Wróć do strony głównej

Obrońcy Światła


Opowiadanie zawieszone, bo nie wiem co piszę, aczkolwiek nadal możecie czytać te rozdziały, jak chcecie

Rozdział I

Latający Pociąg

Kto by pomyślał, że zostanie w pracy po godzinach może sprowadzić na kogoś wyrok śmierci. Może gdyby nie postrzelił kolegi i nie ukradł niezwykle ważnych, zakodowanych dokumentów byłoby inaczej, ale na myślenie o tym było zdecydowanie zbyt późno.

Vol z niepokojem stukał w guziki swojej kurtki. Co prawda Mroźna Pora powoli się już kończyła, ale nadal było na tyle zimno, że mógł nosić te wszystkie grube rzeczy, które utrudniały identyfikację. Nie miał zbytnio czasu, żeby załatwić sobie idealne przebranie, nie zabrał ze sobą nawet połowy rzeczy, za pomocą których mógłby to zrobić. Zostawał mu tylko ten głupi naszyjnik z iluzją, który odrobinę zmieniał rysy twarzy.

Pociąg się spóźniał. Zawsze się spóźniał, nie było dnia, kiedy przyjechałby punktualnie. Co było absurdem, bo przecież rząd zawsze zapewniał, że to najlepsze, najnowocześniejsze pojazdy, poruszające się z prędkością może nie światła, ale przynajmniej dźwięku. Bilety na nie były kosmicznie drogie, więc tylko arystokraci i oszuści się nimi wozili. Ale nadal cały czas się spóźniały.

Był wczesny ranek, więc mało kogo dało się zobaczyć na peronie, a te kilka osób w pobliżu, wyglądało jeszcze bardziej podejrzanie niż Vol, siedzący samotnie na ławce. Kobieta w średnim wieku, owinięta w najlepsze futra ze zwierząt, trzymająca wielką, czarną walizkę. Dwóch typów w garniturach i z czarnymi okularami na nosach, też z jakąś dużą skrzynką. Może dziesięcioletnia dziewczynka w kolorowej sukience i z lizakiem, bez żadnego dorosłego w pobliżu. No i buntownicza nastolatka, z telefonem w ręce i słuchawkami na uszach, która co jakiś czas dyskretnie lustrowała otoczenie.

Tak, z nich wszystkich gość ubrany na cebulę, z niewielkim podręcznym bagażem był zdecydowanie najmniej podejrzany. Wyglądał po prostu jak osoba, która uzbierała sobie na bilet i chce wyjechać na dobre z miasta, żeby ułożyć sobie życie w jakimś lepszym miejscu.

— Ej, dziadku.

Dopiero po chwili zorientował się, że może chodzić o niego, więc wyrwał się z rozmyślań. Spojrzał na nastolatkę, która pod jego nieuwagę podeszła bliżej i teraz stała praktycznie obok jego ławki. Czego mogła chcieć? Może go poznała? Przyjrzał się jej twarzy, ale nie wyglądała znajomo. Może...

— Suń się trochę, też chcę usiąść.

W duchu odetchnął z ulgą i przesunął się, uśmiechając się przy tym cały czas. Niech ten przeklęty pociąg w końcu przyjedzie. Miał już dość tego nieustannego stresu i sprawdzania, czy nikt go nie ściga. Wyjedzie do jakiegoś portu, przedostanie się za granicę i będzie miał spokój. Zostało mu jeszcze trochę pieniędzy, więc może uda mu się znaleźć jakiś przyzwoity pokój. Gorzej będzie z pracą, w końcu z technicznego punktu widzenia nie miał żadnego doświadczenia.

— Nie wiedziałam, że starym ludziom też się chce uciekać.

— Hę? — Vol spojrzał na nią ze zdziwieniem. Nie za bardzo miał ochotę rozmawiać o czymkolwiek z kimkolwiek, zwłaszcza z jakąś nieznajomą. W sumie, jeśli brała go za starszą osobę, mógłby ją zwyczajnie odgonić, wyzywając od gówniarzy, jak to starsi często robili.

— Z tego kraju — prychnęła. — Tutaj nie ma żadnej przyszłości dla zdrowo myślących ludzi.

Nie miał zielonego pojęcia, co odpowiedzieć na takie stwierdzenie. A nawet jeśli, to dlaczego ta dziwna dziewczyna postanowiła o czymś takim pogadać akurat z nim?

Na szczęście dla niego, akurat w tym momencie ogłoszono wjazd pociągu na peron. Poruszał się tak cicho, że można było to przegapić, jeśli się go nie wypatrywało i było zajętym rozmową. Ewentualnie jeśli było się ślepym, bo cały lśnił, odbijając promienie słońc. Wyglądał zdecydowanie lepiej od tych starych pociągów poruszających się normalnie, po ziemi.

Vol nie zastanawiał się długo, po prostu podniósł się, zabrał swoją torbę i ruszył w stronę drzwi. Zaczekał, aż dwie osoby wyjdą ze środka, po czym wcisnął się i szybko zajął miejsce niemal przy samym końcu. Przy oknie, żeby widzieć, co się dzieje na zewnątrz, no i oczywiście załatwić sobie szybką ucieczkę w razie czego. Co prawda, nigdy jeszcze nie próbował się wspinać po ścianach jeżdżących pojazdów i uciekać po ich dachach, zwłaszcza kiedy owe pojazdy znajdowały się wysoko ponad gruntem, ale zawsze musiał być ten pierwszy raz.

Może lepiej, żeby do tego nie doszło.

Musiał przyznać, że siedząc w przedziale, zrozumiał, dlaczego przejazd tym pociągiem był tak drogi. To w ogóle nie wyglądało jak wnętrze pociągu, raczej jak mały, ale bardzo luksusowy pokój jakiegoś bogacza. Siedzenia były tak miękkie i wygodne, że można było się w nich zapaść, szyby tak czyste, że można by pomyśleć, że ich nie ma, a nawet sam widok jeszcze z peronu był zapierający dech w piersiach. Cała stolica widoczna z takiej wysokości wyglądała o wiele lepiej niż z perspektywy ulicy. Można by pomyśleć, że to idealne miasto do życia, w którym się nie zazna smutku.

Bogowie, jak on się cieszył, że z niego wyjeżdża i prawdopodobnie nigdy więcej nie wróci. Szkoda, że mama nie zgodziła się na opuszczenie domu razem z nim. Tylko za nią jedną będzie tęsknił, ale hej, nadal mieli kontakt! Może jeszcze uda mu się ją przekonać.

Zamierzał właśnie sprawdzić, co tam słychać w telewizji, kiedy do jego przedziału władował się nie kto inny, jak ta dziewczyna, która zaczepiła go wcześniej.

— Tutaj jesteś, dziadku.

Klapnęła sobie na siedzenie naprzeciwko niego i udawała, że wcale nie widzi jego wściekłego spojrzenia.

— Życie się nie układa, co?

— Nie przypominam sobie, żebym kogokolwiek zapraszał — rzekł szorstko. — W tym pociągu jest wiele wolnych przedziałów, młoda damo. Ten zająłem ja.

— W każdym jest miejsce dla czterech osób, staruszku. — Po czym bezceremonialnie zdjęła buty i rzuciła nogi na siedzenie. — A teraz jest już tylko jedno!

Vol westchnął z irytacją. Naprawdę nie potrzebował teraz towarzystwa. Sięgnął po torbę z zamiarem wyjścia.

— Czekaj! — Podniosła się jeszcze zanim on zdążył to zrobić i zablokowała drzwi. — Przepraszam! Nie uciekaj! Po prostu... — spuściła wzrok na podłogę. — Po prostu nie chciałam podróżować sama. Będę już siedzieć cicho, dobrze?

— Było trochę więcej ludzi na peronie, znajdź...

— Ale oni wszyscy byli... podejrzani.

„Czyli nie tylko ja to zauważyłem”, pomyślał Vol. Na twarz cisnął mu się głupawy uśmieszek.

— A co każe ci przypuszczać, że ja nie jestem, jak ty to ujęłaś, „podejrzany”?

— Starzy ludzie nie mogą tacy być.

Parsknął śmiechem tak mocno, że aż mu łzy poleciały z oczu. Dobre sobie! Zaczynał już rozumieć, dlaczego dorośli tak często powtarzali, że „z tej dzisiejszej młodzieży nic nie wyrośnie”. Zawsze myślał, że osoby w jego wieku były mniej więcej na jego poziomie wiedzy, bo przecież nie był jakiś wybitnie mądry, a i nie za głupi. Ale widocznie się pomylił.

— Może jednak pomyśl nad wróceniem do szkoły, zanim zaczniesz uciekać z kraju — mruknął, próbując powstrzymać rozbawienie. Teraz to ona wpatrywała się w niego ze złością.

— Wszyscy jesteście tacy sami! Uważacie młodszych za głupich!

— Nie, ja uważam konkretnie ciebie za głupią.

I włączył niewielki telewizorek, zanim zdążyła się odgryźć. Akurat leciały wiadomości. Chociaż w pociągach zawsze leciały wiadomości, w końcu wszystkie telewizory były tam nastawione na ten program. Spróbował przełączyć kanał, ale nie dało się. Było tysiące kanałów przekazujących wieści ze świata, ale nie, w każdym pociągu, nawet tym luksusowym, musiał być ustawiony akurat ten. Prowadzący mówił akurat o jakimś wypadku statku na Oceanie Rozpaczy, niedaleko Wyspy Wulkanów. Jeśli jakiś kapitan był na tyle głupi, żeby podpłynąć do tej wyspy, to był sam sobie winny. Co za dureń.

— Jeszcze tu jesteś? — zapytał Vol. Dziewczyna nadal stała przy drzwiach, czerwona od gniewu. — Może idź, odetchnij sobie świeżym powietrzem czy coś.

Nie odezwała się, ale usiadła z powrotem. Wcisnęła słuchawki w uszy, założyła kaptur i odwróciła się tak, że jej twarz zwrócona była w stronę oparcia. Vol przez chwilę zastanawiał się, czy nie wyjść, ale koniec końców wzruszył tylko ramionami. Pewnie by poszła za nim, tylko po to, żeby zrobić mu na złość. A skoro i tak siedziała cicho, to mógł w spokoju przemyśleć wszystko.

Chyba jeszcze nikt nie zauważył jego ucieczki, a nawet jeśli, to nie zgłosili tego władzom. Był pewien, że gdyby się tak stało, już dawno coś pojawiłoby się w wiadomościach, jeśli nie powiedziane przez nudnego pana prezentera, to na tych czerwonych paskach na dole. Widział to już oczami wyobraźni: „Niebezpieczny nastolatek zaatakował urzędnika państwowego i ukradł ważne dokumenty. Ktokolwiek go zobaczy, proszony jest o kontakt pod numerem jakimś-tam”. Czy coś takiego. O ile w ogóle przyznaliby się, że jakiś nastolatek był w stanie ukraść im cokolwiek.

Nawet jeśli nikt nie podałby tego do publicznej wiadomości, z pewnością i tak policja zaczęłaby go szukać. W końcu oni potrafią złapać przestępców, nawet jeśli nikt poza nimi nie zdaje sobie sprawy, że jacyś się kręcą w pobliżu. I nawet nikt się ich nie czepiał, o to, że mogli narazić ludzi na niebezpieczeństwo, nie mówiąc o tym groźnym zabójcy, który przed paroma tygodniami się kręcił po stolicy. Bo przecież szybko go złapali, tak? Więc jest sukces!

Pokręcił głową. Najlepszym wyjściem nadal pozostawało wybrać się za granicę. Mógłby popłynąć do Ovili, ale że wody były ostatnio bardzo niespokojne, mało który statek tam pływał. W Evvanie trwały wojny pomiędzy kilkunastoma małymi królestwami, więc życie tam byłoby jeszcze gorsze. Do Yeevy pływali tylko wariaci, którym nic w życiu nie pozostało. Więc najlepszym miejscem, w które mógłby się udać, była Vitta. Niesławna druga strona kontynentu, na którą mieszkańcy Krain Pokoju często narzekali.

„No bo jak to tak, śmieli się od nas całkowicie odgrodzić i zabronili nam nawet wstępu do całej tej ich Złotej Puszczy, która nawet złota nie była, tylko zielono-brązowa! A stfu, spluwam na nich, te przeklęte fiory i ich poszanowanie natury, tak jakbyśmy my nie umieli!”.

„No bo nie umiemy”, pomyślał Vol, patrząc za okno. Pociąg powoli zaczął odjeżdżać, ale minie jeszcze naprawdę długa chwila, zanim wyjedzie z miasta. Warda była ogromna, nowoczesna i błyszcząca. Budynki w tak zwanym wewnętrznym kręgu wznosiły się wysoko, tak wysoko, że można by pomyśleć, iż sięgają chmur i przebijają niebo. Wieżowce, pałace, dziwne twory architektoniczne, których nie dało się normalnie nazwać. A dookoła nich tysiące wiele mniejszych, dużych i małych domków mieszkalnych dla wszystkich tych mniej ważnych ludzi. Z tej perspektywy nie było widać tych gorszych dzielnic, w których zalegał brud, smród i kwitła przestępczość.

Nie było też widać żadnej zieleni. Jasne, niektórzy mieli w domach roślinki, mieli ogródki i takie tam, ale nigdzie ani jednego parku czy coś takiego. Nic. I tak było w niemal całych Krainach Pokoju. Jeśli stał kiedyś tam jakiś las, to to było kiedyś, bardzo dawno temu. Teraz już zastąpiło je miasto. Nie można się więc było dziwić fiorom, że obawiają się o swoje święte miejsce i zwyczajnie nie chcą go narażać na to niebezpieczeństwo, jakim byli ludzie. Może nie wszyscy, ale zdecydowanie większość.

Wrócił do poprzednich rozważań. Do Vitty dało się dostać na dwa sposoby i żaden z nich nie obejmował przeprawiania się przez puszczę. Pierwszą ścieżką była droga przez Góry Czarne — które, nawiasem mówiąc, też czarne nie były, raczej srebrzyste — ale była ona niebezpieczna, zwłaszcza w okresie Mroźnej Pory. Wszędzie był lód, zwierzęta górskie były wygłodniałe, łatwo było tam spotkać się ze śmiercią. No i przewodnik trochę kosztował.

Drugą opcją było przepłynięcie tam statkiem i to była zdecydowanie lepsza opcja. Od jednej albo drugiej strony, w zasadzie nie było różnicy, dystans był niemalże taki sam. Chociaż do Portu Podgórskiego było zdecydowanie dalej ze stolicy, ale też i za niższe kwoty można sobie było wykupić bilet na statek. W Upływie Ardany kapitanowie strasznie zdzierali z pasażerów, zwłaszcza jeśli zobaczyli, że mają nieco więcej kasy, niż przeciętna osoba. Więc wycieczka do Podgórskiego była logiczniejsza, zwłaszcza że jego bilet na pociąg był całodzienny i do północy mógł sobie jeździć, gdzie tylko chciał. A w każdym razie tam, gdzie pociąg mógł dojechać.

— Skończyłeś już? — burknęła w końcu dziewczyna. Podniósł wzrok i zobaczył jej wciąż wkurzoną twarz.

— Niektórzy myślą cały czas.

— Nie o to pytałam!

— Trzeba było sobie znaleźć kogoś innego, do przylepienia się. Nie lubię rozmawiać.

— Już mówiłam, że cała reszta...

Przerwał jej alarm. Vol zerwał się na równe nogi. Nie, to było niemożliwe, żeby go znaleźli, nie w takim momencie! Musiało chodzić o innego pasażera, w końcu oni wszyscy wyglądali, jakby się urwali z jakichś gangów. On przecież nie pozostawił po sobie żadnych śladów.

Tak się tym przejął, że dopiero po chwili zorientował się, iż nie był to alarm dobiegający z pociągu, tylko z telewizora. Nadmiernie uśmiechniętego i wesolutkiego prezentera teraz zastąpił taki o wiele poważniejszy, którego twarz chyba nigdy nie zaznała ani jednej emocji. Musiało się stać coś naprawdę złego, Vol nie pamiętał ani jednego tak głośnego alarmu. A im głośniejszy, tym gorsze wiadomości, taka była właściwość w tym programie, nawet jeśli nie miała żadnego sensu.

— Przerywamy program, żeby przekazać państwu wiadomości z ostatniej chwili.

Dziewczyna prychnęła z niechęcią.

— Pewnie znowu jakieś bzdury.

— Cicho bądź — syknął na nią Vol.

— …Wysokość, Amartes Trzeci Światły, zmarł na zawał serca. W związku z tym...

— Zaraz, CO?!

Tymi bzdurami zdecydowanie się przejęła i również wstała, żeby popatrzeć z niedowierzaniem w ekran. To było nie do pomyślenia. Niemożliwe! Kto niby miałby uwierzyć w coś takiego?

Prezenter nadal nawijał swoim bezbarwnym, znudzonym głosem:

— Rodzina Jego Wysokości pogrążyła się w żałobie i zniknęła ze sceny politycznej. Tymczasową władzę przejmie więc Rada Królewska, za to odbycie się posiedzenia, na którym zostanie wyłoniony nowy następca tronu, wstępnie zaplanowano na czternastego Xalla, jednak sama data może ulec zmianie.

Oboje stali przed telewizorem jak dwa słupy soli. Vol podejrzewał, że nie tylko w ich przedziale zapanowała nagła cisza, przerywana tylko głosem prezentera. Było źle. Było bardzo źle. I to wcale nie z powodu tego, co ten gość powiedział, bardziej z powodu tego, czego nie mówił.

— W dniu dzisiejszym weszło także nowe rozporządzenie — przeszedł gładko do następnego tematu, jakby śmierć najważniejszej osoby w kraju była tylko drobnostką. — Wraz z wybiciem godziny dziewiątej, zakazuje się użycia jakiegokolwiek rodzaju magii. Wszystkie licencje i uprawnienia zostają cofnięte, a każdy generator wyłączony. Ktokolwiek bez nowego zezwolenia, używający magii, zostanie uznany za przestępcę i postawiony przed sądem.

— CO?!

Prezenter jeszcze coś tam gadał, ale Vola to już nie interesowało. Sięgnął po zegarek i sprawdził godzinę. Nie był pewien, jak wyglądała jego twarz, zapewne koszmarnie. Wyjrzał na chwilę na korytarz, ale drzwi w trakcie jazdy zawsze były szczelnie zamknięte już w normalnych pociągach, a co dopiero w takim. Wolał nie marnować czasu na sprawdzanie tego, zwłaszcza że czasu zostało naprawdę niewiele. Wrócił do środka i zaczął się mocować z oknem.

— Co ty robisz?

— Mamy niecałe pięć minut — prychnął Vol, ciągnąc za rączkę. Dlaczego te okna zawsze się tak ciężko otwierały? — Mogłabyś mi pomóc!

— Dwie minuty do czego?

— Jedziemy na linii niemal czysto magicznej. Pomyśl przez chwilę! Jeśli wyłączą generatory, to spadniemy. Jesteśmy jakieś pięćdziesiąt metrów nad ziemią, pozabijamy się.

— Daj spokój, nie zrobią tego — powiedziała, ale jej głos nieco zadrżał. — Odstawią nas na którejś stacji po drodze, zanim powyłączają wszystko.

Vol nie odpowiedział. Okno w końcu odpuściło i dało się otworzyć. Szczelina nie była jakoś bardzo szeroka, ale na tyle, że chuda osoba mogłaby przez nie wyjść. Jak to dobrze mieć szalone plany awaryjne. Chyba po raz pierwszy musiał z takowego skorzystać. Zdjął kurtkę, która zdecydowanie zbyt bardzo krępowała mu ruchy, szalik i tę głupawą czapkę. Rękawiczki zostawił. Nie bez powodu pozwalał, by pociły mu się w nich dłonie.

— Przestań! To głupie! Nie zrobią czegoś takiego!

— To sobie tu siedź i wierz w to. Ja nie zamierzam.

— I co niby chcesz zrobić?

— Złamać prawo.

Nie powiedział więcej. Wyjrzał przez okno. Pociąg przejeżdżał nad jakąś zniszczoną wioską. Tym bardziej w pobliżu nie było żadnego „przystanku”, na którym mogliby się zatrzymać. Nie mieli jakiejś zawrotnej prędkości, ba, można było nawet powiedzieć, że pojazd powoli zwalniał, co nie było dobrym znakiem. Spojrzał na ściany pociągu. Zakrzywione i niezbyt gładkie. Jeśli się postara, to może nie spadnie. Oby przyssawki w rękawiczkach zadziałały.

Coś pociągnęło go do tyłu. A raczej ktoś.

— Zabijesz się, przestań!

Wyrwał się jej i wygramolił przez okno. Co nie było łatwe przy takiej prędkości, wietrze i jeszcze z pomocą osoby, która robiła wszystko, żebyś przestał. Do tego jeszcze pociąg zaczął się kołysać, czego naturalnie nie powinien robić. Vol, znajdując wgłębienia w metalu, w końcu wdrapał się na dach i spojrzał na linę, na której utrzymywał się pociąg. W zasadzie nie była to dosłownie lina, jeśli się nie przyjrzeć dokładnie, to można by uznać, że pojazd po prostu lewituje, bez żadnej pomocy. Dopiero gdy wpatrywało się dłużej w powietrze nad pociągiem, można było zobaczyć co jakiś czas pojawiające się iskierki. No i jeśli się miało ten niezwykły, magiczny zmysł, który posiadała ponad połowa populacji, to można było linię też wyczuć. Zlepek dwóch energii, przeplatających się ze sobą. Oraz wyraźnie słabnących.

Tyle, jeśli chodzi o bezpieczne odstawienie pasażerów.

Pociąg znów się przechylił, tym razem znacznie mocniej, prawie go zrzucając. I zdecydowanie się zatrzymał. Vol spojrzał w dół, bardzo daleki dół, na tę podniszczoną wioskę. Nigdy nie był specjalnie dobry z matematyki, ale jeśli dobrze obliczył, to istniało naprawdę duże prawdopodobieństwo, że pociąg spadnie na kilkanaście z tych biednym domków i je zniszczy, nawet jeśli jakimś cudem nie wybuchnie tuż po upadku. Z jakiegoś powodu one zawsze wybuchały, chociaż w zasadzie nie miały żadnych wybuchowych materiałów wewnątrz.

Z pociągu dopiero teraz zaczęły dobiegać przerażone krzyki. Nie ma co, szybko się zorientowali. Choć może nie powinien ich za to winić, w końcu nie każdy miał wtyki i zdawał sobie sprawę, jakiego pokroju ludźmi są osoby z Królewskiej Rady. Jakby się nad tym zastanowić, to nie było nawet wiadomo, kto dokładnie w tej radzie zasiada. A w każdym razie nie było to nigdy podane do publicznej wiadomości.

„Skup się”.

Na magii znał się niezbyt, jakieś podstawy podstaw i sposób, żeby nie wybuchnąć, kiedy było się szczęśliwym — albo nieszczęśliwym — posiadaczem magii wewnętrznej. Dobrze więc, że wszystkie środki transportu magicznego działały w najprostszy możliwy sposób. Po prostu tworzyło się magiczne ścieżki i po nich puszczano wiązki prostej magii powietrznej, niech sobie tam wiszą i wędrują, jak chcą.

Zastanowił się chwilę. Mógłby rozbić obecną ścieżkę i wyprowadzić z niej drugą, która sprowadziłaby bezpiecznie pociąg na ziemię. Mógł też zaczekać, aż energia ze ścieżki się wyczerpie i złapać pojazd na drugą, całkiem nową. W zasadzie żaden ze sposobów nie był aż taki prosty. Rozbijanie ścieżek nie było jego specjalnością, poza tym te oficjalne, tworzone przez wyszkolonych magów i czarodziejów umieli rozbijać tylko inni wyszkoleni magowie i czarodzieje, a do takich się nie zaliczał. Nie zaliczał się nawet do tych niewyszkolonych, był po prostu dzieciakiem, który nauczył się kilku sztuczek.

Ale znowu złapanie tak dużego obiektu na drugą ścieżkę do prostych też się nie zaliczało. Tylko że raczej nic innego mu nie pozostawało.

— Co planujesz?

Omal nie podskoczył, co z pewnością skończyłoby się upadkiem. Ta sama dziewczyna, która jeszcze chwilę temu go powstrzymywała od wyjścia, teraz stała tuż koło niego. Tuż obok. Jak gdyby nigdy nic. Nawet nie zorientował się, kiedy tam weszła, a przecież nie było na tyle głośno, żeby jej nie usłyszał. Musiał zacząć znowu ćwiczyć takie rzeczy.

— Będzie szybciej, jak mi powiesz.

Było już zdecydowanie za późno na mówienie czegokolwiek. Zanim Vol się zorientował, ścieżka, po której poruszał się wcześniej pociąg, zniknęła bez śladu. Bez namysłu rzucił się do tworzenia nowej. Pociąg, który już zaczął spadać, uchwycił się jej na chwilę, ale tylko na chwilę. I to tyle, jeśli chodzi o jego fantastyczny plan uratowania wszystkich.

Próbował jeszcze na szybko stworzyć kolejną, jakąkolwiek, ale robił to zdecydowanie zbyt wolno, w stosunku do szybkości spadania. Bo cały, ogromny pociąg spadał, a Vol razem z nim. Pewnie, gdyby nie rękawiczki, które uczepiły się metalu i nie zamierzały puścić, spadałby wolniej, w końcu nie miał aż tak dużej masy. Te wspaniałe, nowoczesne technologie! Ale nawet gdyby się puścił, w zasadzie co by mu to dało? Też zabiłby się od upadku, po prostu zdarzyłoby się to chwilę później. Następnym razem powinien pomyśleć o zabraniu ze sobą jakiegoś spadochronu.

Nagle pojazd szarpnął się, zawisając w powietrzu. Jednak zaczepił o jakąś ścieżkę! Bardzo słabą i wątłą, ale jednak wytrzymałą. Vol zignorował ból w całym ciele i skupił się na przelewaniu energii. Potrzebował tylko trochę, tyle, żeby pociąg mógł zostać sprowadzony na dół. Przed oczami zrobiło mu się ciemno, jak zwykle, kiedy się przeładowywał. Może jednak potrzeba było więcej magii, niż się spodziewał. Poczuł kilka iskier niebezpiecznie blisko twarzy, ale nie przejął się tym zbytnio. „Jeszcze trochę. Jeszcze tylko chwila. Tylko kawałek do ziemi. Nie chcę tak młodo umierać!”.

Lądowanie wcale nie było łagodne ani bezpieczne. Ścieżka urwała się kawałek nad ziemią, a pociąg ostro wrył się dziobem w ziemię, rozrzucając ją na wszystkie strony, tratując bramę, płot, kilkanaście krzaków i jakiś stary, zniszczony budynek, zanim w końcu się zatrzymał, stękając niepokojąco. Wcześniej błyszczący, teraz cały pokryty był brudem, błotem, trawą i bogowie wiedzą czym jeszcze, a z paru miejsc unosiły się chmury dymu. Pozostawił po sobie trasę jak po upadku jakiegoś samolotu albo i meteoru. Jednak ze środka powoli wychodzili ludzie, gramoląc się przez okna, ponieważ drzwi widocznie były zablokowane. Chyba nic poważnego im się nie stało.

Vol uderzył się w głowę i to dość mocno. Krwawił też z paru miejsc, musiał oberwać jakimiś kamieniami przy lądowaniu, ale mimo to nadal mógł ustać na nogach. Z trudem odczepił rękawiczki i zeskoczył na ziemię. Najpierw najważniejsze. Sprawdził, czy nadal ma zawieszony na szyi swój medalion i odetchnął z ulgą, kiedy wyczuł go pod koszulką. Chyba pozostał nienaruszony. Postanowił więc wrócić do przedziału i sprawdzić, czy równie dobrze ma się jego bagaż.

I wtedy też przypomniał sobie o tej irytującej dziewczynie.

Rozejrzał się, chociaż nie spodziewał się jej zobaczyć w pobliżu. Przecież ona też wyszła za nim na dach tego głupiego pociągu, a w przeciwieństwie do niego nie miała żadnego sprzętu, który pozwoliłby się jej przyssać do metalu i nie odlecieć. Może zdążyła wrócić do środka? Ale czy w tak krótkim czasie naprawdę byłoby to możliwe? Co za głupia dziewczyna! Gdyby się nie wtrącała w jego sprawy, nic takiego by się nie stało! Miał jej teraz szukać? Nie był przecież jej opiekunem, ani nawet żadnym krewnym czy znajomym, nawet nie znał jej imienia. Poza tym przecież ten cały wypadek nie był jego winą! To wszystko przez te głupie władze i ich szatański plan... który jak najszybciej powinien ujrzeć światło dzienne, zanim sytuacja jeszcze bardziej się pogorszy. Vol potrzebował swojego bagażu, i to szybko.

Okno wciąż było otwarte, a cały przedział zasypany ziemią. Torba zsunęła się z siedzenia i wyszorowała podłogę pewnie dobre kilka razy, zanim zatrzymała się pod ścianą, ale nadal pozostawała zamknięta. Zawartość też wydawała się nienaruszona. Plik kartek i teczek leżał spokojnie na swoim miejscu, a obok nich włożony na siłę dziennik. Przerzucił bagaż przez ramię i spojrzał na swój zimowy strój. W zasadzie to wszystko było tylko kamuflażem. Temperatury w kraju powoli się podnosiły, a jego kurtka była cała w błocie. Nie za bardzo opłacało mu się ją zabierać i jeszcze męczyć się z czyszczeniem. Poza tym miał trochę monet przy sobie, w razie wypadku mógłby sobie kupić nowe ubranie.

