajęcia i teraz stał w wejściu, patrząc prosto na Queelo.

— T-to… nie tak — mruknął Queelo, kuląc ramiona i znowu odwracając wzrok. — Chodzi o… o… coś innego.

Nie był w stanie z siebie tego wydusić. Po prostu nie! Przecież to było głupie! Nie mógł tego powiedzieć tak po prostu i ryzykować, że Nassie go wyśmieje.

— Obraziłeś się za tę rzekę, tak? — kontynuował Nassie. — Ja wiem, że czasem jestem okropną osobą i przeginam ze swoimi żartami. Próbuję nad tym panować, ale nie zawsze mi wychodzi i przepraszam za to. Po prostu w stresowych sytuacjach lubię się uciekać do żartów, bo to jedyne, co mi jako tako wychodzi. To odruch. Przepraszam. Naprawdę.

Queelo przełknął ślinę. Niby jak miał to powiedzieć, żeby nie zabrzmieć idiotycznie?

— Nie… nie chodzi o to — wydusił z siebie. Gdyby miał skrzydła, mógłby się nimi zasłonić, ale tak to mógł tylko odwrócić głowę i patrzeć gdzie indziej. — Ja… ja cię l-lubię.

— No ale nie zachowujesz się tak w ogóle! Wcześniej mnie tolerowałeś, po czym udawałeś, że wcale nie. I lubiłeś narzekać na wszystko, im więcej na kogoś narzekałeś, tym bardziej się z tym kimś zadawałeś. A teraz w ogóle nie chcesz się ze mną zadawać. Wniosek jest całkiem prosty.

Nie, nie był. Queelo skulił się już najbardziej, jak się dało. Miał ochotę się gdzieś schować albo uciec gdzieś daleko, byle tylko nie prowadzić tej rozmowy. Naprawdę nie wierzył, że właśnie zamierzał powiedzieć coś takiego, ale słowa właściwie same pchały mu się do ust. Wystarczyło je tylko otworzyć. Wziął głęboki oddech.

— W… — Jego głos był już właściwie szeptem. — W tym… d-drugim znaczeniu.

Zapanowała cisza. Queelo nie patrzył na Nassiego, ale wręcz czuł na sobie jego spojrzenie. Nie chciał odwracać głowy. Co jeśli na twarzy wojownika malowało się teraz rozbawienie albo, co gorsza, odraza? Nie chciał na to patrzeć.

— Och — wydusił z siebie w końcu Nassie. — Och! To dlatego…

Urwał, wyraźnie nie wiedząc, co powinien powiedzieć w takiej sytuacji. Queelo wciąż nie patrzył. Czuł, jak jego twarz robi się cała czerwona i nie potrafił nic na to poradzić. To po prostu było takie głupie! Wcześniej nie myślał o żadnym człowieku w taki sposób, nie powinien myśleć, więc odsuwał takie rzeczy od siebie, aż same nie minęły. Nie miał bladego pojęcia, dlaczego tym razem to nie wyszło.

— To trochę niezręczne — odezwał się znów Nassie. — O bogowie, to takie beznadziejne! Chciałem to powiedzieć pierwszy!

Queelo najpierw zabolały te słowa — dopiero po chwili zorientował się, co właściwie oznaczały, i w końcu przeniósł zdziwione spojrzenie na Nassiego. Wojownik też wyglądał na zmieszanego. Zaczął nawet bawić się kosmykiem swoich włosów, okręcając go wokół palca.

— C-co?

— Najwyraźniej jestem tchórzem — podsumował w końcu Nassie, wzruszając ramionami, po czym dwoma skokami pokonał całą jaskinię i usiadł tuż obok Queelo. — Hej, będziesz mnie nadal lubił, jeśli okaże się, że jestem tchórzem, który nie umie się przyznać do swoich uczuć?

— J-j-ja… — Queelo nie miał pojęcia, co na to odpowiedzieć. Poza tym trudno mu było w ogóle złapać oddech z jakiegoś powodu.

Nassie najwyraźniej nie miał takiego problemu.

— Wiesz, mówiłeś coś o całowaniu mnie — mruknął cicho. — To pytanie czysto retoryczne, ale co byś zrobił, gdybym to ja postanowił pocałować ciebie? Na przykład w tym momencie?

Jego twarz znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko, żeby można było to uznać za niewinne pytanie. Queelo nie wiedział, co powinien zrobić. Czy w ogóle powinien cokolwiek mówić? Nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń, nie był na to zupełnie przygotowany! Nassie był już tak blisko, że Queelo mógł się przyjrzeć każdej jego rzęsie z osobna. I tym wesołym oczom, które z takiej odległości wydawały się jeszcze jaśniejsze, niż zwykle.

Nagle Nassie się zatrzymał w połowie drogi.

— Mam się odsunąć z twojej przestrzeni? — zapytał całkiem poważnie.

Queelo, wciąż nie mógł wydusić z siebie ani jednego słowa, więc po prostu powoli pokręcił głową. Nie, nie chciał, żeby Nassie się odsuwał. W zasadzie nie miał nic przeciwko jego chwilowej obecności tak blisko. Sam nawet się przysunął, tak, że stykali się ramionami. Czuł na twarzy jego oddech. Na chwilę w ogóle zapomniał o otaczającym ich świecie.

Ale to przecież nie oznaczało, że ten zniknął. Nagle z zewnątrz, ponad szumem wodospadu, wyłapał czyjeś kroki. Bardzo bliskie kroki. Odsunął się gwałtownie, zaskakując tym Nassiego. Dosłownie sekundę później do środka wszedł Aiiry, z ramionami pełnymi jakichś liści.

— Wiecie, że niedaleko jest łąka? — odezwał się, rzucając to wszystko na ziemię przy wejściu. — Prawie wszystko, co tam rośnie, jest jadalne. Da się z tego zrobić pełnoprawny posiłek, a nie jakąś marną zupę… e… — Chyba dopiero wtedy zorientował się, że w jaskini panuje jakaś dziwna atmosfera. Spojrzał najpierw na skulonego Queelo, a potem na wyraźnie złego Nassiego. — Przeszkodziłem w czymś?

— N-nie — wydusił z siebie Queelo, ale w tym samym czasie Nassie wypalił:

— Tak.

Aiiry zamrugał.

— E… to może… ja… pójdę poszukać więcej jedzenia. Tak. Potrzebujemy dużo więcej. Dużo.

Wycofał się równie szybko, co się pojawił. Nassie jeszcze wstał i wyjrzał na zewnątrz, jakby upewniając się, czy aby na pewno sobie poszedł. Spojrzał też na swoje koty, wciąż leżące przy wejściu, jakby z wyrzutem, że go nie ostrzegły. Obrócił się.

— Chyba na czyś skończyliśmy? — zapytał z wesołym uśmiechem.

Queelo siedział pod ścianą, zakrywając usta dłonią. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, co właściwie prawie zrobili. Ale on był głupi! Nie powinien był nigdy wypowiadać takich rzeczy na głos!

— Coś się stało? — zdziwił się Nassie.

— Nie powinniśmy — mruknął Queelo, odwracając wzrok. — To… nie w porządku.

— Co? Dlaczego? Masz już kogoś?

— N-nie, ale… ty jesteś człowiekiem, a ja… ja nie.

Mina Nassiego przeszła ze zdziwionej we wkurzoną.

— Aha — powiedział, z wyraźną złością. — Więc to — wskazał na śpiące przy wejściu Echo i Wąsa — jakimś cudem możesz nazywać kotami, bez absolutnie żadnego problemu, ale tego — pokazał teraz na niego — nie nazwiesz człowiekiem? Żartujesz sobie?

— Przecież to nie to samo.

— A jaka niby jest różnica? Wytłumacz mi, proszę, bo chyba nie rozumiem.

— No… przecież tak naprawdę nie są kotami.

— I nie zachowują się jak koty — mruknął Nassie. — Nie miauczą, irytują się, kiedy czegoś chcą, nie zwijają się w kulki, żeby spać, nie chcą stałej uwagi. A nie, czekaj.

— Przestań.

— Ty też w ogóle się nie zachowujesz jak człowiek. Nie masz uczuć, emocji, nie myślisz jak człowiek, nie mówisz jak człowiek, nie marudzisz na całe swoje życie…

— Powiedziałem, żebyś przestał!

— To przyznaj mi rację — zezłościł się wojownik. — To, że kiedyś trafiło cię jakieś zaklęcie, nie oznacza nagle, że musisz przestać uważać się za człowieka. Co z tego, że nagle masz skrzydła i możesz zjadać złoto, skoro tutaj — postukał się w głowę — nadal masz dokładnie to samo?

Queelo nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Może było to logiczne, ale i tak trudno było mu to przyjąć do świadomości. Nassie westchnął i usiadł niedaleko niego, ale też nie aż tak blisko jak wcześniej.

— Powinieneś się nad tym zastanowić — dodał jeszcze.

W jaskini znowu zapadła cisza, tym razem jednak wydawała się Queelo głośniejsza niż zwykle. Podciągnął nogi pod brodę i objął je. Sam już nie wiedział, co w ogóle powinien myśleć.


Rozdział XXVIII

Plany

Dnia: 2 października 31r.