Już miał wychodzić i zniknąć, udając, że nigdy go tam nie było, kiedy usłyszał syreny policyjne. Tego tylko brakowało.

Ostrożnie wyjrzał na zewnątrz, starając się pozostać w miarę w cieniu. Dwóch policjantów, najwyraźniej miejscowych, w dziwnych mundurach, przybyło na miejsce wypadku i teraz spoglądali na pociąg ze zdziwieniem, jakby pierwszy raz coś takiego widzieli, co prawdopodobnie było zgodne z prawdą. Wszyscy podejrzani pasażerowie zdążyli się już ulotnić, został chyba tylko sam Vol. O ile istniała możliwość, że nie aresztowaliby go za bezprawne użycie magii — w końcu przepis wszedł w życie parę minut wcześniej, a do tego został złamany, by ratować życia — o tyle na pewno by to zrobili, gdyby dowiedzieli się o jego prawdziwej tożsamości. A nie miał na tyle magii, by ponownie uruchomić iluzję z naszyjnika, a w razie przypału wyczyścić im pamięć. Musiał zrobić coś innego.

Policjanci rozmawiali o czymś głośno, chyba nawet się kłócili, ale nie słyszał wiele przez trzeszczenie pociągu. Próbował jakoś nastawić uszy, żeby ich podsłuchać, jednak jego słuch nie był nigdy jakiś mocno wybitny. Mógłby spróbować ucieczki, tyle że jego głupia kostka by na to nie pozwoliła. Przewróciłby się po kilkunastu metrach. Beznadziejnie biegał. Skradanie się też odpadało. Hałas hałasem, pewnie nie usłyszeliby jego kroków, ale z jego wyglądem trudno było się nie wyróżniać.

Pozostawał więc podstęp. Podstępy i oszustwa były w końcu jego specjalnością, zaraz obok wymyślania idiotycznych, nieprzydatnych planów.

Wokół nadal było pełno ziemi — nie żeby miała jak zniknąć — więc nabrał jej trochę i wysmarował sobie nią twarz, żeby choć trochę ukryć swoje rysy. Wtarł ją też we włosy, chociaż ten jasny blond nie dawał się aż tak łatwo zamaskować. Podniósł szalik i owinął go wokół głowy niczym chustę. Zarzucił sobie kurtkę na ramiona i zawiązał jej rękawy pod szyją. Przygarbił się nieco, zrobił żałosną minę i kiedy w odbiciu szyby upewnił się, że wygląda żałośnie, przeszedł do działania.

— Proszę panów! — zawołał wysokim głosem, wychylając się przez okno, jakby sprawiało mu to trudność. — Proszę panów, dzięki niebiosom, potrzebuję pomocy! Na Wielkiego Aezmala, jak dobrze, że panów widzę! Nie mogę wyjść, a te wszystkie urządzenia skrzeczą, jakby miały wybuchnąć!

Gadatliwa starsza pani bardzo skutecznie zwróciła uwagę policjantów. W końcu nie mogli zostawić damy w opałach samej. Starszych ludzi nikt nigdy nie podejrzewał o oszustwa, przecież byli już na nie za starzy. Zwłaszcza jeśli do tego byli kobietami, przecież kobiety nie mogą robić aż tyle złego co mężczyźni. Niby panowała równość, tolerancja i te sprawy, ale nadal, jeśli byłeś płci żeńskiej, byłeś mniej podejrzany. Vol już dawno przestał się wściekać o to, że ma „kobiecą urodę”, jak to lubili mu dogryzać koledzy z pracy, a zaczął to wykorzystywać.

Pomogli mu wydostać się ze środka, zaproponowali pomoc, nawet znaleźli jakąś cudzą laskę i mu ją oddali, zapewne sądząc, że należy do niego. Chcieli go też zaprosić na komendę, żeby mógł wyczyścić ubranie i doprowadzić się do porządku. No i żeby przy okazji złożył jakieś zeznania, bo przecież oni nie wiedzą, co tam w ogóle się stało! Tego ostatniego dość szybko pożałowali, bo Vol, wcale nie zamierzając udać się na posterunek, wczuł się w rolę i od razu zaczął relacjonować swoje życie — a w każdym razie to swoje zmyślone życie. Jak to wybierał się w odwiedziny do syna, jak zbierał miesiącami na bilet, bo chciał mu zrobić wielką niespodziankę, bo synuś kończył już pięćdziesiąt lat, a tu się zdarzyła taka tragedia. TAKA TRAGEDIA!

Po ich minach widział, że mają dość tego opowiadania już po pierwszych zdaniach, ale ciągnął tę szopkę dalej. Przerwali mu, dopiero gdy powiedział, że chyba widział kogoś na dachu przed upadkiem.

— Czy przypomina sobie pani jakieś szczegóły? — zapytał jeden z nich, dopiero wtedy zaczynając cokolwiek notować. — Sylwetkę, płeć, kolor włosów, może sposób poruszania się? Ubrania? Cokolwiek może nam się przydać do zidentyfikowania sprawców tego wypadku.

„Sprawców, co?”, pomyślał Vol z kpiną, ale nie wypowiedział tego na głos. W końcu żaden porządny obywatel nie obwiniałby rządu za takie coś. To oczywiste, że to była jakaś prowokacja strony trzeciej, kimkolwiek by ona nie mogła być.

— Chyba... chyba to był jakiś chłopak — powiedział z wahaniem. Musiał uważać. Jeśli zmyśliłby wszystko, a policjanci znaleźliby innego świadka wypadku, który złożyłby poprawne zeznania, mogliby zorientować się, że coś jest nie tak. Ale też przecież nie mógł im powiedzieć wszystkiego i zwrócić na siebie podejrzenia. Stąpał po cienkim lodzie. — Był taki strasznie chudy, chyba za mało jadł, no a ruszał się... No tak koślawo się ruszał, bo pociąg wtedy jechał, chyba każdy by tak chodził w takiej sytuacji. Nie... nie wiem, jak dokładnie wyglądał, nie widziałam go dokładnie! To było zaraz po tym, jak ogłosili, że jego wysokość umarł i... i ja...

Zalał się łzami. Oczywiście to już udawał. Było mu smutno z powodu króla, ale aż tak bardzo to go nie kochał. Raczej obawiał się rzeczy, które przyjdą razem z tą śmiercią.

Policjanci zaczęli go gorączkowo pocieszać, więc ogarnął się trochę. Ale kiedy chcieli go odprowadzić na posterunek, zaprotestował. Na to nie mógł pozwolić.

— Nie, nie, nie! Ja się muszę spieszyć! — rzekł gorączkowo. — Wnuki na mnie czekają! Będą się martwić, a oni nie mogą się martwić! Macie państwo tutaj w mieście jakiś pociąg? Potrzebuję szybkiego transportu do Amadei! Muszę tam być jutro rano! To sprawa życia i śmierci!

Spojrzeli po sobie. Chyba nie do końca ich przekonał swoją gadką. „Dajcie się namówić”, pomyślał, starając się nie wyglądać na spiętego. Może powinien zacząć udawać złość? W końcu panowie policjanci powinni go słuchać i jak coś chce, to to załatwić! A nie stać i się gapić!

— Hej, hej!

Nie wierzył. Ta irytująca dziewczyna żyła! I zamiast uciec ze wszystkimi innymi, postanowiła się pokazać na oczy policji. Spojrzała na niego i bez chwili wahania podeszła, żeby złapać go za rękę.

— Tu jesteś, babciu! Powinnyśmy już iść!

— Właśnie to tłumaczyłam tym miłym panom — powiedział, nie wychodząc ani na chwilę ze swojej roli. — Wnuki na mnie czekają! Musimy jeszcze razem upiec tort urodzinowy dla Alojzego! A Stefania na pewno go zepsuje, jeśli nie będę mieć na nią oka! Potrzebujemy transportu!

Dziewczyna pokiwała głową z przejęciem. Vol zastanawiał się, czy go rozpoznała i postawiła się znów uczepić, czy też zauważyła jakąś staruszkę w opałach i chciała jej pomóc. Kłamiąc i oszukując policjantów. Czyli ona też nie była tak czysta, jak to wcześniej próbowała udawać. Chociaż w sumie mógł się tego spodziewać.

Zdezorientowani policjanci dali za wygraną i postanowili im polecić najlepszą podwózkę, na jaką można było natrafić w tej wiosce. A jako że była to biedna wioska, to i podwózka była beznadziejna. Nie mieli tu nawet samochodów, już o pociągach czy tramwajach nie wspominając. Jeśli kogoś było stać, to jeździł rowerem, ale to był luksus. Wszyscy raczej chodzili na pieszo, a jeśli już wyjeżdżali poza granice wioski, to posiadali wozy. Stare, drewniane, rozklekotane wozy z sianem, śmierdzące zwierzętami. Jak sprzed ery wulkanicznej.

Jakiś farmer, przewożący swoje zbiory, żeby je sprzedać na targu, pozwolił im się zabrać ze sobą. Volowi wydało się podejrzane, że ktoś po Mroźnej Porze może mieć jakiekolwiek zbiory, ale nie skomentował tego, po prostu wszedł na wóz, wcisnął się między skrzynki z marchewkami — a tak przynajmniej mówiły nalepki na nich. Jego „wnuczka” usiadła gdzieś w rzekomej kapuście. I dobrze. Nie potrzebował kolejnej głupiej pogadanki.

— Pan Roman jedzie tylko do Singleron — powiedział pan policjant, po przedstawieniu im farmera. — Ale stamtąd bez problemu znajdą panie transport do Amadei.

Volowi nie bardzo się to uśmiechało, ale lepszego wyboru na takim zadupiu nie było. Mógł tylko się uśmiechnąć, podziękować i skorzystać z oferty. Siedząc samotnie, sięgnął po telefon, który kupił za jakieś grosze na targu, po tym, jak wyrzucił swój poprzedni. Ten był zdecydowanie starszy, wolniejszy, ale z pewnością nie miał żadnych podsłuchów czy nadajników. Postanowił sprawdzić na nim mapę i spróbować zgadnąć gdzie jest — lokalizacja też nie działała.

Z tego, co pamiętał, Singleron było jakimś małym miasteczkiem, które znane było głównie ze swojej przestępczości, drugiej co do wielkości w całym królestwie. Zastanawiał się więc, czy to dobrze, że tam jedzie, czy raczej nie. W sumie w natłoku mafiozów, których nie sposób się pozbyć, bo zwyczajnie ich za dużo, jeden mały bandyta nie przyciągnie zbyt wiele uwagi władz. Chyba. Ale może przyciągnąć uwagę innych bandytów.

Musiał być ostrożny. Cały czas stąpał po kruchym lodzie.


Rozdział II

Ponure Singleron

Vol spodziewał się, że w mieście pozbędzie się tej małej smarkuli i nigdy więcej jej nie zobaczy, ale niestety, pomylił się. Kiedy tylko wysiedli i zgubili w tłumie miłego pana farmera, zaciągnęła go do jakiegoś zaułka i zażądała wyjaśnień.

— Kim jesteś? — warknęła, próbując patrzeć na niego z góry, ale udawanie lepszej od wszystkich nie za bardzo jej wychodziło.

— A co za różnica? — odpowiedział bez absolutnie żadnych emocji, wykorzystując okazję, żeby znów się zmienić w inną osobę. Zaczął od zdjęcia tego idiotycznego szalika z głowy. — To ty się do mnie przyczepiłaś, nie ja do ciebie. Byłoby mi miło, gdybyś w końcu się odczepiła. Działam solo.

— Jesteś przestępcą? — spróbowała zgadnąć. — To dlatego tak łatwo oszukujesz innych?

Przewrócił oczami. Wytrzepał ziemię z włosów i otarł twarz z brudu. Taką w każdym razie miał nadzieję, bo nigdzie w pobliżu nie było lusterka ani nawet szyby, żeby mógł się przejrzeć. Sięgnął do swoich rezerw magii, żeby sprawdzić ich poziom. Nie było tragicznie, mógł znów spróbować skorzystać ze swojego medalionu, by nikt go nie rozpoznał. Gorzej było z ranami. Miał przynajmniej jedną na lewej dłoni, przez co trudno mu było poruszać palcami, co najmniej jedną czuł też z tyłu głowy. Takie rzeczy trudno było zamaskować magią. Powinien odwiedzić jakiegoś lekarza, ale nie bardzo dało się to zrobić, nie wzbudzając żadnych podejrzeń.

— Powiedzmy, że trochę nie po drodze mi z prawem — mruknął, zdejmując kurtkę i przyglądając się uważnie swojemu ciału. Nogi były na tyle sprawne na ile zawsze, czyli kostka cały czas go bolała. W brzuch wbił się jakiś okruszek metalu, ale zrobił na tyle niewielką rankę, że nie wypadało się nią przejmować. Najgorzej zdecydowanie było z lewą ręką, no i głową. Wyczuł siniaka na czole i jedną, nadal krwawiącą ranę w okolicy potylicy.

— Czyli jesteś! — zezłościła się jeszcze bardziej.

Vol zaczął przeszukiwać swoją torbę. Była tak wypchana papierami, że ledwo co dało się w niej znaleźć, ale w końcu wyciągnął małe lusterko. Nie wyglądał źle, ale zdecydowanie zbyt bardzo przypominał siebie. Musiał to zmienić.

— A ty niby jesteś taka bogata z uczciwości? — zauważył, ie przerywając swojej pracy. Dziewczyna poczerwieniała, ale zamilkła na chwilę. Wreszcie.

Z bocznej kieszeni wyjął plik dokumentów, żeby przypomnieć sobie, jakie właściwie do tej pory posiadł już osobowości. Było ich zbyt wiele, aby wszystkie znać na pamięć, a te które pamiętał, nie nadawały się teraz do naśladowania przez niego.

Magister Avalhi Ivo od razu poszedł do odrzucenia. Łatwo byłoby go powiązać z biletem na latający pociąg. Ktoś przecież mógłby się zorientować! Wszystkie kobiety też odpadały, Vol nie miał sił teraz którąkolwiek udawać. Z pewnością też nie powinien się wcielać w kogoś w nastoletnim wieku, z drugiej strony totalni starcy też odpadali, bo już dwóch niedawno odgrywał. Zostawali więc dorośli mężczyźni. Amiz miał zupełnie inny kolor skóry, a to było coś, co trudno było włożyć w iluzję. To samo zresztą w przypadku Stefana oraz Aiiego. Za to rysy Loo i Zala były zbyt odmienne od jego własnych.

Został mu więc chyba tylko nauczyciel Aleksander. Tak, ten z pewnością miał powody, żeby wyjeżdżać z kraju za pieniędzmi, bo z takim zawodem trudno było się dorobić w Krainach Pokoju. To było to. Schował więc z powrotem wszystkie pozostałe dowody w głąb torby, ale kiedy chciał wrzucić ten Aleksa do kieszeni spodni, ta wścibska dziewczyna wyrwała mu go z ręki.

— Aleksander Eustachy Mallewis — przeczytała z tekturki. — Lat trzydzieści pięć, wzrost... przecież to nie ty!

— Gratulacje, Sherlocku.

Naprawdę długo musiała się nad tym zastanawiać. W końcu osoba na dowodzie była dwa razy starsza, miała inny wygląd, inny wyraz twarzy, inne pochodzenie... Ciekawe ile jej zajęło dojście do tego fascynującego odkrycia.

Odebrał jej dowód i skupił się na zdjęciu pana Aleksandra, jednocześnie trzymając lusterko w drugiej ręce. Zaczął przelewać swoją magię w medalion, a świat wokół jakby zamigotał. Najpierw włosy. Najpierw krótkie i blond, zaczęły powoli ciemnieć i wydłużać się, aż osiągnęły kruczoczarny kolor, sięgnęły ramion. Nos się zwiększył, nieco obniżył, stał się bardziej krzywy. Oczy z piwnych zmieniły kolor na niebieski, odsunęły się od siebie odrobinę, stały mniej symetryczne niż wcześniej. Na nadal młodej twarzy zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki starzenia się.

Potem zaczął zmieniać detale. Wykrzywił trochę zęby. Poprawił ilość piegów. Zmniejszył uszy, zwiększył dziurki u nosa. Już dawno nauczył się, że to szczegóły są tym, na co ludzie podświadomie zwracają uwagę. Gdyby komuś nagle zabrakło tego dziwnego pieprzyka pod okiem, ludzie czuliby, że coś jest nie tak, ale nawet nie wiedzieliby dlaczego. A on nie potrzebował, żeby ktoś czuł, że coś jest z nim źle. Musiał wyjść w stu procentach wiarygodnie.

Dziewczyna krzyknęła, zdumiona, ale gwar dochodzący z ulic całkiem nieźle ją zagłuszył. Chociaż w takim mieście prawdopodobnie nikt i tak by nie zareagował, słysząc krzyki przerażenia z ciemnych uliczek.

— T... ty... ty właśnie — zaczęła się jąkać. Znów ją zignorował.

Przyjrzał się teraz swojemu zniszczonemu ubraniu. Teoretycznie na nie również mógłby nałożyć jakąś iluzję, ale to wymagało więcej zachodu. Ubrania nadal gniotły się na takie sposoby, jakich nie umiałby odwzorować, a poza tym nie chciał marnować aż tyle swojej energii. Jeszcze cała mu się nie odnowiła po wypadku z pociągiem. Za to zostało mu jeszcze trochę pieniędzy, mógł więc wstąpić do jakiegoś sklepu i kupić sobie coś nowego. Byle nie za bardzo ekstrawaganckiego. Biedni nauczyciele nie powinni nosić się na bogato, tego był pewien.

— Magia jest zakazana! — Dziewczyna znów sprowadziła go na ziemię. — Masz mi się wyjaśnić albo doniosę na ciebie policji!

— A donoś sobie.

Poprawił kołnierz swojego golfu. Był Aleksandrem, a przynajmniej wyglądał jak on. Teraz musiał sobie tylko przypomnieć, w jaki sposób zachowywała się jego trzydziesta ósma osobowość. Na pewno miała nieco niższy głos. Aleks chodził też wyprostowany, ale nie na tyle, żeby móc uznać go za aroganckiego. Przechylał się też lekko na lewą stronę, przez to że zawsze nosił teczkę z ciężkimi rzeczami w lewej ręce. Utykał nieco, bo — jeszcze w czasach, kiedy za pensję nauczyciela tristalskańskiego dało się wyżyć — złamał sobie nogę w trakcie wyjazdu na narty. No i poza tym miał zawsze trochę smutną, zmęczoną minę. Nie uśmiechał się odkąd zmarła jego żona.

— Jesteś Kameleonem? — spróbowała zgadnąć dziewczyna, kiedy już zdała sobie sprawę, że groźbami nic nie zdziała. — Na pewno jesteś którymś z tych złoczyńców, o których jest głośno w stolicy!

— Kiepski to złoczyńca, kiedy zna się go pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem.

— Ale przecież Kameleona nie...

— Złapali go tydzień temu — odpowiedział sucho Vol, przeczesując włosy palcami. Iluzja nieco drgnęła przy tej czynności. Musiał ją lepiej ustabilizować. — Ten kretyn próbował udawać lepszych od siebie. Należało mu się.

— Każdemu przestępcy należy się więzienie! — oburzyła się znowu.

— To, co w jednej chwili jest legalne, w drugiej może już nie być, więc jaki jest sens działania zgodnie z prawem, kiedy to ciągle się zmienia. Przeszkadzasz mi.

— Chcę wiedzieć, kim jesteś!

— To może najpierw, z łaski swojej, sama się przedstawisz.

Zamurowało ją. Takiej odpowiedzi się raczej nie spodziewała. Ewentualnie zapomniała, że wcale mu nie podawała swojego imienia. Volowi zdarzało się to często, więc był w stanie zrozumieć. Aleksandrowi się to nie przytrafiało, więc wyraziłby dezaprobatę. Zdecydowanie zbyt długo nie wyciągał nauczyciela z worka i coraz dłużej zajmowało mu wcielenie się w niego.

— Jestem Cesa — powiedziała w końcu, wyciągając rękę w jego stronę. Wyglądała na mocno zawstydzoną.

Vol uśmiechnąłby się złośliwie, widząc to. Ale teraz był Aleksandrem i powinien się tak zachowywać. Miał więc poważną minę.

— Aleksander. — Chciał uścisnąć jej dłoń, ale ta cofnęła ją.

— Wcale nie!

— Tak właśnie mam zapisane w dowodzie — zauważył beznamiętnie.

— Których masz ze dwadzieścia!

— Dobrze, a więc wyjaśnijmy coś sobie — rzekł Aleksander, nieco bardziej zdenerwowanym głosem. — W tej chwili, dokładnie teraz, jestem Aleksandrem. Byłem nauczycielem, chcę wyjechać za pracą, bo za te zarobki nie da się żyć. Jeśli chcesz pogadać o sprawach z tym drugim, to musisz poczekać na inny moment.

— Masz jakieś rozdwojenie jaźni?

— Nazywam to aktorstwem.

— Czyli oszustwem!

— Każdy aktor jest oszustem. Każdy w końcu udaje osoby, którymi nigdy nie był i nigdy się naprawdę nie stanie. A teraz przepraszam panią bardzo, ale Mallewisowie podróżują samotnie. A nawet gdybym był wyjątkiem od tej reguły, z pewnością nie podróżowałbym z osobą, wyglądającą jak pani. Z całym szacunkiem, oczywiście.

— Chcesz mnie obrazić?

— Przeglądała się ostatnio pani w lustrze?

W zasadzie nie wyglądała aż tak źle, ale wyglądała zdecydowanie zbyt buntowniczo. Czarne, krótkie włosy jeszcze mogłyby być w porządku, ale ten jaskrawo-zielony warkocz już zdecydowanie nie. Nie wspominając już o dwóch różnych butach, dziwnej swetro-sukience i tej zniszczonej, szarej bluzie. Poza tym jej twarz też była z gatunku tych, które trudno pomylić z inną. Miała dziwnie różowawe oczy. Nie potrzebował rozpoznawalnej osoby obok siebie. No i sam miał też niepokojące wrażenie, że skądś ją kojarzy, a to nigdy nie było dobre.

— Na pewno wyglądam lepiej niż ty!

— I przez to ludzie cię zapamiętają. Nie potrzebuję takiego ciężaru.

— To coś wymyśl, jak ci to tak nie pasuje.

— Czemu miałbym? Nie jestem niańką.

— Będę wszędzie za tobą chodzić i ci przeszkadzać!

Powieka mu drgnęła. Czemu ze wszystkich ludzi musiał trafić na ten najgorszy rodzaj? Gdyby czuł się na siłach, mógłby ją znokautować i uciec, nigdy by go nie znalazła, ale w obecnej sytuacji tylko bardziej by się poturbował. Prawdopodobnie znała się choć trochę na bójkach, w tych czasach ci, którzy nie umieli się bić, byli albo totalnymi biedakami, którzy nie mieli po co tego robić, albo zwykłymi kretynami, a na żadnego z nich nie wyglądała. Niestety. Próbowanie wymazania jej pamięci przy jego poziomie magii też poszłoby raczej źle. W najlepszym wypadku rozwiałby iluzję i musiałby sobie znaleźć inny sposób na ukrywanie się, w najgorszym nawet nie chciał myśleć, co by się stało. Nigdy nie próbował tego z tak niskim poziomem.

Mógłby się też z nią trochę pomęczyć, aż odzyska wystarczająco dużo magii i wtedy się jej pozbyć. Tak, to chyba był najlepszy pomysł, skoro i tak nie chciała się odczepić.

— Dobra — westchnął, udając, że daje za wygraną. — Ale masz się mnie słuchać.

— Zastanowię się.

Zacisnął zęby. Naprawdę nie lubił nastolatków.

— Załóż kaptur, masz zbyt rozpoznawalną twarz.

Wyraźnie nie spodobało jej się to podsumowanie, ale nie zaprotestowała. Udało jej się schować ten idiotyczny zielony warkocz, ale to nie wystarczyło. Ona tez zdecydowanie potrzebowała nowego ubrania.

— Masz przy sobie pieniądze? — zapytał. Nie zamierzał za nią płacić jeśli nie było takiej potrzeby. Po chwili zorientował się, że to dość głupie pytanie. Przecież już na początku ustalił, że nie może być biedna, więc z pewnością coś przy sobie miała.

— Dwa tysiące i kartę. Ale ona chyba się nie przyda, prawda?

Czyli jednak nie była kompletnie głupia. Słabe pocieszenie, ale zawsze jakieś. Dwa tysiące to wcale nie była jakaś wielka fortuna, ale wciąż zdecydowanie więcej, niż te marne dwie stówy, które miał przy sobie Vol. Z pewnością starczy na ubrania i jakiś porządny transport, zdecydowanie lepszy niż ten marny wóz farmera.

— Najpierw potrzebujemy sklepu z ciuchami — postanowił, układając na głos swój plan. — Musimy się przebrać, żeby wyglądać w miarę wiarygodnie. Potem trzeba poszukać jakiegoś transportu, ale lepiej nie powietrznego. Samochód byłby w miarę okej, ale nie jestem pewien, czy w takiej dziurze je w ogóle mają. No i...

— Najpierw powinniśmy poszukać jakiegoś lekarza — przerwała mu Cesa, jakby w ogóle go nie słuchała. — Ciągle krwawisz, a poza tym ledwo stoisz na nogach.

— Nie potrzebuję lekarza.

— A ta plama krwi na twoim swetrze to tylko ketchup.

Spojrzał w dół. Faktycznie na szarym materiale pojawiły się czerwone akcenty, ale też znowu nie było aż tyle tego, żeby panikować. Bardziej zastanowił go fakt, że przecież nie zauważył żadnej wielkiej rany w okolicach brzucha, a to malutkie draśnięcie nie mogło aż tak krwawić. Czyżby naprawdę coś przegapił? Ale też nie czuł się jakoś źle, nic go nie bolało.

— Dobra, może jednak potrzebuję — zgodził się niechętnie. — Ale nie sądzę, żebyśmy znaleźli jakiegoś, który nie zadawałby pytań. Po prostu wstąpimy do apteki i kupię sobie bandaże.

— Nie sądzę, żeby bandaże...

— Nie pytałem o zdanie.

Założył kurtkę, żeby ukryć powoli powiększającą się plamę krwi, po czym spokojnym, wolnym krokiem wyszedł na ulicę. Absolutnie nikt z szarego tłumu nie zwrócił na niego uwagi, każdy był zajęty swoimi sprawami. Zapytał kilku osób, bardzo grzecznie, gdzie znajdzie aptekę, ale dopiero za trzecim razem ktoś w ogóle zwrócił na niego uwagę, a za piątym dostał jakkolwiek logiczną odpowiedź. Znalazł ją dopiero po godzinie, bo była tak ukryta, że w ogóle nie przypominała apteki.

Ceny były jak z kosmosu, więc nie mógł pozwolić sobie na zbyt wiele. Wziął najtańsze leki przeciwbólowe i paczkę bandaży, nic więcej, chociaż Cesa z jakiegoś powodu namawiała go do czegoś jeszcze. Nie zrozumiał, ale nawet gdyby, i tak prawdopodobnie by jej nie posłuchał. Wścibski dzieciak.

Potem ruszyli prosto do sklepu odzieżowego, bo okazało się, że wszystkie najpotrzebniejsze sklepy ktoś łaskawie postanowił rozmieścić w jednym budynku. Rozważny ruch. Vol złapał kilka pierwszych lepszych ciuchów i zamknął się w przebieralni. Lustra w takich miejscach to było zbawienie. Łyknął tabletkę, zabandażował sobie te najpoważniejsze rany w brzuchu i na głowie, sycząc przy tym, po czym zabrał się do wybierania sobie stroju z tych, które już miał. Kilkanaście mógł od razu odrzucić, bo były albo za małe, albo za duże. Wziął jakąś szarą koszulę i bordową marynarkę. Tak, to Aleks mógłby nosić, poza tym ciuchy nie były mocno drogie. Przymierzył też kilka par spodni i w końcu musiał pogodzić się z tym, że jedyne, które na niego pasowały, były w kratę. Najtańsze. Mógł się palić ze wstydu, ale musiał sam przed sobą przyznać, że coś takiego faktycznie mógłby założyć nauczyciel.

Grzecznie zapytał sprzedawcę, czy może od razu założyć to co kupił, a ten z radością się na to zgodził. Jeszcze bardziej ucieszyło go, kiedy Vol zapłacił gotówką. To już było podejrzane. Szybko udał się, żeby sprawdzić, w co zamierzała przebrać się Cesa i z niechęcią musiał przyznać, że niemal idealnie ubrała się jak nieinteresujący człowiek. Tylko ten warkocz nadal przeszkadzał. No i oczy. Vol poszukał jakichś okularów i wcisnął jej je na nos. Spojrzała na niego ze złością.

— Tak wyglądasz lepiej — stwierdził sucho. — Trzeba jeszcze kupić nożyczki i pozbyć się tego paskudnego, zielonego czegoś.

— Nie! — zaprotestowała nagle. Vol uniósł brwi. — Mogę go przemalować, ale nie obciąć!

— To już lepiej kup sobie kapelusz.

Kupiła. Równie ponury co reszta jej stroju. Albo lubiła szary, albo zbyt dosłownie wzięła do siebie, że ma być „zwykłym, szarym człowiekiem”. Przy niej Vol wyglądał zdecydowanie zbyt kolorowo, ale nie chciał wydawać kolejnych pieniędzy na nowe ubranie. Zapłacili po raz drugi przy kasie i wyszli na ulicę, przedyskutować strategię.

— Powinniśmy znaleźć jakiś transport i udać się do portu — wyłożył od razu Vol, chcąc mieć sprawy jasno określone. Cesa skrzywiła się.