Kłilo potrzebuje pomocy!


Nassie chyba całkowicie się obraził, bo zniknął na większość dnia, zostawiając Queelo samego z kotami. Sam nie miał bladego pojęcia, czy uznać to za dobry sygnał, czy wręcz przeciwnie. Ale co innego miał powiedzieć? Przecież miał rację. Ludzie nie powinni się zadawać z inferami. Już samo bycie przyjaciółmi było dziwne, a co dopiero, gdyby to miało być coś więcej. Przecież gdyby kiedyś zabrakło mu złota, mógłby go z głodu zeżreć! Powstrzymał odruch wymiotny, gdy o tym pomyślał. Tylko raz w życiu zdarzyło mu się być faktycznie głodnym i ledwo wtedy panował nad sobą. Naprawdę nie chciałby tego powtarzać. Z tą myślą nerwowo sprawdził zapasy zgromadzone w swojej torbie. Nie było tego za wiele.

Noc przyszła zaskakująco szybko. Nassie i Aiiry gdzieś znaleźli garnek, Queelo nie miał pojęcia gdzie, i zaczęli w nim przyrządzać jakieś danie z całej tony roślin, które zebrali. Od ich strony dochodził piękny zapach, od którego Queelo napłynęła ślina do ust. Ciekawe jak smakowałoby prawdziwe jedzenie. Z całą pewnością jakoś by smakowało. Jakkolwiek. Spojrzał z zazdrością na wojowników. Głupi ludzie i ich głupie zalety. Skulił się w swoim kącie.

— Możemy ci trochę dać — odezwał się Nassie, unosząc nóż, którym kroił jakieś łodygi. On miał normalny nóż? Skąd? — Jedzenia starczy dla wszystkich.

Queelo spojrzał na niego jak na idiotę.

— Nie zapomniałeś o czymś?

— Raczej się tym nie najesz, ale przecież spróbować chyba możesz.

Queelo uniósł brwi jeszcze wyżej.

— Widziałeś kiedykolwiek, żeby infery jadły cokolwiek poza złotem?

Nassie podrapał się za uchem. Chyba nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał.

— W sumie to nie. Zawsze jak próbowaliśmy im dawać normalne jedzenie, to go nie jadły.

— A więc przy tym zostańmy.

— Dlaczego właściwie nie jecie? Nie lubicie? Nie smakuje wam takie jedzenie? Jest za mało wykwintne dla waszych delikatnych podniebień?

Queelo zmrużył groźnie oczy.

— Chcesz, żebym cię zamordował?

— Zdaje się, że Aloziee mówiła, iż ludzie nie są dla was za smaczni, więc raczej nie byłoby ze mnie pożytku. Chyba że chciałbyś znowu mnie ugryźć, za to się nie obrażę, ale jeszcze mi nie zszedł ślad po poprzednim razie.

Uniósł dłoń, a Queelo przypomniał sobie, że faktycznie ugryzł go w rękę, kiedy wojownik go zirytował. Szybko odwrócił głowę, czując, jak jego twarz po raz kolejny czerwienieje. Kątem oka zauważył, że Nassie uśmiechał się idiotycznie, a Aiiry patrzył na niego ze zdziwieniem. Ten skończony kretyn w ogóle nie wiedział, kiedy powinien się ugryźć w język. Z drugiej strony, czy Queelo powinien kogokolwiek oceniać w ten sposób, skoro sam najwyraźniej miał beznadziejny gust?

— Nie to nie — odezwał się Nassie po dłuższej chwili milczenia. — Wygląda na to, że będziemy musieli sami to wszystko zjeść. Przynajmniej będziemy mieli zapas. Tylko przydałaby się jakaś torba do przechowywania tego.

Teraz, o dziwo, zwrócił swoje spojrzenie na Aiiry’ego. Queelo zmarszczył brwi. Nie przypominał sobie, żeby którykolwiek z nich miał jakieś bagaże. Nassie zgubił swój już dawno, kiedy musieli uciekać przed Tzziro, a Aiiry… czy on w ogóle miał przy sobie cokolwiek? Queelo niezbyt zwracał na niego uwagę, a wcześniej rozmawiał chyba tylko jeden raz, więc kiedy teraz próbował sobie cokolwiek przypomnieć, nie był niczego pewien. Wiedział tylko, że z jakiegoś powodu wojownik miał pistolet. Dlaczego ktoś wpadł na pomysł, że kule ze złota to dobry pomysł? I jakim w ogóle sposobem ten pomysł działał? Przecież taka kula powinna się rozlecieć tuż po wystrzale, nieważne czy była magiczna, czy nie.

Aiiry westchnął.

— Dlaczego muszę robić wszystko za ciebie?

— Bo ja się na tym nie znam — odpowiedział mu spokojnie Nassie. — I tak już jestem wystarczająco wspaniały, nie mogę wiedzieć jeszcze więcej, bo to mogłoby być za dużo. Dlatego mam współpracowników!

— Jesteś beznadziejny.

— To załatwisz tę torbę? A, tylko może lepiej zrób to na zewnątrz — dodał szybko, patrząc kątem oka na Queelo. — Wiesz, tak na wszelki wypadek.

Queelo zajęło chwilę domyślenie się, dlaczego powiedział akurat to. Prychnął.

— A podobno umiesz szyć, panie idealny.

— Żeby coś uszyć, najpierw trzeba mieć do tego materiał — odpowiedział natychmiast Nassie, przyjmując dumną pozę. — Oczywiście, że umiałbym uszyć torbę, to banalnie proste. Tylko że do zrobienia tego potrzeba materiału, igły, nici i może jeszcze jakichś guzików, żeby dało się ją zamykać. Dużo łatwiej jest więc mieć pod ręką kogoś, kto ma zapas potrzebnych rzeczy w domu i umie je przenosić.

Queelo uniósł brwi jeszcze wyżej.

— Skoro umie teleportować rzeczy — zaczął — to nie mógłby przenieść tu wszystkich?

— Oczywiście że nie, to tak nie działa!

— Więc jak?

— Nie mam bladego pojęcia! — odpowiedział dumnie. — Znam tylko zaklęcie tropiące i nic więcej!

Wyglądał, jakby uważał to za wielkie życiowe osiągnięcie. Aiiry przewrócił oczami i wyszedł z jaskini, wyraźnie mając już dość tych bzdur. Queelo zmrużył oczy, wpatrując w puszącego się Nassiego.

— Nie przesadzasz?

— Niby z czym? — zdziwił się Nassie. — To nie ja nazwałem siebie idealnym.

— To była drwina! — oburzył się Queelo. — Sarkazm. Znasz takie pojęcie? Jeśli sarkastycznie nazywam cię geniuszem, to znaczy, że uważam cię za debila! Więc jeśli sarkastycznie nazywam cię idealnym…

— Uważasz, że jestem piękny — dokończył Nassie.

Queelo drgnęła powieka.

— Nie tak się wyciąga wnioski!

— Co? A nie, przepraszam, to nie było do naszej rozmowy, po prostu sobie przypomniałem, że coś takiego powiedziałeś. Wiem, czym jest sarkazm. Po prostu często go nadużywasz, zwłaszcza kiedy akurat nie chcesz się przyznać, co czujesz.

— Wcale nie! — wściekł się Queelo, podnosząc się na równe nogi. — Ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie udaję, że cieszy mnie wszystko, nosząc ten durny, wymuszony uśmiech na twarzy.

— Bo lepiej, jakbym miał wiecznie grobową minę jak ty — prychnął Nassie. — Lubię się uśmiechać, to poprawia mi humor. Powinieneś kiedyś spróbować.

— Niby dlaczego miałbym? Może nie chcę!

— Poza tym mój uśmiech wcale nie jest wymuszony — obraził się Nassie, krzyżując ręce i obracając się tak, żeby na niego nie patrzeć.

— Przecież masz go na twarzy zawsze!

— Nie, nie mam.

Queelo zmrużył oczy. Wojownik nie wyglądał, jakby sobie żartował. Stał tak przez chwilę, obrażony, po czym odwrócił się znowu, przywracając na swoją twarz uśmiech.

— Zastanowiłeś się?

Queelo zamrugał.

— Nad czym niby?

— Nad życiem — mruknął cicho Nassie. — Sobą. I może mną. Nad nami…

— Nad... Nie!

— To lepiej się ode mnie odsuń, bo wysyłasz sprzeczne sygnały.

Queelo dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak blisko stoi. Jeszcze jeden krok i mógłby zepchnąć Nassiego z jego miejsca. Cofnął się szybko.

— Nie podchodź do mnie.

— Ja nie ruszyłem się z miejsca — prychnął Nassie, pokazując na swoje nogi. — Stoję cały czas w tym samym, zobacz. To ty tutaj przyszedłeś i nawet nie zauważyłeś.

— Wcale nie — mruknął Queelo, znowu się cofając. — To tylko… przypadek.

— Nie śmiem twierdzić inaczej. Hej, nie chcesz może pokroić za mnie tych roślin? Mnie się nie chce, to jest nudne. Cały czas powtarzanie tego samego.