— Dlaczego do portu?

— Bo ja chcę się tam udać, a ty się do mnie przylepiłaś.

— Powinniśmy znaleźć jakieś miejsce, żeby odpocząć!

— Bo jadąc przez pół dnia wcale nie odpoczęłaś. Powtarzam, nikt ci nie kazał za mną chodzić. Nie widziałem tu żadnych taksówek, tylko te marne powozy. Nienawidzę małych, biednych miasteczek, trudno się z nich wydostać. A jak już uda się znaleźć przyzwoity transport, to kosztuje krocie. Bogaci ludzie z biednego miasta cenią się wyżej niż ci z bogatego miasta. Kpina. Ktoś już dawno powinien pomyśleć nad tym, żeby wprowadzić teleportery do sprzedaży, skoro już naukowcy dawno je stworzyli, ale nie, bo po co ludziom ułatwiać życie. Niech przynajmniej mają tu widmowe napędy.

— Widmowe napędy?

— Nie zniosę wozu, który jest napędzany końmi. Żyjemy w trzydziestym pierwszym wieku, nie w średniowieczu! Halo! Co jest nie tak z tym krajem?! — zapytał ze złością, widząc ludzi rozstępujących się na ulicy, żeby przepuścić konie.

— Rozpieszczony dupek z wielkiego miasta.

— Widmowy napęd kosztuje jakieś marne grosze i jest zdecydowanie łatwiejszy do obsługi niż koń. Nie jestem rozpieszczony, po prostu jestem współczesny. W przeciwieństwie do tej dziury zabitej dechami.

Kopnął puszkę, która napatoczyła mu się pod nogi. Nienawidził wyjazdów do małych miasteczek, a właściwie wioch, bo miasteczkiem ciężko to było nazwać. Czuł się wtedy, jakby cofnął się w czasie i to tak naprawdę, naprawdę daleko, jeszcze do czasów, kiedy nie wynaleziono elektryczności czy środków czystości, więc wszyscy poruszali się na pieszo albo z pomocą zwierząt oraz śmierdzieli nieziemsko. Pewnie nawet w latarniach na ulicy mieli świeczki zamiast normalnych żarówek. Ciekawe, ile w takim razie zarabiali latarnicy. Pewnie i tak więcej niż nauczyciel.

„Nie przeginaj”, pomyślał. „Aleksander nie byłby aż tak zdesperowany. Poza tym masz misję”.

Złapał mocniej za pasek swojej torby. Dokładnie, misja. Musiał znaleźć kogoś, kto mógłby zająć się tą sprawą. I musiał też uciec od swoich problemów. Rozejrzał się nerwowo. Oby nikt go nie ścigał.

Cesa przyglądała mu się niepokojąco dokładnie. Nie ufał jej, ale prawdopodobnie nie mniej, niż ona jemu.

— Hej! — odezwała się tak niespodziewanie, że prawie na kogoś wpadł. — Wiem, gdzie możemy znaleźć podwózkę. Chodź!

Złapała go za rękaw i pociągnęła za sobą, zupełnie nie przejmując się tym, jak to wygląda. Była beznadziejna! Jak tak dalej pójdzie, to spali jego przykrywkę i wylądują razem w więzieniu, a było to ostatnie, czego potrzebował.

Sprawdził stan swojej magii. Taka sobie. Gdyby teraz zaczął jej używać, mógłby zemdleć. Musiał jeszcze poczekać. Niech to szlag.

Okazało się jednak, że Cesa faktycznie wiedziała, dokąd go prowadzi. Trafili na niewielki plac, na którym stał malutki, obskurny budynek, z którego ścian odpadały już deski. Nie wyglądało to zachęcająco. Jednak przed nim stało kilka niezbyt wielkich samochodów, a podniszczony znak jasno wskazywał, że tak, tutaj możesz znaleźć podwózkę. Chociaż kiedy Vol spoglądał na te samochody, miał ochotę uciekać. Wyglądały jak ten typ pojazdu, który rozwali się na pierwszym ostrzejszym zakręcie, a co dopiero kiedy mają jechać przez jakieś kamieniste drogi, których w okolicy pełno. Alternatywą była przejażdżka powozem ciągniętym przez konie albo pójście na piechotę.

Z oporem wszedł do środka za tą irytującą dziewczyną. Wnętrze było trochę bardziej zachęcające, ale chyba wszystko byłoby. Za białą ladą siedział jakiś młody chłopak, może kilka lat młodszy od Vola i czytał gazetę. Nikt normalny nie czytał gazet. Musiało mu się naprawdę nudzić, ewentualnie nie miał innej formy rozrywki. Nawet nie podniósł na nich wzroku, kiedy podeszli bliżej.

— Ta? — rzucił bez entuzjazmu, przerzucając stronę. — Czego?

— Chcielibyśmy zamówić taksówkę — powiedział z pełną godnością Vol, prostując się. Chłopak nadal czytał.

— Ta, fajnie, sprawdźcie se kto jest wolny — machnął ręką w stronę tabliczki na jednej ze ścian. Vol musiał ugryźć się w język, żeby nie skomentować jego bezczelności.

„Wolny” był w zasadzie każdy z listy trzech kierowców, a jeden cenił się wyżej od drugiego. Vol przeliczył sobie szybko w głowie, ile by musiał zapłacić za każdego z nich i wyszło mu, że już lepiej byłoby po prostu wypożyczyć auto. Albo nawet kupić sobie jakieś. Musiałby być bogaczem albo idiotą, żeby zapłacić tyle pieniędzy, już nawet pomijając fakt, że nie było go stać. Wydałby wszystko, a nawet nie trafiłby gdzieś w pobliże portu.

— Może weźmiemy tego? — zaproponowała Cesa, wskazując na „Starego Zdziśka”, który, według tablicy, miał już tysiące przejechanych kilometrów, prawo jazdy każdej kategorii i, oczywiście, same pozytywne opinie klientów. Nie cenił się jakoś specjalnie, ale nadal...

— To dla mnie za drogo.

— Więc ja zapłacę.

— Dla ciebie też za drogo.

— Mam kartę.

— Myślałem, że nie chcesz jej używać.

Poczerwieniała, a Vol zastanowił się nad tym. W końcu nikt nie wiedział, że jeździł z jakąś świrniętą nastolatką, więc czemu miałby się przejmować, że to ONA używa SWOJEJ karty? Dopiero wtedy dotarło do niego, że ona też musiała mieć do czynienia z jakimiś szemranymi sprawami, skoro nie chciała jej używać. Może też była jakimś przestępcą, który nagle musiał uciekać? Jednak nie potrafił ze swojej głowy wydobyć imienia żadnej kobiety związanej z półświatkiem, która mogłaby robić coś takiego. Ewentualnie po prostu znał ich za mało.

— Zaryzykuję — prychnęła, wyjmując kartę z torebki. Vol nawet nie zauważył, że kupiła sobie torebkę.

Chłopak siedzący w recepcji i na nią nie zwrócił uwagi, kiedy zapytała grzecznie, gdzie znajdą kierowcę. Machnął tylko ręką w kierunku drzwi i tyle się z nim widzieli. Musieli krążyć przez chwilę po placu, zanim znaleźli rzeczonego Zdziśka. W rzeczywistości wydawał się jeszcze większy niż na zdjęciu, a jego twarz nie należała do najmilszych, jakie Vol w życiu spotkał. Od razu w jego głowie uruchomił się alarm ostrzegawczy. Przecież konie nie były aż takie złe.

Cesa podeszła do kierowcy i z królewską godnością wyjaśniła sprawę. Grzecznie zapytała, czy może wziąć podwózkę do portu, czy to nie za daleko i zapłaciła od razu z góry. Zdzisiek przestał się zajmować czymkolwiek się wcześniej zajmował, żeby zaprosić ich do swojego auta. Całkiem przyjacielsko spytał, czy mają ze sobą jakieś bagaże i bardzo zdziwił się, kiedy odpowiedzieli, że nie. Zaprosił Cesę na miejsce pasażera, a Vol pogodził się z porażką i wcisnął na tył.

Wnętrze samochodu nie dość że było małe, to jeszcze śmierdziało psem. Pasy w zasadzie nie istniały, chyba że zjedzone przez szczury kawałki gumy można było tak nazwać. Lusterka były tak brudne, że ledwo co dało się w nich zobaczyć, podobnie szyby. Fotele były niewygodne, ale ta część zawsze była do przewidzenia. Jeszcze nigdy nie spotkał żadnej taksówki, w której mógłby się wygodnie rozsiąść.

— Podróż zajmie nam przynajmniej jeden cały dzień — stwierdził wesoło Zdzisiek, siadając za kierownicą i zapinając pasy, które dla odmiany miał. — To daleka droga, ale proszę się nie martwić, jeśli nie będzie żadnych komplikacji, dotrzemy tam w jednym kawałku.

Vol wolał nie pytać jakie mogą nastąpić komplikacje. Silnik odpalił, radio też, prawie rozwalając mu bębenki i ruszyli. Wszystko się trzęsło, dając niespokojne znaki, że samochód zaraz rozleci się na kawałki, ale tak się nie stało. Można było nawet powiedzieć, że całkiem nieźle się trzymał, jak na takiego starego grata. Bez większych niespodzianek wyjechali z miasta, pozostawiając Singleron samo sobie. Vol patrzył się jeszcze na to skupisko ruin w tylnej szybie. Wcale mu nie było żal, że opuszcza to miejsce.

Przynajmniej do momentu, w którym nie złapała ich policja. Pan Zdzisiek zjechał natychmiast jak tylko zobaczył ich w tylnym lusterku, o ile w ogóle cokolwiek w nim widział. Mógł też po prostu usłyszeć syreny. Wyglądał na zdziwionego. Natomiast Vol zaklął w myślach i szybko wzmocnił czar swojego medalionu. „Nie rozpoznają cię”, powtarzał sobie w myślach. „Jesteś biednym nauczycielem, nie zrobiłeś nic złego, nie rozpoznają cię”. Mimo to i tak wcisnął się mocniej w siedzenie i zaczął się pocić. Może udałoby mu się schować tak, że nawet nie zauważą jego obecności?

Rozkazali wysiąść z samochodu, więc jako przykładni obywatele, nie mający absolutnie nic na sumieniu, Cesa i Vol zrobili to. W ogóle nie mieli problemu z kierowcą, wylegitymowali go i zostawili w spokoju. Vol pokazał swoje podrobione dokumenty Aleksandra, martwiąc się, czy aby na pewno wyglądają wiarygodnie. Pamiętał, na pewno pamiętał o tym, żeby je trochę przetrzeć, zostawić kilka rys, jakoś wiarygodnie postarzyć. Musiał pamiętać! Zrobił to, prawda?

Ale pan policjant powiedział tylko:

— Nieważny od miesiąca, powinien pan wyrobić nowy.

Vola ogarnęła taka ulga, że tylko pokiwał głową w odpowiedzi. Ledwo powstrzymywał się od uśmiechu, a przecież to wcale nie był pierwszy raz, jak okiwał w ten sposób władze.

Cesie szło gorzej. Nie miała przy sobie żadnych dokumentów, a przynajmniej tak mówiła. Jeśli miała i były one wystawione na jej prawdziwe nazwisko, to raczej nie chciała się nimi dzielić. Vol zastanowił się, czy to aby nie jest dobry moment, na porzucenie jej. Jeśli zwinie ją policja, Zdzisiek i tak powinien go podwieźć do portu, w końcu miał zapłacone z góry. Tyle że jeśli pozwoli policjantom ją przesłuchać, to ona prawdopodobnie w zemście wypapla coś o nim. A nie wystarczy wiele, żeby go wkopać. Jeden błąd. A niech to.

— To moja siostrzenica, panowie — powiedział spokojnie, kiedy Cesa dramatycznie przeszukiwała kieszenie, udając, że nie pamiętała, gdzie schowała swoje dokumenty. — Mogę ręczyć własnym honorem za jej czystość.

Cesa uśmiechnęła się głupkowato, zawstydzona swoją nieporadnością. Jeden z policjantów zmrużył oczy. Może uznał te słowa za kłamstwo. A może gdzieś podskórnie zorientował się, że honor, zarówno pana Aleksandra, jak i Vola jest nie za wiele wart, bo i ledwo co istnieje.

— I tak mam obowiązek ją wylegitymować — oznajmił sucho, po krótkiej chwili ciszy. Sięgnął po notatnik. — Imię i nazwisko.

— Lisa Mallewis — przedstawił ją Vol, zanim ta zdążyła się odezwać. W końcu musiał trzymać swoją przykrywkę! Skoro już zapamiętał imiona wszystkich dzieciaków wyimaginowanego rodzeństwa Aleksa, to musiał je w końcu użyć w przydatnej sytuacji. — Naprawdę to wszystko potrzebne? Nieco się spieszymy, wynajęliśmy sobie już statek w porcie i chcieliśmy popłynąć na archipelag. Pozwiedzać, znaleźć pracę...

— Wykryto użycie skradzionej karty — przerwał mu drugi policjant. — Program wskazał, że opłacono tę taksówkę.

— Karty? — powtórzył Vol nieco wyższym głosem. „Karty?!”, dodał głośniej w myślach. „Naprawdę użyła karty skradzionej jakiejś ważnej osobie ot tak?!”. Miał ochotę coś jej zrobić, jednak nie dał po sobie poznać jak bardzo zły jest. — Są panowie pewni? Skradzioną kartą raczej nie bylibyśmy w stanie...

— Kierowca twierdzi, że pani zapłaciła kartą. Będziemy musieli panią aresztować.

Cesa pobladła.

— Ale ja nie...

— To musi być pomyłka — oznajmił Vol wyniośle, wypinając pierś do przodu. — Mallewisowie nie są złodziejami! Nie mają państwo dowodów!

Tyle że to nic nie dało. Wcale nie musieli mieć dowodów, byli policjantami. Mogli ich zamknąć „do wyjaśnienia” na tyle, aż dowody by się znalazły. Co nie było trudne, bo Cesa nigdzie tej karty nie wyrzuciła, nadal miała ją przy sobie, w swojej stylowej torebeczce. No a on był „z rodziny”, więc dodatkowo też był narażony. Wszystkie te papiery w jego torbie, podrobione dokumenty, wysoce magiczny przedmiot na szyi... Przyciągnął Cesę bliżej rodzicielskim gestem.

— To nieporozumienie — powtórzył, zestresowany. „Graj na czas. Myśl. Myśl!”.

— Wyjaśnimy to sobie na komendzie.

Na to nie mógł pozwolić, więc zaatakował. Nie fizycznie, z jego cherlawą posturą szanse na zwycięstwo byłyby marne, o ile nie zerowe. Zaatakował psychicznie, magią. Cesa spróbowała się od niego odsunąć — widocznie znów kilka iskier strzeliło mu z włosów, to się czasem zdarzało. Magia próbowała się z całą swoją mocą wydostać na zewnątrz, ale nie pozwolił jej na taką samowolkę. Policjanci ani drgnęli, nadal stali w tych samych miejscach, ale ich oczy na chwilę stały się nieco ciemniejsze. To wystarczyło.

— Wszystko w porządku — powiedział jeden z nich, nadal stojąc bez ruchu, jak słup soli. — Dziękujemy za współpracę. Do widzenia.

Drugi skinął tylko głową, odwrócili się i bez słowa wrócili do radiowozu. Vol zachwiał się i teraz to Cesa zaczęła podtrzymywać jego. Chyba nie miała pojęcia, co dokładnie się stało i miała w związku z tym tysiąc pytań, ale nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie na nie wszystkie odpowiedzieć. Nie mógł normalnie stać, a co dopiero jeśli mówić o składaniu pełnych zdań. Nie był nawet pewien, czy jego magiczny kamuflaż się utrzymał, choć całkiem możliwe, że nie. Używanie takiej ilości magii w ciągu jednego dnia było niezdrowe.

Cesa ledwo władowała Vola na tylne siedzenie samochodu i sama też usiadła obok niego, prawdopodobnie żeby go pilnować. Kierowca nijak nie skomentował zdarzenia, ale jego twarz nie była już taka przyjazna jak wcześniej. Trzeba było przygotować się na wzrost ceny. Tyle że on już nie miał siły się nad tym zbytnio zastanawiać. Położył się, mając gdzieś bezpieczeństwo jakie zapewniały pasy i telepał się na granicy jawy i snu.

Sny zawsze były dziwne po używaniu magii, a może tylko on tak miał. Nie widział ludzi, nie widział zwierząt, nie widział absolutnie żadnych innych istot. Był tylko on, zawieszony w tej dziwnej pustce, która jednocześnie była czarna i kolorowa. To nie była próżnia, ciężko ją było tak nazwać, ale to, co w niej się znajdowało, to, czym oddychał, nie było powietrzem. Było energią, jak wewnątrz żywej istoty. Naprawdę trudno opisać uczucie, choć gdyby miał je z czymś porównać, najbliżej byłoby chyba do trafienia przez piorun. Kilkakrotnie pod rząd.

Czuł się przeładowany i jednocześnie rozładowany, tylko nie wiedział, które uczucie odnosi się do którego aspektu jego struktury molekularnej…

Ocknął się, kiedy Cesa na niego krzyknęła. Podniósł się gwałtownie, uderzając głową w sufit, a kilka iskier znów posypało się z jego skóry. Musiał to jakoś ograniczyć, inaczej jeszcze przez przypadek podpali sobie ubranie i obudzi się w płomieniach.

— Jak dugo spaem? — zapytał nieprzytomnie.

— Wysiadać — warknął Zdzisiek. — Już.

— Tylko chwilę — odpowiedziała mu Cesa, otwierając drzwi. — Coś mu się nie podoba.

— Nie zamierzam wozić przestępców! Wysiadać, powiedziałem!

Vol spojrzał za okno i jęknął. Kolejne małe miasteczko! Nie mogli przecież mieć aż takiego pecha. Wydali kupę kasy, a i tak nie mogli dotrzeć do celu, bo kierowcy się coś nie podobało. Naprawdę?

Cesa wyszła, ale jemu na to nie pozwoliła.

— Zapłaciliśmy za cały kurs — powiedziała chłodno, stając pewnie naprzeciw o wiele większego od niej mężczyzny. — Jeśli nie chce pan nas tam zawieźć, to chcę zwrotu pieniędzy.

— Żadnych zwrotów nie będzie — oświadczył opryskliwie Zdzisiek. — Cieszcie się, że nie zgłaszam was na policję. Tyle wam powinno wystarczyć. Przestępcy!

— Policja nas puściła — zauważył ledwo przytomnie Vol, siedząc w otwartych drzwiach. — Gdybyśmy faktycznie byli przestępcami, to chyba by się tak nie stało.

— Policjantów możecie sobie oszukać, ale mnie nie. Nie jestem ślepy!

A więc faktycznie kamuflaż Vola przestał działać. Ewentualnie zaczął szwankować i wyglądał teraz jeszcze dziwniej, niż gdyby po prostu go nie miał. To też mu się zdarzało. Gdy wtedy przeglądał się w lustrze, sam dostawał zawrotów głowy.

— Zwrot kosztów — powtórzyła znów Cesa, nie zmieniając wyrazu twarzy.

— Po moim trupie! Spadać, zanim pójdę po gliny.

— To ja tu powinnam iść na policję! Oszukał nas pan!

— Głowa mnie boli — jęknął Vol. — Możecie tak nie krzyczeć?

— Przestępca! Za szmaty wezmę, pod komisariat zaciągnę…

— Czy ty umiesz prowadzić? — Vol zwrócił się w stronę Cesy. Wyglądała na zdziwioną, ale skinęła głową. — To poprowadzisz.

— Ty mały śmieciu! Myślisz, że pozwolę na…

Używanie mocy trzy razy w ciągu jednego dnia już było znacznym przegięciem, a używanie jej w przeciągu krótkiej chwili mogło go doprowadzić do tragicznego stanu. Musiał też zaufać Cesie, ale alternatywą było ciśnięcie się w kolejnym małym miasteczku, w którym samochody mogły być jeszcze gorsze albo i w ogóle mogło ich nie być. Wolał wstać po długim spaniu, z bólem głowy i obudzić się już w porcie, niż tułać się kilkanaście dni po wiochach ze swoim średnim zdrowiem.

Magia co prawda zadziałała, oczy kierowcy zamgliły się, ale i w niego trafiła rykoszetem. Padł na siedzenie, czując narastający ból. Naprawdę, nawet nie miał już siły siedzieć. Ledwo podniósł rękę, żeby dać znak Cesie, po czym naprawdę zemdlał i odpłynął w świat dziwnych snów, tym razem wiele gorszych niż poprzednio.


Rozdział III

Pan i pani zagadka

Cesa nie czuła się zbyt pewnie za kierownicą, zwłaszcza wiedząc, że samochód jest niejako kradziony. Ba, niejako. Jak najbardziej kradziony, w końcu jego właściciel nie zgodził się na „pożyczenie go”. Zastanawiała się nawet, czy nie zostawić tego dzieciaka samego i uciec, gdzieś daleko daleko, ale też doskonale wiedziała, że sama nie ma większych szans. Nawet gdyby udało jej się dotrzeć na granicę, to nie miała żadnych fałszywych dokumentów. Gdyby pokazała swoje własne, na pewno by ją złapali, o ile nie poznaliby jej już wcześniej.

Dziwnie było nagle stać się ściganym przestępcą, zanim zrobiło się coś faktycznie złego.

„Aleks” leżał na tylnym siedzeniu i chrapał głośno. Cesa spodziewała się kłopotów już od kiedy tylko zauważyła go na dworcu. Wśród tych wszystkich dziwaków był taki spokojny. Wyglądał, jakby go to wszystko nie ruszało. Zachowywał się zdecydowanie zbyt normalnie, żeby samemu faktycznie być normalnym. Wyglądał, jakby to wszystko sobie idealnie wykalkulował. A potem okazało się, że miała rację. Czy też raczej jej ojciec miał rację.

„W podejrzanych miejscach ludzie działają inaczej” — powiedział jej jeszcze przed ucieczką. — „Jeśli się w takim znajdziesz, szukaj osób, które zachowują się całkowicie normalnie. One na pewno będą najlepszymi z najlepszych w swoim fachu. Ale i tak musisz na nich uważać. To nie są miłe osoby”.

„Jakbym nie wiedziała, dzięki tato”, pomyślała, poprawiając lusterko, żeby lepiej widzieć drogę. Gdyby któryś z tych przestępców zamierzał jej coś zrobić, przecięłaby go na pół, zanim by mu się udało jej choćby dotknąć. Jednak miała jakąś minimalną nadzieję, że uda jej się z kimś nawiązać współpracę i wypełnić misję. Nawet jeśli miałaby w tym celu kłamać.

Ale kim on właściwie był? Przeszukała w swojej głowie listę „znanych” przestępców, ale naprawdę nie pasował jej do profilu żadnego z nich. Chociaż w sumie, skoro umiał tak bardzo się zmieniać i miał całą masę fałszywych dokumentów, które wyglądały naprawdę realistycznie, to mógł być dosłownie każdym z listy. Westchnęła. Jeśli naprawdę chciała wiedzieć, musiała go w końcu przycisnąć i zapytać. Tylko w jakiś niezbyt mocny sposób, żeby na niej nie użył tej swojej dziwnej mocy. Cokolwiek ona robiła. Zamglenie obrazu? Podświadome szeptanie? A może manipulowanie myślami? Musiała się tego dowiedzieć. Nie z samej ciekawości, musiała przecież wiedzieć, jak się przed tym obronić.

Było zbyt cicho, więc włączyła radio. Akurat grali jedną z tych kiczowatych, świątecznych piosenek, opowiadających o kwitnących kwiatach i innych bzdurach. Śpiew ptaków, szum drzew, śnieg się topi, słonko się raduje — ktoś, kto wybierał muzykę, powinien zostać zwolniony. To nie była najbardziej odpowiednia piosenka na żałobę narodową! Ale Cesa podejrzewała, że obecny rząd w ogóle nie przejmował się śmiercią. Zawał serca, akurat! Mogliby wybrać dowolną inną chorobę z listy zabójczych i byłaby zdecydowanie bardziej wiarygodna niż te brednie! Pewnie sami zadźgali króla z premedytacją, a teraz tylko szukali sobie wymówek.

Dotrzeć za granicę. Znaleźć pomoc. Wrócić i naprawić kraj.

Mogłaby też spróbować znaleźć Axiela, ale to raczej nie wyszłoby jej na dobre. Niezbyt nadawał się do pomocy przy czymkolwiek, co nie było materiałem. Pracę jako projektant sobie znalazł, gamoń jeden. Miała nadzieję, że wszystko u niego dobrze.

Po kiczowatej piosence nastąpiła kolejna. Zacisnęła mocniej palce na kierownicy i trzymała tak przez chwilę, zanim krew nie przestała jej w końcu docierać do palców. Zaczynało zmierzchać, a ona nadal przejeżdżała przez te małe wioski, które ciężko było nazwać miastami czy wsiami. Były po prostu średniowiecznymi zabytkami — rozwalające się domy, ludzie w łachmanach, smród na ulicach i konie ciągnące rozklekotane powozy. Samochód był tam atrakcją, na którą prawdopodobnie nikt z miasta nie mógł sobie pozwolić, a jeśli mógł, prawdopodobnie dorobił się na nielegalnych działaniach. Ludzie patrzyli na nią z podziwem, strachem, wstrętem. Wszyscy zwracali na nią uwagę. Nie podobało jej się to, więc dodała gaz do dechy i jak najszybciej opuściła to miasto. I kolejne. A potem jeszcze następne, aż w końcu udało jej się wyjechać z obszaru biedy i wjechała do normalnie wyglądającego miasta. Nadal były tam przestarzałe budynki, ale już zdecydowanie mniej, niż wcześniej. Chyba nawet mieli szpital w tym mieście!

Spojrzała na swojego towarzysza podróży. Wyglądał koszmarnie i gdyby nie to, że chrapał nierównomiernie, pomyślałaby, iż nie żyje. Iluzja, którą nałożył na siebie migała niepokojąco, tak że połowa jego twarzy pokryta była zmarszczkami, zaś druga należała do młodego chłopaka. Zdecydowanie potrzebował pomocy. Leżąc, trzymał się za brzuch i jęczał coś pod nosem.

Pokręciła się trochę po ulicach, wymijając inne samochody. Całe szczęście, tutaj to już nie było tak zaskakujące! W końcu udało jej się ustalić, że ten niezbyt wielki, klocowaty budynek gdzieś w okolicach centrum miasta to punkt medyczny. Korzystali z niego nawet osoby mające nie po drodze z prawem, więc nie powinno być tam problemu. Zatrzymała się na niezbyt zatłoczonym parkingu i wysiadła. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie obudzić Aleksa, ale ten obudził się sam.

— Dlaczego stoimy? — zapytał ledwo przytomnie, otwierając tylko jedno oko. Było zdumiewająco jasne, jakby pomarańczowe, ale nie do końca.

— Wysiadaj — powiedziała, otwierając mu drzwi. Zmarszczył brwi. — Idziemy do lekarza.

— Nie! — zaprotestował gwałtownie, podnosząc się i po raz kolejny uderzył głową w sufit. Nie był mistrzem zgrabności. — Jeszcze aż tak nie zwariowa… ałem!

— Nie sprawdzą cię tutaj. W sensie dokumentów. Tylko musisz zdjąć ten głupi kamuflaż, bo się zorientują, że coś jest nie tak.

Chciał podnieść rękę, ale w połowie drogi zatrzymał się. To było dziwne. Gdzie właściwie on chciał sięgnąć, do szyi? Miał tam coś, co mu pozwalało na te iluzje?

— Nie.

— Jak teraz ci ktoś tego nie sprawdzi, to się wykrwawisz — zauważyła sucho Cesa. — Nie zrozum mnie źle, nie przywiązałam się do ciebie aż tak bardzo, że będę za tobą płakać, ale zależy mi na dotarciu w jednym kawałku do granicy. I ty mi w tym pomożesz.

— Niby dlaczego?

— Teraz ledwo się ruszasz, a do najbliższego komisariatu jest tylko kilkanaście metrów. Myślisz, że będziesz w stanie uciec, zanim ja tu wrócę z policją?

— Ciebie też gonią.

— Więc mogę zrobić jeszcze inaczej. Po prostu użyję tu magii i ucieknę. Jak myślisz, jak wiele zajmie im dotarcie tu. Pięć minut? Cztery? Myślę że trzy to minimum.

Nie wyglądał na zadowolonego. Widocznie ta jego dziwna umiejętność miała naprawdę duży limit czasowy, skoro nie użył jej ponownie. Coś kalkulował mocno w swojej głowie, aż w końcu westchnął, zrezygnowany.

— Dobra. Ale po przekroczeniu granicy się nie znamy.

— Wstawaj, idziemy do lekarza.

— Mówiłem już, że nie! Sam się umiem wyleczyć.

Cesa spojrzała na jego koszulę. Co prawda zabandażował sobie ranę na brzuchu, ale widocznie nie zrobił tego wystarczająco dobrze, bo krew zaczęła się już po niej rozlewać. W małych ilościach ale jednak.

— Widzę.

— To nic. Zagoi się po dwóch dniach, dostawałem już… gorzej. — Mówił w miarę płynnie, ale co jakiś czas miał taką niepokojącą chwilę zacięcia się. W końcu odpuścił iluzję i przed Cesą siedział teraz tylko młody, zagubiony dzieciak, mogący być niewiele starszy od niej samej. Ubranie kompletnie mu nie pasowało.

— Nie spiszą cię tu.

— Nie o to chodzi.