— Sam tyle nazbierałeś, to teraz sam się tym zajmuj — prychnął Queelo, siadając z powrotem pod ścianą. — Tobie się nie chce, to dlaczego mnie by miało? Zwłaszcza że nie ja będę to jeść.

— Mamy tego tyle, że możesz spróbować — zauważył Nassie, podnosząc jakiś kwiatek i pokazując mu go. — Nie umrzemy z głodu, jeśli zjesz trochę, naprawdę.

— Ale ja umrę — warknął Queelo. — Daj mi spokój.

— Umrzesz? Od jedzenia?

— Tak. Odwal się.

Nassie wyglądał na zdziwionego, ale nie pytał dalej, tylko wrócił do krojenia. Aiiry wrócił chwilę później, trzymając w dłoniach średniej wielkości torbę. Wcisnął ją w ramiona Nassiemu, po czym sam poszedł usiąść pod ścianą. Na twarzy Nassiego odmalowało się oburzenie.

— Hej, nie pomożesz mi?

— Jestem zmęczony — prychnął Aiiry. — Możesz to zrobić sam, to nie jest trudne.

— Czym niby jesteś zmęczony?

— Sprowadzaniem ci całej kuchni. Powinieneś kiedyś spróbować, to jest męczące.

Queelo interesowało jednak coś innego.

— Jesteś magiem? — zapytał, odwracając się w stronę wojownika. Ten wzruszył ramionami.

— Magiem jak magiem. Znam kilkanaście znaków, więc jeśli to nazwiesz byciem magiem, to w zasadzie tak.

— A umiesz postawić barierę?

— To proste. Czemu pytasz?

— Och, fakt — odezwał się Nassie, przerywając im. — Callein coś mówiła o jakiejś barierze wokół znaku. Zapomniałem o tym zupełnie.

— Znaku? — zdziwił się Aiiry.

Queelo zmarszczył brwi.

— Nie powiedziałeś mu?

— Powiedziałem tylko, że chcemy to odkręcić — odezwał się Nassie, drapiąc się po głowie. —Jakoś nie dzieliłem się szczegółami, bo… w sumie sam je niezbyt pamiętam. Mam krótką pamięć. Wiem, że był jakiś znak, ale zapisałeś go w notatniku, a nie masz teraz notatnika i tak, bo Dallou go zabrał…

— Czekaj, skąd to wiesz? — zdziwił się Queelo, mrużąc oczy. — Nie mówiłem o tym.

— No… to logiczne? Dallou poszedł, a ty dałeś mu notatnik, żeby mógł się komunikować, więc…

— Właściwie to czemu nie zapytałeś, gdzie on zniknął? — zapytał Queelo, coraz bardziej podejrzliwie. — Nie wydało ci się to ani trochę dziwnie, że nas tu przyprowadził, a potem nagle go nie ma? Nie zainteresowało cię to, panie ciekawski?

— J-ja… — Nassie się zająknął, chyba pierwszy raz odkąd Queelo go poznał. Odwrócił wzrok. — Mógł… mógł rozmawiać ze mną o tym pomyśle wcześniej. Czysto teoretycznie.

— Teoretycznie?!

— Próbowałem mu to wybić z głowy! — zaczął się natychmiast bronić. — Naprawdę! Ale on mnie w ogóle nie chciał słuchać. Więc pomyślałem, że skoro i tak nie zmieni zdania, to… mogę mu trochę pomóc. Tylko tyle.

— Pomóc — powtórzył Queelo. — Niby jak mu „pomogłeś”?

— Powiedziałem tylko, gdzie mieszka Aloziee. Nie patrz tak na mnie! Gdybym tego nie zrobił, i tak by poleciał i się gdzieś błąkał, a tak to przynajmniej ma jakiś cel i szybciej wróci!

— Wysłałeś dziecko na taką wyprawę.

— Nie wysyłałem go, sam się wysłał! Poza tym on tylko wygląda na dziecko, nawet nie wiemy, ile ma lat. Może być starszy od nas obu razem wziętych. Infery są w tej sprawie dziwne.

— Dzięki.

— Znaczy się nie mówiłem o tobie! Ty wyglądasz na swój wiek… znaczy się… nie chodzi mi o to, że wyglądasz staro, wręcz przeciwnie, po prostu… no… e…

— Nie pogrążaj się — przerwał mu Aiiry. — Źle się tego słucha.

— Nie mówiłem do ciebie!

— Ale ma rację — prychnął Queelo. — Nie pogrążaj się. Poza tym zmieniasz temat!

— Przecież Dallou już poszedł — mruknął Nassie, odwracając wzrok. — Dyskutowanie o tym tego nie zmieni. Możesz porozmawiać z nim, jak wróci.

Queelo nadal patrzył na niego ze złością, ale Nassie najwyraźniej już uznał temat za zamknięty i wrócił do krojenia jakichś pędów. Nie wiedział, co właściwie jeszcze mógłby powiedzieć, więc po prostu wściekle milczał, jakby to mogło rozwiązać jego problem. Nie żeby to kiedykolwiek zadziałało. Świat byłby zdecydowanie lepszy, gdyby takie rzeczy działały.

— W ogóle to zastanawiałem się nad naszymi problemami — odezwał się Nassie po dłuższej chwili ciszy. Wciąż siekał rośliny, i to z niezłą zaciekłością. — W sensie nad całą resztą. Jak tylko ten cały rytuał, zaklęcie czy jak to inaczej nazwać, się uda, powinniśmy jak najszybciej ruszyć w stronę zamku. Tylko tym razem może jakoś dyskretniej. Zastanawia mnie tylko, jak daleko jesteśmy. Wydaje mi się, że przeszliśmy spory kawał drogi, więc sam powrót trochę nam zajmie. Szkoda, że nie mamy się z nimi jak skontaktować. Zakładam, że Allois nie będzie w stanie nawiązać połączenia. Będziemy musieli wejść jakimś bocznym wejściem i wszystkich poszukać. I za żadne skarby nie pchać się pod oczy tym inferom. — Nassie wzdrygnął się. — Co to za stwory, że nie da się ich zabić złotem, to ja nie wiem.

— I tak cię usłyszą — prychnął Queelo, zwracając na siebie uwagę. — Nieważne jak cicho się przemkniesz, nadal musisz oddychać. To słychać.

— Oddech?

— Tak.

— I ty też byś usłyszał?

— Nie tymi uszami. Tak jak nie mogę latać, nie mając skrzydeł, tak nie mogę nasłuchiwać, nie mając tych dziwacznych, inferzych uszu. Są irytujące — dodał, drapiąc się po jednym z nich. — Słychać każdy najmniejszy szmer i w ogóle nie da się niczego zignorować… czemu się tak na mnie gapisz? Chyba ci coś mówiłem!

— Ja nie o tym — mruknął Nassie, przechylając głowę. — Ale skoro potrafisz tak dobrze słyszeć, to chyba byłbyś w stanie powiedzieć nam, gdzie w zamku kogoś słychać, nie? Moglibyśmy wtedy ich szybko znaleźć i się wynieść.

— Mówisz, jakby to była najprostsza rzecz na świecie!

— Oczywiście potrzebujemy planowania — dodał natychmiast Nassie, zaczynając krążyć po pomieszczeniu — ale też nie powinniśmy się bawić w jakieś mocno skomplikowane pomysły, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć wszystkich zmiennych, więc trzeba iść trochę na żywioł. Zastanawiam się też… co gdybyś dał się porwać?

— Pewnie, może jeszcze obwiążę się wstążką, zanim wystawię się na złotej tacy — zakpił sobie Queelo. — Próbował ci się ktoś wwiercić w twój mózg, mądralo?

— Przecież nie tak naprawdę. — Nassie machnął ręką. — Ustawilibyśmy to tak, żeby wyglądało, że „tak, tak, wymienimy tego dziwaka za całą resztę naszej drużyny, ale najpierw chcemy zobaczyć, że są cali i zdrowi”, a kiedy nas do nich zaprowadzą, to ich zaatakujemy i uciekniemy wszyscy! Nie będziemy nawet musieli marnować czasu na wyprawę, bo Tzziro i tak obserwuje Aiiry’ego, więc wystarczy go znaleźć.

— Myślałem, że go zgubiliśmy — mruknął Aiiry. — Nie po to chodziliśmy po tych jaskiniach wcześniej?

— Przede wszystkim poszliśmy tam, żeby porozmawiać bez podsłuchiwania — naprostował Nassie. — Zgubienie było na drugim miejscu. Poza tym nie oszukujmy się, skoro miał cię pilnować, to i tak prędzej czy później znów trafi na twój trop. Infery mają przerażający węch.

— A jest coś, czego nie mają przerażającego?

— Smaku — mruknął Queelo. Aiiry spojrzał na niego.

— To znaczy? Macie normalny?

— W ogóle. Złoto nie ma smaku.

— Och…

— Chwila moment — przerwał im Nassie. — Jestem absolutnie pewien, że Aloziee mówiła coś o jakimś smaku.

— Ach tak — prychnął Queelo. — Całe życie marzyłem o tym, żeby zamienić niczym niesmakujące złoto na paskudnie smakującą krew, od której prawdopodobnie chce się wymiotować. To fajnie, że jednak istnieje coś, co ma smak, dzięki za pocieszenie.

— Nie chciałem… O, to tak, skoro nie macie smaku, to w sumie logiczne, że i tak nie chcecie jeść ludzkiego jedzenia…

— Nie? Naprawdę?! Jak do tego doszedłeś, detektywie?

— Wiesz, nie musisz być całe życie sarkastyczny.

— Byłoby łatwiej, jakbyś nie był skończonym idiotą.

Zamiast się oburzyć, Nassie uśmiechnął się i pokiwał głową. Aiiry spojrzał najpierw na niego, a potem na Queelo, ale chyba uznał, że tego nie skomentuje. Zamiast tego zdjął swoją marynarkę, zwinął ją w kulkę i użył jako poduszki. Widząc to, Nassie ziewnął. Wyraźnie też był zmęczony. Queelo westchnął i podniósł się na równe nogi.

— Idź spać — mruknął, przeciągając się. — Wezmę wartę.

— Nie jestem śpiący — skłamał Nassie, nie przerywając krojenia roślin. — Poza tym teraz nie masz tego swojego super słuchu, no nie? Ty idź spać, a ja wezmę wartę. Wyglądasz tragicznie.

— Nie wiem, co mój wygląd ma do rzeczy. Wciąż mam lepszy węch niż ty. A poza tym ja, w przeciwieństwie do ciebie, nie jestem zmęczony, bo spałem ostatniej nocy.

— Jestem wytrenowany, żeby nie spać!

Zaraz po tych słowach po raz kolejny ziewnął potężnie i szybko zasłonił usta dłonią, jakby w ten sposób mógł to ukryć. Queelo uniósł brwi.

— Właśnie widzę. Połóż się, kretynie, zanim sobie coś zrobisz tym nożem.

Nassie spojrzał na dłoń, w której ściskał narzędzie, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nadal je trzyma. To chyba w końcu go przekonało. Mruknął coś niechętnie pod nosem, odkładając nóż, po czym, wciąż z niezadowoloną miną, znalazł sobie jakiś kąt. Queelo obserwował go przez chwilę, upewniając się, że wojownik na pewno poszedł spać, po czym ostrożnie zbliżył się do wyjścia.

Wodospad zagłuszał wszystko. Queelo zadziwiająco szybko zdążył przyzwyczaić się do tego dźwięku. Siedząc w głębi jaskini, w ogóle nie zwracał na to uwagi. Stojąc przy wyjściu zdał sobie sprawę, że niezależnie czy miałby swój super słuch, czy nie, i tak nie byłby w stanie usłyszeć niczego poza trzaskiem wody. Wyszedł ostrożnie na wąską ścieżkę, przyciskając się plecami do kamiennej ściany, i ostrożnie wyjrzał zza wodospadu. Zobaczył jedynie kontury skał i drzew. Wszystko było zalane ciemnością. Na niebie migały tysiące gwiazd, choć większa część z nich została przysłonięta przez chmury. Księżyc prawdopodobnie też gdzieś za nimi się schował, bo nigdzie nie było go widać.

Queelo pociągnął nosem. Jedyne co w pobliżu wyczuwał, to woń roślin. Żadnych inferów, ludzi ani zwierząt, tylko i wyłącznie natura. Oderwał się od ściany i ostrożnie usiadł na półce skalnej. Wyglądało na to, że i tak spędzi tam dobrą chwilę, więc nie zamierzał całą noc stać. Gdzieś w pobliżu wyczuł nagle jakiegoś infera, ale zanim zdążył wszcząć alarm, jakiś ptak z białymi znakami przeleciał w pobliżu, w ogóle się nim nie interesując.

Kiedy wczuwał się w te zapachy, zdał sobie sprawę, że infery pachniały dość dziwnie. Gdyby miał określić tę woń, była gdzieś pomiędzy złotem a jakimś zaklęciem. Podniósł dłoń i ją powąchał. Może z dodatkiem jesiennego wiatru. Ludzie mieli zdecydowanie więcej zapachów niż infery. Zwierzęta zresztą też. Pewnie dlatego dało się je łatwiej wychwycić między wszystkimi innymi zapachami.

Kilka gwiazd na niebie nagle mignęło, jakby coś je przez chwilę przysłoniło. Queelo spojrzał w tamtą stronę, mrużąc oczy i starając się wytężyć swój wzrok. Czyżby tylko mu się wydawało, czy faktycznie coś tam było? Pociągnął nosem, ale nie czuł nikogo w pobliżu. Cokolwiek to było, znajdowało się poza jego zasięgiem. Wpatrywał się przez chwilę w tamto miejsce i po chwili znowu. Teraz zdecydowanie jakiś cień na chwilę zasłonił gwiazdy. Queelo szybko zaczął śledzić ten ruch. Jakieś stworzenie krążyło gdzieś w dali. Obserwował je, starając się określić jego odległość. Gdyby wysunął wniosek, że jest to Tzirro, również miejsce, nad którym krążył, byłoby logiczne. Miejsce ich ostatniego obozu, zanim schowali się w jaskiniach. Queelo przełknął ślinę. Miał nadzieję, że to jednak nie był on. Zresztą, czy jego białe skrzydła nie byłyby choć trochę widoczne, nawet w takiej ciemności? Queelo podniósł dłoń do twarzy. Tak, jego białe palce zdecydowanie lepiej niż cała reszta odbijały nikłe światło gwiazd. Nie były może przez to jakieś bardzo widoczne, ale na pewno dało się je zauważyć. Przynajmniej gdyby były ogromnymi skrzydłami.

To go chociaż trochę podniosło na duchu. Może to po prostu był jakiś kolejny ptak. W końcu one żyły w lasach. Poza tym to wcale nie musiało być tak daleko. Jak coś latało po niebie, to trudno było określić odległość, a tym bardziej wielkość. Wrócił po prostu do obserwowania otoczenia. Co jakiś czas musiał sobie przypominać, że nie powinien zasypiać. Zupełnie nic się nie działo. Przesiedział więc całą noc, wpatrując się w ciemne kształty, aż w końcu zza horyzontu zaczęło wyłaniać się słońce, zalewając świat jasnością. Queelo spojrzał w stronę, gdzie nocą widział krążącą po niebie istotę, ale jej już tam nie było. Najwyraźniej zakończyła już swoje polowanie.

Wstał i przeciągnął się, zdając sobie sprawę, jak zdrętwiał przez całonocne siedzenie na skale, po czym zajrzał do jaskini. Aiiry już wstał i kończył niedokończone danie z roślin — czy czymkolwiek było to, co wojownicy wczoraj przygotowywali połowę dnia — po czym zaczął pakować je do torby. Nassie leżał zwinięty w kącie i prawdopodobnie nadal spał. Ewentualnie udawał, że śpi, żeby nie musieć pomagać przy robocie. Jedno z dwóch.

Queelo wszedł więc cicho do środka, a Aiiry odwrócił się do niego i położył palec na ustach. Czyli jednak Nassie faktycznie spał. Kiedy Queelo wytężył słuch, usłyszał z jego strony to dziwne świszczenie, które wojownik wydawał z siebie zamiast zwykłego chrapania. Queelo podszedł cicho do Aiiry’ego, żeby zobaczyć wiązki łodyg i liści, które wojownik pakował. Nie rozumiał, jak coś takiego mogło służyć za jedzenie, bo wyglądało po prostu jak rośliny, ale nie kwestionował tego wyboru. Zamiast tego zabrał się do pomocy. Razem uwinęli się w kilka minut.

— Dzięki — mruknął Aiiry, odkładając torbę na bok. — Gdybym miał czekać, aż się obudzi, to siedziałbym tu wieczność.

— Twardy sen? — Queelo spojrzał znowu na Nassiego. — A jakbym wrzasnął?

— Nie da rady. Musiałbyś do niego podejść, mając złe zamiary. W jakiś sposób tylko to go budzi. Nadal nie mam pojęcia, w jaki sposób to działa, ale tak właśnie działa. Obudzi się pewnie za godzinę albo dwie.

— I nic innego nie zadziała?

Aiiry pokręcił głową.

— Ale i tak musimy tu siedzieć jeszcze przynajmniej dzień, nie? — dodał po chwili. — Nie ma sensu mu przeszkadzać. I tak przegina, nie sypiając po nocach.

— To nieładnie tak obgadywać ludzi — mruknął nagle Nassie, podnosząc się do pozycji siedzącej i przecierając oczy. — Zwłaszcza jak mogą was podsłuchać. Wcale nie przeginam. Coś jeszcze o mnie gadaliście?

— Że jesteś kretynem — odpowiedział mu Queelo chłodno.

— Fajnie. A z nowych rzeczy?

— Chcieliśmy cię zadźgać we śnie, żeby sprawdzić, czy to cię obudzi.

Aiiry zakaszlał, wyraźnie zdziwiony tymi słowami. Nassie w ogóle nie zmienił wyrazu twarzy. Najwyraźniej było mu wszystko jedno. Pomasował się po karku.

— Prawdopodobnie nie — mruknął, w końcu podnosząc się na równe nogi i zaczynając się wyciągać we wszystkie strony. — Podobno mam twardy sen. Ale możesz spróbować następnym razem, to zobaczymy. Jak uważasz. W ogóle to przemyślałem to sobie — dodał, zupełnie zmieniając temat. — W sensie plan, a raczej wszystkie z nich. Wystawienie Queelo to chyba najlepszy. O ile oczywiście Queelo się zgodzi! Nic bez twojej zgody!