— Przepraszam? — Do ich samochodu podeszła jakaś kobieta, ubrana w dziwnie ciemny strój. Dopiero po chwili Cesa zorientowała się, że jest ona cała w zieleni. — Stoją tu państwo od pewnej chwili i nie wchodzą do środka… czy coś się stało?

— Nic się nie stało — prychnął Aleks z niechęcią.

— Mój kolega jest ranny! — Cesa miała zupełnie inne zdanie. — Ledwo się rusza, ale jest strasznie uparty! A ja nie chcę, żeby umarł.

Kilka udawanych łez pociekło z jej oczu. Kiedy miała szansę, umiała kłamać.

Kobieta zniknęła na chwilę, żeby wrócić ze swoimi kolegami po fachu i razem zabrali Aleksa, który w końcu uznał, że na nic się nie zdadzą jego protesty. Cesa zamknęła samochód — wątpiła, że ktoś by go ukradł, gdyby tego nie zrobiła, ale to było przyzwyczajenie — i poszła za nimi. Wnętrze wyglądało, jak w typowym domu, tylko trochę przeskalowane. Było więcej miejsca na korytarzu i w dwóch pokoikach, w których leżeli już jacyś chorzy ludzie.

Zaprowadzili Aleksa do niewielkiego gabinetu, posadzili na taborecie i zostawili samego, żeby się „przygotował”, bo oni muszą iść po lekarstwa. Zorganizowanie chyba nie było najlepsze w tym szpitalu, ale przynajmniej starali się jak mogli. Chłopak trochę pomarudził na Cesę, ale w końcu zgodził się zdjąć koszulę, żeby pokazać swoje obrażenia. Wszystkie bandaże, którymi się opatrzył były już niemal w całości czerwone. Poza tym miał pełno siniaków, na rękach, na plecach, na klatce piersiowej. Wyglądał potwornie.

— Co? — zapytał ponuro, patrząc na nią wilkiem.

— Jakim cudem ty jeszcze chodzisz?

— Przecież nie chodzę — prychnął. — To wszystko jest bez sensu. Uzdrowiciele nie pomogą mi bardziej, niż sam mógłbym, zwłaszcza, że nie mogą używać magii leczniczej.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, trójka ludzi wróciła i zabrała się do roboty. Cesa usiadła z boku, na dodatkowym krzesełku i, szczerze mówiąc, wolała tego nie oglądać. Uzdrowiciele pytali się go gdzie go boli, jak się czuje, co właściwie sobie zrobił i wyraźnie unikali tematów, które mogłyby być kłopotliwe. Kiedy zapytali się o grupę krwi, syknął na nich ze złością i oznajmił, że nie będzie potrzebował transfuzji. Próbowali mu przemówić do rozsądku, ale się nie dało, więc zajęli się tym, czego im nie zabronił.

— Jeden dzień leżenia — zarządził surowym tonem najstarszy z uzdrowicieli. Widząc minę Aleksa, poprawił się: — Przynajmniej jedna, pełna noc. Żadnych wyjątków!

— Nie mogę czekać całej nocy! — rozzłościł się Aleks i spróbował wstać, ale pozostała dwójka go powstrzymała.

— Żadnych wyjątków — powtórzył uzdrowiciel, który najwyraźniej był tam szefem. Sposób, w jaki pozostali na niego patrzyli, tylko potwierdzał to przypuszczenie. — Może sobie pan być nawet politykiem, tutaj nie ma pan żadnej władzy.

— Ale…

— Nie, nie, nie. Z mojego szpitala nikt nie wychodzi w złym stanie, proszę pana. Moim obowiązkiem jest dopilnować, by wszyscy byli zdrowi, a przynajmniej mogli chodzić o własnych siłach. Pan zdecydowanie nie może chodzić o własnych siłach.

— Nie mam czasu na spanie! Muszę jechać!

— Jeśli będzie się pan stawiał, będziemy musieli sami przywiązać pana do łóżka. Jestem nawet pewien, że pana koleżanka nam w tym pomoże.

Rzucił jej wściekłe spojrzenie, ale ona nie odwróciła wzroku. Nie miała absolutnie żadnych wyrzutów sumienia. Patrzyli na siebie przez chwilę, aż w końcu to on ustąpił.

— Dobra — prychnął. — Ale masz mi przynieść moją torbę.

— Jest bezpieczna w samo…

— Masz ją przynieść.

Widząc, że w przeciwnym wypadku zacznie walczyć i jeszcze pogorszy swój stan, zgodziła się i poszła. Torba leżała pod jednym z przednich siedzeń, bardzo dobrze ukryta wśród całej reszty brudu. Nie dało się jej zauważyć, nikt nie miałby szansy jej znaleźć, gdyby o niej nie wiedział, a co dopiero żeby ją ukraść. Była stara, zniszczona, rozpadała się — jeszcze miesiąc albo dwa i nie dałoby się już nic w niej nosić. Była też ciężka. Cesa nie miała pojęcia, co w niej jest, po kształcie mogła się domyślać tylko, że chyba jakaś książka albo coś w tym guście. Nie chciała marnować czasu na sprawdzanie tego, jeszcze mogłaby stracić bilet za granicę, więc szybko wróciła.

Wygodne łóżka były już pozajmowane przez innych, poważniej chorych pacjentów, więc Aleksa ułożono na takim typowo szpitalnym. Nie wyglądał, jakby mu to robiło większą różnicę, za to zdecydowanie denerwowała go piżama, którą mu tu dali bo, cytując, „w tych zakrwawionych, brudnych ciuchach pobrudzi pan naszą salę”. I poszli mu przeprać ten idiotyczny strój, w którym przyjechał, a w zamian dano za mały komplet w owieczki.

Prawie wyrwał jej torbę z rąk i zajrzał do środka, żeby się upewnić, czy wszystko tam jest. Przeleciał wzrokiem po zawartości — plik jakichś dokumentów i cieniuteńki zeszycik — i dopiero wtedy się w końcu uspokoił. Zamknął ją szczelnie, zawiesił u boku i zaczął wpatrywać się w sufit.

— Długo tu będziesz? — zapytał po chwili ciszy.

— Cały czas.

— Mogłabyś sobie iść.

— Mowy nie ma. Jak wrócę rano, to ciebie dawno nie będzie.

— Dotrzymuję umów.

— A ja jestem ostrożna.

Nie był zadowolony, ale nie miał wiele do gadania. Wymamrotał parę niezbyt ładnych słów pod nosem i obrócił się do niej plecami. Cesa wzięła jakąś książkę, którą ktoś zostawił w szpitalnej biblioteczce — naprawdę mieli coś takiego! — i wciągnęła się w lekturę. A w każdym razie chciała się wciągnąć, bo książka była niesamowicie nudna, głupia, na dodatek brakowało jej stron. To były jakieś naukowo-magiczne bzdury. Magia przecież tak nie działała. Po przeczytaniu jak to wspaniały bohater rozwalił całą armię jednym zaklęciem, zamknęła ją ze złością i odłożyła. Właśnie przez takie bzdury potem zwykli, niemagiczni ludzie narzekali na magów.

Za oknem przyszła noc. Tysiące odległych gwiazd rozświetliło niebo, a Cesa zastanawiała się, ile z nich już dawno nie żyje. Kiedyś na jej oczach jedno z tych światełek zgasło i pamiętała jak płakała przez pół godziny, a tata próbował ją uspokoić. Ciekawe, czy on jeszcze żyje. Zacisnęła dłonie w pięści. Nie, musiał żyć. Nie mogła sobie pozwolić, żeby myśleć inaczej.

Aleks zaczął chrapać. To już był niechybny znak, że zasnął. Spojrzała z ciekawością na jego torbę. Naprawdę ją zastanawiało, co aż tak ważnego tam miał. Może to były tylko osobiste rzeczy, a może coś znacznie ważniejszego… Upewniła się czy ma naprawdę głęboki sen, machając mu ręką przed twarzą, po czym ostrożnie podniosła torbę. Ani drgnął. Idealnie.

Musiała się chwilę mocować z zamknięciem. Czyli to jednak nie było takie łatwe! W końcu otworzyła i zobaczyła dokładnie to co wcześniej — kilkanaście plików kartek, pospinanych razem. No i malutki dzienniczek. Pod nim było jeszcze trochę owoców, ale te niespecjalnie ją obchodziły. Otworzyła notatnik, żeby przyjrzeć się zapiskom.

Nie były zbyt czytelne ani zbyt zrozumiałe. Ostatnie zapisane strony miały tylko jakieś daty i znaczki obok nich. Niektóre obejmowały przyszłe dni, niektóre przeszłe, jedna zdecydowanie była dzisiejsza, a obok niej krzywa kreska, cokolwiek miała ona oznaczać. Cesa przerzuciła kartki i sprawdziła pierwsze oraz ostatnie strony w poszukiwaniu imienia i nazwiska właściciela, ale nic takiego nie znalazła. Było kilka stron zapisanych najróżniejszymi imionami, ale żadne nie mogło być prawdziwe, skoro było ich aż tyle. Poza tym wśród nich nie było Aleksandra Mallewisa.

Spróbowała odczytać jedno zdanie z faktycznych zapisków, po czym odpuściła sobie, gdy tylko zdała sobie sprawę, że to dosłownie nudne opisy dni. Temu chłopakowi naprawdę musiało się nudzić w życiu. Postanowiła wziąć któryś z papierów, najlepiej pierwszy z brzegu.

Zmroziło już na sam widok podpisu, który widniał na górze dokumentu. Deyl Antropa. Mistrz Deyl. Nie, przecież ten dzieciak nie mógł z nim współpracować! Nie mogła mieć aż takiego pecha. Uspokoiła oddech i pokręciła głową. Nie, przecież gdyby tak było, nie próbowałby uciekać z kraju, tylko siedziałby w stolicy, pławiąc się w luksusach. Poza tym, po przeczytaniu kilku pierwszych zdań zdała sobie sprawę, że to osobiste dokumenty i raczej nikt poza samym Deylem nie powinien ich ujrzeć. Co znaczyło, że były zwyczajnie kradzione.

Cóż, przynajmniej teraz wiedziała, dlaczego chłopak uciekał za granicę. Deyl nie przebaczał nikomu.

Większość dokumentów była zaszyfrowana komputerowo, co znaczyło tyle, że nie mogła ich przeczytać. On najwyraźniej też, chociaż porobił na nich jakieś notatki z domysłami. Były równie nieczytelne, co jego bazgroły w dzienniku. To samo z innymi dokumentami. Trzymał tam nawet kilka listów do osób, które z całą pewnością nie były nim. Cesa znała albo przynajmniej kojarzyła każdego z nich i z każdą chwilą jej podziw rósł. Proporcjonalnie do strachu. Kim naprawdę był Aleks, skoro miał możliwość ukraść takie rzeczy?

Poruszył się niespokojnie przez sen, więc szybko włożyła do torby wszystko tak, jak było, zamknęła ją i odłożyła na miejsce. Nie powinien się zorientować, że w ogóle w niej grzebała, ale zdecydowanie musiała baczniej mu się przyglądać.

Ziewnęła. Sama była zmęczona. Schowała klucze od samochodu do wewnętrznej kieszeni swojej nowej marynarki, tak, by nie dało się ich wyjąć bez jej wiedzy, po czym położyła się na wolnym łóżku szpitalnym. Było twarde. Wpatrywała się w pusty, zniszczony sufit do momentu, aż sama w końcu nie zasnęła.


Rozdział IV

Magowie Nocy

Tamtego dnia Tayvelen zachowywał się zdecydowanie inaczej niż zwykle. Przebrał się w swój strój Maga Nocy, nie pomijając żadnego elementu. Wyprasował nawet swoją koszulę. Ignea spojrzała na niego pytająco, ale nic nie odpowiedział. Nawet się nie uśmiechnął, a przecież on przez dziewięćdziesiąt procent swojego życia się uśmiechał! Był takim przyjaznym, starszym panem, który każdemu pomagał, nawet jeśli większość fiorów uważała go za niebezpiecznego dziwaka. Kiedy więc jego mina robiła się poważna, naprawdę musiało być źle.

Nie mieli zajęć — od dnia, w którym ogłoszono koniec Mroźnej Pory wszyscy się zbyt cieszyli, by przejmować się takimi drobnostkami jak nauka — ale Ignea i tak przychodziła codziennie do maga, głównie po to, by pomagać mu z roślinami. Razem nie zaniedbywali ich tak często jak oddzielnie, co już można było uznać za plus.

— Coś się stało? — zapytała Ignea, przestawiając doniczkę z fioletkami bardziej na słońce. Nie wyglądały na zadowolone z tego faktu, ale w cieniu tym bardziej by nie rosły.

Tayvi wpatrywał się krzywo w swoją filiżankę z herbatą.

— Mamy wezwanie od straży.

Ignea spojrzała na niego z niedowierzaniem.

Magów w mieście było wielu, ale tych z nadanym tytułem „Wielkiego Maga” tylko pięciu i każdy z nich odpowiadał za jakąś inną dziedzinę, przynajmniej w teorii. Większością poważnych spraw w mieście zajmował się Mag Pogody odpowiedzialny… no cóż, za pogodę. W trakcie susz przywoływał deszcze, w trakcie trzęsień ziemi minimalizował straty, w trakcie huraganów upewniał się, że wszelki wiatr ominie jak najbardziej całe Miasto Kwiatów. Krótko mówiąc był tym najważniejszym i najpotrzebniejszym, reszta była raczej uważana za dodatkowe zabezpieczenie na wypadek jakiegoś konfliktu zbrojnego czy też magicznego. Ewentualnie robili za te osoby, które w trakcie większych świąt zajmowały się oprawą artystyczną. Jasne, oni także mieli swoje zadania, ale nie wykonywali ich już tak długo, iż możliwe było, że wszyscy poza nimi samymi już zapomnieli na czym owe zadania polegały.

— C… co? Ale… jak to?

— Podobno jeden z patroli znalazł silnie magiczny przedmiot w puszczy — postanowił wyjaśnić Tayvi, widząc zmieszanie uczennicy. — I z jakiegoś powodu postanowili poprosić mnie o pomoc.

Ignea prychnęła. W jednej chwili cały niepokój z niej uleciał.

— Przecież takimi rzeczami zajmuje się Ekari!

— Z jakiegoś powodu poprosili mnie — powtórzył mistrz. Nawet nie tknął swojej herbaty, tylko jeździł palcami po filiżance w zamyśleniu. — Nie jestem pewien z jakiego dokładnie, ale już sam ten fakt jest nieco niepokojący. Powinni tu przyjść niedługo. Pójdziemy i sprawdzimy, czy to coś naprawdę poważnego.

— PójdzieMY? — Ignea usiadła naprzeciw niego przy stoliku. — MY, to znaczy JA też?

— Oczywiście. Chyba nie boisz się Złotej Puszczy, prawda?

— Nie! Po prostu… po prostu jakoś nigdy wcześniej nie chciałeś mnie zabierać na swoje zadania.

— Bo były nudne jak zbiorowiska amartynek i zupełnie nieprzydatne dla nikogo — zauważył, w końcu biorąc łyk napoju. Skrzywił się potwornie, po czym wylał resztę na trawę. — Ohyda. Coś mi dzisiaj nie wyszła. A poza tym, w takiej sprawie myślę, że przyda się jakaś druga opinia doświadczonej osoby.

— Nie zamierzam pić tego świństwa.

— Chodziło mi raczej o tę pierwszą sprawę. No więc jest okazja, że to zadanie w końcu okaże się czymś innym niż tylko straszeniem potwora spod łóżka, który istnieje tylko w czyjejś wyobraźni. No chyba że to faktycznie będzie jakaś zabawka, ale przynajmniej coś innego od normalnej rutyny. Tak czy tak, musimy to sprawdzić.

Ignea cudem zdążyła się przebrać w strój ucznia, zanim rzeczony patrol przybył do chatki. O ile koszula i krawat jakoś mocno jej nie przeszkadzały, bo nosiła się w takich rzeczach na co dzień, o tyle szal czy płaszcz już ją irytowały. Nie mówiąc o tych idiotycznych ozdobnych księżycach, które nie dość że były dość ciężkie, to jeszcze ostre. I było ich aż siedem, no bo jakże by inaczej. Ktokolwiek wpadł na pomysł, że magowie na swoich ważnych misjach powinni być odświętnie ubrani, chyba nie był zbyt zdrowy na umyśle, ewentualnie nigdy czegoś takiego na sobie nie nosił.

Cały patrol składał się z nastolatków albo ledwo co dorosłych. Co za nowość. W szkole wojskowej już naprawdę nie mieli co robić z tą całą hordą dzieciaków, że wysyłali ich do najnudniejszej pracy na świecie. Wyglądali na zdziwionych wyglądem maga. No cóż, zobaczenie Tayvelena ‘Caraya w odświętnym stroju graniczyło z cudem. W święta, gdy tylko zakładał swój płaszcz, ukrywał się jak tylko mógł, byleby nikt go nie wypatrzył.

Poszli bez słowa. Fiorzy, którzy wcześniej cieszyli się na ulicach i już rozwieszali dekoracje, milkli, gdy tylko mag pojawił się w pobliżu. Niektórzy ze strachu, niektórzy z szacunku, a niektórzy po prostu z zaciekawienia. Wielcy Magowie byli jak te dziwne, mityczne stwory, które czasem się spotykało na pograniczu miasta. Wszyscy wiedzieli, że miały jakąś moc, jakieś specjalne zdolności i swój intelekt, ale patrząc na ich dość zabawny wygląd trudno było w to uwierzyć. Dopóki stwór nie powalił cię jednym ciosem, jednocześnie odgryzając ci nogę z łatwością, z jaką inni oddychali.

Strażnicy przepuścili ich przez bramę bez żadnych pytań. Wystarczyło wyglądać, jakby się wiedziało, co się robi i od razu miało się przepustkę. Ewentualnie była to sprawka ich stroju. Bardzo możliwe, że raczej chodziło o to drugie.

Złota Puszcza tak naprawdę nie była złota, ale zielono-brązowa. Można było tylko zgadywać dlaczego tak została nazwana, jednak prawda była taka, że nie wiedział tego nikt, a sami fiorzy mieli dość specyficzne poczucie humoru, jeśli chodziło o nazywanie rzeczy. Góry Czarne były bardziej górami białymi, Błękitne jezioro okazało się zielone, natomiast Miasto Kwiatów było w zasadzie miastem drzew. Może starożytni mieli jakieś wady wzroku czy coś w tym guście? Albo problemy z myśleniem logicznym?

Ignea lubiła tam chodzić sama, więc w towarzystwie czuła się nieco dziwnie. Zwłaszcza że musiała iść tam, gdzie prowadzili strażnicy. Miała dziwne wrażenie, że zaczynają się kręcić w kółko, a na dodatek zaczęło padać. To nie był zły znak, ale będąc pod koronami drzew, deszcz był jeszcze gorszy niż na otwartej przestrzeni. Zarzuciła kaptur na głowę. Ubieranie się w ten idotyczny strój było błędem. Mogła ze sobą przynajmniej wziąć swój normalny płaszcz, który faktycznie zapewniał jakąś ochronę zamiast tej wygwiazdkowanej podróby.

Krążyli przez co najmniej kwadrans, a zwierzęta oglądały ich z zainteresowaniem, jednak żadne nie odważyło się zbliżyć. To już było dziwne, bo w przeciwieństwie do fiorów, zwierzęta wręcz lgnęły do magicznych istot. Nie bez powodu wszyscy ci samotni magowie z opowieści, którzy żyli z dala od społeczeństw zawsze byli otoczeni gromadą dzikich stworzeń, gotowych bronić swego pana.

Dziwniejsze było tylko to coś, przed czym się nagle zatrzymali. Na początku Ignea tego nie zauważyła, bo prawie całkowicie zlewało się z pożółkłą trawą, ale zamiast tego usłyszała bardzo cichutkie cykanie, trochę przypominające świerszcza, tylko że nie do końca. Była pewna że już coś podobnego kiedyś słyszała, jednak nie była w stanie sobie przypomnieć gdzie. Zmrużyła oczy, przyglądając się uważnie ziemi w miejscu, skąd dźwięk dochodził i wtedy to dostrzegła. Mała, lustrzana kulka, wtapiająca się w tło. A wokół niej zaklęcia. Dlaczego ich wcześniej nie zauważyła, skoro bardzo wyraźnie tam były?

Tayvi zbliżył się do tego czegoś, marszcząc brwi. Wyciągnął dłoń, ale zamiast dotknąć urządzenia, zaczął stawiać znaki w powietrzu. Zmysły Ignei aż zaczęły krzyczeć, kiedy ta cała energia zaczęła się zbierać i kłębić. Wcześniej czuła coś takiego tylko gdy ktoś błędnie rzucał zaklęcia, ale też nie było to wtedy tak mocne odczucie. Tayvi szybko skończył i cofnął się, kiedy jego znaki nagle rozjarzyły się na czerwono.

— Do tyłu! — warknął, czego nie musiał robić, bo wszyscy już roztropnie odsunęli się na bezpieczną odległość. Jeden ze strażników schował się za drzewem.

— Co to? — zdziwiła się Ignea. — Nigdy nie widziałam tak silnych zamaskowanych zaklęć. Nie wiedziałam, że tak w ogóle się da. W ogóle ich nie czuć.

— Ktoś się bardzo postarał — przyznał Tayvi. — Przynajmniej pięć warstw ochronnych, z czego naruszenie jednej, odpala pozostałe. Żeby je zdjąć, trzeba znaleźć pierwszą.

— Mówisz masz!

— Czekaj…

Ignea rozwinęła zmysły i owinęła się nimi wokół barier ochronnych niczym szalik. Dostanie się przez nie było niemożliwe w ten sposób, więc dostosowała się do ich częstotliwości, uregulowała siłę i zaczęła nasłuchiwać, udając, że jest jednym z tej samej gamy zaklęć. Potrzebowały chwili, żeby się zorientować i zacząć nadawać w stronę nowego zaklęcia, ale w końcu zaczęły. Nastawiła uszy.

Jeśli jeden czar wywoływał następne, to gdy już został uruchomiony, nadawał odpowiednio do następnych w kolejce. Magowie w ten sposób bardzo często rzucali zaklęcia, będąc pewnymi, że to zdecydowanie bezpieczniejszy sposób niż stawianie dziesiątek niepołączonych ze sobą barier. Swego rodzaju mieli rację. Tyle że tym razem, ktokolwiek postawił te czary, miał pecha. Specjalizacją każdego szanującego się Maga Nocy była zdolność rozplatania zaklęć. Ignea nie była w tym jeszcze tak dobra, jak jej mistrz, ale znajdywanie kolejności i siły każdego z łańcuchowych zaklęć było dla niej łatwe jak bułka z masłem. Nie bez powodu uczyła się tego pięć długich lat.

Echo między barierami było bardzo mocne, ale to jej nie powstrzymało.

— Pierwsza jest zapora ogniowa trzeciego stopnia — ustaliła, nie przestając nasłuchiwania. — Pozycja czwarta.

Czekała. Oczywiście wiedziała, że Tayvi mógł to wszystko zrobić absolutnie sam, jednocześnie nasłuchiwać i zdejmować, ale zdecydowanie łatwiej i szybciej było to robić na dwie osoby. Jedna uważnie słuchała, druga rozbrajała zaklęcia według jej instrukcji. Mistrz też musiał to wiedzieć, więc natychmiast zabrał się do roboty. Ignea reagowała na każde najmniejsze odstępstwo.

— Za blisko — syknęła, a Tayvi natychmiast przesunął granicę znaku. — Jeszcze strzępy górne. Druga ma czwarty stopień, powietrze i ogień, pozycja druga. Nieco na lewo. Dziura przy styku z ziemią.

W ten sposób pozbyli się wszystkich zaklęć ochronnych, jednego po drugim, nie uruchamiając żadnego więcej. Ostatnia warstwa była dodatkowo zakamuflowana jeszcze innym, zupełnie osobnym zaklęciem. Ktoś bardzo się starał, żeby jego urządzenie nie dostało się w cudze ręce, ale koniec końców i tak na niewiele mu się to zdało. Trzeba było przyznać patrolowi, że jednak wiedzieli kogo trzeba wezwać. Ekari Freddo mógł być nie wiadomo jak potężnym Magiem Pogody, ale w tym przypadku uderzanie błyskawicami w osłony tylko przysporzyłoby kłopotów.

Ignea nasłuchiwała jeszcze chwilę uważnie, żeby się upewnić, czy nie pozostały jakieś resztki, ale Tayvi był niezwykle dokładny w swojej pracy i pozbył się wszystkiego. Na wszelki wypadek sprawdziła też środek samego urządzenia, ale magii to tam ze świecą szukać. Mało kto dawał zaklęcia w środek takich rzeczy, od tego strasznie szybko niszczyły się kable i wszystko było do wyrzucenia.

— Już czysto — podsumowała, klękając, żeby lepiej przyjrzeć się urządzeniu. Byłaby nieostrożna, gdyby dotknęła go palcami, więc użyła zaklęcia.

Do lustrzanej kulki od dołu przyczepiony był dziwny sześcian, z którego wychodził szpikulec, prawdopodobnie umieszczony tam po to, by łatwiej wbić urządzenie w ziemię. Wisząc wydawało jeszcze głośniej dźwięki cykania, trochę jak zegarek. Cyk, cyk, stuk, stuk i znowu. Cokolwiek było w środku, nieustannie pracowało. Nie miało żadnego podłączenia do prądu, nigdzie nie widziała wejścia na baterie, a już z całą pewnością nie działało na magię, inaczej by to wyczuła. A mimo tego z jakiegoś powodu działało.

— Dziwne. Co to w ogóle jest?

— Nie mam pojęcia — mruknął Tayvi, również uważnie przyglądając się urządzeniu. Spojrzał po otaczających ich strażnikach, ale na ich twarzach też było widać brak zrozumienia. Wyprostował się. — Cokolwiek by to nie było, powinniśmy uważać.

Ignea skinęła głową i zapieczętowała urządzenie. W końcu przestało cykać. Przynajmniej tyle. Chociaż gdyby nie przestało, to dopiero byłoby niepokojące. Wrzuciła je do torby Tayviego, oczywiście nadal go nie dotykając.

— Trzeba to dać komuś do sprawdzenia. Zajmiemy się tym — zwrócił się do strażników. — Gdybyście znaleźli tego więcej, natychmiast mnie informujcie. To strasznie skomplikowane czary, ktokolwiek je założył, naprawdę nie chciał zostać odkryty.

— Jak to w ogóle znaleźliście? — zapytała zamiast tego Ignea. — Nawet ja bym na to nie zwróciła uwagi, gdybym przechodziła w pobliżu.

Jeden z chłopaków poczerwieniał, więc zwróciła się w jego stronę z poważną miną przyklejoną na twarzy. To też ćwiczyła bardzo długo, bo Tayvi uważał, że brak powagi nie przystoi prawdziwemu magowi, a ona zdecydowanie zbyt często się śmieje. Z żartów, z normalnych sytuacji, z innych fiorów…

— Em… ja… no…

— Tak? — Ignea uniosła brew. Nie lubiła jąkających się osób.

— Próbowałem trochę czarów i przypadkiem w to uderzyłem.

Nic dziwnego, że czuł się głupio, mówiąc to w towarzystwie magów.

— Żałosne.

Chłopak spuścił wzrok, ale zamiast tego postanowił odezwać się inny, najwyraźniej oburzony tą odpowiedzią.

— A niby co w tym złego? Tylko wy sobie możecie używać magii?

Tayvi spojrzał na niego złowrogo. Ignea natomiast uśmiechnęła się. Jej twarz bardzo wyraźnie odzwierciedlała jej myśli. „Co za idiota”.

— Skoro chcecie ryzykować swoje życia, to może faktycznie lepiej, że robicie to w dziczy, a nie w mieście pełnym fiorów.

— Ryzykować…

— Nikt cię nie nauczył, co? Pewnie nigdy nie przejawiałeś żadnych zdolności magicznych. — Widziała, że jej słowa coraz bardziej go denerwują, ale nie przestawała. — Żadnego filaru ani porządnego połączenia z naturą? Trochę to smutne. W każdym razie, pewnie nie wiesz, ale magia jest niebezpieczna. — Oparła się o drzewo. — I to tak bardzo niebezpieczna. Bez odpowiedniego przeszkolenia mogłaby, na przykład, rozsadzić cię od środka. I pękłbyś jak balonik. Puf. Strasznie byłoby to sprzątać. Zdrapywanie mózgu ze ścian to tragedia.

— Ty… ty sobie ze mnie żartujesz!

— Ależ skąd, znane są takie przypadki z historii. Powinieneś poczytać.

Chciał się jeszcze kłócić, ale kolega go powstrzymał. Wyglądał znajomo, pewnie kolejny, któremu Ignea sprzedała jakąś opowieść o niszczycielskiej magii. O dziwo musiała zdumiewająco często informować fiorów o skutkach używania czarów bez znania absolutnie żadnych podstaw. Chyba trzeba było w końcu iść do szkoły i rozmówić się z jakimś nauczycielem, żeby zaczął przekazywać tę wiedzę. Mogła ocalić wielu osobom może niekoniecznie życie, ale z całą pewnością zdrowie. Zarówno fizyczne, jak i psychiczne.

— Albo atak duchów! — dodała, nie chcąc dalej słuchać przeciągającej się ciszy. — Wiecie, prawie wszystkie nawiedzone miejsca świata wzięły się właśnie z tego, że jakiś idiota próbował używać magii, w zasadzie nic o niej nie wiedząc. No a opętanie przez ducha zostawia trwały ślad na psychice. Można mieć halucynacje, zwidy, uważać się za najmądrzejszą osobę na świecie, te sprawy. Trzeba uważać z magią. Widzisz, to nie tak, że chcemy zachować magię tylko dla siebie. Jak chcesz jej używać, to idź na jakiś kurs podstaw i załatw sobie papierek, droga wolna. Ale nie narażaj życia innych, bo ci się nudzi.

Po tym wykładzie, cała ich grupa wyglądała jakby im było głupio, chociaż tylko jeden z nich faktycznie próbował. Strażnicy wrócili do patrolowania, Tayvi ruszył w stronę miasta, żeby poszukać kogoś, kto mógłby mu pomóc zidentyfikować urządzenie, a Ignea zaczęła się kręcić po puszczy, żeby sprawdzić, czy może znajdzie więcej dziwnych rzeczy. Wzięła jeden z pędzelków przy stroju i narysowała sobie znak polepszenia zmysłu na dłoni. Z rozciągniętym na wszystkie strony zmysłem odczuwania magii zaczęła poszukiwania.

Problem ze Złotą Puszczą był taki, że tam wszędzie była magia, kłębiła się w powietrzu, gęsta niczym mgła, przez co Ignea widziała jedynie to, co było w jej pobliżu, a cała reszta była zakryta. Na dodatek głowa ją zaczęła boleć od nadmiaru całej tej energii. Było jej tyle, że można by zasilić nią całe miasto na jakieś sto lat, a i tak by jej trochę zostało. Nikt nigdy jednak nie odważył się jej przetworzyć, z jednego, prostego powodu — była to magia zbierająca się od tylu lat, że stała się nieprzewidywalna. Nikt zdrowy na umyśle nie chciał z nią igrać. Już samo zetknięcie z nią bolało, a co dopiero by się działo, jakby ktoś spróbował ją przetworzyć…

Wycie wyrwało ją z zamyślenia. Między drzewami stały dwa Złote Wilki i z zaciekawieniem wpatrywały się w nią swoimi złotymi oczami, wykrzywiając swoje sześć uszu w każdym możliwym kierunku, każde w innym. Pomimo nazwy one także nie były złote, przynajmniej nie na zewnątrz. Mniejszy z nich był szarawy, prawie biały, za to drugi całkowicie czarny. Nazwę zawdzięczały nie kolorowi dłuższego futra, a raczej tego krótszego, które skrywało się pod spodem i faktycznie było w kolorze złota.

Ignea podeszła do wilków i pogłaskała oba po głowach. Szara Wiri liznęła ją po dłoni w odpowiedzi, na co czarny Skal spojrzał na nią z politowaniem.

— Nie powinniście spać o tej porze? — zapytała Ignea. Wilki patrzyły na nią z zainteresowaniem. Wiri szczeknęła. — Dobra, dobra. Skoro tu jesteście, to możecie mi pomóc szukać.

Opisała im sytuację, a one tylko stały i się gapiły. Kiedy tylko skończyła to skoczyły na równe nogi i rozbiegły się w dwóch różnych kierunkach. Nie była pewna czy faktycznie poszły na poszukiwania, czy uznały to wszystko za bzdury i wróciły do spania.

Złote Wilki były normą w Złotej Puszczy, istniały ich całe ogromne watahy, jednak trudno było je spotkać, bo preferowały polować nocami i za dnia praktycznie się nie pokazywały. Miały jakieś swoje jaskinie czy inne legowiska. Ignea próbowała kiedyś jakieś znaleźć, ale nie dało się. Zupełnie jakby te zwierzęta wyparowywały, gdy nie chciały zostać zauważone. Możliwe że tak właśnie było. Choć wilki były wielkimi przyjaciółmi fiorów, nie za wiele o nich było wiadomo, poza tym, że są strasznie szybkie, silne, no i lojalne.

Kolejne urządzenie znalazła niedługo później, w odległości jakichś dwustu kroków od pierwszego, a przynajmniej jej dwustu kroków, dla kogoś większego zapewne byłoby ich mniej. Było zabezpieczone identycznie co pierwsze, ale sama nie umiała rozplątywać tak zaawansowanych czarów. Mogłaby przez przypadek uruchomić któryś ze znaków ochraniających, co zazwyczaj nie kończyło się najlepiej. W najlepszym przypadku może nic by się nie stało, za to w najgorszym dość spory kawałek ziemi mógł wylecieć w powietrze, wraz z nią samą. Lepiej było nie ryzykować. Zamiast tego zapamiętała miejsce i ruszyła dalej.

Wiri znalazła trzy kolejne urządzenia, Skal aż pięć. Każde z dokładnie tymi samymi zaklęciami, każde zakamuflowane, że trudno było je dostrzec. Ktokolwiek wykonał tę robotę, wykonał ją nadzwyczaj dobrze i w zasadzie tylko czysty przypadek sprawił, że ktoś w ogóle zauważył jego działania. Idąc po śladzie urządzeń, Ignea stwierdziła, że ułożone są w półkole albo naprawdę ogromne koło. Podejrzewała, że gdyby dalej szła tą ścieżką, to w końcu trafiłaby z powrotem do miejsca, w którym zaczęła, ale zaczęło się ściemniać. Wiedziała, że jeśli wróci zbyt późno, brat znowu będzie zły i zrobi jej długi i nudny wykład, z którego nie będzie mogła się wykręcić, więc wróciła do miasta. Ulice były prawie puste, wpadła tylko na kilku strażników, porozmawiała z nimi chwilę i już szła dalej.

Ethereal siedział w kuchni zajadając kolację. Na stole leżał talerz z całą górą kanapek, ale Ignea doskonale wiedziała, że nie powinna żadnej z nich ruszać. Jej brat miał dziwny gust kulinarny, poza tym bez wątpienia zacząłby robić wyrzuty gdyby dotknęła JEGO jedzenia, więc wzięła po prostu pierwszy lepszy jogurt jaki znalazła.

— Co tam w pracy? — zapytała, nie mogąc znieść panującej ciszy. Brat spojrzał na nią jakby dopiero teraz się zorientował, że ktokolwiek poza nim jest w pomieszczeniu.

— Nic nowego — mruknął. — Cała góra papierkowej roboty, a na dokładkę jeszcze więcej. Nie jestem nawet w połowie! Już chyba wolałbym cały dzień patrolować ulice.

— A nie możesz się przepisać?

— Dopiero jak skończę. — Wziął kolejną kanapkę i zjadł ją w dwóch gryzach. — A skończę pewnie za rok. Nie mam pojęcia kto do tej pory sprawdzał te wszystkie raporty, ale podejrzewam, że kompletnie nikt. To całkowity chaos, a codziennie dochodzą kolejne!

— Mhm, jutro pewnie dostaniesz raport z naszego wyjścia — zauważyła Ignea, odchylając się na krześle i kładąc nogi na stole. — Patrol leśny znalazł jakieś dziwne… coś. Nawet nie wiem co, ale było opakowane strasznie dużą ilością zaklęć. No i było tego więcej. Powinniście podwoić patrole i, no nie wiem, wziąć sobie jakichś Obrońców do pomocy?

— Mówisz, jakby to zależało ode mnie. Ja tylko sprawdzam czy nie ma błędów!

— Błędem jest wysyłanie pierwszaków do poważnej pracy. Poza tym możesz pogadać chyba z szefem, nie? Przecież się słucha twoich rad.

— Kiedy mu to pasuje. Nie będzie marnował ludzi, żeby podwoić patrole w miejscu, w którym nic się nie dzieje.

— Przecież mówię, że się dzieje! To była bardzo skomplikowana magia, której nie umie obsługiwać żadna zwyczajna osoba. Co oznacza, że tam kręci się ktoś, kto nie jest zwyczajny.

— Może to po prostu jakiś dziki mag — prychnął Ethereal.

— Dziki czy nie, takie rzeczy są zakazane! — zauważyła ze złością Ignea. — Powinniście go znaleźć i zamknąć albo przynajmniej przesłuchać!

Ethereal przytaknął, ale nie wyglądał, jakby bardzo go to obchodziło. No jasne, mało kogo w mieście obchodziło, co działo się w puszczy na zewnątrz, większość fiorów nawet się do niej nie zbliżała, jeśli nie musiała. „Święte miejsce, miejsce naszych bogów, nie powinniśmy się mieszać!” — tak prawdopodobnie myśleli. Więc jeśli grasował tam jakiś dziki mag i nie został jeszcze pożarty przez dzikie zwierzęta to prawdopodobnie miał boskie przyzwolenie! A jeśli go nie miał, to wkrótce zostanie pożarty i problem sam zniknie.

Problem sam zniknie. Ignea nienawidziła takiego podejścia. Zgrzytnęła zębami, ale nic nie powiedziała. Zjadła wszystko i poszła do salonu, gdzie rozwaliła się na kanapie. Nie mieli telewizora ani radia, jedynie mały odbiornik ze starymi gazetami, którego używał tata, kiedy nie chciał brać udziału w rozmowach, ale nadal chciał ich słuchać. Ignea nienawidziła czytać gazet, zwłaszcza że nic ciekawego tam nie pisali, więc przywołała sobie losową książkę ze swojego pokoju i schowała się za okładką.

— Jeszcze go nie ma — mruknął Ethereal. Nie było to pytanie, ale Ignea i tak przytaknęła.

Ojciec zawsze wracał późno i bardzo rzadko był w domu, więc jego dzieci robiły co chciały. Ethereal jakieś pół roku wcześniej przytachał ze sobą ogromną figurę kobiety, którą nie wiadomo skąd wziął — chyba ukradł z jakiejś świątyni — i postawił ją prz samym wejściu, tuż obok wieszaka. Tata nadal nie zwrócił na to uwagi. Nieco później Ignea zrobiła z owej figury wieszak i zaczęła zakładać na niego naszyjniki, wianki i swoje płaszcze — wciąż zero odzewu. Zastanawiała się czy nie namalować na jej czole znaku luminescencji, żeby figura zmieniła się w lampę, ale odrzuciła ten pomysł. Marnowałaby na to zbyt wiele magii, poza tym Ethereal nie byłby zadowolony. Nie lubił żadnej magii.

Zegar wybił północ. Ignea skończyła czytać o życiu zwierząt apokalipsy i rzuciła książkę na podłogę. Jej brat siedział w fotelu i chrapał, z głową opartą o dłoń. Rzuciła na niego kocyk, ale nawet nie drgnął, zbyt zajęty spaniem. Wymamrotał tylko pod nosem coś co brzmiało jak „za dużo czosnku, przestań rzucać czosnkiem”. Ignea powstrzymała się do złośliwego komentarza i wróciła z powrotem na swoje miejsce. Już miała przywoływać kolejną książkę — miała w pokoju tysiące nieprzeczytanych książek właśnie na takie okazje — kiedy drzwi domu otworzyły się z trzaskiem.

Na zewnątrz padało, zimny podmuch wpadł do środka, strasząc siedzące w lampie świetliki. Starszy, zmarnowany mężczyzna wszedł do środka, znów trzaskając drzwiami. Zignorował rzeźbę, zignorował wieszak, zignorował dwójkę dzieciaków, które siedziały w salonie i poszedł od razu do kuchni, nawet nie zdejmując przemoczonego płaszcza. Ignea spojrzała na mokrą ścieżkę, którą zostawił za sobą i zerwała się na równe nogi.

— Tato! Co to ma znaczyć?!

Aveth Alieaster spojrzał na nią bez zrozumienia. Wyglądał tragicznie, jakby po drodze wpadł w tornado i tylko przypadkiem przywiało go pod jego własny dom. Miał wory pod oczami, rozwaloną fryzurę, krawat całkowicie mu się rozwiązał, a rękawiczki założył na lewą stronę.

— Hm, co?

— Bałaganisz! — zezłościła się Ignea. — Poza tym miałeś wrócić wcześniej!

— Wróciłem wcześniej — zauważył sennym tonem.

— Dwadzieścia sześć minut, też mi różnica! Miałeś nam pomóc dekorować dom, a teraz dom w ogóle jest nie jest udekorowany! A jutro przyjeżdża wujek i ciocia, a my nie mamy udekorowanego domu! Co sobie pomyślą?

Wyraz twarzy taty mówił bardzo dobitnie, że naprawdę go to nie obchodzi.

— Jesteś niemiły!

— Jestem zmęczony. Kogo obchodzi czy przed domem stoi jedna doniczka czy pięć? Nawet nie zwrócą na to uwagi. Już późno, powinnaś iść spać.

Ignea zrobiła wkurzoną minę, ale nic więcej nie powiedziała. Obudziła brata uderzeniem w głowę, a potem zawlokła go na górę, tuż pod jego pokój. Nadal mamrotał coś o czosnku.


Rozdział V

Wizyta diabłów

Ignea wstała z samego rana i sama porozwieszała serpentyny oraz lampki na gałęziach, nie mogąc wytrzymać tej pustki. Siedząc na dachu i zastanawiając się, w którym miejscu powinna ustawić gniazdo Tak-Trików, tak żeby ptaki na pewno je zauważyły i żeby było im wygodnie, usłyszała, że ktoś ją woła. Wychyliła się i spojrzała w dół. Czarna czupryna była jak zwykle idealnie zaczesana, a na mundurze nie było widać ani jednej zmarszczki. Ariv uśmiechnął się do niej.

— Cześć! Mocno jesteś zajęta?

Położyła gniazdo w tym samym miejscu, z którego kilka miesięcy wcześniej je zdjęła.

— Właśnie skończyłam — oznajmiła, siadając na krawędzi i wymachując nogami. — Co sądzisz?

— Zbyt asymetrycznie.

— Czyli idealnie.

Bez ostrzeżenia zeskoczyła i wylądowała tuż obok niego. Nie była to zbyt wielka wysokość, ale Ariv i tak się przejął. Wyglądał, jakby chciał zacząć na nią krzyczeć, ale Ignea tylko poprawiła swoją fryzurę. Miała już doświadczenie w skakaniu i zeskakiwaniu z wysokości. Wiedziała jak to robić, żeby się nie połamać.

— Huh, myślałam, że dach jest wyżej — przyznała. — Jak coś chcesz to lepiej się streszczaj. Dzisiaj przyjeżdżają wujek i ciocia. Będziemy się z Thinem szlajać po ulicach i psuć fiorom dzień jego wynalazkami. Poza tym musi mi naprawić lewideskę. I telefon.

Ariv uniósł brwi.

— Rozwaliłaś telefon?

— Sam się rozwalił, jak Tayvi dziesięć metrów dalej rzucał zaklęcie. To badziewie jest strasznie kruche. Wiem, że te wszystkie dziwne mechanizmy i prąd dziwnie reagują na magię i w ogóle, ale to już jest przesada. To nawet nie było potężne zaklęcie. Co chciałeś?

— Och, skoro i tak jesteś zajęta to nie będę…

— Co chciałeś? Gadaj.

— No bo wiesz, wszyscy się zjeżdżają na Święto Kwiatów i… ten… potrzebuję załatwić jakiś nocleg dla moich braci, a wszystkie hotele są już zawalone.

— To nie ty masz tę wielką chatę z dziesięcioma sypialniami, ogromną salą jadalną i basenem? Myślę, że jakoś znajdziesz miejsce, żeby kogoś tam upchnąć.

— My… nie dogadujemy się ze sobą za bardzo. Gdybyśmy się mieli ciągle widzieć, myślę, że byśmy się nawzajem pozabijali.

— To po co im załatwiasz nocleg?

— To moi bracia! Nie mogłabyś ich przenocować w domku ucznia u Tayvelena? I tak tam nikt nie mieszka, a ja… ja…

— Zapomniałeś załatwić to wcześniej, co? — Ignea uśmiechnęła się drwiąco, a Ariv spuścił wzrok, zawstydzony. — Dobra, Tayvi raczej się nie obrazi, o ile nie będą mu przeszkadzać w świętowaniu. Ale wiesz, ja nie robię przysług za darmo, zwłaszcza tak dużych. Nie wspominając o tym, że jeszcze wisisz mi coś za tę poprzednią. Chyba nie chcesz, żeby wszyscy dowiedzieli się, co robiłeś wtedy na służbie, prawda?

— Jesteś okrutna. Czego chcesz? Przez ciebie cała piwnica mi opustoszała, nie mam nawet tego głupiego, starego radia, które mnie zawsze straszyło, jak tam schodziłem. Skończyły mi się dziwne rzeczy, okej? Może kupię ci jakieś…

— Chcę książkę! — odpowiedziała wesoło Ignea, przerywając mu. Ariv zamrugał ze zdziwieniem.

— Książkę? Przecież masz pełno książek…

— W każdej jest napisane coś innego, wiesz?

— Wiem! Nie jestem idiotą! Ale… myślałem, że już przeczytałaś wszystkie książki jakie mam.

Jako że Ariv miał całkiem wielki dom, także biblioteka w owym domu była ogromna. Według jego obliczeń było tam około czterech tysięcy książek, aczkolwiek sam nigdy żadnej z nich nie dotknął. Nie miał do tego ani chęci, ani też odwagi. Ciocia, która zostawiła mu to wszystko w spadku była znana ze swojego ekscentryzmu i zamiłowania do czarnej magii, a choć nigdy jej nie przyłapał na rzucaniu jakichś czarnoksięskich zaklęć, nie miał odwagi dotykać podejrzanie wyglądających rzeczy, których przeznaczenia nie znał. A kiedy zorientował się, że w większości księgi także traktowały o magii… nie było opcji żeby je choćby tknął, a co dopiero zdjął z półki i otworzył!

Ignea nie miała takiego problemu i kiedy tylko zobaczyła to wszystko, zaszyła się w jego bibliotece na tydzień, odmawiając wyjścia, dopóki nie przeczyta całości. Ariv nie mógł jej nijak wyciągnąć, więc po prostu się z tym pogodził.

— Chcę tę, co stoi za szkłem.

Ariv zmarszczył brwi. Miał jakąś książkę stojącą za szkłem? Naprawdę? Nie przypominał sobie, ale też nie był stałym bywalcem tej części domu, żeby wiedzieć, co tam jest.

— Taką dużą — mówiła dalej Ignea. — Ma tytuł zapisany na srebrno, jakimiś dziwnymi znakami, których nie rozumiem. Wygląda, jak księga czarnoksięska.

— Co? Nie powinnaś dotykać takich rzeczy! Przecież to może być niebezpieczne! Nie bez powodu jest schowane za szkłem, tak?

— No właśnie! Chcę ją!

— Nie słyszałaś, co powiedziałem?

— Słyszałam. Niebezpieczna. Tajemnicza. Chcę ją! Jak mi ją dasz, to mogę ci do końca życia pomagać bez niczego. Daj spokój, i tak nie będziesz jej czytał! — zauważyła, widząc, że Ariv nadal się waha. — Nawet jej nie tkniesz! A ja mogę z niej zrobić użytek. Stare książki są najciekawsze do czytania. To jak? Nie rób takiej miny! Dlaczego nie chcesz się zgodzić?

— No bo… bo… sam ją najpierw przejrzę — wymyślił szybko. Ignea uniosła brwi. — Jak nie będzie tam nic nieodpowiedniego to ci ją dam, ale jeśli będzie… to absolutnie odmawiam. Mogę ci dać jakąś inną.

— Nieodpowiedniego? Masz mnie za małe dziecko czy jak?

— Cóż, małe…

Ariv zmierzył ręką jej wysokość i porównał do swojej, a jego dłoń wylądowała na dole klatki piersiowej, prawie na brzuchu. Ignea popchnęła go ze złością.

— Obłożę cię klątwą jak zrobisz to jeszcze raz! Co z tego, że jestem niska, co? Znam więcej strasznych i odrażających historii niż ty, więc nie traktuj mnie z góry! Słyszałeś kiedyś o masakrze w niebieskich górach? Nie? Oczywiście że nie, a ja tak. To część zawodu maga, żeby znać wiele tragicznych przypadków. Im więcej znasz, tym lepiej możesz potem im zaradzić. Mogę ci opisać jak kiedyś przyszedł do nas taki jeden facet z dziurą w głowie i mózgiem prawie na wierzchu, a jego oczy…

— Fuj! — Ariv się skrzywił z niesmakiem. — Dobra, zrozumiałem, zrozumiałem, tylko tego nie kończ! Mogę ci ją przynieść… jutro po południu. Hej, nie mogę wcześniej! — dodał szybko, widząc, że Ignea zamierza się kłócić. — Zaraz zaczynam trening, będę harować cały dzień, potem od razu idę spać, bo z rana mam odprawę i muszę jeszcze załatwić masę papierkowej roboty, zanim dadzą nam wolne na święto. O ile dadzą.

— Ojoj joj, znów będziesz stał z boku i robił za ozdobę, co? — zaśmiała się Ignea. — Biedny, ładny Ariv. Dlaczego to Twórcy pokarali cię taką urodą?

— Hej! — Ariv uśmiechnął się szelmowsko. — Ale podobam ci się, nie? Nie chciałabyś się umówić z najprzystojniejszym chłopakiem ze straży na jakiś obiad albo kolację, albo to i to? Oczywiście ja stawiam.

Ignea spojrzała na niego bez zrozumienia.

— Dlaczego miałbyś stawiać obiad mnie i Marco?

— Mnie! Mówiłem o sobie!

— Och. Nie wiedziałam. Życzę wam obu szczęścia, będziecie przepiękną parą.

— Dlaczego ty mi to robisz? Próbuję cię gdzieś zaprosić! Nie byliśmy nigdzie od wieków, a teraz w końcu oboje będziemy mieć czas! Więc dlaczego...

— I to jest fragment w którym się mylisz — znów mu przerwała. — Muszę przywitać kuzynów, ciocię i wuja i spędzić z nimi czas, zwłaszcza z Thinem, bo chcę i mu to obiecałam, a ja nie łamię obietnic. Potem idę do Noila, bo kretyn zaoferował się że zrobi pokaz sztucznych ogni i w połowie swojego planowania ogarnął, że nie jest w stanie zrobić tego sam. To w sumie tyle, ale tworzenie wzorów, zliczanie czasu, ustawianie znaków zajmuje strasznie dużo czasu. Potem wszyscy świętują, wszędzie pełno fiorów, gdzie się nie obrócisz tam ktoś stoi.

— A potem Noc Świetlików! — zauważył szybko Ariv. — Może wtedy się spotkamy? Mam strasznie dużo niepotrzebnych kwietnych lampionów, możemy…

— Próbowałeś kiedyś dzień w dzień marnować magię na zaklęcia świetlne? Pewnie że nie, a to strasznie męczące! W Noc Świetlików to ja będę leżeć w łóżku i spać!

Ariv wyglądał na zawiedzionego.

— To kiedy w końcu będziesz mieć czas?

— Jak skończę naukę — mruknęła Ignea, bawiąc się kosmykiem swoich włosów i okręcając go wokół palca, jakby już nie był wystarczająco mocno kręcony. — Nie rób takiej mizernej miny, Tayvi mówi, że uczę się szybko. Ty kończysz za rok, ja pewnie też skończę mniej więcej wtedy i pójdziemy na wielki, uroczysty obiad!

— Rok! — jęknął.

— Spóźnisz się na trening — dodała.

Ariv spojrzał na zegarek, powiedział coś pod nosem i szybko się ulotnił, machając jej na pożegnanie. Ignea stała jeszcze chwilę pod drzwiami, po czym wzruszyła ramionami i wróciła do domu. Ethereal siedział na wpół śpiący i oczywiście jadł. Założył swoją marynarkę tył na przód, ale nie przejmował się tym. Przywitał się krótkim „witam” i kontynuował swoje ulubione zajęcie. Nic nie mogło mu przeszkodzić w skończeniu kanapki.

Płaszcza taty nie było, co mogło oznaczać tyle, że i jego samego już nie było. Ignea prychnęła z niesmakiem. Naprawdę, nie mógł zostać nawet, żeby przywitać swojego brata i jego rodzinę. Założyła płaszcz, wróciła na zewnątrz, usiadła na schodach i czekała.

Powóz przyjechał niedługo później, ciągnięty przez zgraję małych, szarych wilczków. Widząc Igneę zaczęły podejrzanie świergotać. Uśmiechnęła się do nich i spojrzała na sam wóz, a raczej na osobę, która siedziała na jego dachu i wymachiwała telefonem. Thin nie wyglądał na zdenerwowanego tym faktem, bardziej na zaciekawionego, jakby się zastanawiał co doprowadziło do tego, że nie ma zasięgu. Jego ogon zakończony strzałką zwisał z boku i wystukiwał jakąś wesołą melodię. Kiedy wóz się zatrzymał, Thin z zaskoczeniem się rozejrzał.

— Już jesteśmy? — Włożył komórkę do kieszeni i zeskoczył na drogę. — Myślałem, że będziemy jechać dłużej. Ej, nie tak szybko!

Ignea rzuciła się na niego, prawie go przewracając i zamknęła w uścisku tak mocnym, że aż stracił dech. Na szczęście równie szybko to zauważyła i puściła, cofając się o kilka kroków. Obdarzyła kuzyna szerokim uśmiechem, więc on zrobił to samo, ukazując rząd kłów.

— Miałeś przyjechać na ferie — zauważyła z wyrzutem. — Czekam i czekam a ciebie nie ma! Od kiedy to zacząłeś kłamać?

Thin zamrugał ze zdumieniem.

— Przecież ci napisałem, że jestem chory i nie mogę… odczytałaś w ogóle? Przecież cię uczyłem, jak się obsługuje telefon.

— Zepsuł się — odpowiedziała Ignea bez cienia winy w głosie.

Thin nie wyglądał na zdziwionego, tylko przewrócił oczami. Zamierzał coś powiedzieć, ale w tej chwili całe stado małych, białych diabełków wysypało się ze środka powozu i obskoczyło ich dwójkę, krzycząc radośnie. Ignea zaśmiała się i popchnęła Thina wprost w ramiona jego uradowanych braci, a sama odgoniła Oblivvisa, który próbował jej zwinąć coś z kieszeni. Zaraz za gromadką dzieciaków na zewnątrz wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha wujek Koel, wyglądający jakby urwał się ze zlotu motocyklistów. Jego widok nie wpłynął nijak na gromadkę dzieciaków, ale kiedy w drzwiach pojawiła się ciocia Lizia, natychmiast nastała cisza.

Lizia była diablicą i to całkiem dosłownie. Miała czerwone włosy, czerwoną skórę, czerwone oczy i także cała ubierała się na czerwono, jak większość diablików, kiedy chciały podkreślić swoją jednokolorowość. Bardzo to lubiły z jakiegoś nieznanemu nikomu powodu. Długi ogon owijała na ziemi wokół stóp, zawsze z końcówką uniesioną lekko, jakby to był wąż, w każdej chwili czujny, zawsze gotów do ataku. Spomiędzy włosów zwiniętych w kok wyrastały dwie poskręcane pary rogów. Twarz poznaczona kilkoma zmarszczkami była jednak bardzo przyjazna i zupełnie nie pasowała do reszty tej budzącej strach osoby.

— Cześć, skarbie — przywitała się, podchodząc bliżej i głaszcząc Igneę po głowie. Wszystkie jej dzieci natychmiast uciekły z pola widzenia. — Tak dawno cię nie widziałam. Urosłaś parę centymetrów!

Obie doskonale wiedziały, że to zupełna nieprawda. Ignea była zawsze niska i w ogóle nie rosła odkąd skończyła trzynaście lat. Ani jednego, małego milimetra, a co dopiero mówić o centymetrach. Zdążyła się do tego przyzwyczaić.

— Jeszcze trochę i mnie przerośniesz — dodała ciocia z uśmiechem i rozejrzała się. — Gdzie reszta? Ostatnio jak tu byliśmy, to jeszcze była was trójka…

— Tata wyszedł do pracy — odpowiedziała szybko Ignea. — A Et… zaraz też idzie.

— Nawet na święta nie dają im wolnego, co? Biedactwa. Nie powinniśmy ich męczyć.

Ignea miała ochotę powiedzieć, że po prostu oboje są głupimi pracoholikami i to całkowicie ich wina, ale ugryzła się w język. Nie chciała sprawiać cioci przykrości. Wujek Koel spojrzał na nią, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co pomyślała, ale także nie odezwał się ani słowem na ten temat. Zamiast tego zajął się uspokajaniem swoich dzieci, które znów zaczęły wesoło biegać wkoło i przewracać się nawzajem.

Ethereal wyszedł na zewnątrz, już wzorowo ubrany, przywitał się spokojnie, dał się uściskać cioci i uciekł do pracy. Ignea zaprosiła ich do środka, przygotowała kawę i ciasteczka, wciąż musząc się użerać z kuzynostwem, które nie odstępowało jej na krok. Czasem zastanawiała się, jak Thin sobie radzi z dziesięciorgiem młodszego rodzeństwa, zwłaszcza kiedy to rodzeństwo było tak żywiołowe. Skakali po stole, po krzesłach, biegali wszędzie wokół, przedrzeźniali ją. To byłoby irytujące jakby robiła to jedna osoba, a ich było znacznie więcej! Oblivvis znów próbował przeszukać jej kieszenie.

— Ty mały…

— Oi! — krzyknął Thin. — Ktoś tu chce stracić swoje nowe rolki!

Słysząc to, Oblivvis natychmiast przestał. Czując, że podobne groźby zaraz polecą także w ich kierunku, reszta jego braci też przestała robić zamieszanie. Widocznie i wszystkim porozdawał jakieś prezenty. Ignea spojrzała na niego, unosząc brwi.

— Wszystkich tak przekupujesz?

— Tobie dałem latającą deskę, nie?

— Swoją drogą też się zepsuła.

Teraz dopiero spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Też? Czy jest coś, czego NIE zepsułaś?