Queelo nie za bardzo zamierzał to zrobić.

— I jak niby sobie to wyobrażasz?

— No… — Nassie podrapał się po głowie. — Mógłbym udawać, że grożę ci nożem.

Jakby dla zaprezentowania, wyjął złoty sztylet Mikky i zaczął się nim bawić, przerzucając go między palcami. Queelo spojrzał na niego z politowaniem.

— Tym nożykiem to prędzej sobie krzywdę zrobisz. Nikt by się na to nie nabrał.

— No ale gdybym przytknął ci go do gardła…

— To musiałbym być nieźle wstawiony, żeby się nie obronić. Daj spokój.

— A jakbyś udawał wstawionego… chwila, infery mogą się upić? Kiedy ostatnio sprawdzałem, to do alkoholu nikt nie dodawał złota!

— Więc co, z tego powodu nie mogę się napić? — prychnął Queelo. — Poza tym alkohol jest czymś, co da się wyczuć nosem, geniuszu. Jak miałbym udawać wstawionego, skoro od razu czuć, że niczego nie piłem?

— Słuszna uwaga. A jakieś zatrucie? Moglibyśmy udawać, że faktycznie ci dosypałem czegoś do tamtej wody.

— I co niby mi dałeś? Po pierwsze, takie rzeczy łatwo wyczuć. A po drugie, kaszlałbym po tym z godzinkę i już by mi przeszło.

— Więc co, nie ma niczego? Czy po prostu szukasz sobie wymówki, żeby tego nie robić? Wystarczy, że powiesz, że nie chcesz, to wymyślimy coś innego.

— Nie szukam wymówek, po prostu twoje pomysły są durne!

— Łatwiej byłoby po prostu dać mu po łbie — odezwał się Aiiry. — Za bardzo komplikujesz.

— No ale nie chcę nikomu dawać po łbie — oburzył się Nassie.

— Tobie chyba ktoś dał po łbie. Jakim cudem wymyślasz jakieś pokomplikowane rzeczy, a najprostsze możliwe omijasz szerokim łukiem? Myślałem, że to ty jesteś naszym wielkim mózgiem od wszelkich operacji. O co ci chodzi? Wyduś to z siebie.

— O nic mi nie chodzi. Czemu musi mi o coś chodzić?

— Masz jakieś „ale” — prychnął Aiiry, krzyżując ramiona. — Zawsze się tak idiotycznie zachowujesz, jak masz jakiś problem ze swoimi własnymi planami. No powiedz, co ci chodzi po głowie?

— No… no nie podoba mi się ten plan! — przyznał Nassie. — Jest durny! Każdy z nich jest durny! Wszystkie są beznadziejne! Niby jak mamy sobie poradzić z tymi wszystkimi inferami, jak wcześniej nie mogliśmy pokonać nawet jednego, a teraz one wszystkie trzymają się razem?! Przecież od razu się zorientują, o co chodzi i nici z tego wyjdą! Ani się nie wydostaniemy z tego przeklętego pałacu, ani nikomu nie pomożemy, ani nic! Jak mamy walczyć z kimś takim?! To nie ma sensu, nie mamy szans! Normalne infery to co innego, nawet jak są mądrzejsze niż reszta, to można je po prostu trafić w serce kilka razy albo odciąć łeb i jest spokój. Do nich nawet nie da się zbliżyć, a nawet jakby jakimś cudem wyszło, to pewnie natychmiast by to zregenerowały. To jakiś żart?!

Im dłużej mówił, tym gorzej wyglądał. Zaczął targać sobie włosy i chodzić w kółko, chociaż najgorsze było to, że na jego twarzy wciąż widniał uśmiech. Z każdą chwilą stawał się coraz mniej przyjazny, a coraz bardziej maniakalny. Aiiry i Queelo spojrzeli po sobie z pewnym przerażeniem. Raczej nie tego się spodziewali.

— Hej, n-nie może być tak źle — odezwał się Aiiry. — Uspokój się i na spokojnie to obgadamy.

— Wiecie… — spróbował odezwać się Queelo, ale natychmiast mu przerwano.

— Nie ma o czym gadać! — Nassie nie zamierzał przestać i wciąż krążył. — Wszystko dokładnie przemyślałem! Nie ma sensu! Nic z tego nie ma sensu! Równie dobrze moglibyśmy się po prostu poddać!

— Ja…

— Bez sensu to wszystko!

Queelo obserwował przez chwilę, jak wojownik się miota. Przewrócił oczami i podszedł do niego. Po czym uderzył go w twarz. Może nie z całej swojej siły, bo mógłby mu przesunąć szczękę, ale i tak dość mocno. Nassie uniósł dłoń do twarzy. Wyglądał na więcej niż zdziwionego.

— Ogarnij się — powiedział Queelo chłodno. — Jak będziesz się tak zachowywał, to na pewno nic nie osiągniemy. Poza tym ja też mam pomysł. Tylko musimy go dokładniej obgadać.

— Nie musiałeś mnie bić — prychnął Nassie z niechęcią.

— Bo wcale nie przerywałeś każdego mojego zdania. Mam pomysł, ale musicie mi z nim pomóc. Zgoda?

Mina Aiiry’ego była nietęga, jakby spodziewał się usłyszeć kolejną głupotę, a Nassie wciąż wyglądał na obrażonego, ale oboje przytaknęli zgodnie. Musieli być w naprawdę tragicznej sytuacji, skoro tak od razu na cokolwiek się zgodzili. Queelo w sumie też w najlepszej nie był. Usiadł więc spokojnie i zaczął im objaśniać swój idiotyczny plan.


Rozdział XXIX

Złość niebios

Dnia: 2 października 31r.


Nassie wyjrzał przez dziurę w suficie, ale nigdzie nikogo nie zauważył. Queelo powoli zaczynał się martwić. Dallou na stro procent napisał, że wróci przed zachodem słońca, Queelo z pewnością nie zapamiętał tej informacji źle. Tymczasem dzień zbliżał się ku końcowi, a lisa nigdzie nie było.

— Jeszcze ma czas — mruknął Nassie, zeskakując ze ściany. — Nie denerwuj się tak, przecież wróci.

— A jak coś mu się stało? — zapytał Queelo. — Przecież mogło coś mu się stać. Infery stale między sobą walczą, to łatwe zaatakować kogoś, kiedy się czuje, że jest słabszym ogniwem. A co jeśli trafił na kogoś z tej przeklętej straży? Przecież nie miałby szans! Co jeśli Aloziee się nie zgodziła? Co jeśli to ona coś mu zrobiła? Przecież nie znamy jej tak dobrze, mogła mu coś zrobić.

— Będziemy przejmować się, jak nie wróci na czas.

— Już prawie jest czas! Może powinienem polecieć, sprawdzić okolicę?

— Lepiej nie, jeszcze ktoś by cię mógł zauważyć. Ja mogę iść i sprawdzić.

— Równie dobrze ja mogę iść i sprawdzić.

Aiiry stał z boku i chyba nie wiedział, co ze sobą zrobić.

— Może po prostu pójdźcie obaj — prychnął. — Działacie mi na nerwy. Zachowujecie się jak przerażone matki.

— Matki? — zdziwił się Queelo. — Kto niby jest matką?

— Dziećmi trzeba się opiekować — odezwał się Nassie. — Jakim musiałbym być potworem, żeby nie mieć choć trochę instynktów rodzicielskich?

— Nie jestem matką! Po prostu jak coś mu się stanie, to będzie moja wina, bo przecież poszedł tylko po to, żeby mi pomóc. Nie powinien był mi pomagać, co on sobie myślał?!

— To strasznie głupie myślenie — prychnął nagle Nassie. — To prędzej jest jego wina. W końcu nie kazałeś mu nigdzie iść, sam poszedł.

— No ale poszedł przeze mnie, więc to moja wina!

— Co jest czyją winą? — odezwał się ktoś nagle za ich plecami.

Wszyscy trzej obrócili się gwałtownie. Stała tam, uśmiechnięta od ucha do ucha, Arrasha, machając wesoło swoim rudym ogonem. W ogóle nie przejęła się zdziwieniem, które wywołała. Zamiast tego podeszła do Queelo i Nassiego i zamknęła ich w uścisku.

— Cześć, cześć! — przywitała się, prawie ich dusząc. — Dawno się nie widzieliśmy! Z tobą też! — Wypuściła ich i podeszła do Aiiry’ego. — Nie lubisz mnie, ale fajnie cię widzieć!

Nie uściskała go, ale uśmiechnęła się wesoło i odskoczyła, zanim wojownik mógł jakkolwiek zareagować. Tuż obok niej nagle zeskoczył Dallou, wyglądając na trochę potarganego. Wciąż ściskał w rękach notatnik. Queelo poczuł ulgę, jednak tę nagle zastąpiła złość. Musiało się odbić to na jego twarzy, bo chłopiec szybko schował się za ogonem Arrashy i zaczął udawać, że go tam wcale nie ma. Nie przeszkodziło to Queelo w spiorunowaniu go spojrzeniem.

— Podobno masz problem — odezwała się Arrasha nieco poważniejszym tonem. — Nie wiem, czy możemy ci pomóc. Aloziee zachowywała się dziwnie.

— Właściwie to gdzie ona jest? — zapytał Nassie, rozglądając się. — Wiesz, nie obraź się, ale bardziej chodziło nam o to, żeby to ona tutaj przyszła. Nie żeby twoja obecność była niepożądana, skądże znowu, po prostu…

— Wiem, wiem! — przerwała mu Arrasha. — Nie przejmuj się, jest tutaj, jest! Po prostu nie lubi szybkich podróży i musi po nich trochę polatać, no to sobie lata. Jak jej przejdzie, to tutaj przyleci, spokojna głowa. Pogada z wami i pogada, i zobaczymy, co z tego będzie. Gdzie w ogóle znaleźliście księżycowego? — zapytała, przyciągając do siebie chowającego się za nią Dallou i ściskając go przyjaźnie. — Mało ich tak na świecie, a wy znaleźliście i tak! To niesamowite!

Dallou wyglądał na przerażonego, ale tylko stał jak słup soli, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Na całe szczęście dla niego, Arrasha szybko go puściła, a wtedy cofnął się, jeszcze mocniej przyciskając notatnik do piersi.

— Ciekawa jaskinia — powiedziała Arrasha, rozglądając się. — Sufit i wodospad… Och-och, no tak, przyprowadził was tutaj! Jaskinia księżycowa dla księżycowego dziecka! Chyba nawet czuję tutaj aurę. To twoja jaskinia?

Spojrzała na Dallou, a ten spojrzał na Queelo, jakby szukał pomocy. Chyba nie miał pojęcia, co się dzieje. Niestety Queelo także nie.

— O czym ty w ogóle mówisz? — zapytał.

— Księżycowe infery czaruje się w księżycowych jaskiniach — oznajmiła wesoło, wskazując palcem na sufit. — Zaklęcie, zaklęcie, trzeba postawić w odpowiednim momencie i kiedy księżyc zaświeci jasno, bardzo jasno, będzie infer księżycowy! Hej, ej, mało komu się to udaje. Trzeba dobrze czas wymierzyć. Księżycki są rzadkie. Ta jaskinia jest idealna do stworzenia księżycka. Chcecie jeszcze jednego? Ktoś w niej niedawno jakiegoś stworzył, czuję jasną aurę. Tego nieśmiałego od was?

— Skąd mam wiedzieć? — prychnął Queelo. — Wyglądam jak osoba, którą to interesuje? Ostatnia rzecz, jaką chcę robić, to tworzyć kolejne infery.

— Ty nawet nie możesz — zauważyła Arrasha, nagle niespodziewanie poważniejąc. — Trzeba silnego, silnego organizmu, inaczej się zginie. Lepiej nie próbować, jak się nie ma pewności. Sto lat odczekać od przemiany, zanim się zacznie. A nawet sto pięćdziesiąt, tak, żeby być całkowicie pewnym! Sto pięćdziesiąt lat i jednego infera zrobić można. Po kolejnych tylu latach następnego. Dzieciaki nie powinny próbować, oj nie.

— Nie zamierzałem.

— I dobrze! Czemu taki ponury jesteś? — zapytała, przechylając głowę. Queelo zamrugał ze zdziwieniem.

— Zawsze jestem ponury — burknął. — Co za problem?

— Nie, nie, teraz jesteś bardziej niż wcześniej — oświadczyła Arrasha, podchodząc do niego bliżej i przyglądając się z bliska jego twarzy. Queelo skrzywił się, ale kiedy cofnął się o krok, lisica znów się przysunęła. — Bardzo ponury, ojojoj. Powinieneś się tym zająć.

— Czemu wszyscy mi tak gadacie?! — wkurzył się Queelo, w końcu nie wytrzymując. — Tak, wiem, mam problemy ze swoją głową, nie musicie mi tego tysiące razy powtarzać! Zrozumiałem już za pierwszym razem, że jestem pojebany, nie potrzebuję tego słuchać codziennie! Załapałem, naprawdę, nie jestem aż tak tępy, żeby nie załapać!

— Och, nie, nie chciałam…

— Pewnie, żadne z was nie chce, ale jakoś wam się zawsze udaje! „Dlaczego zawsze jesteś taki ponury, Queelo?”, „Dlaczego w ogóle się nie uśmiechasz, Queelo?”, „Dlaczego masz wiecznie minę, jakby ktoś umarł, Queelo?”, „Dlaczego jesteś takim pesymistą, Queelo?”, „Dlaczego jesteś taką parodią prawdziwego człowieka, Queelo?”.

— Co? — zdziwił się Nassie. — Kto ci niby powiedział to ostatnie? Chciałbym z nim pogadać.

— Co za różnica?! Przecież wszyscy tak uważacie! Dajcie mi wszyscy święty spokój! Mam dość! Mam was wszystkich dość!

Poszedł w stronę wyjścia, zaciskając pięści ze złości i absolutnie nikt go nie zatrzymał. Przeszedł po wąskiej półce, w ogóle nie przyjmując się tym, że mógłby przy tym spaść, i trafił na łąkę, na której wojownicy wcześniej znaleźli sobie jedzenie. Nie był pewien, czy nazwałby to łąką, raczej małym sadem. Rosnące tam drzewa owocowe były zbyt różnorodne i zbyt blisko siebie, żeby to było przypadkiem. Ktoś musiał je tam posadzić specjalnie. Ciekawe do kogo właściwie należała ta kryjówka.

Queelo wybrał drzewo o najgrubszym pniu i usiadł pod nim w taki sposób, żeby nikt przychodzący od strony jaskini go nie zauważył. Miał dosyć tego wszystkiego. Wszyscy uważali go za dziwaka i nawet nie mógł ich winić, bo przecież mieli rację! Nie umiał zachowywać się jak człowiek, nawet po tylu latach prób. Nie umiał się zachowywać jak infer, bo niby skąd miałby to umieć? Nie był człowiekiem, nieważne, jak bardzo starałby się udawać, że jest inaczej. Podciągnął nogi pod brodę i objął je rękoma. Infer zresztą z niego też był żaden. Nie umiał tropić, nie umiał polować, nie miał bladego pojęcia, gdzie powinno się szukać złota. Gdyby został sam, wytrzymałby w dziczy najwyżej z tydzień, zanim coś w końcu by go zabiło. Nawet nie umiał orientować się dobrze w terenie. Parodia człowieka.

Usłyszał szelest gdzieś w pobliżu i podniósł się szybko na równe nogi, zapominając, że specjalnie wybrał miejsce, w którym nikt nie powinien go zauważyć. Wyjrzał zza drzewa, ale nikogo nie zauważył. Wysoka trawa kołysała się lekko na wietrze. Nigdzie nie było śladu żywego ducha.

Queelo wcisnął ręce w kieszenie i szybko ruszył dalej. Nieważne czy to były tylko jego urojenia, czy faktycznie ktoś postanowił tam przyjść, ale nie zamierzał ryzykować. Nie chciał z nikim rozmawiać. O niczym. A już na pewno nie o sobie. To był najgorszy z możliwych tematów do rozmowy, zawsze kończyło się na dokładnie tym samym stwierdzeniu, które słyszał już z tysiąc razy. Nie potrzebował słyszeć tysiąc pierwszy.

Znowu szelest. Zatrzymał się gwałtownie, czując narastającą w nim złość. Naprawdę, czy oni wszyscy nie rozumieli, że chciał posiedzieć w spokoju, bez nikogo trąbiącego mu nad głową? To było tak trudne do zrozumienia, kiedy wykrzyczał im, że ma ich dość? To było naprawdę aż tak skomplikowane? Nawet dziecko by zrozumiało! Zacisnął pięści w kieszeniach.

— Odwalcie się ode mnie! — krzyknął w stronę osoby, która zdecydowanie go śledziła. — Nie chcę z nikim gadać, jasne?! Dajcie mi spokój!

Brak odpowiedzi. Queelo obrócił nieznacznie głowę, żeby sprawdzić miejsce, z którego dochodził szelest, ale po raz kolejny nikogo tam nie zauważył. Zupełnie nikogo… było to trochę podejrzane. Właściwie, po co którykolwiek z tych oszołomów miałby się przed nim chować? Przecież nie mieliby w tym chyba żadnego celu. Durnym z ich strony byłaby próba straszenia go. A wyglądało na to, że ktoś próbował to zrobić…

Zerwał się z miejsca, przestając w końcu utrzymywać jakiekolwiek pozory. Nie, nie, nie, nie zamierzał dać się tak łatwo złapać! Może to była jego paranoja, a może faktycznie coś było na rzeczy, nie zamierzał sprawdzać. Pewnie był kretynem, ale nie aż takim! Umiał biegać szybko, może uda mu się uciec przed… cokolwiek go śledziło. Oby to nie było to, co myślał. Oby tylko…

— Stój!