— Hm — musiała się zastanowić przez chwilę. — Spinki. Spinka ma się całkiem dobrze. Ani jednego zadrapania! Dzieciarnia! — zwróciła się do reszty, zanim Thin zdążył wyrazić swoją frustrację. Dziesięć par oczu odwróciło się w jej stronę. — Jak chcecie soku kwiatowego, to nakryjcie mi do stołu. Ale! Choćby jeden zbity talerz i soku nie będzie!

Natychmiast zabrali się do roboty, dla odmiany zachowując się jak cywilizowane osoby. Sok kwiatowy był ulubionym trunkiem większości osób, które odwiedzały Miasto Kwiatów. Był słodki, bardzo smaczny i absolutnie nigdzie poza tym jednym miejscem niedostępny. Ignea miała w domu cały zapas i jak tylko zorientowała się, że może nim przekupywać osoby, które nie miały go na co dzień, natychmiast z tego skorzystała.

— A ja? — odezwał się Thin. — Może też bym chciał soku?

— Możesz przypilnować zupy, żeby się nie spaliła.

Z tymi słowami wyjęła wielki garnek z gotowym już daniem, które wystarczyło tylko podgrzać. Na szczęście Ethereal był bardzo dobrym starszym bratem i skoro nie mógł być obecny na rodzinnym spotkaniu, to przynajmniej załatwił poczęstunek. Nie był aż tak okropny, żeby wystawiać wszystkich na fatalną kuchnię Ignei, która potrafiła nawet zepsuć wodę, gdy się za bardzo zagapiła.

Powąchała opary, skrzywiła się i sięgnęła po przyprawy. Thin natychmiast ją powstrzymał, dokładnie wiedząc, jaki gust kulinarny miała. Mało kiedy gotowała, ale kiedy już to robiła i kiedy jej wychodziło, wszystkie dania były piekielnie ostre. Jeden raz spróbował i więcej już nie miał odwagi. Czuł ogień w żołądku przez cały tydzień, a wziął tylko małego, malutkiego gryza! Dziwne że po tym nie zamienił się w smoka!

Niedługo później wszyscy usiedli przy stole, który Ignea wydłużyła zaklęciem i smakowali pyszną zupę Ethereala. Dla kogo pyszną, dla tego pyszną, ona sama musiała sobie dosypać trochę rzeczy dla smaku. Zawsze się zastanawiała czemu reszta je takie mdłe dania.

Przyglądała się wszystkim w milczeniu. Koel Alieaster był starszym bratem jej taty, a mimo to wyglądał zdecydowanie młodziej niż on, nawet pomimo zmarszczek i siwiejących już włosów. Miał też zupełnie inne podejście do życia. Podczas gdy tata był zawsze ponury, mało kiedy się uśmiechał i przez większość dnia siedział w pracy, żeby potem przyjść zmęczonym po pracy, wujek Koel szczerzył wesoło zęby i aż tryskał energią. Z całą pewnością też zajmował się swoimi dziećmi, zamiast marnować życie przy biurku.

Chociaż ciocia Lizia była typowym, czerwonym diablikiem, cała zgraja jej dzieci nie odziedziczyła tego koloru. Niektóre miały lekko czerwone oczy, jeden posiadał czerwone włosy, ale poza tym wszystkie one, co do jednego, były białe. Białe włosy, biała skóra, szarawe oczy. Nikt nie wiedział dlaczego tak było, ale wujek Koel mówił, że to może być wina jego przodków. Co dokładnie miał na myśli, nigdy nie wytłumaczył. Ignea nie znała żadnych dziadków, pradziadków, innych wujków czy cioć. Nie wiedziała nawet czy mieli jakichś innych wujków. Może po prostu wujek Koel i tata byli jedynymi dziećmi swoich rodziców. Ale skoro tak, dlaczego nigdy nie opowiadali o nich. Gdzie byli ich rodzice?

Miała ochotę wiele razy o to zapytać, ale coś ją powstrzymywało. Może zginęli w jakimś tragicznym wypadku i takie pytanie natychmiast zabiłoby miłą atmosferę. Nigdy nie wiadomo.

— Jak tam nauka? — zapytała ciocia, przerywając tę dziwną ciszę. — Dalej uczysz się tych skomplikowanych znaków, prawda? Sama kiedyś próbowałam, ale to zbyt dziwne jak dla mnie. Coś ciekawego ostatnio słychać?

— Przygotowania, przygotowania, cały czas przygotowania — odpowiedziała Ignea, odstawiając łyżkę. — Na Święto Kwiatów musimy zrobić pokaz sztucznych ogni i to na każdy dzień inny, żeby nikomu się nie znudziło. Poza tym jest pełno fiorów, którzy potrzebują pomocy z rozwieszaniem lampek czy uspokajaniem świetlików albo kwiaty im powiędły, różne powody i ze wszystkim zwracają się do magów, co jest strasznie irytujące. Jakby, magia nie może pomóc w każdej sytuacji! Ale może cię zamrozić w miejscu, jeśli dalej będziesz mnie kopał po nogach, Kayl!

Rzuciła kuzynowi wściekłe spojrzenie, a on skulił ramiona i natychmiast przestał.

— Nic nie robię — mruknął pod nosem, ale nikt mu nie uwierzył.

— Poza świętami jest dość nudno — kontynuowała Ignea, jakby w ogóle nie przerywała. — Wszyscy na co dzień raczej obawiają się magów i nie przychodzą sobie ot tak, nawet z błahymi powodami, więc mamy spokój. Muszę jeszcze ćwiczyć znaki ziemi i natury, bo najgorzej mi wychodzą, ale tak poza tym jest raczej dobrze. O, ostatnio się nauczyłam przyspieszonego kiełkowania! Mogę wam pokazać!

Wzięła nasiono słonecznika z szafki i położyła na stole. Lśniącymi ścieżkami magii wymalowała wokół niego najpierw okrąg, żeby zacząć wypełniać go znakami. Kuzyni z iskrzącymi oczami patrzyli się na to, co robi, choć bardziej prawdopodobnie przyciągał ich blask niżeli skomplikowane wzory, które Ignea robiła. Małe, demoniczne ćmy, które przyciągało wszystko, co się świeci. Narysowała ostatni zawijas u dołu, po czym przekreśliła całość wielkim X. Nasionko drgnęło, a cały blask natychmiast znikł. A potem, jakby ktoś puścił film w przyspieszonym tempie i natychmiast wyrósł pełnoprawny słonecznik, z korzeniami które usilnie próbowały znaleźć grunt, ale im się nie udało, więc uczepiły się stołu.

— Super! — ucieszył się Thin. — Umiałabyś tak z jaskrawcami? Strasznie długo rosną, a potrzeba mi trochę do mojego…

Urwał, widząc, jak słonecznik niemal od razu zaczyna więdnąć. Ignea uśmiechnęła się przepraszająco.

— Im bardziej przyspieszysz wzrost, tym krócej będą dojrzałe i tym szybciej umrą. To jedna z zasad magii, mówiąca o proporcjonalności. Jeśli przyspieszysz jedną część życia, każda inna wzrośnie do niej proporcjonalnie. Ze zwalnianiem jest zresztą tak samo.

— Ile magia ma zasad?

— Bardzo dużo. A co, chciałbyś się pouczyć? Mogę ci zacząć recytować.

— W sumie to myślę, że moja obecna wiedza mi wystarczy.

Wujek Koel uśmiechnął się do zupy.

— Poza tym — dodał Thin po chwili namysłu — i tak bym nie mógł studiować niczego poza prostymi znakami, więc po co mi to?

Diabliki miały swój własny, dziwny i niepowtarzalny typ magii, który zawsze dziedziczyły wszystkie, bez żadnego wyjątku. Dawało im to przewagę w niektórych rzeczach, ale miało też swoje minusy — skomplikowana magia, dostępna dla niemal wszystkich innych istot, była dla nich zwyczajnie nieosiągalna. Ich zmysł magiczny nie potrafił ich objąć czy coś w tym guście. I tak nikt, kto nie był diablikiem, nie potrafił zrozumieć tej formułki. Nie mogły i tyle, koniec tematu. Wszystkich półkrwi, takich jak Thin, też się to tyczyło.

— Uh huh, to pozostań przy mechanikowaniu — prychnęła Ignea. — W końcu to ci jeszcze jakoś wychodzi.

— Jakoś? — Thin wyglądał, jakby został śmiertelnie obrażony. — Mam cały wielki warsztat, który jest najlepszy w całym mieście, a ty mi mówisz, że idzie mi „jakoś”?

Thina można było obrażać na różne sposoby i mało co go ruszało. Słyszał w życiu już naprawdę dużo wyzwisk, że jest mieszańcem, że potworem, że co on sobie myśli wykupując stare budynki na brzegu rzeki, których nikt nie używa, za kogo on się ma, że tak szasta pieniędzmi. Nic z tego go nie ruszało. Ale jeśli tylko ktoś, ktokolwiek, zażartował sobie jakkolwiek z jego umiejętności majsterkowania, zaczynał się koszmar.

— Żartowałam! — rzuciła szybko Ignea. — Oczywiście, że jesteś najlepszy. W końcu nie prosiłabym jakiegoś słabeusza, żeby mi naprawiał rzeczy, tak? Jestem egoistką i uważam, że należy mi się to, co najlepsze.

Thin mruknął, niepewny, jak powinien się czuć po takim komentarzu, ale złość raczej mu przeszła. Dokończyli obiad. Ciocia stwierdziła, że sama poradzi sobie ze wszystkim w domu i z całą pewnością wiedząc, że Ignea i Thin lubią się włóczyć gdzieś sami, wygoniła ich na ulicę. Ignea wpadła jeszcze szybko do pokoju po swoje rzeczy i już ich nie było. Thin odetchnął z ulgą.

— Nareszcie, wolność od hałasu.

Miał oczywiście na myśli swoich braci, którzy znów zaczęli rozrabiać.

— Myślałam, że już przywykłeś — zauważyła Ignea. Przyspieszyła nieco kroku, obróciła się i zaczęła iść tyłem, splatając ręce za plecami. — No, to co byś chciał robić? Wieża północna została ostatnio zamknięta, bo coś tam się w niej zawaliło, więc nie możemy już ścigać się na jej szczyt. Ale! Zaczęli odbudowywać tę południową, z jakiegoś powodu i tam już można zwiedzać!

— Wpadniesz na kogoś.

— Albo możemy iść od razu do puszczy! Znalazłam nową, super jaskinię, w której jest cała masa nietoperzy! A przynajmniej była w trakcie Szalonej Pory. Były super, miały takie ogromniaste uszy, a oczy im się świeciły na fioletowo! Zresztą sam zobaczysz jeśli tam jeszcze będą.

Thin westchnął.

— Najpierw chciałem odwiedzić Maraya. Obiecał mi załatwić trochę nowych części.

Tak więc poszli do warsztatu. Maray był starszawym fiorem, który uparcie odmawiał przejścia na emeryturę, pomimo swoich prawie trzech setek na karku i nadal bawił się w przemycanie rzeczy, rozkręcanie ich, a potem składanie w coś zupełnie innego. Kiedyś jakimś cudem udało mu się sprowadzić w całości samochód tak, że mirianie stacjonujący w puszczy tego w ogóle nie zauważyli. Od tamtej pory nikt nie odważył się mu powiedzieć, że powinien skończyć ze swoim zawodem, choć wcześniej bywali tacy.

Wśród pięknych sklepów z ubraniami, słodyczami i innymi bzdurami, stało ponure, stare drzewo, o czarnej korze, przywodzące na myśl jakiegoś pradawnego potwora. Nie miało okien, jedynie wejście przysłonięte koralikami zamiast zwykłymi drzwiami. Otoczone było dziwnymi, niepokojąco świecącymi kwiatami. Nic dziwnego, że wszyscy próbowali się trzymać z daleka.

Maray siedział na zewnątrz, na podwórku i skręcał śrubokrętem jakieś części, kiedy kolejne leżały wokół niego, rozwalone wszędzie bez ładu i składu. Wyglądał na tak zajętego swoją pracą, że nawet nie zwrócił uwagi, kiedy Ignea i Thin przeszli przez płot i stanęli nad nim, żeby zobaczyć, co dokładnie robi.

— To helikopter? — zapytał Thin, przekrzywiając głowę.

Maray powoli podniósł głowę i spojrzał na niego z uśmiechem zmęczonego, starszego pana.

— Coś w tym guście — odpowiedział wolno. Nie wyglądał na zdziwionego wizytą. — Potrzebuję czegoś latającego, czego nie da się łatwo zestrzelić. Przyszedłeś po ten stary zegar, prawda?

— Chciałem cię też po prostu odwiedzić! Dawno tu nie byłem. Co tam słychać?

Starzec powoli podniósł się z ziemi, odkładając dziwne coś, co skręcał, chyba śmigło.

— Nic ciekawego. Prawnuki na studiach, syn cały czas prowadzi firmę, życie jak życie. Mirianie po raz piąty przecięli kable od internetu, akurat jak oglądałem poradnik składania silnika. — Cały czas mówił powoli. Weszli do środka przez koralikową zasłonę. — Wolę się nie tykać tego potwora, dopóki nie będę miał pewności, że nie wywołam wybuchu przecinając któryś z kabli.

Wnętrze nie było wielkie. Albo raczej było, tyle że prawie całe miejsce zajmował ogromny, zniszczony samochód w kolorze rdzy. Ewentualnie po prostu był cały pokryty rdzą. Ignea rozejrzała się. Niby jakim cudem przez te małe drzwi ktokolwiek wprowadził coś takiego do środka?! To musiała być jakaś magia, ale ona nie znała takiego zaklęcia. Pod ścianami stały stoliki zawalone wszystkim, czym tylko się dało, za to pod sufitem, na nitkach wisiały, robiące za lampy, świecące kwiaty.

— Może ty się na tym znasz? — mruknął Maray, otwierając maskę samochodu. — Dla mnie to wygląda jak czarna magia. Zdecydowanie zbyt dużo tych wszystkich części i kabli. Samochody są fajne, ale zdecydowanie zbyt skomplikowane.

— Mógłbyś wywalić wszystko — odezwała się Ignea — i wrzucić tu silnik arqa, też by działało.

— Planowałem, ale to nie takie łatwe.

— I tak trzeba znać prawidłową budowę takiego silnika — wtrącił Thin. — Żeby wiedzieć, co można wywalić, a co nie, co gdzie podłączyć… to nie jest pstryknięcie palcami.

— To po co w ogóle załatwiać sobie taki samochód? Szybciej byłoby zbudować sobie swój.

— Przecież ty nie znasz się na takich rzeczach.

— I umiałabym zbudować sobie normalny samochód.

Thin wyglądał, jakby naprawdę ciężko mu było powstrzymać śmiech. Odwrócił się do niej tyłem, a jego ramiona drżały lekko. Ignea patrzyła na niego przez chwilę, po czym uznała, że już jej się znudziło i zaczęła się interesować innymi rzeczami wokół. Mało kiedy ktokolwiek wpuszczał ją do miejsc takich jak to, bo zwyczajnie uwielbiała wskazywać na wszystko, czego nie znała i dowiadywać się co to. A że jej pamięć była dość krótka, często pytała o jedną rzecz kilka razy, żeby w połowie wyjaśnienia powiedzieć „już pamiętam” i zająć się czymś innym. Krótko mówiąc, była osobą, która irytowała wszystkich wokół.

Zanim jednak zdążyła zapytać o jakąś dziwną rzecz, jej wzrok przykuło co innego. Jeden ze stolików był prawie zupełnie pusty, stała na nim tylko włączona lampka i dziwne urządzenie. Coś, co Ignea już znała i to zdecydowanie nie dlatego, że widziała to wcześniej w warsztacie. Podeszła bliżej.

— Tayvi ci to przyniósł?

Maray spojrzał na nią i usiał myśleć przez chwilę, zanim się zorientował, o co dziewczyna pytała. Mało kto nawykł do tego, że Ignea z taką beztroską mówiła o jednym z Wielkich Magów.

— Och, tak. Ale nie mam pojęcia co to jest — dodał szybko. — Trudno to otworzyć, żeby nie rozwalić tego, co jest w środku, więc na razie nie próbowałem niczego ryzykownego.

Teraz i Thin zwrócił na to uwagę. Wyminął samochód i pochylił się nad urządzeniem, jego oczy błyszczały zaciekawieniem. Nie odważył się tego dotknąć, ale pociągnął nosem, jakby zapach mógł mu cokolwiek powiedzieć.

— Niczego nie przypomina — zauważył. — Gdzie w ogóle to zostało znalezione?

— W Złotej Puszczy — odpowiedziała mu Ignea. — Patrol to pierwszy znalazł, było wbite w ziemię i otoczone całą masą zaklęć. O, no tak, przecież było tego więcej! Było kilkanaście takich samych urządzeń i były ustawione w jakiś… półkrąg chyba, coś takiego.

— Tego nie słyszałem — mruknął Maray, podchodząc do ich dwójki. — Mistrz Tayvelen nic mi nie mówił.

— Bo o tym nie wiedział. Jak sobie poszedł po zdjęciu zaklęć, to ja jeszcze trochę szukałam i znalazłam inne… inne… cokolwiek to jest. Chciałam to powykopywać, ale nie znam się na tyle na magii, żeby sama zdjąć takie zaklęcia.

— Aż tak bardzo skomplikowane były? — zdziwił się Thin.

— Strasznie. Ktoś naprawdę bardzo nie chciał, żeby to coś zostało zauważone.

Thin i Maray spojrzeli na urządzenie, jakby było skrajnie niebezpieczne. W sumie było to bardzo możliwe. Ale po chwili Thin się odezwał:

— Skoro było więcej takich samych, to pewnie znaczy, że nie jest aż tak mocne.

Maray chyba się z nim nie zgadzał, ale nie odezwał się. Zaczął narzekać, że ma dużo pracy, a oni mu bardzo przeszkadzają. Wcisnął Thinowi w ramiona średniej wielkości zegar wahadłowy i wyprosił ich za drzwi, oczywiście wciąż się grzecznie uśmiechając. Nie mając co robić, chodzili trochę po mieście, strasząc fiorów, którzy wciąż wieszali ozdoby na domach. Na niektórych wystarczył sam wygląd Thina, żeby pochowali się w domach, inni uciekali od Ignei, bo przecież była magiem. Tylko dzieci biegały wokół nich wesoło, nie przejmując się niczym. Kilka zatrzymało się przy diablim ogonie i oglądały go z zaciekawieniem, przynajmniej do momentu gdy Thin nim nie poruszył. Wtedy krzyknęły, przestraszone i uciekły.

— Ale jesteś straszny — prychnęła Ignea, patrząc na małych fiorów, którzy wyglądali zza uliczek z przerażeniem na twarzach. — Żeby tak przeganiać małe dzieci.

— Niewygodnie się ciągnie ogon po ziemi — zaprotestował Thin. — Poza tym tu jest pełno ostrych kamieni.

— Aha.

— Jakbyś na jakiś nadepnęła gołą stopą, to też by cię bolało.

— To sobie załatw jakiś pokrowiec na tę strzałkę. Poproś mamę, żeby ci uszyła taki malutki sweterek, najlepiej w kwiatki.

Thin uniósł brwi, ale nic nie powiedział.

— Albo w tęczę.

— Wolę zimowe kolory.

Ignea zmierzyła wzrokiem jego czarno-szaro-biały strój.

— Zauważyłam. Pomóc ci z tym zegarem?

— Nie! Rozwalisz mi go!

— Już jest rozwalony. Przecież nie chodzi.

— Bo jest nakręcany, a nikt go dawno nie nakręcał. Zostaw to! — syknął na nią, widząc, że nadal zamierza sięgnąć po jego zdobycz. — Chcę go mieć w całości zanim sam go rozkręcę. Muszę przestudiować jego budowę, okej? Powiedziałem „zostaw”!

— Narzekasz — prychnęła Ignea, ale cofnęła ręce i wcisnęła je do kieszeni płaszcza. — No ale teraz możemy gdzieś iść. To co z tą wieżą?

— Ignea!

Odwróciła się w stronę osoby, która ją zawołała. Chłopak w jasnym żółto-niebieskim, idiotycznym stroju zatrzymał się przed nią, dysząc ciężko. Jego dziwny płaszcz nie miał rękawów, spodnie sięgały mu jedynie nieco poniżej kolan, a na dodatek na stopach miał sandały, nie mówiąc już nawet o ozdobach, które musiały mu nieźle przeszkadzać. Choć pogoda w ostatnim czasie zaczęła się poprawiać, to jeszcze nie była aż tak dobra, by ubierać się tak luźno. Musiało mu być strasznie zimno.

— Nie mogłeś… się przebrać? — zapytała Ignea z pewnym zmieszaniem. — Nikt ci nie każe chodzić w stroju ucznia trzydzieści sześć na osiem.

Noil z trudem się wyprostował. Jego oddech tworzył mgiełkę w powietrzu.

— Nie… miałem czasu — wydyszał. Przeczesał palcami blond włosy. — Potrzebuję pomocy! I to natychmiast!

— Umawialiśmy się na wieczór.

— Wiem, ale… Artur mnie zabije, jak do wieczora mu nie przyniosę wstępnych planów. Już i tak jest wkurzony, bo nie spodobała mu się moja praca semestralna! Ja nie chcę umierać, pomóż mi!

— Wiesz, może gdybyś nie pisał o Gwiazdach, jak ci mówiłam…

— Proszę! Będę ci dłużny!

— Już i tak jesteś — zauważyła Ignea. Spojrzała na Thina, który po prostu wzruszył ramionami i nieznacznie skinął głową. — Dobra, chodźmy. Najwyżej do końca życia będziesz robił za moją tarczę.

Noil zaczął po tysiąc razy powtarzać słowo „dziękuję”, co było jeszcze gorsze niż gdyby nie mówił nic. Brakowało tylko, żeby padł na kolana i zaczął walić głową w bruk, ale szybko wyrzuciła z głowy tę myśl, na wypadek gdyby kolega jednak opanował umiejętność czytania w myślach. Patrząc na niego, mógłby jeszcze uznać takie podziękowania za dobry pomysł.


Rozdział VI

Zaklęcia Dnia

Jeśli uczniowie musieli pracować poza zajęciami, najczęściej pracowali w miejskiej bibliotece. Nie było wyjątku jeśli chodziło o tych bardziej wyjątkowych uczniów. Bibliotekarz nie zwracał na to uwagi — dopóki nikt mu nie przeszkadzał, było w porządku. Ignea i Noil zajęli jeden z największych stolików, wzięli górę książek z rysunkami kwiatów i zaczęli robić notatki. A w każdym razie Ignea zaczęła robić, bo Noil był tak zestresowany, że jedyne co mu wychodziło, to nic nieznaczące bazgroły.

— Tego na pewno nie puścimy na niebo — prychnęła Ignea, patrząc na jego kartkę. — Weź się trochę skup! Skoro ci nie wychodzą wzory, to spróbuj ustalić, w jakich miejscach najlepiej rozstawić znaki.

— Um… a masz mapę?

— Czemu muszę za ciebie wszystko robić? To ty się do tego zgłosiłeś, nie ja!

Rzuciła mu mapą miasta w twarz. Noil nic nie powiedział, tylko złapał ołówek i zaczął mamrotać do siebie pod nosem. Przynajmniej coś robił. Ignea westchnęła i wróciła do rysowania różnych rodzajów kwiatów. Nie było to łatwe, bo wszystkie te najładniejsze były dość skomplikowane, przynajmniej jeśli robiło się ich szkice. A szkice musiały być dokładne i dobrze widoczne, jeśli zamierzała je potem potraktować zaklęciem.

Robienie pokazu nie było wyjątkowo trudnym zadaniem, ale za to było wyjątkowo nudne. Najpierw robiło się wszystkie potrzebne szkice, skanowało je zaklęciem i esencję wrzucało się w ustawiane znaki. Trzeba było przeliczyć odpowiednio czas i te same przeliczenia także trzeba było w znakach uwzględnić. No i przede wszystkim trzeba było poustawiać znaki w dobrych miejscach, tak, żeby sam pokaz był dobrze widoczny. Powtórz na każde ważne święto, pamiętaj, że wzory zawsze muszą być inne. Jedna pomyłka i musisz liczyć się z półrocznym narzekaniem fiorów.

— Chcesz ustawić pięć czy dziesięć? — zapytał Noil, przerywając rysowanie czegoś.

— A dasz radę z pięcioma? — odpowiedziała pytaniem Ignea, nie odrywając wzroku od swojej lilii. — Jak myślisz, że masz wystarczająco dużo mocy to ustaw pięć. Jak chcesz, żebyśmy mieli większą kontrolę i więcej roboty to daj dziesięć. Mnie bez różnicy.

— Bez różnicy?

— Zaklęcia świetlne są dla mnie drugimi najłatwiejszymi, zaraz po zaklęciach czystego powietrza. Mogę je rzucać z zamkniętymi oczami. Więc tak, dla mnie to bez różnicy, ustaw je pod siebie.

Noil mruknął coś niezbyt miłego pod nosem. Ignea nigdy nie wiedziała, dlaczego się tak denerwował. Każdy mag miał jakieś zaklęcia, które wychodziły mu łatwiej niż innym, ale on akurat musiał być zazdrosny o te najłatwiejsze. Zupełnie jakby jemu samemu wychodziło to źle, co wcale nie było prawdą. Po prostu często się stresował i to był jego jedyny problem z magią.

— Lepiej dam dziesięć — zdecydował w końcu, dorysowując kilka krzyżyków na mapie. — Tylko będziemy potrzebowali zgody na namalowanie znaku na Placu Fioletki. W reszcie miejsc możemy je zrobić bez żadnych problemów.

— Mhm, mogę to załatwić. — Machnęła na niego ręką. — Ilu wzorów potrzebujemy? Mam czternaście. Myślę, że powinniśmy je powielić i puścić w różnych kolorach na niebie. Co sądzisz?

— Powielić… w sensie chcesz ustawić więcej znaków na jednym miejscu czy zamierzasz wpisać w nie od razu powielenie?

— Od razu. Będzie szybciej.

— Ale… ale ja nie umiem czegoś takiego wpisywać w znaki. Powielenie jest skomplikowane.

— Nie? To tylko trzy dodatkowe kreski do znaku.

— Ale trzeba wiedzieć, gdzie je ustawić! Artur zawsze na mnie narzeka, że ustawiłem je źle! Wszystko robię źle! — zezłościł się, wstając i prawie przewracając krzesło. Szybko je złapał, jakby zorientował się, że przecież siedzą w bibliotece. — Zawsze wszystko robię źle — powtórzył, już ciszej. — Nigdy mu się nie podobają moje prace, znaki zawsze stawiam krzywo i maluję je za wolno, bariera jest za słaba, atak jest za słaby, tutaj źle pociągnąłeś pędzlem, a tutaj źle zrozumiałeś znaczenie słowa, które może mieć dziesięć różnych znaczeń.

— Chyba trochę przesadzasz…

— Wcale nie! Artur na wszystko zawsze narzeka i ciągle mnie porównuje do Losse. Jego poprzedniej uczennicy — dodał, widząc niezrozumienie na twarzy Ignei. — Wszystko robiła tak perfekcyjnie, jak ja nigdy nie robiłem.

— Wiesz, mogę ci pomóc ze znakami jak chcesz.

— To i tak nie pomoże. On zawsze będzie narzekać. Napisałem idealną pracę semestralną, wszystko dokładnie sprawdziłem, a i tak ją wyśmiał.

— Z tym to bym dyskutowała — mruknęła Ignea. — Akurat tematu Gwiazd nikt nie powinien się tykać. To jakbyś wkładał kij w mrowisko.

— Ale…

— Co mnie twoje źródła? Rozkopywanie informacji o wielkim bohaterze, zbawicielu ludzkości nigdy nie jest dobre. Zapomnij. Co z tymi wzorami? Czternaście?

— Huh. Z obecnie ustalonym czasem… potrzebujemy dwadzieścia. O ile oczywiście dasz radę, zawsze możemy zmienić obliczenia.

— To muszę znaleźć kilka nowych kwiatów.

Ignea złapała kolejną książkę i zaczęła kartkować.

— A nie możesz… wymyślić jakichś nowych kwiatów na wzór?

— Ta, żeby potem mieć naloty wkurzonych ogrodników — prychnęła Ignea, odchylając się na krześle i kładąc nogi na stół. — Wolę nie. O, campa-coś-tam iso-jakoś, to wygląda ładnie.

— Żaden kwiat się tak nie nazywa.

— A kto by czytał ich pełne nazwy? To nieważne, ważne żeby wyglądał. Super, rysujemy. A ty możesz mi narysować wstępny znak, to ci powiem, co jest nie tak. Ale postaraj się w niego nie wrzucać jeszcze magii, okej? Coils się wścieknie, jak mu tu zaczną latać fajerwerki, nawet jeśli to będzie samo światło.

— Oczywiście.

Złapał ołówek i ochoczo zaczął malować znak. Zawsze taki był. Z kompletnego załamania, potrafił przejść do zadowolenia i ekscytacji, ewentualnie na odwrót. W zasadzie większość magów zachowywała się trochę nieprzewidywalnie, choć na różne sposoby. Ignea zawsze zastanawiała się jak to jest: czy za magię po prostu brały się osoby, które miały nierówno pod sufitem czy raczej — jak mówili wszyscy, którzy magami nie byli — to magia była powodem ich dziwności. Nikt nigdy nie przeprowadził badań na ten temat.

To o tym powinno się pisać prace, a nie o jakichś głupich Gwiazdach!

Igneę zaczynał irytować ten temat. Kiedyś nie miała o nim jakiegoś szczególnie złego zdania — ot legendarna, potężna zdolność, która zagnieżdża się w losowych osobach i daje im zdolności, o którym największym magom się nie śniło. Trochę straszne, ale w zasadzie to nudne. Dopóki nie spotkasz kogoś takiego, to co ma cię ten temat obchodzić, zwłaszcza jeśli szanse na to są naprawdę bardzo nikłe. Już prędzej dało się wygrać na loterii.