Zatrzymał się gwałtownie, bynajmniej nie dlatego, że chciał to zrobić. Ta okropna siła po prostu powiedziała mu, że musi i nie ma absolutnie żadnego wyboru, więc stanął, prawie się przy tym wywracając. Chciał się ruszyć. Chciał uciec! Co z tego, że to nie był to faktycznie żaden z tych strasznych inferów, służących królowi, skoro to był on sam?! Gdyby to był ktokolwiek inny, to może miałby jakieś szanse, przynajmniej najmniejsze, nawet nie na samą walkę, tylko na ucieczkę. Ale w takim wypadku? Spiął się cały, próbując się ruszyć, ale chęć ciała do utrzymania rozkazu była silniejsza.

W końcu postanowił się pokazać. Wyszedł z jakichś krzaków, wciąż ubrany w ten idiotyczny garnitur, który w ogóle nie pasował do chowania się po krzakach. Wyglądał jak całkiem normalny człowiek. Pewnie chodzenie z ogromnymi rogami na łbie i jeszcze większymi skrzydłami nie byłoby najlepszym pomysłem, kiedy chciało się dobrze schować. Gdyby je miał, dałoby się go zauważyć. Czemu Queelo go wcześniej nie zauważył?!

— Nie uciekaj — powtórzył Kirrho, jakby sam nie był pewien, czy jego pierwszy rozkaz został dobrze zrozumiany. — Nie chciałem… ja…

Queelo nawet go nie słuchał. Może nie mógł się ruszyć z miejsca, ale jeszcze nikt nie powstrzymał go od odzywania się. Wziął więc głęboki oddech i zaczął wrzeszczeć ile sił w płucach:

— Pomocy! POMOCY!

— Nie, nie, nie krzycz — powiedział szybko Kirrho, jakby… zmieszany?

Queelo natychmiast zamknął usta, wcale nie chcąc tego robić. Te durne rozkazy! Król jeszcze coś tam dalej mówił, ale Queelo zupełnie go nie słuchał. Na początku może czuł strach albo przerażenie, ale im dłużej tak stał, nie mogąc się ruszyć z miejsca, tym bardziej wszystkie emocje zaczął przysłaniać gniew. Poza tym to wcale nie było tak, że musiał stać na baczność i nie mógł w ogóle nic zrobić. Poruszył palcami dłoni. Ciekawe, czy byłby w stanie wyciągnąć pazury, bez pokazywania inferzej formy.

Co prawda jego wcześniejszym planem było atakowanie królewskiej świty, a nie samego króla, ale skoro ten łaskawie postanowił się pokazać, to nic nie stało na przeszkodzie, aby spróbować. Zwłaszcza że jeszcze nie padł rozkaz nieatakowania.

Queelo wysunął pazury. A więc to było możliwe. Kirrho nadal gadał, podchodząc coraz bliżej. Kiedyś myślał, że najlepszym sposobem na pozbycie się wroga jest celowanie w serce, ale kiedy to wyłożył, Nassie niemal go wyśmiał, uśmiechając się w ten irytujący sposób. Zdecydowanie łatwiej było najpierw celować w szyję. Przy odrobinie szczęścia, nie trzeba wtedy robić nic więcej. Queelo nie podejrzewał, żeby miał szczęście, ale to go nie powstrzymało. Odczekał, aż Kirrho podejdzie odpowiednio blisko, po czym, bez żadnego zawahania, zamachnął się.

Tym razem król nie wydał żadnego rozkazu. Po prostu uniósł dłoń i złapał jego rękę, zatrzymując ją zaledwie kilka milimetrów od swojej szyi. Queelo nadal próbował go drapnąć, ale nie dało się. Zaatakował wolną ręką, ale i ten atak został całkowicie zablokowany. Spojrzał prosto w twarz Kirrho, spodziewając się tam zobaczyć złość, ale, ku jego zaskoczeniu, był tam tylko smutek. To go tak zdziwiło, że nawet nie zaczął się szarpać. Zamrugał.

— Chcę tylko porozmawiać — powiedział, chyba już któryś raz, ale dopiero teraz Queelo faktycznie zaczął go słuchać.

— Porozmawiać? — powtórzył z niedowierzaniem. Jak to porozmawiać? Tak po prostu? Przecież to w ogóle nie miało sensu! Dlaczego jakiś stary, długowieczny, straszny król miałby chcieć po prostu rozmawiać?

Kirrho westchnął i w końcu go puścił. Najwyraźniej było mu wszystko jedno, czy zostanie po raz kolejny zaatakowany.

— Z twojej perspektywy muszę być naprawdę okropną osobą — mruknął, zaplatając ręce za plecami. — Nie twierdzę, że jestem najlepszą osobą na świecie, bo zdecydowanie mi do tego daleko, ale… zupełnie nie umiem rozmawiać… chciałem powiedzieć… to zupełnie nie tak miało wyjść. Nie chciałem tego wszystkiego, tak… ja…

Coraz bardziej plątał się w tym co mówił, a Queelo coraz mniej z tego rozumiał. Podejrzewał, że jego mina wyrażała kompletne zagubienie, ale właściwie co innego miałaby wyrażać w takiej sytuacji? Kirrho chyba zrozumiał, że jego słowa nie do końca mają sens i urwał. Podrapał się po głowie. Nagle w ogóle nie wyglądał na przerażającego króla, raczej na zagubionego dorosłego, którego właśnie przyłapało się na niewiedzy i nie miał pojęcia, co w związku z tym powiedzieć. Wziął głęboki oddech.

— Ja chciałbym… chciałbym przeprosić. Za wszystko. I naprawić to. O ile oczywiście mogę. Wiem, że to nie jest za wiele, w zamian za wszystko, co się wydarzyło z mojej winy, ale myślałem, że może na początek… na początek…

Nie dokończył. Queelo nie był pewien, czy wszystko dobrze usłyszał. Może to był tylko jakiś jego idiotyczny sen i zaraz się obudzi. Jak to przeprosiny?! To była osoba, która rozwaliła mu życie i miał się w końcu jej kiedyś pozbyć, nie… król nie mógł go tak po prostu przeprosić, jakby to po prostu wystarczyło, jakby wszystkie te lata były po prostu niczym, jakby Queelo miał po prostu jakieś fałszywe przeświadczenie przez cały ten czas…

Nagle Kirrho popchnął go z całej siły, przesuwając kilka metrów dalej i przewracając. Queelo niemal od razu się podniósł, wciąż mając w głowie rozkaz, że powinien stać, i zobaczył przed sobą górę jasnych włosów. Przez chwilę myślał, że może to Nassie, ale ten z całą pewnością nie miał skrzydeł, które Queelo zauważył w drugiej chwili. Aloziee w końcu postanowiła przerwać latanie.

— A więc faktycznie wylazłeś z tej swojej dziury — syknęła w stronę Kirrho, szykując swoje pazury. — Bez swojej świty nagle nie jesteś taki potężny, co?

— Nie jestem tutaj, żeby się bić… — zaczął Kirrho, ale Aloziee nie zamierzała go słuchać i natychmiast się na niego rzuciła. Uchylił się przed jej pazurami i szybko rozwinął swoje skrzydła, które, zdaje się, były jego główną bronią.

Queelo chciał się cofnąć, a nawet uciec, widząc, że infery zaczynają walkę, ale nie mógł. Przeklęte rozkazy! Nie mógł nawet znowu zacząć krzyczeć. Zaklął pod nosem. Przynajmniej tyle było mu dane. I tak nikt tego nie usłyszał — wściekłe syczenia, cięcia pazurów i krzyki całkowicie go zagłuszyły.

— Nie uciekaj, tchórzu! — krzyczała Aloziee, tnąc pazurami i niemal każdym uderzeniem chybiając ledwie o milimetry. — Przyozdobię ci jeszcze bardziej te twoje cudne skrzydełka, aż zaczną przypominać ser szwajcarski!

— Powinnaś popracować nad tym problemem z agresją!

— Zaraz po tym, jak powieszę sobie twój ogon jako trofeum!

Queelo ledwo ich widział. Dwie kolorowe plamy, które tylko co jakiś czas, na kilka sekund, zmieniały się z powrotem w widzialne postaci. Gdyby nie miał pojęcia, że infery próbują się nawzajem pozabijać, mógłby nawet pomyśleć, że to jakiś piękny taniec. Kirrho przez pewien czas po prostu robił uniki, ale w końcu chyba zorientował się, że to nie jest najlepsza strategia i sam zaczął atakować.

Czyjś ogon machnął tuż przed jego twarzą. Zdecydowanie bezpieczniej byłoby, gdyby mógł się wycofać! Rozejrzał się rozpaczliwie, próbując znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji, ale cokolwiek próbował wymyślić, nic nie przychodziło mu do głowy. Nie mógł nie uciekać i jednocześnie jakoś uciec, to po prostu się nie składało. Nawet gdyby był jakiś logiczny sposób, żeby obejść ten rozkaz, to mózg i tak mu podpowiadał, że zostałby zablokowany. Tylko dlatego, że on by wiedział jak go obejść. To dopiero było dziwne.

Coś uderzyło go w brzuch, prawdopodobnie któreś ze skrzydeł. Zabolało. Chciał krzyknąć, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jego ust. Zgiął się tylko w pół i spojrzał na ranę. Nie było aż tak źle, jak sobie wyobrażał. Sweter był rozcięty prawie na całej szerokości, ale rana pod spodem była w zasadzie tylko rysą. Długą i krwawiącą. Zaśmiał się bezgłośnie, nabierając trochę własnej krwi na palce, a zapach uderzył go w nos.