Ale nie, Noil miał jakąś obsesję na punkcie tej mocy, już od kiedy pierwszy raz o tym usłyszał. Nie wierzył, że ktoś taki może istnieć i na każdym kroku starał się to udowodnić, sprzedając wszystkim wyniki swoich „wytężonych badań”, kiedy to jego badania sprowadzały się do analizowania kilkunastu różnych tekstów o znikomej wiarygodności i wyłapywania z nich nieścisłości. Ignea dostała już chyba ze setkę takich „dowodów” i nie chciała ich więcej słyszeć.

Otwierając książkę na losowych stronach, przerysowała kolejnych kilka kwiatów i odłożyła ołówek. Miała dość. Co prawda umiała w miarę rysować, a przynajmniej przerysowywać mniej więcej dokładnie, ale niespecjalnie to lubiła. Przynajmniej wtedy, kiedy ktoś ją do tego zmuszał. Uwielbiała siadać sobie na dachu domu albo szczycie muru i malować w szkicowniku losowe rzeczy, które ją zainteresowały. Gdy jednak musiała usiąść przy stole i zrobić to bo ktoś tego potrzebował… cóż, szło tak sobie.

— Dwadzieścia jeden — powiedziała, odsuwając kartkę. — Możesz coś wywalić, ten, który ci się najmniej podoba. Albo ten, który jest najbardziej skomplikowany, jak chcesz.

Noil dał jej w zamian kartkę ze swoim znakiem i nawzajem porównywali swoje notatki. Ignea zmarszczyła brwi. Nie rozumiała, jak Artur mógł narzekać na swojego ucznia, przecież ten znak był zdecydowanie bardziej dokładny, niż tego potrzebował. Idealnie proste linie, każdy mały znaczek narysowanie w idealnie dokładnym miejscu, co do milimetra. Nie tak się rysowało proste znaki, tak się rysowało te skomplikowane i trudne, które musiały być idealne, żeby zadziałały.

— Kolejny perfekcjonista — mruknęła pod nosem. — Czemu zadaję się z samymi perfekcjonistami? Jest lepszy niż powinien — dodała, oddając Noilowi znak. — Nie powinieneś się martwić.

— Naprawdę? Ale… ta kreska wyszła mi trochę krzywo…

— To nie jest krzywo. To jest jedna, mikroskopijna górka na prostej linii. To by było niewybaczalne, gdybyś rysował jakiś wielopoziomowy znak o wielkiej sile, a nie jakieś wywoływanie fajerwerków. Nie narzekaj, nikt tak dokładnie nie rysuje znaków.

— Ale Artur…

— Przesadza. Nie przejmuj się tak. Pokaż, jak rozłożyłeś znaki.

Przyciągnęła do siebie mapę, poprzyglądała się chwilę, przesunęła jeden z krzyżyków nieznacznie i skinęła głową. Wyglądało całkiem porządnie. Noil chyba nie robił tego po raz pierwszy, w przeciwieństwie do niej. Widziała takie rzeczy tylko na obrazkach, nigdy nie miała okazji samej wziąć w tym udziału.

— Możesz to przekazać Arturowi — powiedziała w końcu, zbierając wszystkie potrzebne materiały w jedną kupkę i podając ją Noilowi, ale ten szybko pokręcił głową.

— Może ty… może pójdziesz ze mną? — zapytał niepewnie, nieco błękitniejąc na twarzy. Patrzył gdzieś indziej. — Ja… no ten… jak pójdę sam, to pewnie na mnie nakrzyczy.

— Żartujesz? Ułożyliśmy wszystko idealnie, dlaczego miałby…?

— Proszę!

— Jeśli pójdę, to JA mogę nakrzyczeć na NIEGO — zauważyła Ignea, przyciskając kartki do piersi. — Skoro Tayvi „nie uczy mnie szacunku do starszych” czy jak to tam szło…

— Proszę, proszę, proszę!

Ignea przewróciła oczami.

— Dobra. Ale potem nie będziesz na mnie narzekał.

— Ależ ja nigdy na ciebie nie narzekam! Jesteś najlepsza!

Było już późno. Ignea tego nie czuła, ale te początkowe przygotowania zajęły im wyjątkowo dużo czasu. Iskra już dawno schowała się za horyzontem, Kłótliwa chyliła się ku zachodowi. Fiorzy pozwabiali stada świetlików do latarni. Lśniły delikatnym blaskiem. Lekko niebieska poświata drugiego słońca rozświetlała szarawe niebo, na którym powoli zaczęły pojawiać się błyszczące punkty. Nie było żadnych chmur, nawet najmniejszych, które przysłaniałyby ogrom kosmosu.

Chatka Dnia znajdowała się na południu miasta, jak łatwo było się domyślić. Jako że należała do maga, oczywiście że wyróżniała się spośród innych. Zbudowana z jasnego, białego kamienia, błyszczała jaśniej, niż wszystkie latarnie w okolicy, choć ciężko było powiedzieć czy to sprawka magii, czy po prostu odbitego światła. W przeciwieństwie do Chatki Nocy, nie posiadała ogródka, a pokój ucznia nie znajdował się w osobnym budynku, ale w niewielkiej wieżyczce, wychodzącej z dachu.

Artur stał na zewnątrz i za pomocą zaklęć rozstawiał słoneczniki wokół swojego domu. Cały czas przesuwał je, jakby nie umiał ułożyć idealnego okręgu. Też miał na sobie ten idiotyczny strój maga, choć Ignea nie sądziła, żeby jakoś bardzo przejmował się etykietą. Bardziej chodziło o to, że w swoim wielkim, wysokim kapeluszu nie wyglądał na tak niskiego, jakim był, zwłaszcza jeśli zestawiano go z niemal dwumetrowym Noilem.

Kiedy podeszli bliżej, Artur obdarzył ich ponurym spojrzeniem. Jego prawe oko błysnęło groźnie. Ignea kiedyś żartowała sobie, że pewnie ma tam zainstalowany laser. Teraz podejrzewała, że to może być prawda.

— Dobry wieczór — powiedział sucho. Wszystkie doniczki, dotąd lewitujące sobie niewinnie kilka metrów nad ziemią, opadły z trzaskiem. Aż dziw, że się nie rozwaliły.

— Cze… dzień… dobry wieczór — odpowiedział Noil, jąkając się. Wyglądał na przerażonego.

— Siemasz, Amrivis — mruknęła Ignea. Artur nie wyglądał na zadowolonego tym powitaniem, ale Ignea nie pozwoliła mu na komentarz. — Przynieśliśmy ci plany na Święto Kwiatów, bo podobno chciałeś na dzisiaj. Możesz je sobie przejrzeć.

Podała magowi cały plik kartek, które przyjął z niechęcią. Przejrzał je, jakby naprawdę zbytnio nie obchodziła go zawartość, ale jego wzrok zatrzymał się na jednej. Artur zmrużył oczy, a jego twarz wykrzywiła się jeszcze większym niesmakiem. Można wręcz powiedzieć, że rezonowała nienawiścią.

— Co to jest?

Ignea nawet nie spojrzała, na co Artur patrzy.

— Wstępny zarys planów na Święto Kwiatów — powtórzyła. — Może na następne urodziny rzucę na ciebie jakieś zaklęcie poprawiające słuch? Na pewno jakieś istnieje. Ewentualnie uszy też możesz sobie zastąpić sztucznym zamiennikiem.

Sztuczne oko spojrzało na nią wściekle. „Z całą pewnością ma tam jakiś laser” pomyślała sobie Ignea, szykując się na atak. Nie nastąpił. Zamiast tego Artur westchnął i złożył z powrotem wszystkie kartki.

— Z taką niedokładnością mogą nastąpić komplikacje — oznajmił chłodno. — Powinniście to zrobić dokładnej. Żeby była jasność, nie zamierzam brać odpowiedzialności za wasze błędy w przypadku porażki.

— Nikt pana o to nie prosił.

— Ryzyko porażki jest dość duże przy takim rozstawie…

— Czemu ciągle narzekasz, co? — przerwała mu Ignea, machając ręką. — To nasz pokaz, jak coś nie wyjdzie, to nasza sprawa. Ale wszystko wyjdzie, bo jesteśmy na tyle dokładni, na ile potrzeba.

— Szczerze wątpię.

— Pan maruda — prychnęła Ignea.

— Znaki są źle ułożone. Teoria Grohma mówi…

— Ułożyliśmy je według rozstawu Irmalona. Jest mniej precyzyjny, ale zapewnia lepszą stabilizację i większe szanse powodzenia zaklęcia. Przy zaklęciach świetlnych jest najlepszym wyborem.

— Irmalon? Ta parodia maga?

— Mistrzu… — odezwał się z wahaniem Noil. — Ale… uczyłeś mnie o rozstawie Irma…

— I miałeś go unikać! — zezłościł się Artur. — To sposób dla amatorów, a ty NIE JESTEŚ amatorem, prawda? Chcesz ukończyć studia i dalej używać tak żałosnych metod?! Podobno chcesz już zakończyć naukę!

— Ja…

— Co jest złego w sposobach Irmalona? — zdziwiła się Ignea, robiąc minę, jakby naprawdę się nad tym zastanawiała. — W jaki sposób uproszczenia niektórych czynności, które nie wymagają stuprocentowej precyzji i idealnego skupienia, są złe? Uproszczenia, odpowiednio używane, powinny być nawet wskazane, kiedy skracają czas wykonania zadania, a efekt końcowy nie różni się znacząco.

— Ty… — Artur zacisnął wolną dłoń w pięść, a końcówki jego uszu zaczęły się robić niebieskie ze złości. — Jak śmiesz kwestionować słowa osoby wyższej rangą?!

— To słowa T… mistrza Tayvelena — odpowiedziała wesoło Ignea, kołysząc się na stopach. Do przodu, do tyłu. — On jest chyba od pana starszy i dłużej jest magiem, prawda? Czy to nie jest kwestionowanie słów osoby wyższej rangą?

— Zero szacunku! Wszyscy Wielcy Magowie są równi rangą!

— No tak, ale pan jest najmłodszy, no nie? Wiek też się liczy, w końcu oni wszyscy mają większe doświadczenie. Bardzo to pana boli?

— Ignea… — syknął Noil, ale nie bardzo wiedział, co powinien powiedzieć dalej. Stał z boku, wyprostowany jak drut, cały spięty i bał się wtargnąć między kłótnię dwóch karzełków.

Tylko Artur wyglądał na rozzłoszczonego. Ignea miała szeroki uśmiech na twarzy, zupełnie jakby bawiło ją denerwowanie innych. W sumie, jeśli spojrzeć na całe jej dotychczasowe zachowanie… Noil nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział ją wkurzoną. Czasem zirytowaną ale wkurzoną? Nigdy.

— Najwyraźniej wszyscy Alieasterowie nie wiedzą, kiedy powinni przestać — zauważył chłodno Artur.

Ignea wzruszyła ramionami.

— Skoro działa, to czemu mamy przestawać? Chyba pan nie wie, ale dostanie się na szczyt kariery jest trudne, panie Magu Pogody. Ojej, przepraszam, Magu Dnia.

Teraz nie tylko jego uszy były niebieskie, kolor zaczął mu wchodzić na twarz! Końcówki jego palców zajaśniały niepokojąco. Każdy, dosłownie KAŻDY wiedział, jak wrażliwy na punkcie niektórych rzeczy jest Artur Amrivis i w jego obecności niektórych tematów należało unikać, jeśli nie chciało się oberwać z jednym jego zaklęć. Zdecydowanie szczytem głupoty było wspominać jego odrzucone podanie, gdy chciał zostać najważniejszym Magiem kraju.

Ignea, na pozór wyluzowana, była całkowicie gotowa błyskawicznie postawić barierę, jednak atak po raz kolejny nie nastąpił.

„Albo trafiłam na jego lepszy dzień”, pomyślała sobie Ignea, „albo też ćwiczył panowanie nad sobą. Och, nie, wiem!”. Odpowiedź uderzyła ją nagle. Gdyby jeden mag, z jakichkolwiek pobudek, czy miał powód czy też nie, zaatakował ucznia innego maga, konsekwencje mogły być tragiczne. Artur raczej nie chciał mieć problemów z Tayvim, nawet jeśli niespecjalnie się lubili.

— Idź. Stąd — wysyczał z nienawiścią przez zęby.

— Może mnie pan wyzwać na pojedynek, jak nie chce pan kłopotów — zauważyła niewinnie Ignea, zaplatając dłonie za plecami i bujając się z boku na bok. — Pewnie wtedy pan w końcu wygra.

— Ignea! — Noil był przerażony przebiegiem wydarzeń. Gdyby tych dwoje zaczęło walczyć, pewnie wbiegłby między nich i przyjął sam na siebie wszystkie zaklęcia, byleby tylko ich powstrzymać.

Niemniej jednak błękit zaczął schodzić z twarzy Artura, a wściekłość została zastąpiona maską chłodnego spokoju. Pewnie w środku nadal gotował się ze złości, ale nie zamierzał tego dłużej okazywać. Wyprostował się i poprawił swój idiotyczny, złoto-błękitny płaszcz.

— Nie mam zwyczaju bić się ze zwykłymi uczniami — oznajmił bez cienia jakichkolwiek emocji w głosie. — Skoro panna Alieaster uważa, że we wszystkim jest najlepsza, może powinna sama poprowadzić pokaz fajerwerków. Pokaże pani swoje wyjątkowe umiejętności.

— Bardzo chętnie, ale widzi pan, jestem trochę zajęta. Niektórzy z nas mają życie osobiste. Ale Noil na pewno super sobie poradzi, w końcu jest taki dokładny! Hej, już późno! — dodała szybko, nie dając magowi dojść do słowa. — Powinnam wracać do domu, mam masę małych potworów do ogarnięcia! Jak się nimi nie zajmę, to rozwalą mi pokój! Pa!

— Ja też już pójdę! Dobranoc, mistrzu! — powiedział szybko Noil. I już go nie było. Chyba zdążył już nawet opanować teleportację, zdolny uczeń.

W domu, o dziwo, panował podejrzany spokój. Wujkowie siedzieli w salonie razem z Etherealem i prowadzili jakąś wesołą rozmowę. Małe potworki rozsiadły się na podłodze i w coś grały, chyba w karty, choć same karty wyglądały dość specyficznie. Nie przyglądała im się zbytnio. Thin i Oblivvis usiedli w rogu, schowali się za górą książek, części i narzędzi, po czym udawali, że ich tam wcale nie ma, mimo że największy hałas dochodził właśnie od ich strony. Ignea postanowiła zagrać w tę grę. Ominęła ich wzrokiem, jakby kąt był zupełnie pusty i udała się od razu na górę.

Jej pokój wyglądał jak po przejściu huraganu. Zatrzymała się na chwilę w progu, żeby zmierzyć wzrokiem siłę zniszczenia. Nie, raczej nikt nic nie zmieniał w tym bałaganie, wszystko było na swoim miejscu. Przekroczyła nienaruszoną wieżę z książek matematycznych, wyminęła fotel zarzucony ubraniami, który wyglądał jak jakiś starożytny potwór i przekroczyła górą łóżko.

Tylko dwa pokoje w domu miały wejście na strych, więc kiedy Ignea się o tym dowiedziała, od razu zaklepała jeden z nich, mimo tego, że oba były raczej małe. Złapała miotłę, otworzyła nią właz w suficie i odsunęła się szybko, żeby nie oberwać zjeżdżającą drabiną.

Strychu w zasadzie nikt nie używał, chyba że do składowania jakichś niepotrzebnych badziewi, których się już nie używało, ale też i szkoda było wyrzucić. Tata przechowywał tam szafki ze starymi dokumentami o dawno zamkniętych sprawach, jakby kiedykolwiek ktokolwiek miał do nich wrócić. Poza tym obok nich stało pudło pełne rzeczy owiniętych papierem, ale znając ojca, to mogło być coś, co wybuchnie jeśli zostanie otworzone, więc Ignea tego nie tykała. Może jeśli kiedyś nauczy się rozbrajać bomby… Brat trzymał tam głównie grube kodeksy, okazjonalnie jakieś ciężary czy inne głupoty.

Ignea zrobiła sobie z niego dodatkową bibliotekę, gdzie przetrzymywała te mniej potrzebne książki, które już nie mieściły jej się w pokoju. Ewentualnie te, których trzymanie w pokoju mogłoby się wydawać podejrzane. Wszystkie księgi magiczne, pseudomagiczne, opisujące zaklęcia i znaki znajdowały się właśnie tam. Niektóre były zapełnione zwykłymi, niewinnymi czarami, inne niebo mroczniejszymi. Ignea przeczytała kiedyś całą „Księgę Cieni”, którą kupiła od jednego z poprzednich uczniów Maga Pogody, ale nigdy w życiu nie rzuciła ani jednego zaklęcia tam opisanego. Nie były jakieś bardzo straszne, jednak zdecydowanie były zbyt dziwne i nieco niepokojące.

Nie tego teraz szukała. Przerzuciła mroczną książkę przez ramię i kontynuowała przekopywanie. Niektóre książki miały dziwne tytuły, niektóre miały tylko znaki narysowane na okładce, niektóre były tak stare, że w zasadzie już nie miały okładek. Cała masa książek, od których każdego poważnego maga rozbolałaby głowa, bo „jak można stosować takie praktyki?!”. „Zaklęcia stopnia piątego”, „Magia pór roku” czy „Krótka historia magii” były jeszcze w miarę akceptowalnymi podręcznikami, ale już tytuły w stylu „Nietypowe ścieżki magiczne” albo „Przeciążenia magiczne” były uznawane za obrazę dla społeczności magicznej. Ignea rozumiała dlaczego — te książki były po prostu głupie — ale uważała, że warto mieć nawet takie głupoty u siebie. Tak dla porównania, ewentualnie jakby chciała się kiedyś pośmiać.

W końcu udało jej się wygrzebać „Wszystkie sztuki Dnia” spod całej masy mrocznych ksiąg. Nie była to wyjątkowo stara lektura, ale i też nie była najmłodsza. Można by powiedzieć, że jest w średnim wieku. Na okładce miała wielki, złoty znak oznaczający „słońce”, ale wyblakł i zszedł częściowo na tyle, że dało się go przeczytać jako „chmura”, co było dość ironiczne. Ignea zawsze się zastanawiała, po co oznaczać książki znakami magicznymi, ale nikt jej nigdy nie odpowiedział na to pytanie.

— „Znaki są źle ułożone. To sposoby amatorów! Jesteście niegodni, bla bla bla” — przerzedniała ton Artura, przerzucając kartki książki. — Ty nadęty bucu. Ażebyś wiedział, że nam wyjdzie. Zrobimy taki pokaz, że ci oko zbieleje. Jak śmiesz tak traktować tego uśmiechniętego, skretyniałego perfekcjonistę…

Zaklęcia Magów Dnia skupiały się na ataku, głównie żywiole ognia i powietrza, a w książce zostały podzielone tak idiotycznie, jak tylko się dało. Podział na żywioły byłby logiczny. Podział na typy zaklęć byłby logiczny. Nawet podział na zastosowanie zaklęć w tym przypadku byłby w miarę logiczny, a przynajmniej logiczniejszy niż idiotyczne uporządkowanie zaklęć alfabetycznie! I to jeszcze nie według zwykłego, vittańskiego alfabetu, oczywiście, że nie. Ktoś ułożył zaklęcia alfabetycznie według zapisu zaklęciowego. Ignea miała ochotę sprawdzić autora książki, ale tak jak większość okładki i jego nazwisko zniknęło bez śladu. Może nie chciał się podpisywać pod czymś takim.

O ile ułożenie tekstu było beznadziejne, o tyle opisy były całkiem sensowne. Kiedy już znalazłeś czego szukałeś, książka nagle mogła stać się przydatna. Ignea przebrnęła przez tonę nieprzydatnych dla niej zaklęć, opisujących ataki ogniste, jakieś manipulacje wiatrami i inne bzdety, zanim w końcu znalazła jakieś świetlne znaki. Zaznaczyła stronę i zaczęła szukać dalej.

— Co robisz?

Klapa w podłodze była podniesiona, a z dziury wyglądała głowa Aliony’ego. Czerwone oczka błyszczały niewinnie i wpatrywały się w nią z ciekawością. Zwłaszcza kiedy diablik zobaczył wszystkie leżące wokół kuzynki księgi. Wdrapał się niezdarnie do środka.

— Magię — odpowiedziała krótko Ignea.

Jeśli myślała, że to odstraszy kuzyna, to grubo się myliła. Aliony uśmiechnął się szeroko i usiadł obok niej na kawałku wolnej od książek podłogi.

— Fajnie! Mogę z tobą?

Spojrzała na niego podejrzliwie.

— Przecież ty nie możesz tak czarować.

— Co z tego? — zapytał ze szczerą niewinnością, owijając ogon wokół nóg. — To nie znaczy, że nie mogę się tym interesować, prawda? Jakich znaków szukasz? Pokażesz mi jakieś? Tata mi nie pozwala zaglądać do książek magicznych. Proszę!

— Skoro wujek ci nie pozwala, to czemu ja mam ci pozwolić?

— No bo… bo… — zaczął się wahać. Rozejrzał się rozpaczliwie dookoła, jakby ktoś mógł podsunąć mu jakiś pomysł, ale były tam tylko kłęby kurzu. Nagle na jego twarzy pojawiło się olśnienie. — Dam ci spinkę!

— Spinkę? — Ignea uniosła brwi z powątpiewaniem.

Aliony sięgnął do włosów i spomiędzy nich wyjął czerwoną jak krew spinkę ozdobioną jakimś motylkiem czy innym owadem. Gdyby o niej nie powiedział, Ignea w ogóle by nie zauważyła, że coś w tych włosach ma. Ciekawe co tam jeszcze ukrywał.

— Czy wyglądam jak osoba, która nosi spinki? — zapytała, wskazując na swoją fryzurę. Jej włosy wyglądały jak wyjątkowo wściekłe, puchate stworzenie, może jakiś brązowy baran albo coś w tym rodzaju. Nie czesała ich, nie układała ich, nie spinała ich, w zasadzie pozwalała im żyć własnym życiem, tylko od czasu do czasu postanawiając je umyć.

Aliony’ego to nie zraziło.

— To był prezent — oznajmił z dumą. — Dessan ją kupił i mi dał, bo chciałem. Bardzo się zezłości, jak zobaczy, że ty ją masz.

Teraz to oczy Ignei błysnęły.

— Jesteś aż taki wredny?

— Lubię magię. To co, pokażesz mi jakieś zaklęcia? Proszę!

W takiej sytuacji Ignea nie mogła dalej odmawiać. Wpięła spinkę nie we włosy, ale na kołnierzyk koszulki i pozwoliła Aliony’emu na zajrzenie do książki. Przewróciła kilka stron i wskazała na jeden ze znaków.

— Zobacz, to znak odpalenia fajerwerku. Wiesz, jak tworzy się znaki?

Aliony pokręcił głową.

— Istnieje specjalny, bardzo skomplikowany alfabet. Najpierw rysujesz taki duży okrąg. Jego wielkość zależy od tego, jak skomplikowane zaklęcie chcesz rzucić. Im bardziej skomplikowane tym więcej wpiszesz w nie potem kształtów z tego alfabetu, więc tym większe musi być. W czterech kierunkach świata w kręgu wpisuje się znaki żywiołów, jak któregoś nie używasz w zaklęciu, to to miejsce w znaku musisz zostawić puste. To koślawe „m” na górze rysuje się od południa, to uproszczony symbol ognia. Można go używać w prostych znakach pierwszego i drugiego poziomu, czasem trzeciego, choć tutaj to już zależy.

— Jak działają poziomy? — przerwał jej Aliony. — Wszyscy magowie zawsze mówią o jakichś poziomach, ale ja nie wiem, co to znaczy. Chodzi o… poziom trudności jak w grze?

— Niezupełnie — prychnęła Ignea, powstrzymując śmiech. — Patrz, znak fajerwerku ma poziom drugi. A ten tutaj — przesunęła palec na drugą kartkę — znak totalnej zapory ogniowej… czemu coś takiego w ogóle jest w tej książce? W każdym razie, on ma poziom piąty, z podwojonym poziomem czwartym. Widzisz dlaczego?

Diablik zmrużył oczy i zaczął się przyglądać obu na zmianę, jakby w tych zupełnie niezrozumiałych obrazkach mógł znaleźć jakąś zależność. Zajęło mu to chwilę, ale w końcu wydał z siebie ciche „och”.

— Więc?

— Chodzi o te kółka.

— Okręgi, ale w zasadzie to tak.

— Można tak robić?

— Oczywiście! Czemu by nie? — Ignea wzruszyła ramionami. — To uproszczenie, żeby nie musieć łączyć wszystkich symboli między sobą, a wrzucić po prostu w dodatkowy znak. To tak jakby podzielić jedną, dużą grupę, na kilka mniejszych. No ale to trzeba umieć. Zobacz, w fajerwerku masz znak opanowania ognia, obok niego znak wywołania światła, a połączony z nimi oboma jest kontrola powietrza.

— To potrójny drugi poziom?

— Nie, to po prostu drugi poziom. O wielokrotności poziomów nigdy nie mówisz, gdy poziom wielokrotny jest poziomem finalnym.

— Finalnym…

— Najwyższym. Ostatnim. Kiedy nie ma w nim kolejnych kręgów.

Zamrugał.

— To chyba… bardzo skomplikowane.

— Gdyby to było łatwe, to każdy by się do tego zabierał — zauważyła przemądrzałym tonem Ignea. — A to co ci powiedziałam to dopiero podstawy. Trzeba się nauczyć całego zapisu zaklęciowego, a on obejmuje pięćdziesiąt trzy symbole, które łączą się zupełnie inaczej, niż nasze litery w zdania. Potem musisz się nauczyć jak je poprawnie wpisywać w znaki, które można łączyć z którymi a które nie zadziałają albo wywołają katastrofę, jak przepływa magia w znaku, jaka będzie najlepsza poprawna kolejność, ogólnie bardzo dużo rzeczy zanim sam zaczniesz po prostu robić zwykłe znaki na przykład do odpalania ogniska.

— To może… może ja najpierw przeczytam o jakichś podstawach, a kiedy indziej mi opowiesz o takich skomplikowanych znakach, co?

Spodziewała się tego. Kiedyś Thin zareagował dokładnie tak samo na jej tłumaczenia, a potem całkowicie się poddał z „robieniem magii”.

— Znajdź książkę z trzema fioletowymi znaczkami na okładce. Mam tutaj taką tylko jedną, ona mówi o podstawach. Możesz ją pożyczyć. Tylko nie daj jej zobaczyć wujkowi! — dodała ostrzej, niż zamierzała. — Jak cię z nią przyłapie, to skłamię, że mi ją zabrałeś bez mojej wiedzy. Nie będę się narażać!

Aliony przytaknął z powagą i zaczął poszukiwania. Ignea przyglądała mu się przez chwilę, po czym dała sobie spokój i wróciła do swoich własnych spraw. Przydatnych znaków znalazła na tyle, że zaczęła je notować, tak na wszelki wypadek.

Jeszcze pokaże temu staremu zgredowi na co ich stać.


Rozdział VII

Ogon

Obudził się z bólem głowy. Okazało się, że nadużywanie jego mocy skutkowało potężnym kacem, na którego nie pomógł nawet cały karton mleka. Połknął kilka tabletek przeciwbólowych i, pomimo protestu lekarzy, natychmiast się wypisał. Chcieli go jeszcze zaciągnąć na jakieś krótkie badania sprawdzające, czy coś w tym rodzaju, ale nie zamierzał dać się w to wkręcić. Nieważne, że nie sprawdzali tam tożsamości i kartoteki, musiał być ostrożny.

Cesa przyglądała mu się podejrzliwie, już odkąd się przebudził. O ile nie bał się jej samej mała, niezbyt wysportowana dziewczyna, która nie wyglądała bardzo groźnie — o tyle jej oczy… Był absolutnie przekonany, że skądś kojarzył tę różowawą barwę i to z jakiegoś bardzo ważnego miejsca, ale wspomnienia nie zamierzały współpracować, więc nie mógł być pewien. Poza tym była zdecydowanie zbyt spokojna jak na sytuację, w którą się wplątała.

— Ja prowadzę — warknął, kiedy stanęli na parkingu, przed tym ukradzionym, rozwalonym gratem. Wyciągnął rękę po kluczyki, ale dziewczyna tylko prychnęła z drwiną.

— Jeszcze czego! Nie chcę skończyć w jakimś rowie albo jeziorze! Masz ty w ogóle prawo jazdy?

— Mam siedemnaście praw jazdy! — zezłościł się. — Na pewno jestem lepszym kierowcą niż ty.

— Tak, a każde na zmyślone imię. Jak masz naprawdę na imię?

Coraz bardziej go irytowała, jakby to w ogóle było możliwe! Wyglądało na to, że wcale nie jest aż taka głupia, jaką na początku udawała. Kim ona była? Próbował kilkakrotnie przeszukać swoją pamięć i znaleźć wspomnienie różowych oczu, ale cały czas ponosił klęskę.

— Nie mam imienia — prychnął, obchodząc samochód i wciskając się na miejsce pasażera. Usiadła za kierownicą, nadal przeszywając go wzrokiem. — No co?! Naprawdę! Jak byłem mały, to rodzice wywalili mnie z domu i uznali za zmarłego. Myślisz, że pamiętam, jak mnie nazwali? Co mnie miało to zresztą obchodzić? Więc skoro uznajesz wymyślone przeze mnie imiona za nieprawdziwe, to nie, nie mam prawdziwego imienia.

Wyglądała na zdziwioną tym wyznaniem. Vol niezbyt. To nie było nic wielkiego. Znał całą masę osób, które z jakiegoś powodu nie miały rodziców i musiały sobie radzić, żyjąc na ulicy. Nie był jakoś bardzo wyjątkowy, a poza tym zostawił to wszystko już daleko w przeszłości. Co było, to było i nie da się tego zmienić, więc po co w ogóle ma się przejmować?

Ruszyli. W radiu nadal puszczali jakieś wesołe pioseneczki, przerywane raz na jakiś czas idiotycznymi reklamami albo wiadomościami, które nie wnosiły do ich życia nic poza złością. Aresztowania, blokady, licencje na używanie jakiejkolwiek magii… oczywiście wcześniej także były licencje, ale na skomplikowane rodzaje i te sprawy — nawiasem mówiąc, także zostały unieważnione i trzeba było sobie wyrabiać nowe — a nie na najprostsze zaklęcia.

— Głupota — wymamrotała Cesa pod nosem. — Nie ma czegoś innego?

— Wszędzie nadają to samo — mruknął Vol. — Mogę wyłączyć.

Cesa sama je wyłączyła i jechali dalej w zupełnej ciszy. A przynajmniej tak by było, gdyby ich samochód nie był zupełnym gratem, który trzeszczy i klekocze przy każdym, najmniejszym ruchu.

Vol sprawdził swoje rezerwy magii. Zostało jej dość mało, więc lepiej dla niego, jeśli zacznie oszczędzać na naprawdę poważne sytuacje. To nie tak, że pod swoim prawdziwym wyglądem był jakoś mocno znany jako przestępca. Wręcz przeciwnie, zawsze, gdy wpadał, wpadał jako ktoś inny, karta jego, jako naprawdę jego, była niemal czysta. Pomijając oczywiście ten jeden, nieplanowany wypadek, kiedy był jeszcze mały, ale hej, dzieci nikt nie sądził za robienie głupot! Większy problem sprawiało to, że on sam, bez żadnego kamuflażu, wyglądał dość charakterystycznie i łatwo było go zapamiętać. Gdyby przy tym wyglądzie zrobił coś nielegalnego i ktoś go zobaczył, miałby przechlapane. Nie mógłby zrzucić winy na nikogo innego.

— A jak na ciebie mówią? — odezwała się w końcu Cesa.

Vol oderwał swój wzrok od drogi.

— Co?

— No jacyś przyjaciele, znajomi, krewni, jak oni cię nazywają?

Trzeba przyznać, że to było niezłe zagranie z jej strony. Nie, żeby jego przezwisko miało jej dużo powiedzieć. Przez chwilę chciał odpowiedzieć w podobny sposób co wcześniej — że nie posiadał żadnych znajomych, ale to byłoby oczywiste kłamstwo. Każdy posiadał jakichś znajomych, jeśli nie mieszkał na całkowitym odludziu. Wcisnął dłonie do kieszeni.

— Vol.

— Dziwnie — stwierdziła Cesa, nawet się nie odwracając. Cały czas uważnie patrzyła na drogę i stosowała się do wszystkich przepisów. Siedziała też nienagannie, całkowicie prosto. Gdyby w podręcznikach miałyby być zdjęcia osób siedzących za kierownicą poprawnie, byłaby zdecydowanie pierwszym przykładem. Jedyną wątpliwość stanowił pojazd, który sam z siebie mógł stanowić zagrożenie na drodze.

— Dlatego używam innych — odpowiedział sucho Vol.

Wyjechali z wielkiego miasta do jakiejś wsi. Ludzie na widok samochodu szybko usuwali się z drogi, najwyraźniej obawiając się o swoje życie. Nikt za bardzo nie patrzył w ich stronę, ale Vol i tak się skulił, starając się być jak najmniej widocznym. Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś mógł go rozpoznać.

— Przez te brudne szyby i tak nie zauważą szczegółów — oznajmiła mu ponuro Cesa. — O ile cokolwiek zobaczą. Zjeżdżać mi z drogi!

Nacisnęła klakson, a samochód wydał z siebie krzyk zarzynanego zwierzęcia. Niemniej to podziałało i grupka przestraszonych wieśniaków szybko uciekła.

— Ten kraj to jest jakiś żart! — krzyknęła, wkurzona. Dodała też gaz do dechy i w jednej chwili porzuciła wszystkie maniery dobrego kierowcy. — Smród, brud i ubóstwo tuż obok przepychu i latających pociągów! Kpina!

— Nie każdego stać na nowoczesny dom — zauważył Vol. — Poza tym może nie chcą się przebudowywać. Jak sobie zarobisz, to łatwiej się przeprowadzić do ładniejszego miejsca, niż przejmować się starym i rozwalającym się. No i gdzieś muszą być wsie, bo zabraknie nam żarcia.

— Ale to nie znaczy, że muszą wyglądać TAK! — odpowiedziała wściekle. — Zresztą mniejsza o tę wiochę, niech się rozpadnie na kawałki. Ale to jak ci ludzie NIE MYŚLĄ mnie boli. Zero świadomości jak działa świat, jakby żyli kilka wieków wstecz.

— Nie każdego stać na edukację, pani bogaczko. Komu zwinęłaś kartę?

Zrobiła obrażoną minę i odmówiła odpowiedzi.

— Ja, na przykład, nigdy nie chodziłem do szkoły — oznajmił Vol, nie mając co robić. — Historię tego durnego kraju znam tylko z jakichś marnych, historycznych książek, którym brakowało połowy stron, a te, które były, były nieźle zniszczone. Mama musiała mnie uczyć, a że była biedną kobietą, to sama za wiele nie wiedziała. A nawet nie mieszkałem w jakiejś wiosze tylko w samej stolicy. Powinniśmy zrównać ten głupi kraj z ziemią i zamienić go na część Vitty, już oni tam mają lepsze podejście do życia.

Cesa spojrzała na niego jak na idiotę. Widział wyrzut w jej oczach, „jak w ogóle możesz tak mówić?”.

— Podobno nie można tam mieszkać w domach z cegieł — kontynuował Vol, w ogóle niezrażony jej reakcją. — Zamiast tego trzeba mieszkać na drzewie. Myślisz, że robią tam jakieś domki czy po prostu leżą sobie na gałęziach i śpią tak sobie? Chociaż, w sumie, jeśli domki to z czego, skoro nie zabiją drzew, żeby sobie taki na nim zrobić? Podpisują jakoś te domy czy każdy se śpi, gdzie chce? Jak to działa?

Cesa zbyła go milczeniem, ale po jej minie można było się domyślić, że ma go za okropnego debila. Skoro na początku to ona go denerwowała, to na jego korzyść było odwrócenie tych ról. A poza tym to naprawdę nie wiedział, czego mógłby się spodziewać za granicą. Słyszał tylko, że fiorzy to takie trochę leśne elfy, więc wyobrażał ich sobie z łukami, jak tańczą wokół kwiatków i śpiewają w niebiosa. Z całą pewnością nie było to tak stereotypowe, ale czegoś podobnego można było się chyba spodziewać.

— To trochę dziwne, że to nasi sąsiedzi, a w sumie nic o nich nie wiemy — mruknął, bardziej sam do siebie niż do niej. — Tylko jakieś mgliste opisy i legendy. Jak ktoś tam jedzie, to już nie wraca, a stamtąd jakoś nie za bardzo przyjeżdżają. Chyba tylko raz w życiu widziałem fiora i to tylko z daleka. Jakoś się tu nie zapuszczają. Może nie lubią naszej architektury?

Mówiąc to, wyjrzał przez okno, żeby spojrzeć na rozwaloną stodołę, którą akurat mijali. On też nie lubił tutejszej architektury.

— Za dużo gadasz — stwierdziła chłodno Cesa, poprawiając lusterko wsteczne. Zmrużyła oczy. — Nie naraziłeś się może komuś kiedyś w tej okolicy?

— Co? Nie! Pierwszy raz na oczy widzę tę wiochę.

— Ktoś za nami podąża.

Vol natychmiast zamilkł, a potem przeklął się w myślach i wybuchnął śmiechem. Może i hałas samochodu mógł zagłuszać ich głosy, ale mogło też być inaczej. Nigdy nie wiadomo. Ucichnięcie rozmowy nie byłoby najlepszym sygnałem. Dalej się śmiejąc, sam spojrzał w jedno z lusterek. Musiał się chwilę skupić, żeby przez warstwę brudu zobaczyć cokolwiek, ale faktycznie, jakiś cień poruszał się za nimi.

— Co to jest? — zdziwił się, starając się przyjrzeć uważnie, jednak było to trudne. — To chyba nie jest… człowiek?

Poruszało się zdecydowanie za szybko. Poza tym człowiek miał sylwetkę, a to bardziej wyglądało jak czarna plama przesuwająca się w przestrzeni. Nie wyglądało jak nic konkretnego.

— Może… może to po prostu tu jest — spróbował przekonać siebie Vol. — W tej wiosce. Ktoś kiedyś rzucił czar i sobie tak wisi. Może wcale nas nie śledzi.

Cesa skręciła gwałtownie, wjeżdżając w węższą uliczkę. Nie minęła chwila, a Vol znów zauważył w lusterku to coś, tym razem bliżej. Miał wrażenie, jakby było wkurzone. Jakby bardzo bacznie go obserwowało.

— To czar śledzący — wyjaśniła mu Cesa, wciskając gaz do dechy i strasząc tym miejscowych. — Bardzo stary i dawno nieużywany. Każdy najmniejszy czar jest w stanie go znieść, a w epoce generatorów magicznej atmosfery to już w ogóle od razu wyparowuje.

To przynajmniej wyjaśniało, dlaczego Vol nigdy wcześniej o czymś takim nie słyszał. Ale w takim razie…

— Nie możemy w to po prostu strzelić jakimś zaklęciem?

— Zaklęciami się nie strzela! — zezłościła się Cesa. — Zaklęcia to skomplikowany proces, a nie jakieś kule, które się wkłada do pistoletu!

— Mógłbym to zestrzelić iskrą.

— A potem byś zemdlał — stwierdziła ironicznie. — Zanim się zabierzesz za czarowanie, to może najpierw się poducz. Tylko totalne laiki mdleją przy użyciu magii wewnętrznej. Poza tym, jeśli byśmy użyli magii, to ktokolwiek nas śledzi, miałby na to dowód.

— Skoro nas śledzi, to pewnie już i tak o tym wie.

— Ale nie ma dowodów. Lepiej mu ich nie dostarczać. Powinniśmy znaleźć szybszy wóz.

— Nie mamy jak — mruknął Vol. — Musielibyśmy okraść jakiś duży bank, żeby sobie na coś szybkiego pozwolić. Większość swojej kasy wydałem na ten głupi pociąg, a twojej kradzionej karty używać nie będziemy, skoro wzywa wszystkich policjantów z okolicy. Jesteśmy biedni. Coś się stanie, jeśli ten czar nas dogoni?

— To zależy. Jeśli mamy do czynienia ze słabym magiem, to po prostu będzie nas śledził i znał nasze położenie na bieżąco. To może sprawić problemy. Ale jeśli ów mag zna się na czarach, to prawdopodobnie będzie chciał użyć przeciągnięcia.

— To znaczy?

— Zaklęcie dogoni tego, kogo śledzi i kiedy tylko go dotknie, przeciągnie go przez materię magiczną do maga.

— W sensie… teleportuje?

— Nie do końca, ale w sumie można tak powiedzieć. O ile lubisz czuć się, jakby cię rozdzierano na strzępy, atom po atomie. Więc może lepiej postarajmy się, żeby żadnego z nas nie dotknęło.

— Kogo goni?

Spojrzeli po sobie. W sumie żadne z nich nie wiedziało, dlaczego to drugie ucieka, chociaż zdawali sobie sprawę, że jakieś powody są. Vol nie podzielił się swoimi odkryciami, a jeśli Cesa też jakieś miała, również zostawiła je dla siebie, trudno więc było ocenić, kto jest celem, a kto tylko naocznym świadkiem.

— Może powinniśmy się rozdzielić? — rzucił.

— Samochodem? — prychnęła z drwiną Cesa. — Jeśli pójdziemy pieszo, jest większa szansa, że szybciej nas dogoni. Na razie porusza się mniej więcej równie szybko, co my, czasem tylko nieco przyspiesza. Nie mam nic przeciwko temu, żebyś się zabił, ale dopiero po tym, jak miniemy granicę. Jedyną opcją jest zgubić to zaklęcie.

— Jak? Skoro jest takie szybkie i nie możemy go zestrzelić…

— Nie ma tu jakiejś mapy?

Vol wyjął telefon.

— A gdzie jesteśmy?

Cesa spojrzała krzywo na urządzenie.

— Spokojnie, upewniłem się, że tego nie da się śledzić. Nie ma internetu, nie dzwonię z niego, wyciągam kartę, jak nie potrzebuję, ale nie mam też lokalizacji, więc muszę wiedzieć, gdzie jesteśmy.

— Jakieś małe miasto na wschód od Irroi. Między nimi były tylko ruiny.

Tak więc Vol poszukał najpierw Irroi — co też było trudne, bo to nie było jakieś wielkie czy znane miasto — a potem rozejrzał się wokół. Na wschód było kilka wioch, które by idealnie pasowały do tej, którą mijali.

— Mam czegoś szukać?

— Jakiegoś małego lasu albo zagajnika. Jak nie ma, to jakiejś dużej łąki.

Brzmiało to idiotycznie, ale Vol nie miał czasu, żeby zapytać się, po co ma to zrobić. Po prostu to zrobił. Oznaczenie takich miejsc strasznie kulało, ale raczej dlatego, że owych miejsc było mało, a nie że twórcy mapy się nie chciało. Powiększał i pomniejszał mapę, zataczał koła, aż w końcu zauważył coś, co chyba było lasem. Chyba, bo nie było w ogóle oznaczone, ale było zieloną plamą na mapie.

— Jak wyjedziemy na drogę do Morry, to za zakrętem w lewo jest coś, ale nie jestem pewien.

— Jakieś inne? Lepsze?

— Nie widzę żadnych.

— Morra jest na południe?

Nie poczekała na odpowiedź, jakby sama doskonale ją znała i znów skręciła gwałtownie. Jedno z lusterek zaprotestowało i odpadło. Cóż, przynajmniej teraz jakiś wieśniak będzie miał coś choć trochę wartościowego. Nie mając już lustra, Vol odwrócił się na siedzeniu i spojrzał przez szybę. Czarna plama nadal wisiała kilkanaście metrów od nich, wytwarzając dziwną, niemiłą aurę wokół siebie. Ludzie, którzy ją zauważyli, szybko uciekali, ale unosiła się na tyle wysoko, że nie każdy mógł ją dostrzec, jeśli nie podniósł wzroku.

„Goni właśnie mnie”, uświadomił sobie Vol, odruchowo zaciskając dłoń na pasku swojej torby. Były szef musiał się zorientować, kto go okradł, więc posłał ogon. Był na tyle wpływowy, że mógł sobie pozwolić na takie rzeczy. Nawet jeśli nie za bardzo znał się na magii, mógł sobie przecież wynająć jakiegoś maga czy tam czarodzieja. Dreszcz przeszedł Volowi po plecach. Może jednak mieszanie się w państwowe sprawy nie było najlepszym pomysłem.

Czarna plama była coraz bliżej.

— Nie da się jechać szybciej? — zapytał, a jego głos był nieco wyższy niż zwykle.

— Pewnie by się dało, ale wtedy samochód by się rozwalił — odpowiedziała Cesa.

Jakby chcąc potwierdzić jej słowa, pojazd zatrzeszczał niebezpiecznie. Vol zaklął pod nosem i to wcale nie cicho, ale niewiele więcej mógł zrobić, więc usiadł w fotelu jak normalny człowiek i czekał.

Wyjechali z wioski na złomowisko lepianek. Dzika, wysoka trawa bujała się niepokojąco na wietrze. Można by się w niej spokojnie ukryć, tak, by nie było tego widać z poziomu drogi. Vol rozglądał się uważnie, ale jedynym zagrożeniem nadal było zaklęcie. Coraz bliżej i bliżej, powoli sięgające tylnej szyby…

— Tam! — zawołał, wskazując na dziwne skupisko zieleni. To zdecydowanie był jakiś mały lasek.

— Miejmy nadzieję, że to wystarczy — wymamrotała Cesa. — Inaczej chyba faktycznie zostaną nam czary.

A do tego chyba żadne z nich nie chciało się posuwać, dopóki było inne wyjście. Vol zaczął z niecierpliwością wystukiwać jakiś rytm na własnym kolanie. Niby uciekali, ale przecież on absolutnie nic nie robił. Znów wyjął telefon, otworzył sobie okno i zrobił zdjęcie. Gdyby zaklęcia umiały okazywać emocje, to z pewnością byłoby zdziwione. Oddaliło się nieco.

— Flash?

— Chciałem mieć pamiątkę — zażartował Vol, przyglądając się zdjęciu plamy. — W końcu nie jestem codziennie ścigany przez takie zjawiska. Uśmiech!

Błysnął jeszcze raz, jednak element zaskoczenia już zniknął. Teraz zaklęcie znów się do nich zbliżało, nie przejmując się żadnymi światełkami. Vol westchnął z rozczarowaniem i na powrót zamknął szybę.

— Może tobie też powinienem zrobić zdjęcie — mruknął, odwracając się w stronę Cesy, a ta warknęła na niego.

— Nie znamy się.

— Nie no, według tych dowodów to się znamy. Niestety.

Teraz to Cesa zaklęła i to jeszcze gorzej od niego. Musiała się obracać w naprawdę wpływowych kręgach, że znała takie słowa. Vol nigdy nie był na tyle odważny, żeby się odzywać podobnie do tych wszystkich bogatych ludzi w garniturach, nawet kiedy jednego z nich udawał. Czyli Cesa albo często przebywała wśród nich, albo po prostu BYŁA jedną z nich. Pomyśleć, że pomagał właśnie zbiec jakiemuś arystokracie. Przecież tak bardzo nimi gardził!

„Czy to czyni ze mnie hipokrytę?”. Nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Miał nadzieję, że nie. Posiadał już tyle wad, że bycie hipokrytą jeszcze pogorszyłoby jego charakter, a ten i tak już był dość paskudny.

Odwrócił się i omal nie zszedł na zawał, widząc, że czarna plama już nie jest za szybą, a tuż przed nią, wewnątrz samochodu. Zdecydowanie zbyt blisko. Będąc w tej samej przestrzeni, Vol tylko upewnił się, że złowroga aura wcale nie była wytworem jego wyobraźni.

Cesa skręciła gwałtownie i wjechali między drzewa. Wyhamowała mniej więcej pośrodku tego zagajnika, po czym wykopała drzwi i wytoczyła się na zewnątrz. Widząc to, Vol powtórzył jej ruchy. Omal nie wpadł na jakieś drzewo, oddalając się od pojazdu, jakby ten miał wybuchnąć.

Czarna plama przez chwilę wisiała w miejscu i tylko jej krzywe krawędzie wirowały tajemniczo. Obróciła się raz, wolno i znów ruszyła — prosto w jego stronę. Czyli jednak miał rację. Zaczął się wycofywać, ale robił to zbyt wolno.

„Nie chcę tam wracać!”, wykrzyczał w myślach, tak jakby jakaś mistyczna siła mogła mu pomóc. I wtedy, kiedy już plama była zaledwie kilka centymetrów od jego nosa, jego twarzy, nagle skurczyła się w sobie i wyparowała. Puf, i już jej nie było. Vol jeszcze przez chwilę miał dziwne powidoki, ale wystarczyło zamrugać kilka razy, żeby się ich pozbyć. Oddychał szybko. Gdy już jego mózg w stu procentach przekonał się, że zagrożenie faktycznie minęło, odetchnął z ulgą. Cesa podeszła do niego z kamienną twarzą.

— To komplikuje sprawy — mruknęła, wpatrując się w powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była plama. Zupełnie jakby nadal ją widziała.

Vol spojrzał na nią krzywo.

— Co komplikuje? Przecież zniknęło.

W milczeniu pokręciła głową nad jego głupotą. Uniosła dłoń, a Vol wyczuł, jak wokół jej placów plecie się magia, co oznaczało tyle, że rzucała jakieś zaklęcie. Nieme, niewidoczne, ledwo wyczuwalne dla magicznych zmysłów. Ona zdecydowanie była kimś bogatym. Żaden zwykły człowiek nie miał na tyle pieniędzy, żeby płacić za fachową naukę magii, taką porządną, bez tych wszystkich świateł, wybuchów, krzyku na granicy zmysłów. Bywał na zbyt wielu amatorskich i nie-całkowicie-amatorskich kursach magii, żeby wiedzieć takie rzeczy.

Zanim jednak Vol zdążył się poważnie zastanowić, co właściwie daje mu ta wiedza, dziewczyna skończyła. Jej wzrok był wręcz palący. Czegokolwiek się dowiedziała, nie była to błaha informacja.

— Może porozmawiamy na temat tego, dlaczego śledzi cię cała Rada Królewska?

Nie od razu zrozumiał jej słowa, ale kiedy w końcu jego mózg łaskawie je przetrawił, ogarnęła go panika. Jak to Rada Królewska? I to na dodatek cała?! Skąd ona wie takie rzeczy, podczas kiedy nawet on ich nie wie?! Wszystko to sobie wyczytała zaklęciem? A może z nimi współpracuje i z jakiegoś powodu chcą go złapać? Wszystkie te myśli przewalały się przez jego głowę w szaleńczym tempie, ale jego twarz pozostawała beznamiętna. Tylko palce, które lekko zacisnął na pasku swojej torby, były jakąkolwiek oznaką zdenerwowania.

— Kto mnie śledzi? — zapytał uprzejmym, lekko niedowierzającym tonem. — Droga pani, zdaję sobie sprawę, że jestem przestępcą, ale nie aż tak wielkim, żeby od razu za mną posyłać Radę Królewską. Myślę, że mały oddział policji poradziłby sobie doskonale sam.

— Ty…

— Ewentualnie antyterroryści, nawet jeśli za terrorystę się nie uważam — ciągnął Vol dalej, jednocześnie myśląc szybko.

„Jeśli to faktycznie Rada Królewska ma coś z tym wspólnego, to znaczy, że Deyl się z nimi wcześniej dogadał”. Nie mogło być gorzej. To by oznaczało, że ma jeszcze mniej czasu niż faktycznie myślał i najlepszym wyjściem byłaby po prostu teleportacja za granicę. Ewentualnie samobójstwo, zanim ktokolwiek go złapie.

— Próbowałem kiedyś zrobić bombę, ale narobiła mi tylko dymu w mieszkaniu i nic więcej.

Był zdecydowanie za młody na śmierć, jednakże… spojrzał na rozwalony samochód, który teraz nawet nie miał już drzwi. Przymocowanie ich z powrotem raczej nie wchodziło w grę, a jeżdżenie takim pojazdem nie mogło się skończyć dobrze. W pobliżu ze świecą szukać czegokolwiek. Był skończony.

— Skończ już! — krzyknęła Cesa, sprowadzając go z powrotem na ziemię.

Od dobrej chwili trajkotał wesoło bez ładu i składu, w ogóle nie zwracając uwagi na to, jakimi szczegółami się z nią dzieli. To jeszcze bardziej go zestresowało.

— Mam gdzieś, co robiłeś w dzieciństwie — warknęła. — Co takiego zrobiłeś, że ścigają cię najważniejsze osoby w państwie?

— Nie mam pojęcia — skłamał natychmiast Vol. Choć w sumie nie do końca można było to nazwać kłamstwem. W zasadzie nie był do końca pewien, który czynnik to wywołał. — Może mnie z kimś pomylili. A może ścigają ciebie, a ja się napatoczyłem przypadkiem.

— To coś goniło ZA TOBĄ.

— A skąd niby to wiesz?

Dopiero kiedy to powiedział, zdał sobie sprawę, jak idiotycznie to zabrzmiało. Natychmiast pokręcił głową.

— Znaczy dobra, wiem, goniło za mną. Ale skąd mam wiedzieć czemu mnie gonią? Może przypadkiem ukradłem coś bardzo wartościowego.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

— Przypadkiem?

— Wykonuję cudze zlecenia, żeby sobie dorobić. Może ukradłem coś, o czym nie wiedziałem, że jest naprawdę ważne i oddałem, i nie wiedzą o tym, że oddałem i dlatego mnie ścigają. Nie wiem, nie siedzę im w głowach!

To wytłumaczenie brzmiało całkiem wiarygodnie, ale nie wyglądało na to, by Cesa w nie uwierzyła. Wpatrywała się w niego zmrużonymi oczami, więc postanowił zmienić swoją postawę i wyprostował się.

— A nawet jeśli mnie ścigają, to co ci do tego? — warknął ze złością. — Uczepiłaś się mnie jak rzep psiego ogona i nie chcesz się odwalić. Zgodziłem się ci pomóc tylko dlatego, żebyś mnie nie wydała, chociaż mógłbym się ciebie pozbyć od razu po wyjściu z tego bzdurnego szpitala. A ty, zamiast siedzieć cicho i nie zadawać pytań, to jeszcze mnie oskarżasz?! Co, może mamy sobie pójść na herbatkę i przedyskutować całe moje życie? Jak już prosisz o pomoc przestępcę, to może nie dziw się, że może być poszukiwany! Skoro nie chcesz się narażać, to może po prostu mnie zostaw! Ej!

Nagle rzuciła się na niego. Myślał, że może chciała ukraść mu torbę, może po prostu przywalić a może, co najgorsze, zabić, jednak, zanim zdążył zareagować, już była przy nim. Zamiast tego wszystkiego po prostu zakryła mu usta dłonią, wyraźnie dając znak, że ma być cicho. Dopiero wtedy do jego uszu dobiegły niewyraźne okrzyki, które zdecydowanie nie należały do żadnego z nich i równie zdecydowanie dochodziły z całkiem niedaleka. Mimo to uszy Vola nie były w stanie rozróżnić słów.

Odepchnął od siebie dziewczynę i rozejrzał się po okolicy. Kierując się szelestem trawy, powinien był w stanie ustalić, gdzie znajdowała się owa osoba. Krzyki też w tym nie przeszkadzały. Jednak nadal nie widział nikogo. Drzewa nie stały aż tak blisko siebie, żeby ktoś mógł się za nimi dobrze schować, a jednak mu się udało.

— Och, dzieci! — wykrzyknął ktoś tuż za jego plecami.

Oboje z Cesą obrócili się gwałtownie, żeby spojrzeć na starszą panią, która pojawiła się dosłownie znikąd. Teleportowała się czy znała zaklęcie niewidzialności?! Vol cofnął się o krok, przyglądając się podejrzliwie jej ubraniom, zdecydowanie na nią za dużym. Kto wie, co chowała w fałdach materiału. To mogła być broń!

— Co takie małe dzieci robią w takim miejscu? — zapytała zdecydowanie ciszej i zdecydowanie milej. To ona wcześniej tak krzyczała? Trudno było stwierdzić. — Mało kto mnie tutaj odwiedza, a już na pewno nie dzieci.

Spojrzała na rozwalony samochód i zaczęła udawać, że wcale go nie widzi. Vol nie odezwał się ani słowem, próbując cokolwiek wyczytać z tej kobiety. Nie wyglądało na to, żeby miała przy sobie jakąś broń, nie wyglądała też na kogoś, kto mógłby zaszlachtować ludzi z zimną krwią, jednak pozory mogły mylić.

Cesa nie wyglądała na równie przejętą tą wizytą co on.

— Dzień dobry pani — przywitała się spokojnie, lekko się kłaniając. — Nie spodziewaliśmy się w tym miejscu kogoś znaleźć. Trochę się zgubiliśmy prawdę mówiąc, a nasz transport… cóż, sama pani widzi. — Spojrzała ostentacyjnie na pojazd. — Może byłaby pani w stanie nam jakoś pomóc?

Kobieta odwróciła na chwilę wzrok, żeby znów obejrzeć samochód, a wtedy Cesa rzuciła Volowi najbardziej lodowate ze spojrzeń. Od razu zrozumiał. Nie była aż taka głupia i zamierzała wykorzystać sytuację. Lepiej dla nich będzie, jeśli on zacznie robić to samo. Spróbował przywołać na twarz jakąś minę wyrażającą zakłopotanie, ale raczej kiepsko mu poszło. Dawno nie musiał odgrywać zagubionego dzieciaka. Takiej roli nawet nie miał w swoich dokumentach.

— Nie mam żadnych pojazdów — powiedziała z przykrością staruszka, skończywszy pobieżne oględziny samochodu. — Ale niedaleko znajduje się moja chatka, możecie się zatrzymać tam na odpoczynek. Mój synek przyjeżdża jutro, może mógłby was gdzieś zawieść.

— Naprawdę możemy? — zapytała z niedowierzaniem Cesa, a w jej oczach pojawiły się łzy szczęścia. A on wcześniej uważał ją za złą aktorkę… — Dziękuję pani, bardzo pani dziękuję! To wiele dla nas znaczy!

— To naprawdę nie problem, kochanieńka. Więc chodźcie, dzieci, mieszkam niedaleko.

Patrząc po jej ubraniu, Vol podejrzewał, że mieszkała w jakimś szałasie, ale nie powiedział tego na głos. Niemiło było narzekać na kogoś, kto z własnej woli proponował pomoc, nawet jakąś mocno lichą, przylepił więc swój najlepszy uśmiech na twarz i ruszył się z miejsca.

Arial

Times

Verdana

Georgia