Prawdopodobnie by zemdlał, gdyby nie nagły huk. Coś świsnęło tuż koło jego głowy, a Kirrho i Aloziee odskoczyli od siebie, sycząc jeszcze głośniej niż wcześniej.

— Uważaj, prawie go trafiłeś! — odezwał się gdzieś w oddali Nassie.

— Ale nie trafiłem! — odpowiedział mu wściekle Aiiry. — Wiem, co robię, zajmij się swoją pracą!

— Aloziee! — Arrasha była szybsza od obu wojowników. Przebiegła obok Queelo, ale zatrzymała się gwałtownie, widząc, kto jeszcze się znajdował na polanie. — Co… skąd…?

— Nie zbliżaj się! — syknęła Aloziee. — To niebezpieczne! Ja się tym zajmę!

— Nie ma potrzeby wa… — próbował znów zacząć Kirrho, ale królowa nie zamierzała go słuchać i po raz kolejny rzuciła się na niego z pazurami. Szybko osłonił się skrzydłami i zaczęli się bić na nowo.

— Co się…? — Arrasha cofała się, aż w końcu stanęła obok Queelo. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. — Czemu tu stoisz? Trzeba uciekać!

— Nie mogę — syknął Queelo. — Rozkaz.

— Jesteś ranny!

— Co ty nie powiesz?

Kolejny huk, a po nim głośny syk. Tym razem Aiiry musiał trafić któregoś z walczących. Kirrho zatrzymał się i, zamiast się bronić, zaczął machać skrzydłami, coraz szybciej i szybciej. Aloziee prychnęła szyderczo, rzucając się z pazurami prosto w stronę jego gardła, ale ten oderwał się od ziemi, wciąż nie przestając i tworząc coraz to silniejszy i silniejszy wiatr. Queelo osłonił twarz rękoma, jakby to miało jakoś mu pomóc, Arrasha zresztą zrobiła to samo. Zupełnie nic im to nie dało, bo wkrótce wiatr był taki silny, że zaczął przesuwać ich oboje. Arrasha przewróciła się. Queelo tak się zaparł nogami, że wytrzymał chwilę dłużej. Wciąż miał w głowie rozkaz, ale nawet to nie mogło działać przez wieczność. Wywrócił się na plecy, a zaraz nad nim pojawiły się dwie twarze.

— Chyba potrzebujesz pomocy — zauważył Nassie, marszcząc brwi. — Hej, ty krwawisz! Nie, nie wstawaj, tylko pogorszysz sprawę!

Queelo najchętniej poleżałby sobie tak do końca swojego życia, ale nie miał wyboru, więc i tak się podniósł, pomimo protestów Nassiego. Warknął, kiedy wojownik dotknął rany, a ten szybko zabrał rękę.

— Nie zabijaj mnie, nie chciałem! Wracajmy lepiej do jaskini, zanim te oszołomy ogarną, co się dzieje. Może jak najesz się więcej złota, to ci się szybko zaleczy, tak to u was działa, nie?

Złapał Queelo za rękę i ruszył z miejsca. Queelo nadal stał i nie pozwolił mu iść ani kroku dalej. Wojownik spojrzał na niego, marszcząc brwi.

— Coś się stało?

— Nie mogę — syknął Queelo.

Nassie patrzył na niego przez chwilę, po czym go puścił.

— Dobra, nie będę cię dotykał, ale chodź.

— Nie o to chodzi, idioto! — zezłościł się Queelo. — Nie mogę się ruszyć z miejsca. Muszę stać. — Mina Nassiego nadal wyrażała kompletny brak zrozumienia. Queelo przewrócił oczami. — Rozkaz.

— Ooch. Faktycznie, mogłem o tym pomyśleć, to ma sens. Można to jakoś obejść?

— Jakbym wiedział jak, tobym sam sobie dał radę!

— Zabijmy Kirrho — rzucił nagle Nassie, wyjmując nóż. — I tak jest teraz zajęty, nawet nie zauważy, kiedy go podejdziemy od tyłu. Hej, Arrasha, nie chcesz nam pomóc?

Arrasha stała kawałek dalej, przyglądając się uważnie walce i nie zwracała na nich w ogóle uwagi. Nassie czekał przez chwilę na jej reakcję, ale ta nie nastąpiła. Wzruszył ramionami.

— Chwila, co? — zdziwił się Queelo. — Nie, nie, nie! To zły pomysł!

— Damy sobie radę! — oznajmił Nassie dumnie. — Wystarczy wykorzystać element zaskoczenia. Niezbyt to honorowe, ale chodzi o wygraną! Ba, nawet nie musimy wiele robić, wystarczy, że ułatwimy Aloziee trafienie go.

— Nie…

— Jak niby chcesz to zrobić? — odezwał się Aiiry. — Regeneruje się błyskawicznie. Nic mu nie zrobimy.

— Wystarczy, że odpowiednio mocno rozwalimy mu na chwilę skrzydło — odpowiedział Nassie. — Zobacz na niego. Używa tylko ich. Chowa się za nimi, ale jak tylko pazury się za bardzo zbliżą, to nimi ucieka. Albo przejechanie po nich pazurami naprawdę by go zabolało, albo też od wewnętrznej strony łatwiej je rozwalić, niż od zewnętrznej.

— W jaki sposób to niby miałoby działać?

— Nie wiem, ale możemy spróbować!

— Nie! — zezłościł się Queelo, wyrywając mu nóż z ręki. Nie przemyślał tego. Złoto natychmiast zaczęło parzyć go w palce, więc wypuścił je, sycząc przy tym z bólu. — Ała! Głupia broń!

— Uważaj trochę! — oburzył się Nassie, podnosząc nożyk, ale niemal od razu go schował. — Dobra, ten pomysł ci się nie podoba, to nie. Po prostu cię złapiemy i szybko zaniesiemy w bezpieczne miejsce. Uwaga!

Nie zdążył niczego zrobić, kiedy infer wleciał w ich grupę z całym impetem, zgarniając ich wszystkich swoimi ogromnymi skrzydłami i przewracając, jakby byli kręglami. Queelo zrzucił z siebie króla, przeklinając przy tym pod nosem. Podniósł się i zobaczył stojącą w pobliżu Aloziee, z rządzą mordu w oczach. Powieka mu drgnęła.

— Czy wy niepoważni jesteście?! — warknął, na tyle głośno, na ile mógł bez krzyczenia. — Co to ma być?! Dwoje dziadków, starych jak świat, a zachowują się jak jakieś bachory, żeby rzucać się na siebie z pazurami, mając w dupie wszystko wokół. Tacy poważni i wielcy królowie!

— W zasadzie to nie chciałem… — odezwał się Kirrho, podnosząc się niezdarnie na równe nogi, ale Queelo nie chciał tego słuchać.

— JA teraz mówię, więc łaskawie zamknij mordę i mnie słuchaj, skoro jesteś taki dobrotliwy. Gdzieś mam wasze kłótnie. Jak chcecie się tłuc na śmierć i życie, to se idźcie na jakąś pustynię, z daleka od kurwa wszystkich, a nie bijecie się na środku łąki, kiedy wokół jest pełno osób! Co wy, dziećmi jesteście?!

— Jak śmiesz…? — zaczęła Aloziee, ale jej Queelo również nie zamierzał słuchać.

— Jak ja śmiem?! — syknął. — Śmiesz mówić, że tak bardzo ci zależy ci na Arrashy, że zabijesz każdego, kto cokolwiek jej zrobi, a tymczasem sama się tłuczesz w jej pobliżu, kiedy sama możesz jej coś zrobić! Żarty sobie stroisz?!

— Powinniśmy tu być? — zapytał cicho Aiiry, nachylając się w stronę Nassiego.

— Nie wiem, ale podoba mi się to — odpowiedział mu wojownik, równie cicho. — Zostańmy jeszcze chwilę.

— I tak już skończyłem — prychnął Queelo.

— Dziwi mnie, że nie krzyknąłeś ani razu — mruknął Nassie.

— Bo nie mogłem.

Queelo obrócił się i spojrzał wściekle na stojącego nieopodal Kirrho. Ten zwinął skrzydła i chyba nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić. Rozejrzał się.

— E… a, no tak, jasne. Możesz… e… robić co chcesz?

— Nadal jesteś ranny — odezwał się Nassie, wskazując na jego brzuch.

Queelo spojrzał w dół, przypominając sobie o tym. Krwi nie było wiele, ale wciąż była. Kilka czerwonych plam zostało na jego palcach. Uniósł dłoń do twarzy, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że przez cały czas czuł ten paskudny zapach, ale po prostu mózg go ignorował. Queelo uśmiechnął się sennie.

— No tak — mruknął. — Faktycznie.

Mina Nassiego zbladła.

— O nie, tylko znowu nie…

Queelo nie usłyszał reszty zdania. Był już zmęczony tym wszystkim i odpłynął, tak po prostu, nie czekając, aż wojownik dokończy.


Arial

Times

Verdana

Georgia